Autor: roswojtek (Seite 5 von 6)

Babci pieróg

Bolał mnie ząb. Z dentystą nie miałem nigdy nic do czynienia, gdyż wszystko, co było związane ze zdrowiem rodziny, leżało w rękach ojca.

— Chcesz cały czas trzymać się za policzek i jęczeć, czy pójdziesz do szpitala, żeby ojciec wyrwał ząb? — zapytała mama.

Oczywiście byłem bohaterem, zresztą innej możliwości nie miałem.

Siedząc na walizce w zatłoczonym korytarzu wagonu drugiej klasy, nadal trzymałem się za policzek. Sama satysfakcja, że nie pisnąłem w czasie zabiegu, nie uśmierzała bólu po wyrwanym „na żywo” zębie. Istniał inny powód zmuszający mnie do godnego zachowania — jechaliśmy na pogrzeb dziadka.

Była noc, pociąg kołysał. Przechodzący ludzie potrącali mnie, uniemożliwiając drzemkę. Czułem głęboki smutek, choć mało znałem dziadka. Przebywał u nas krótko, chorował na żołądek. W jego postaci najbardziej uderzała twarz: szczupła, wydłużona, siwa broda rozładowywana była przez duży, sumiasty wąs.

Lubił przechadzać się po ogrodzie, unikając rozhukanego wnuka. O jego dramacie dowiedziałem się wiele, wiele lat później i chyba dopiero wtedy stał mi się bliższy.

W czasie stypy zebrana rodzina wspominała nie tylko zmarłego. Skończyłem posiłek, a dorośli zasiedli do herbaty. Na biurku leżała, niedokończona przez dziadka, kopystka. Szpic i przyległe gałązki świątecznej choinki pedantycznie zostały obcięte, w niektórych miejscach pozostały resztki niezdrapanej kory. Wziąłem kuchenny nóż i z godnością przystąpiłem do kończenia rozpoczętej roboty. Wrzawa podniosła się natychmiast — cała rodzina wsiadła na mnie za bezczeszczenie pamiątki. Takiego bólu się nie zapomina — oddawałem przecież, na swój sposób, ostatnią przysługę dziadkowi.

Jedynie ciocia Cesia nic nie powiedziała, chociaż to właśnie ona najbardziej uczuciowo związana była z dziadkiem. Zawsze miała oczy pełne dobroci i miłości.

Dziadek spoczął w Bielsku, a grób jego stał się miejscem tradycyjnych spotkań rodzinnych. Co roku więc, w Dniu Wszystkich Świętych, jeździliśmy autem na Śląsk. Pierwszy odcinek drogi, najdłuższy i bardzo męczący, prowadził nas do Katowic, do miejsca zamieszkania babci Oli. Stamtąd, już wszyscy razem, udawaliśmy się do Bielska, gdzie na miejskim cmentarzu oczekiwali nas Cesia z Władkiem.

Składaniu kwiatów i krótkiej modlitwie, połączonej z medytacją, zawsze towarzyszył dotkliwy chłód. Wszyscy, zazwyczaj mocno przemarznięci i zgłodniali, wracali do babci na przyjęcie. Na stół, prosto z piekarnika, wjeżdżała blacha pachnącego ciasta. To był słynny pieróg z kapustą babci Oli! Filiżanka bulionu podkreślała jeszcze bardziej jego niezapomniany smak. Spożywanie pierogu stało się po prostu obrzędem, który wszyscy jego uczestnicy wspominali przez cały rok. Przekonać się mogłem dopiero po latach, że z kieliszkiem czystej wódki był jeszcze lepszy.

W mieszkaniu babci Oli, w rogu pokoju, stała duża szafa wypełniona po brzegi różnymi drobiazgami. Mimo iż były ich nieprawdopodobne ilości, babcia zawsze dobrze wiedziała, gdzie co się kryje. Gdy decydowała się znaleźć coś konkretnego, robiła to w sposób bardzo energiczny, tak aby zapach naftaliny nie wywołał ataku astmy.

Miałem już chyba przekroczony dziesiąty rok życia. Obserwowałem, jak babcia z tajemniczą miną zaczęła dokopywać się do dna szafy. Po chwili, łapiąc z trudem powietrze, wydobyła jakiś długi przedmiot, zawinięty w stary papier.

— Już jesteś na tyle dorosły, że mogę sprezentować ci tę wiatrówkę — powiedziała.

Nie muszę chyba zaznaczać, jak bardzo zostałem zaskoczony. Do strzelania zamiast śrutu, którego babcia nie miała (a jakby miała, to i tak bym nie dostał), użyłem zapałek. Posługiwanie się tą bronią, pamiętającą bardzo dawne czasy, wyglądało dosyć skomplikowanie. Najpierw trzeba było „złamać lufę”, wsadzić nabój, następnie zatrzasnąć lufę i wreszcie naciągnąć długą dźwignię. Ta ostatnia czynność wymagała dużej siły, a efekt końcowy — kiedy zapałka leciała zaledwie na odległość paru metrów — zniechęcał do dłuższej zabawy.

Krysi nie podobało się to, co robiłem, a do tego była zła, bo nie dostała żadnego prezentu. Aby poprawić wnuczki humory, babcia zanurzyła się ponownie w szafie, po czym wyciągnęła lalkę — ulubioną lalkę naszej mamy. Nie poczułem do niej sympatii, a Krysiunia promieniowała ze szczęścia. Radość jej nie trwała jednak długo; przypadkowo odłożyłem wiatrówkę na tapczan i — co za pech — lufa wylądowała na porcelanowej głowie lalki.

Krysia wyła, mamie zakręciła się łza w oku, a babcia mruknęła z rezygnacją:

— Nie mogło to być choć raz, Andrzejusienku, żebyś czegoś nie zmajstrował?

Siadłem przygnębiony w kącie, a dorośli zaczęli przypominać najdawniejsze moje wybryki:
— Jak to, nie umiejąc jeszcze dobrze chodzić, ściągnąłem z kuchenki prosto na swoją głowę garnek gorącego mleka.
— Jak to na korytarzu urządziłem ślizgawkę z nielubianego krupniku.
— Jak to kiedyś oświadczyłem zdziwionej mamie, że chciałbym mieć siostrzyczkę.

— Dlaczego? — spytała zdziwiona mama.
— Chcę zobaczyć, jak babcia będzie się wieszała.
— Co ty pleciesz?
— Przecież babcia powiedziała, że się powiesi, jakbyś miała jeszcze jedno dziecko.

Niepostrzeżenie zacząłem wynosić z pokoju wiatrówkę; nie byłem pewny, czy babcia nie zmieni zdania.

Droga powrotna, zresztą jak zawsze, strasznie się dłużyła. Siedziałem na tylnym siedzeniu naszego opelka i bawiłem się naciągniętą wiatrówką. Po pewnym czasie, z nudy i — jak zwykle — z ciekawości, zacząłem ją rozkręcać. Śruby nie stawiały oporu i nagle — trach! Coś z niesamowitą siłą wyleciało w górę. Część przytrzymująca napiętą sprężynę, kawał ciężkiego metalu, strzeliła w dach samochodu, po czym wylądowała pod kierownicą.

W potężny dźwięk ojcowskiego „Jezusmariaaa!” wtopił się paniczny krzyk matki. Zdawałem sobie sprawę, co się stało — i co mogłoby się stać, gdybym trzymał wiatrówkę w innej pozycji, bliżej głowy kierowcy.

Nieposkładana broń ponownie znalazła miejsce na dnie szafy i już nigdy nie udało mi się jej użyć.
Rodzice również nie kwapili się z oddaniem jej do naprawy.

Po wielu latach zapytałem mamę, co się stało z babciną wiatrówką.
Ani ona, ani nikt z domowników nie potrafił udzielić odpowiedzi.
Jakby nigdy nie istniała.

Komputerowy blues

Napis „BB Komputer” nie wyróżniał się na tle innych szyldów „upiększających” Plac Zbytków. Za to godziny otwarcia już tak: „10:00–22:00”. Informatyka lubi życie nocne.

Wiktor Workiewicz mijał pawilon codziennie, po drodze z pracy i do pracy, z równym entuzjazmem co wobec prognozy pogody w listopadzie. Tylko na punkt „napraw komputerów (dawny Bar Mleczny)” zerkał z czułością. Tam kiedyś jadł bułkę z serem, pił mleko i poznał Krystynę. Złote litery wspomnień trochę mu zmatowiały, ale nie odpadły.

W wolnym czasie Wiktor zbierał znaczki. W międzyczasie spłodził syna i córkę (kolekcja „edycja rodzinna”). Gdy dzieci zaczęły regularnie wyciągać drobne na McDonalda, Wiktor – chcąc „edukować i oszczędzać” – kupił komputer. Żona wysłała go do Media Markt’u jak rycerza po Graala.

Radość trwała do pierwszego „granatowego ekranu”, który powitał go pełną listą obcych słów. Potem było miganie, chrupnięcie, cisza. Reanimacja nie pomogła. W sklepie usłyszał: „Gwarancja oczywiście, proszę wysłać całość w kartonie. Dwa tygodnie? Może trzy. A opakowanie pan zachował?” – „Zachowałem dzieci, kartonu nie”.

W „BB Komputer” przywitała go Jola. Uśmiech miała taki, że człowiek wierzył w odzysk danych i sens życia.

– Jak szybko i za ile? – wyjąkał Wiktor. – Bo wie pani, on nowy… na gwarancji…

– Widzę, że to pan jest nowy – odparła i podała mu spojrzenie z opcją „odśwież”. – Jola. A pan?

– Wiktor.

– Męskie imię. Zapraszam, panie Wiktorze, do biura. Kawa? Koniak?

– Ja tylko… diagnoza…

– O koszty proszę się nie martwić. Najpierw zadowolenie klienta, potem płatność.

– Ja już trochę zadowolony jestem – przyznał niechcący.

Korytarz z grubą wykładziną tłumił kroki, a Jola poruszała się tak, że wykładzina miała co tłumić. Salon – półmrok, skóra na fotelach miękka jak obietnice.

– Pozwoli pan, katalog usług – powiedziała, nachylając się nad biurkiem. Katalog najwyraźniej też miał usługi: na okładce akt z łukiem. Wiktor skojarzył Pirelli. Artemis była na czasie.

– Magiczna strzała Kupidyna – mruknęła Jola tuż obok ucha.

Wiktor zerknął jeszcze tylko na linijkę: „Usuwanie awarii (60 min) – 500 zł”. Resztę zasłonił mu puls.

– Dla nowych klientów – dodała – pięćdziesięcioprocentowy rabat.

Wyszedł z wizytówką, a z lokalu – z lekkim drżeniem w kolanach. W domu Krystyna w szlafroku w kwiatki przywróciła go do rzeczywistości skuteczniej niż reset BIOS-u.

– Drogo? – spytała.

– Parę stów. Nie wiem, czy to dobry punkt – bąknął.

– Źle traktują? Terminy?

– Nie… wręcz przeciwnie.

Noc przyniosła sen w wersji „18+”: klawiatura miękła pod palcami, a każdy klawisz odpowiadał przeciągłym „mmm”. Wiktor w roli Apolla porzucał listek figowy i… budzik.

Następnego dnia zwolnił się wcześniej z pracy. Kiedy Krystyna wróciła, zastała go przy komputerze z wypiekami.

– Ekspresowa naprawa? – zagaiła.

– Solidna – odparł, starając się brzmieć jak człowiek, któremu zainstalowano sterowniki do życia.

Wieczorem Krystyna, po myciu zębów:

– Dzisiaj nie jesteś upierdliwy. Dobrze się czujesz?

– A głowa cię nie boli?

– Mnie nie. Ty wyglądasz jak po maratonie.

Wiktor milczał. Nie był macho – raczej „macho-lite” – ale cios przyjął na klatę.

Po miesiącu komputer znowu się obraził. Wiktor wrócił do „BB Komputer” z prędkością pieszego w zachwycie. Nauka pisania dziesięcioma palcami nabierała sensu – w końcu ktoś wytłumaczył mu, gdzie jest „enter” i dlaczego czasem warto go nacisnąć.

– Te marketowe gruchoty są do bani! – wybuchła Krystyna. – Wezmę nadgodziny, bo się nie wyrobimy.

Wzięła. Rachunki rosły, a Wiktor coraz częściej przechodził koło dawnego Baru Mlecznego z sercem w gardle. Sam się zdziwił, ile erotyki mieści się w szyldzie „serwis”.

W końcu Krystyna coś poczuła – intuicję, nie zazdrość.

– Wiesz co, jak ty nie ogarniasz awarii, to ja. Idę na kurs komputerowy.

– Kobieto, podaj piwo, a nie kursy…

– Byłam w „BB Komputer”. Mają promocję.

Wiktor pobladł. Wiedział jedno: piękne rzeczy kończą się szybciej niż abonament.

Po pierwszej lekcji żona wróciła roztargniona, serial „Miłość w bramie” przegrał z patrzeniem w lustro. Po drugiej – już spokojna.

– Wybrałam opcję oszczędną. Jedna godzina miesięcznie. Pan Adam mówi, że wystarczy.

– Jaki Adam? – Wiktorowi zacięła się karta graficzna. – Nie uczy cię Jola?

– Nie znam żadnej Joli. Adam jest bardzo kulturalny – poprawiła włosy tak, jak się poprawia program – do wersji „wow”.

Dzieci tymczasem – urocze, wyrośnięte – wpadły z komunikatem: praca na próbę w „BB Komputer”. „Rodzinny pakiet” rozkręcał się szybciej niż wiatrak procesora.

Wiktor nie był głupi. Wiedział już, że „awarie” przychodziły po wysłaniu maila o treści: „Jola/Ania/Zosia/Frania”. Serwis reagował w kilka minut, a komputer „psuł się” jak na komendę. Program „Zadowolenie klienta – wersja deluxe”.

Finał? Krystyna coraz lepiej ogarniała skróty klawiszowe (szczególnie Ctrl–Alt–Del do złych nastrojów), dzieci zarabiały na kieszonkowe, a Wiktor… Wiktor kupił nowy klaser i zaczął zbierać zupełnie inne znaczki: uśmiechy w windzie, przelotne spojrzenia, drobne gesty. Nauczył się też jednego: w życiu, jak w komputerze, czasem trzeba wyczyścić cache i zainstalować aktualizacje. A erotyka? Działa najlepiej w trybie „domyślnym” – z lekkim półmrokiem i bez zbędnych wtyczek.

Czy Krystyna i Wiktor zdziwili się, że dzieci wybrały „BB Komputer”? O tym w tysiącpięćdziesiątym drugim odcinku „Miłości w bramie”. Zwiastun już wkrótce: „Nowe sterowniki, stare serca”.

 2x + 3 = 5

Mała górka oddzielała od szkoły nieduży kawałek nierównej łąki. Cóż nam było trzeba więcej do kopania piłki? Dwa tornistry, położone w odległości pięciu kroków, stanowiły bramkę, linię autową wyznaczał z jednej strony drut kolczasty, z drugiej — rów przy szosie. Po lekcjach zawsze kilku chłopców miało ochotę na bieganie za piłką; zdarzało się to również zimą, na śniegu. Szaleliśmy w rękawiczkach i z czapkami naciągniętymi na uszy — było w tym więcej zabawy niż prawdziwej gry.

Zakończenie jednego z takich spotkań miało dość nieprzyjemne konsekwencje.
Pędziłem na bramkę. W czasie strzału, zamiast piłki, Janek złapał mój but. W pierwszej chwili nie poczułem bólu. Wszyscy śmiali się z koziołka, jakiego wywinąłem, a ja nie mogłem stanąć. Kolano strasznie bolało.

Artur skombinował sanki, na których zawiózł mnie do domu. Na szczęście nie było złamania, ale nogę trzeba było unieruchomić.
Na chirurgii specjalistą od gipsów był pan Pawełek. W zachwycie oglądałem, jak z mokrych bandaży i białej mazi wyłaniał się nowy kształt mojej nogi. Wkrótce dzieło zostało skończone — musiałem tylko poczekać, aż stwardnieje.

Dumny z nowego przeżycia, delektowałem się perspektywą dwutygodniowych wakacji. Jednakże miły nastrój nieróbstwa po paru dniach został zakłócony. Pod gipsem zaczęło mnie coś swędzieć; palce były za krótkie, należało użyć czegoś innego.

Ciocia Marysia wyszukała w kuchni warząchew z długą rączką. Przyrządem tym mogłem teraz dochodzić pod białą skorupą do najdalszych miejsc. Nadeszła jednak chwila, że zbawczy drewniany patyk nie mógł już uśmierzyć swędzenia. Pozostawała tylko jedna rzecz, od początku chodząca po głowie — woda. Zimna woda!

Gdy w szczelinę między gipsem a nogą wpłynęła zawartość litrowego dzbanka, zrobiło mi się niesamowicie dobrze. Ulgę czułem przez jeden dzień i drugi, po czym w miejscach, gdzie swędziało, poczułem pieczenie. Ojciec przedwcześnie ściągnął gips. Na zagojenie odleżyn pod kolanem musiałem jednak trochę poczekać.

Gdy, kuśtykając, szedłem ponownie do szkoły, mama zapytała:

— Jaki będzie twój następny wyczyn?

Nie musiała długo czekać. Na szkolnej zabawie dostałem przypadkowo, ale skutecznie, w zęby; jedynka, która już raz była na zewnątrz, pożegnała się ze mną ostatecznie.

Do zakończenia szkoły podstawowej pozostało niewiele czasu, a dyrektor zupełnie nie kwapił się z umieszczeniem mnie na liście uczniów idących do gimnazjum. Nie chodziło tylko o dzwonek, którym za mną rzucał.
Dyrektor uczył nas rosyjskiego i rachunków, a właśnie w tych przedmiotach nie byłem orłem. Rosyjski świadomie odpuścił, zdając sobie sprawę, że nieuczenie się tego języka należało do dobrego tonu.

Natomiast z rachunków otrzymałem ostatnią szansę — przy tablicy miałem rozwiązać równanie: 2x + 3 = 5.
Marysia błyskawicznie podała ściągawkę. Kończąc zapinanie sandała, pewnie ująłem kredę. Chwila zastanowienia — i bez problemu zadanie rozwiązałem.

Dyrektor z zadowoleniem pokiwał głową. Chciałem już odejść, gdy usłyszałem:

— Sprawdź jeszcze to równanie.

Zaskoczony, nie słyszałem nawet podpowiedzi.

Mieszkanie, zamieszkiwane uprzednio przez rodziców Andrzeja, zajęli nowi sąsiedzi — młode małżeństwo, para tryskająca polotem i energią, przyjechała bezpośrednio po studiach, pracować w szpitalnym laboratorium. Od początku nasze wzajemne stosunki stały się bliskie, przyjacielskie.

Pan magister, pieszczotliwie przechrzczony przez własną żonę z Janka na „Dziubdziulka”, postanowił zająć się moją edukacją.

Panowała słoneczna wiosna. Do ogrodowej altanki dochodził świergot ptaków, a rozkołysane, młode gałązki rzucały uspakajający cień. Przekonany byłem, że miejsce to nadaje się do wszystkiego, tylko nie do nauki.
I aż dziw, że w tak niekonwencjonalnych warunkach pan Janek potrafił bardzo szybko wytłumaczyć to, co nie docierało do mnie przez tyle szkolnych lat:

„Rachunki to nie liczenie, lecz myślenie.”

Miasto

Stara sanitarka wojskowa, przerobiona na prymitywny środek transportu, przywoziła rano do pracy w szpitalu ludzi z miasta. W drodze powrotnej wykorzystywałem jej jałowy kurs, żeby dostać się do gimnazjum.
Chodziłem do 8b. Czułem się obco w miejskim otoczeniu — wszystko było inne, i tylko Artur przypominał utracone królestwo rozległych łąk.
Poznawałem „nowe” i coraz dotkliwiej odczuwałem jego ciężar. Nie wychodziłem jednak ze świata dziecięcych marzeń. Pogoń za nieograniczoną przestrzenią będzie się zresztą wlec za mną przez całe życie.
A szkoła, niestety, nie miała w programie lekcji z marzeń.

Odkryłem sport — i wbrew pozorom tego olśnienia nie doznałem dzięki kolegom. Zamiłowanie do koszykówki, lekkoatletyki i gimnastyki zawdzięczałem niezapomnianemu profesorowi wychowania fizycznego, panu Mrozkowi. To dzięki niemu zrozumiałem, że tylko to, co się robi z sercem, robi się naprawdę dobrze.
W tamtych czasach, pochłonięty sportem, zabawą i rozrabianiem, nie miałem czasu na analizowanie podobnych mądrości. Przypuszczalnie z tego powodu parę razy dostałem od kolegów w zęby — co, rzecz jasna, nie miało wpływu na mój gimnazjalny poziom, a jedynie wywołało niezrozumiałe rozżalenie.

Duża przerwa, korytarz z wyfroterowanym linoleum. Koledzy zaczepiają dziewczyny, a ja ślizgam się na filcowych pantoflach. Czyjaś wystawiona noga kończy szaleństwo. Podnosząc się z podłogi, widzę dziwnie wykrzywioną rękę.

Na stole zabiegowym leży, owinięty bandażem, drewniany klocek — przyrząd o trójkątnym przekroju, którym ojciec prostuje moje przedramię.
Ojciec był fachowcem — nawet gdy chodziło o własnego syna, potrafił zachować spokój. Znieczulenie nie wchodziło w grę, lecz w końcu był to zabieg rodzinny.
Cykl formowania moich kości powtórzył parokrotnie. Gdy w końcu uzyskał idealną linię, odpowiadającą wymogom anatomii, pan Pawełek mógł założyć gips.

Na nieszczęście dla kolegów, z usztywnioną ręką mogłem chodzić do „budy”. Odwdzięczałem się więc za wszystkie razy i kuksańce. Biały opatrunek był wystarczająco twardy, by skutecznie wyrównywać rachunki.

Dziewiąta klasa to już ostra nauka. Polski szedł mi koślawo — boleśnie odczuwałem skutki podstawówki. Popełniałem straszne błędy ortograficzne, a pan profesor Skórny nie miał ochoty korygować ich okiennym sposobem.
W rezultacie nie przeszedłem do następnej klasy. Rodzice zrobili tragedię, nie wiedząc, że wyjdzie mi to na dobre.

Bez względu na wszystko pojechaliśmy nad morze — na tradycyjne, dwumiesięczne wakacje.
Jedyne miasto, które znałem, to Sopot; spędzaliśmy w nim zawsze letnie dni pełne swobody, słońca i morza.

Sierpień zbliżał się ku końcowi. Skóra nie reagowała już na promienie lejące się z błękitnego nieba, w Operze Leśnej ucichła muzyczna wrzawa.
Nie było mi jednak smutno, jak zazwyczaj przy pożegnaniu lata. Wręcz przeciwnie — włoskie lody zaczęły inaczej smakować, plaża i molo przybrały odświętny wygląd, a rzeczy dookoła stały się radośnie kolorowe. Miały zapach olejku, jakiego używała Ania.
Siedziała z matką w sąsiednim grajdołku, wesoło potrząsając mokrymi kucykami.

— Lody! Lody dla ochłody! Lody, pingwin, lody pingwin!

Byłem pierwszy przy białej skrzynce niesionej przez faceta w podkasanych spodniach. Za moimi plecami ustawiła się kolejka.

— Chyba byłam przed tobą? — usłyszałem.

Kokieteryjny uśmiech dziewczyny, pogłębiony dołeczkami w policzkach, usprawiedliwiał rozpychające się biodra. Krople morskiej wody kapały jej z nosa.

— Jak masz na imię? Ja jestem Ania.

Wolno zbliżaliśmy się do grajdołków.

— Co się tak gapisz na mnie? Jedz lepiej lody — zobacz, topią się.

Z niebieskich oczu tryskały iskierki wesołości.

— Chodź, pójdziemy lepiej na plażę przy Grand Hotelu.

Biegliśmy po ubitym piasku, omijając wyrzucone na brzeg meduzy. Ania pociągnęła mnie za rękę do wody — dała nura, chowając się w pianie nadpływającej fali.
Lubiłem nurkować; ośmielony więc skrytością wody, zbliżyłem się bardzo blisko. A Ania, zupełnie niespeszona, śmiała się tylko wesoło, rozbryzgując wodę wokół.

— Masz kartę pływacką?

Nie wiedziałem, o co chodzi, pochłonięty czymś zupełnie innym.

— Moglibyśmy wynająć kajak — potrzebna do tego jest karta.

Nie miałem. Szliśmy więc dalej, zostawiając z tyłu wypożyczalnię.
Pod molem było zawsze półmroczno i chłodno; spokój zakłócały tylko kroki spacerujących górą wczasowiczów.
Nagle uśmiech Ani przybrał odcień tajemniczy. Jej pocałunek sparaliżował mnie całkowicie. Zbliżenie trwało krótko, a gdy po tej wspaniałej chwili oprzytomniałem, zobaczyłem już tylko w oddali, w promieniach słońca, falujące figlarnie kucyki dziewczyny.

Czy to była moja pierwsza miłość? Na pewno tak. Zrobiłbym dla niej wszystko — o czym, jak przypuszczam, doskonale wiedziała.
Nadszedł jednak dzień, w którym grajdołek Ani pozostał pusty. Szkoda, że zabrakło nam czasu.

Babcia Ola, odkąd ją pamiętam, była niezależną kobietą. Nie przelewało się jej, ale też nigdy nie miała problemów finansowych. Uczyła w Technikum Zawodowym języka rosyjskiego — i posługiwała się nim bieglej niż polskim.
Wychowana w Petersburgu, gdzie chodziła do szkół, z uwielbieniem wspominała czasy carskie. Wypływało to z koligacji i funkcji jej dziadka oraz ojca na dworze panującym — do czego w Polsce Ludowej, rzecz jasna, przyznać się nie mogła.
Do naszego prowincjonalnego życia odnosiła się z pobłażliwym dystansem, co mimo wszystko nie uchroniło jej przed częstymi starciami z ojcem.

Od babci dostałem na piętnaste urodziny pół roweru — całe pięćset złotych.
Z dołożeniem drugiej połowy nie kwapili się rodzice, by w końcu wymyślić warunek wprost nie do spełnienia: „Dostaniesz rower, jak będziesz ważył sześćdziesiąt kilogramów!”.
Nie byłem szczupły, ale do wyznaczonej granicy sporo brakowało. Z entuzjazmem zabrałem się jednak za jedzenie.
Mijały tygodnie, kończyło się lato, a waga wciąż niebezpiecznie daleka była od wymaganej. Zdawałem sobie sprawę, że jeśli nie uporam się szybko z tym problemem, rodzice mogą zimą zapomnieć o obietnicy.
Cóż jednak zrobić, żeby zatrzymać w sobie zjadane kilogramy? Odpowiedzią — jak zwykle prostą — był węgiel.
Zjadane przez trzy dni między posiłkami czarne tabletki poskutkowały. Obciążony wewnętrznie aż po granice wytrzymałości, dociążyłem kieszenie czym tylko się dało i poszedłem na wagę.
Nauka fizyki w praktyce: masa, ciężar i nadzieja w jednym ciele.
W Miejskiej Przychodni Zdrowia, gdzie po południu pracował ojciec, rolę arbitra przejęła pielęgniarka. Zważyła mnie bez nakazu rozbierania.
Choć brakowało jeszcze pół kilograma, wynik został naciągnięty — i przez ojca zaliczony.

O „faworycie” z przerzutką nie mogłem nawet marzyć — za dużo kosztował. Ale co tam! Czerwona „wolnobieżka” ze sportową kierownicą też była wspaniała.
Stała w moim pokoju przy łóżku, a zapach jej świeżego lakieru i smaru pamiętam do dziś.

Pierwsza wycieczka do Polanicy. Upajający pęd, długi zjazd z szalejowskiej górki, park zdrojowy, woda o smaku zgniłych jaj, nogi jak galareta — i nieustanne drżenie z emocji.

Szeroka aleja wysadzana klonami, stare budownictwo, wysokie sufity. Mieszkający tu doktor Linder wyjechał do Izraela, pozostawiając mojemu ojcu praktykę lekarską wraz z mieszkaniem.
Nie tęskniłem za miastem, ale zaczynałem doceniać jego zalety. Żyłem wśród gimnazjalnych kolegów, a do szkoły miałem ledwie pięć minut.

W nowej klasie poczułem się pewnie — wszystko już znałem. Polubiłem nawet język polski, prowadzony przez profesora Krzyka, a stało się to dzięki kierowniczce Domu Kultury.
Atrakcyjna kobieta, przyjaciółka młodego poety, uczyła mnie w czasie domowych korepetycji precyzji, a zarazem lekkości w formułowaniu myśli.

Tylko łacina pozostała zmorą. Nie potrafiłem przemóc się do pamięciowego kucia.
Do całkowitej tragedii dochodziło, gdy ojciec oferował pomoc w tym przedmiocie. Przypominał sobie wtedy słówka, deklinacje, koniugacje — i strasznie się denerwował, że mój poziom tak bardzo odbiega od ucznia z przedwojennego, humanistycznego gimnazjum.

Natomiast sport pozostał na pierwszym miejscu — w szkole i poza nią.
Należałem do dwóch drużyn: gimnastycznej i koszykówki, często biorących udział w zawodach międzyszkolnych i wojewódzkich.
W sumie czas mój podzielony był między naukę, sport i… Irenkę.

Kruczowłosa dziewczyna, do której cały czas zalecał się jasnowłosy Jasiu, denerwowała mnie od początku nienagannością prymuski. Wyglądało to tak, jakby chciała popisywać się erudycją i inteligencją.
Z czasem jednak odkryłem, że koński ogon nie musi służyć wyłącznie do pociągania, a w czerni jej oczu można dostrzec coś z chwili spędzonej pod sopockim molem.

Na stadionie „Spójni” często odbywały się lekcje wychowania fizycznego. W czasie jednej z nich postanowiłem zaprezentować mój nowy rower. Mało było takich szczęśliwców.

— Daj się przejechać.
— Nie dasz rady na tej wyścigówce, ale jak chcesz, mogę cię przewieźć.

Irenka wsiadła na ramę, a dwie rundy wokół boiska wystarczyły, by wyzwolić gorące uczucie.

Historia gimnazjum nie zanotowała tak zakochanej pary. Zawsze byliśmy razem — w klasie i poza nią, w kinie i na wycieczce, latem i zimą.
Moje życie nabrało innego wymiaru; zaczęło bić specyficznym rytmem. Rytmem, w którym najgłośniej pulsowała młodzieńcza namiętność.
Na szczęście serce miało kondycję sportowca.

Auto

Rodzic mój nie miał nigdy roweru, a co dziwniejsze – nigdy nie nauczył się jeździć na dwóch kółkach. Jego wielką namiętnością była woda. W czasie dalekich podróży, pływając po morzach i oceanach, chciał docierać do nieznanych brzegów.
Służbę w Marynarce Wojennej przerwał dramatyczny wypadek, zakończony trepanacją czaszki. Potem, z przyjaciółmi, wybudował potężny, pełnomorski jacht, na którym – z przyczyn finansowych – do wielkiej przygody nigdy nie doszło.
Pozostały mu tylko fale marzeń, które całą życiową pasję skierowały na tory czterech kółek.

Pierwszymi były szprychowe, z fabryki Audi – przemierzały przedwojenne, polskie bezdroża.
Zaraz po wojnie kupił opla-olimpię: poniemiecki, zdewastowany gruchot, na którym nieprzerwanie wyżywali się znajomi mechanicy.
Auto, mimo wszystkich wad, jeździło – a dzięki temu cała rodzina przeżywała niezapomniane, czasem bardzo mocne wrażenia.
Zresztą samochód w tamtych czasach stanowił rzadkość, a samo poruszanie się było obwarowane tyloma przepisami, że trzeba było mieć w sobie sporo fantazji, by w ogóle gdzieś pojechać.

Pewnego wieczoru wracaliśmy z meczu bokserskiego w Ołdrzychowicach, gdzie ojciec, dorywczo, pełnił funkcję lekarza sportowego.
Zatrzymało nas dwóch milicjantów – zażądali okazania dokumentów.
Podany im przedwojenny, mocno zniszczony, pożółkły papier obracali ze zdziwieniem na wszystkie strony.

– Obywatel nieupoważniony jest do prowadzenia pojazdu! To prawo jazdy jest nieważne!

Ojciec zaczął tłumaczyć, że nie wiedział, że nie przypuszczał, ale na milicjantach nie robiło to żadnego wrażenia.
Ich twarze twardniały z każdą chwilą.

– Może panowie pojedziecie ze mną do domu i tam wyjaśnimy tę sprawę – zaproponował ojciec.

Mundurowi wyrazili zgodę i wsiedli do auta, szybko zmieniając temat rozmowy na mniej oficjalny.

Mama błyskawicznie przygotowała uroczystą kolację.
Spiżarnia nigdy nie świeciła u nas pustkami – wdzięczni pacjenci rewanżowali się w naturze, a w okresie świąt wielkanocnych półki uginały się pod zapasami.
Stół ugiął się teraz pod półmiskami z szynką, polędwicą, kiełbasami, sosami i przyprawami.
Nie zabrakło oczywiście kieliszków. Goście zajadali z apetytem, ani na chwilę nie zapominając o toastach wznoszonych na cześć zdrowia.
Na koniec ojciec pomógł biesiadnikom wsiąść do samochodu, a mama przygotowała pożegnalny kosz – wypchany wędlinami i makownikami własnego wypieku.

Na taką wyrozumiałość stróżów porządku nie zawsze mogliśmy liczyć, choć gościnność pielęgnowano w naszym domu nieustannie.

Chcąc pojechać autem do innego województwa, trzeba było załatwić specjalne pozwolenie z przydziałem kilometrów. Urzędnik dokładnie określał trasę, a podróż należało odbyć w najkrótszy możliwy sposób.
Na specjalnym formularzu trzeba było prowadzić zapis pokonanego dystansu.
A cóż zrobić, jeśli chciało się zobaczyć coś, co nie leżało na oficjalnej marszrucie?
Całkiem proste – trzeba było mieć zapas kilometrów.

Ojciec miał na to dwa sposoby.
Przy planowanym wypadzie – odkręcaliśmy linkę szybkościomierza.
Gdy jednak spontanicznie zjeżdżaliśmy z trasy, trzeba było później cofać licznik.
Tę żmudną pracę, po wymontowaniu mechanizmu, najlepiej wykonywało koło zamachowe maszyny do szycia – ręczne kręcenie trybikami do tyłu trwałoby wiecznie.

W jednym i drugim przypadku ojciec musiał jednak prowadzić urzędowe formularze. Była to czynność, której szczerze nie znosił; gdy w wydrapywanej rubryce wypadała dziura, nie pozostawało nic innego, jak podklejanie i mozolne poprawianie.

W drodze powrotnej znad morza dokument ten wyglądał już jak ofiara losu.
Na Śląsku, w okolicach Mikołowa, zatrzymał nas milicjant. Sprawdził papiery, po czym, z ironicznym uśmiechem, przystąpił do kontroli przejechanych kilometrów.
Wyjął kredę i na dachu naszego auta zaczął podsumowywać kolumny cyfr.
Wynik zgadzał się ze stanem licznika, a limit, uwzględniający odległość do domu, nie został przekroczony.
Milicjant zmazał obliczenia rękawem i rzucił z pobłażliwym rozbawieniem:

– Oj… cwanyś, doktorku, cwanyś!

Mogliśmy jechać dalej. I jeździliśmy tak dalej.

Targi Poznańskie były w tamtych latach oknem na świat – świat odgrodzony od zachodu, a zarazem wymarzonym pretekstem do podróży.
Czerwiec, miesiąc rodzinnych urodzin, kojarzył się głównie z tą wyprawą.
W czasie jednej z pierwszych podróży nic nie zakłócało wspaniałego nastroju.
Opelek spisywał się dzielnie – na początku drogi wykazał się wręcz wybitną formą: dojechał na trójce aż do połowy jurandowskiej górki.
To miejsce, oznaczone kamienną studzienką, było zawsze miernikiem kondycji samochodu.

Ojciec nie miał powodów do zmartwień, mama żadnego czarnego kota na horyzoncie – mogliśmy więc z Krysią rozrabiać do woli na tylnym siedzeniu.
Do Poznania pozostawało kilka kilometrów. Poranna mgła jeszcze się nie rozproszyła.
W perspektywie klonowej alei, tuż za zakrętem, widać było zmianę nawierzchni: asfalt przechodził w kostkę.

Za chwilę powietrze przeciął gardłowy, przerażająco głośny okrzyk:

– Jezusmaria!

Opelek wpadł w poślizg. Ojciec gwałtownie kręcił kierownicą; lecieliśmy raz na drzewo z prawej, raz z lewej strony.
Czułem już bezwładny ruch pojazdu i wiedziałem, że spotkanie z kolejnym klonem jest nieuniknione.
Na szczęście tylko się o niego otarliśmy. Za nami została obdarta kora drzewa, a na nas wylądowała zawartość bagażnika.

Jesteśmy w rowie. Czuć zapach benzyny. Widzę zalaną krwią twarz mamy.
Panuje przerażająca cisza. Ojciec próbuje złapać powietrze.
Jacyś ludzie podbiegają, podnoszą samochód, pomagają nam wyjść.
Wychodzę przez rozbitą szybę.

Przygodni podróżni zabierają rodziców i odjeżdżają.
Siedzimy z Krysią na trawie, rozcieramy obolałe miejsca, a z naszych gardeł nie może wydobyć się nawet łkanie.
Siedzimy tak długo, strasznie długo.

W hotelu byli już rodzice – mama z opatrzonym nosem, ojciec z zabandażowanymi żebrami.
Wpadliśmy sobie w ramiona; nie przeżyłem dotąd równie serdecznego powitania.

Następnego dnia, na terenach targowych, oglądaliśmy wspaniałe samochody.
Przy amerykańskich krążownikach można było tylko wzdychać, ale przy czeskiej skodzie ojciec zatrzymał się dłużej, zamyślony, z tym swoim półuśmiechem i melancholią w oczach.
– Nie chciałbym żyć, gdybym nie mógł jeździć takim autem – wyszeptał.

Przypuszczam, że nie ma chłopców, którzy nie marzą o prowadzeniu samochodu.
Jedni, z różnych powodów, nigdy tego marzenia nie spełniają.
Ja należałem do tych szczęśliwych, którzy – choć nie bez trudności – zrobili to wcześnie.

Nie zaczynałem jak inni, na kolanach ojca. Rodzic mój był na to zbyt dumny, choć w tym wypadku usprawiedliwiony: między jego brzuchem a kierownicą nie zmieściłaby się nawet sprzączka od paska.

Na Szajbie samochód stał w garażu, a w mieście – odpoczywał pod chmurką, przed domem.
Włączenie zapłonu nie stanowiło problemu: od zawsze zamiast kluczyka używano śrubokrętu.
Któregoś popołudnia, znudzony udawaniem kierowcy, zapragnąłem usłyszeć prawdziwy warkot silnika.
Załączyłem stacyjkę, nacisnąłem starter – i oto, jakże proste: motor zadrżał.
Sprzęgło, pierwszy bieg – i samochód ruszył.
Ogarnęło mnie uczucie triumfu. Od tej chwili żadna okazja nie mogła się zmarnować: dziesięć metrów do przodu, dziesięć do tyłu.
W nieskończoność.

Robiłem to w pełnej tajemnicy przed rodzicami.
Po jakimś czasie zmartwiony ojciec stwierdził, że trzeba oddać motor do remontu – spalał „niesamowite ilości” benzyny.
Nie było wyjścia: musiałem ograniczyć samokształcenie.

Jedną z pasji profesora Maleckiego, który uczył nas przysposobienia wojskowego, były samochody.
Doprowadził do stanu używalności starego jeepa pamiętającego czasy wojny, i jeżdżąc nim, wzbudzał zachwyt wszystkich chłopców.
Nie wiem, ile było w tym dydaktycznego zamysłu, a ile czystej przyjemności, w każdym razie zorganizował kurs prawa jazdy, który sam poprowadził.
Nauka była niemal bezpłatna – rodzice płacili tylko za benzynę, a państwowy egzamin kosztował symboliczne kilka złotych.

Jazda samochodem i motorem nie sprawiała trudności.
Z przepisami ruchu radziliśmy sobie świetnie, ale prawdziwą satysfakcję dawała znajomość budowy pojazdu.
Tu stawaliśmy się ekspertami – nie tylko w teorii.
Pomagał nam w tym wyjątkowy eksponat: stojący na ostatnim piętrze gimnazjum, skonstruowany przez samego profesora, ażurowy samochód.
Każdy zespół – od silnika po most napędowy – można było obserwować jak w zegarku.

Nikt spośród uczestników kursu nie miał takich podwórkowych możliwości jak ja.
Dzięki temu za kierownicą czułem się pewnie.
Zauważył to sam profesor i postanowił mnie wyróżnić w sposób nietypowy.

Do gimnazjum przyjechały praktykantki po studiach, więc pan Malecki, z właściwą sobie energią, zorganizował wycieczkę po Kotlinie Kłodzkiej.
Dysponował warszawą i jeepem, lecz spośród całego grona nauczycielskiego tylko on miał prawo jazdy.
I właśnie w tej sytuacji to ja zostałem wytypowany na drugiego kierowcę.

Nie muszę mówić, z jaką satysfakcją w pogodny, niedzielny ranek usiadłem za kierownicą jeepa.
Przodem jechał profesor ze starszą częścią wycieczki, a ja z pozostałymi miałem podążać „krok w krok”.
Posłuszny nakazowi, upajałem się jazdą.
Jeep jednak pracował na pół gwizdka, bo warszawa – wioząc na swoich barkach ciężar odpowiedzialności – poruszała się jakby na zwolnionym filmie.
Wpadłem więc na pomysł: z górki zjeżdżać wolniej, a potem, gdy prowadzący zniknie za zakrętem, naciskać gaz do dechy.

Jakież to było wspaniałe!
Jeep wył, koła podskakiwały na kamieniach, a wiatr smagał twarz.
Powtarzające się szaleństwo przerwał dopiero postój.
Blada część załogi, którą wiozłem, nie doceniła moich rajdowych umiejętności, a profesor – z nieodłączną ironią – nakazał „utrzymywać dystans”.

Wszyscy uczestnicy gimnazjalnego kursu, w tym moja mama, zdali egzamin bez problemu.
Prowadziliśmy doskonale, z przepisów moglibyśmy zagiąć każdego milicjanta, a w kwestii mechaniki – spokojnie podjęlibyśmy pracę w warsztacie samochodowym.
Największym perfekcjonistą był Jacek – on we wszystkim nie miał sobie równych. Jazdę na swojej jawie, czeskim motorze z charakterem, doprowadził do cyrkowej precyzji. Gdy blokował przedni hamulec, jego kółko miało idealny kształt, a na asfalcie zostawał czarny, okrągły ślad – jakby odciśnięty stempelek z napisem: tu panował Jacek.

W szesnastym roku życia otrzymałem prawo jazdy.
Do pełnoletniości rodzice odpowiadali za moje czyny, co nadawało całej sytuacji osobliwy urok.
Posiadanie prawa jazdy nie oznaczało jednak, że mogłem prowadzić samochód ojca.
Taka przyjemność wymagała cierpliwości, próśb, podchodów i – przede wszystkim – dyplomacji.
Zdarzało się to rzadko, a przyjętą formą podziękowania było ucałowanie rodzica w rękę.

Profesor medycyny Krass, dawny przełożony ojca z Akademii Lwowskiej i Katowickiej, lubił odwiedzać swojego byłego asystenta.
Pewnego razu przyjechał nową warszawą i zabrał nas na wycieczkę.
Niby drobiazg, ale to właśnie wtedy na poczciwego opelka został wydany wyrok.

W tamtych czasach, by kupić samochód, nie wystarczyło mieć pieniądze.
Trzeba było uzyskać przydział, a do tego – znajomości.
Rodzicom udało się jedno i drugie.
W deszczowy, jesienny dzień odbieraliśmy prosto z Żerania wymarzoną warszawę.
Wszystko pachniało świeżością, silnik pracował majestatycznie.
Po błyszczącej, jasno-beżowej powierzchni lakieru ślizgały się krople deszczu.
Siedzieliśmy we troje na przedniej kanapie, komfortowo, w ciszy przerywanej tylko szumem kół rozbryzgujących wodę.
Czułem się, jakbyśmy naprawdę szybowała w powietrzu.

Opelek – nasz kochany maluch – potrafił jeździć bez oleju, a luzy w panewkach korygowały żyletki.
Zasług nie można mu było odebrać, ale nie wytrzymał konkurencji z nową warszawą.

Za tylną szybą zapomnienia oddalał się stary samochód, a z nim odchodziło moje dzieciństwo.

Nowy Rok

Od dzieciństwa lubiłem towarzyszyć dorosłym przy brydżu, ale dopiero wujek Wilu pokazał mi, co znaczy prawdziwa namiętność gry w karty.

Na Święta Bożego Narodzenia i Nowy Rok zjeżdżała do nas cała rodzina. Główną postacią był wujo Wilu – człowiek, który wszystkim potrafił udzielić swojej pasji. W Czerniowcach odnosił sukcesy jako piłkarz, później oczarowywał kobiety ogładą salonową i wytwornym tańcem. W małżeńskie sidła nigdy się nie dał złapać, a mimo życia w samotności nie nabrał cech starego kawalera.

Oczekiwane przez wszystkich wyjście wuja z łazienki – ogolonego, pachnącego wodą kolońską – było sygnałem do rozpoczęcia karcianego maratonu. Graliśmy do późnego wieczora, przerywając jedynie na posiłki.
Rano obowiązkowo kierki, i to zawsze na pieniądze. Ustalona przez wuja stawka młodzieżowa wynosiła dziesięć groszy. W jednej partii, przy wyjątkowym pechu, można było przegrać nawet osiem złotych – kwotę stanowiącą niemałą część mojego szczupłego budżetu.

Wujek, urodzony hazardzista, traktował grę z pełną powagą i tego samego wymagał od innych.
Karta stół! – krzyczał, a po takim ostrzeżeniu nie pozwalał już na cofnięcie ruchu, choćby chodziło o błahostkę. Napięcie, które potrafił wprowadzić, rozładowywał zaraz potem dowcipem lub powiedzonkiem.

W Pińczowie dnieje! – wołał, gdy ponaglana Krysia nie mogła zdecydować się, jaką kartę zagrać, i w końcu wyrzucała na chybił trafił jakąś blotkę.
Zagrałaś jak Mendelssohn! – dorzucał z satysfakcją, a policzki siostry natychmiast pokrywał rumieniec.

Tylko ciocia Bumcia potrafiła zachować zimną krew i ripostować z godnością.
– Wilu, nie cygań! Przecież wiem, że masz jeszcze jednego pika.

A Wilu jednego nie znosił – przegrywać.
W takich chwilach jego sportowa przeszłość ustępowała miejsca charakterowi prawdziwego hazardzisty.
– Bumka!… Przestań nareszcie zaglądać w karty! Idź lepiej do kuchni, coś pomóc!
– Dobrze, dobrze… Połóż tylko tę dziewiątkę pik – odpowiadała z udawaną uległością.

Po obiedzie do gry zasiadali już wszyscy domownicy. Nieraz karty rozdawano przy dwóch stolikach. Najczęściej gościł na nich brydż, a gdy brakowało „wykwalifikowanej” czwórki – przechodziliśmy na kierki. W ostateczności wujek stawiał pasjansa albo przygotowywał nas do labeta.

Największa uroczystość rodzinna przypadała na pierwszy dzień stycznia. Nowy Rok łączył się nierozerwalnie z imieninami ojca. Tego dnia dom pękał w szwach – zjeżdżała bliższa i dalsza rodzina, przyjaciele, znajomi. Zgodnie z tradycją wszyscy zasiadali do dużego stołu, którego ustawienie w obrębie dwóch pokoi przysparzało zawsze niemałych trudności. Jeszcze większym wyzwaniem było usadzenie gości, bo rodzice przywiązywali wagę do wieku, stanowiska i – nie da się ukryć – majętności.

Jadło się obficie. Stół uginał się pod kiełbasami, szynkami, pieczeniami, domowym pasztetem. Powietrze wypełniał zapach polędwicy w sosie własnym i gołąbków ze skwarkami. Na przystawkę obowiązkowo zimne nóżki, po północy bigos i czerwony barszcz.
Piło się jeszcze więcej – rzeka wódki płynęła szeroko, z drobnymi dopływami koniaku i dżinu. Coraz dostojniejsi goście wznosili coraz wspanialsze toasty, coraz częściej rozbrzmiewało „Sto lat”, coraz szybciej kursowała mama między kuchnią a pokojami, a rumieniec na twarzy solenizanta stawał się coraz intensywniejszy.

Promień szczęścia ogarniał także mnie – i nie było już ważne, że nie dostanę wymarzonych butów narciarskich.
Za to raz, po sprzedaniu wszystkich pustych butelek, kupiłem sobie tenisową rakietę – pierwsze prawdziwe trofeum noworocznej gorączki.

Pierwszy telewizor

Jedenasta klasa – niedaleko już do egzaminu dojrzałości. Wiele sobie po nim obiecuję, choć wiem, że nie od razu nastąpi zmiana w moim „dorosłym życiu”.
Czuję się pewny – należę do najlepszych uczniów. Fizyka, wykładana przez pełnego zapału profesora Bożka, wciągnęła mnie tak bardzo, że wybieram ją jako dodatkowy przedmiot maturalny.

Co jednak będę robić dalej? Rzadko zadaję sobie to pytanie, może dlatego, że nie znam odpowiedzi.
Mama strasznie chce, żebym poszedł na medycynę – kategorycznie odrzucam ten wybór; szkoda mojej „matematycznej głowy”. Mam nawet obiecanego „Mikrusa” w nagrodę za pójście w ślady ojca. Ale młodzieńczy idealizm nie wie jeszcze, co to konformizm – choć przyznam, że wizja własnego samochodu rozpala wyobraźnię.
Ojciec daje mi całkowicie wolny wybór, nie pozostawiając jednak cienia wątpliwości, że studia skończyć muszę.

Od dawna pociąga mnie majsterkowanie, lecz marzenie o Wydziale Mechanicznym upada szybko – mama stanowczo oświadcza:
– Nie będziesz całe życie chodził z brudnymi rękami!

Młodzieńcze marzenie o konstruowaniu statków również spala na panewce:
– Na Politechnikę Szczecińską? Na drugi koniec Polski!? Nie! To za daleko od domu!

Za daleko… albo po prostu zbyt blisko, bo właśnie tam, na Akademii Medycznej, planowała studiować Irenka.

Szkoła Filmowa w Łodzi? – też nie wchodzi w grę.
Cóż więc mogłem robić? Samo dostanie się na studia, przy braku „punktów za pochodzenie”, stanowiło problem. Na stypendium czy akademik nie miałem co liczyć – studia zależały całkowicie od materialnej pomocy rodziców, a więc z ich zdaniem musiałem się liczyć.

– Architekt – to brzmi nieźle. Między projektowaniem domów a konstruowaniem statków jest różnica, ale dlaczego nie?
Tylko czy ja w ogóle umiem rysować?

Starszy artysta-plastyk, człowiek o ascetycznej twarzy, rozpoczął naukę od pokazania mi, jak trzymać ołówek – to zrozumiałem od razu. Martwa natura zajęła mi długie godziny i szło mi nawet nieźle, ale… brakowało w tym pasji. W końcu doszedłem do wniosku, że moje zdolności artystyczne stoją daleko w tyle za matematyczno-fizycznymi.

Nie miałem więc pojęcia, na jakie studia pójdę. Było to jednak zmartwienie drugoplanowe – czas miał rozwiązać tę zagadkę.
Przede mną była matura i… studniówka.

Pewnego popołudnia, gdy siedziałem nad książką, usłyszałem uroczysty głos mamy:
– Andrzeju, chcemy kupić telewizor… ale musisz przyrzec, że nie wpłynie to ujemnie na twoją naukę przed egzaminami.

W jadalni, na honorowym miejscu, stanęła ciężka skrzynka z płaską szybą. „ORION” – gwiaździsty napis gwarantował najwyższą jakość. I faktycznie – ten węgierski telewizor nigdy nas nie zawiódł.

Z zaciekawieniem oglądałem pierwsze programy. To nowe osiągnięcie techniki wzbudzało niekłamany zachwyt.
A jednak, mimo nowego „okna na świat”, wolny czas spędzałem jak dawniej – na sporcie i… z Irenką.
A co do nauki przedmaturalnej? Nikt by nie uwierzył: nauka na tym skorzystała.

Teraz nikt już wieczorem nie zasiadał przy okrągłym stoliku przykrytym kocykiem. Nikt nie tracił czasu na choćby jednego, małego roberka.

Czerń i biel

Wiele barwnych postaci przewijało się przez nasz dom. Do czarnej sutanny przyzwyczajałem się od najmłodszych lat.

I tak – przez wszystkie lata pobytu na Szajbie sąsiadowaliśmy z księdzem Olepikiem. Codzienne kontakty, nawet te przyjemne, jak częstowanie anyżkowymi ciasteczkami, nie zbliżyły mnie nigdy do niego; po prostu nie rozumiałem jego słów.
Ksiądz Olepik miał wrodzoną wadę wymowy – ciężko, przez nos, z dużym wysiłkiem, wycedzał pojedyncze wyrazy.
Na co dzień unikałem go – inaczej wyglądała sprawa w niedzielę. Na kościelnym balkonie, gdzie wchodziliśmy bezpośrednio z budynku szpitalnego, długie minuty jego kazania stanowiły katusze. Nie dość, że nie docierało do mnie słowo Boże, to w tym czasie nie mogłem huśtać się na dechach napędzających miechy organów.

Ksiądz Olepik, poza tym, uosabiał całkowitą nieistotność spraw doczesnych.
Gdy w czasie procesji Bożego Ciała Krysia sypała kwiatki, ja z przejęciem wpatrywałem się w jego postać. Duchowny, przyozdobiony złotym, bogato haftowanym ornatem, widzący jedynie hostię, prowadzony pod baldachimem przez dwóch szpitalnych ordynatorów, wyglądał, jakby tylko przez przypadek dotykał ziemi.

Po przeprowadzce do miasta kontakt z księdzem Olepikiem ograniczył się do spotkań podczas wielkich uroczystości rodzinnych. W naszym domu pojawiła się natomiast nowa, tym razem biała sutanna – osoba duchowna o zupełnie innym temperamencie.
Ojciec Piotr, młody i pełen energii, nie przypominał w niczym znanego nam proboszcza. Należał do zakonu Sercanów – nic, co ludzkie, nie było mu obce. Wpadał często na małą kawkę, zostawał godzinami, uczestniczył w rozmowach i posiłkach. Skupiał na sobie uwagę wszystkich – pachniał dużym światem, bez wysiłku nawiązywał kontakt z ludźmi.
W moim przypadku uzupełniał lukę w edukacji rodzicielskiej, dotyczącej tematów wstydliwych – stał się powiernikiem najintymniejszych spraw. Nastolatkowi, czującemu już „wolę Bożą”, potrafił w sposób prosty wyjaśnić problemy związane z dojrzewaniem. Nie groził piekłem; sprowadzał te sprawy, o których tyle słyszałem na religii, nie do grzechu, lecz do zwyczajnej potrzeby fizjologicznej.

Na lekcje religii, prowadzone w małej salce przykościelnej, Artur przynosił wór ironicznych wątpliwości. Ksiądz katecheta, z którego warg nie znikały nigdy ślady zgęstniałej śliny, nie dawał sobie z nimi rady.
Wszyscy lubiliśmy te polemiczne dyskusje, bo dzięki nim ulatywał w zapomnienie temat lekcji. Nie rozumiałem tylko jednego – dlaczego ksiądz poświęca Arturowi tyle czasu i energii, zamiast wyrzucić go po prostu za drzwi?
Zapytałem o to Ojca Piotra, a w odpowiedzi usłyszałem:
– Kościół ma większy pożytek z jednego nawróconego niż z całego zastępu pobożnych.

Dopiero po latach zrozumiałem wagę tej mądrości. Póki co, byłem wdzięczny Arturowi za nauczenie nas modlitwy, którą witaliśmy katechetę wchodzącego do sali:

Boże, mój ty Boże,
Kiedy ja se włożę?

Gdy ksiądz wznosił zgorszone oczy, kończyliśmy:

Dukata do kasy,
Na te ciężkie czasy!

Pewnego razu, przy niedzielnym obiedzie, w którym uczestniczył Ojciec Piotr, mama – pod wpływem kazania – poruszyła temat wyglądu Boga. Jej wizja, wyniesiona z domu rodzinnego, brzmiała krótko:
„Pogodny staruszek z siwą, długą brodą.”

Ze zdziwieniem zauważyłem, że Ojciec Piotr nie oponował. Przecież tyle razy dyskutowaliśmy o Bogu, utożsamiając Go z nieskończonością, wielkością, dobrocią – ale nigdy z uśmiechniętym „diadiuszką”.
Nie zabrałem głosu, a potem, na osobności, zapytałem Ojca Piotra:

– Jak to możliwe? Przecież mama nie wyrosła z dziecięcej wiary. Powinien Ojciec spróbować zmienić te śmieszne poglądy małej dziewczynki, a nie utwierdzać ją w nich.
– Nie, nie – odpowiedział z uśmiechem. – Właśnie dzięki takiej wierze twoja matka jest szczęśliwa.

Coś mi się nie zgadzało. Wierzyć, byle wierzyć – nieważne w co?
Dłuższe siedzenie okrakiem na barykadzie stawało się niewygodne; nie wiedziałem tylko, którą nogę mam przełożyć.

Polonez

Na czas wkuwania przedmaturalnego ojciec udostępnił mi swój gabinet. Takiego komfortu jeszcze nigdy nie zaznałem.
W przestronnym pokoju, wszędzie – na biurku, stoliku, fotelach – leżały książki, zeszyty, mapy. Z biblioteki wyciągnąłem nawet przedwojenne podręczniki.
Podczas nauki historii, przedmiotu, do którego zawsze podchodziłem z dużymi oporami, nastąpiło dziwne olśnienie. Z suchej wiedzy, rozciągniętej na trudną do ogarnięcia przestrzeń dziejową, zaczął wyłaniać się jasny obraz.
Zacząłem sprowadzać wydarzenia z różnych, odległych miejsc do jednej płaszczyzny czasowej. Dziwiłem się, dlaczego nikt wcześniej nie nauczył mnie tego w szkołach.

Mijały godziny, długie wieczory; zapominałem o posiłkach przynoszonych przez zachwyconą moją pilnością mamę. Z coraz większą satysfakcją wnikałem w detale odległych zdarzeń.
To już nie była nauka w celu zdania matury, ani chęć otrzymania celującej oceny.
Dzięki tym chwilom historia stała się czymś więcej niż szkolnym przedmiotem – stała się żywą opowieścią o losach ludzi.

„Poloneza czas zacząć” – ambicje naszej polonistki miały urzeczywistnić słowa wieszcza. Tańcem musieliśmy rozpocząć studniówkę.
Nie mógł to być polonez à la Andrzejewski; wystąpić należało w ciemnych garniturach, białych koszulach i muszkach.
Do tego stopnia potraktowano występ poważnie, że nawet na prywatkach ćwiczyliśmy majestatyczny krok.

Sto dni do matury. Biel bluzek naszych koleżanek kontrastuje z czernią spódniczek.
Dostojnie, parami, w ustalonej kolejności, wchodzimy do auli – z przejęcia nie słyszę orkiestry; niepokoi mnie dramatyczność pożegnalnego pląsu.

Zabawę przeciągamy do świtu.
Pustymi ulicami odprowadzam Irenkę do domu; namiętność gorących pocałunków zakłóca dziwny smutek.
Wiszący nad rzeką most, zwykle wesoło rozkołysany rytmem naszych kroków, teraz drży niespokojnie.
Jest cholernie cicho.

Trzymam Irenkę w objęciach. Chcę cofnąć czas, odepchnąć żal.
Widok łez w jej oczach – wyrażających dramat utraty czegoś, na co nie jesteśmy przygotowani – wstrzymuje oddech.
Unosząca się nad wodą mgła nie zagłusza naszego łkania.

Matura

Jurek Cyganowski dojeżdżał codziennie pociągiem z Dusznik do „budy” – chodził do XI a.
Choć był dobrze sytuowany – rodzice prowadzili aptekę – złapał gruźlicę. Nasi starzy znali się i ustalili, że do matury zamieszka ze mną.

Zaprzyjaźniliśmy się. Jurek miał sprecyzowane poglądy – wybierał się na prawo. Nie chodził z żadną dziewczyną, ale postanowił, że jego przyszła żona nie może mieć wyższego wykształcenia. Codziennie robił sobie zastrzyki ze streptomycyny – czasami go w tym wyręczałem.

Tuż przed maturą zaprosił mnie na imieniny do Dusznik.
Wchodząc do lokalu, czuliśmy się pewni siebie i bardzo dorośli. Fajne dziewczyny i wino – cóż trzeba było więcej!
Nasze tańce i swawole nie przypadły jednak do gustu miejscowym chłopakom. Poprosili nas „na zewnątrz”. Pełni animuszu stanęliśmy przed napastnikami i pewnie nie skończyłoby się to dobrze, gdyby nie przypadek – dobrze zbudowany przechodzień.

– Pokaż, co tam zaciskasz w pięści!
Posłusznie wyprostowałem palce – z dłoni wyłoniła się plastikowa portmonetka.
– Wsadź to z powrotem do kieszeni i grzecznie maszerujcie do domu! A wy!… zostawcie ich w spokoju!

Oddalaliśmy się pełni godności – nasze koszule pozostały śnieżno białe, podobnie jak nasz honor.
Na opustoszałej ulicy, by podkreślić dobry nastrój i zakończyć imieninową imprezę, strzeliłem dwa salta.

Nocą śniły mi się dziewczyny z restauracji; w tańcu przyciskałem je mocno. W upajaniu się jędrnymi piersiami przeszkadzał tylko portfel. Wsadziłem więc go do tylnej kieszeni spodni i dalej podniecałem się okrągłymi kształtami.
Rano, z niedowierzaniem stwierdziłem, że ani w spodniach, ani w marynarce portfela nie było. Cóż się stało? Przecież nikt mi go nie wyciągnął!

Bez wiary w odnalezienie poszliśmy do Dzielnicowego Komisariatu MO.
Ze zdziwieniem i ulgą dowiedzieliśmy się, że w nocy znaleziono na chodniku portfel. Zatroskany milicjant zapytał, czy czegoś z niego nie ubyło.
Było wszystko – oprócz pieniędzy.

Zbliżała się pisemna matura. Nie tylko nam zależało na pomyślnym zdaniu – nauczycielom również.
Nie wiadomo, jakim cudem, polonistce udało się zdobyć w kuratorium tematy, które dopiero w dniu egzaminu, w zapieczętowanej kopercie, miały trafić na komisyjny stół.
Wszystkich obowiązywała tajemnica – jeden drugiemu przekazywał ją „w zaufaniu”.

Podczas biegu wiatr w plecy jest ułatwieniem; czy nam był jednak potrzebny? Trudno powiedzieć – niemniej wszyscy zawodnicy w dobrej formie dotarli do mety i stanęli przed ustnym egzaminem.
Tam sytuacja się powtórzyła: każdy opracowywał trzy pytania, z góry znając numer, który miał „wylosować”.

Tylko jednej rzeczy nie mogłem przełknąć – tak zwanych „śniadań dla komisji egzaminacyjnej”.

Mama należała do komitetu rodzicielskiego, którego odwieczną tradycją było urządzanie codziennych bankietów dla nauczycieli. Przez wszystkie dni trwania matury rozgorączkowane matki prześcigały się w kulinarnej sztuce, aby zaspokoić podniebienia wysokiej komisji, ponosząc oczywiście pełne koszty tego przedsięwzięcia.

Długo nie dawała mi spokoju ta „nieuczciwość”, ale trzeba przyznać – jakież to było fajne: rumieniec belfra, biesiadny nastrój, koleżeński ton.
Egzamin dobiegł końca, wszyscy byli zadowoleni.
Nawet Artur się nie martwił – źle odpowiedział tylko na jedno pytanie z historii. Nie wiedział, że wielki ludowy bohater Kościuszko miał pochodzenie szlacheckie.
Nie tylko zresztą on jeden – innej wersji nie dopuszczało nasze socjalistyczne wychowanie.

Autostop

Najwyższa pora wybrać kierunek studiów.
Wydaje mi się, że najbliżej architektury znajduje się budownictwo – a dziwnym zbiegiem okoliczności Artur wybiera się na ten sam wydział. Choćby jedna przyjazna dusza w obcym mieście! Niewielu naszych kolegów myśli o dalszej nauce.

Niedługo po urodzinach przyszło zawiadomienie z Politechniki Wrocławskiej: zostałem dopuszczony do wstępnego egzaminu na Wydziale Budownictwa Lądowego. Egzamin miał się odbyć drugiego lipca – zostało więc całe trzydzieści dni na przygotowanie.
Bez względu na jego wynik zaplanowaliśmy z Arturem, niezależnie od zamierzeń rodziców, samodzielne wakacje.

Zamiast punktów za pochodzenie trzeba było znaleźć jakieś poparcie.
Akademia Medyczna to nie Politechnika, ale prof. Krass miał znajomości wszędzie i, pamiętając o lwowsko-rodzinnych powiązaniach, obiecał rodzicom, że je wykorzysta.
Byłem dosyć pewny wyniku, choć pojęcia nie miałem, na jakie studia naprawdę idę.

Egzamin pisemny przeszedł bezproblemowo, podobnie ustny – dopóki nie pojawiła się mgr Smutkowska.
Rozlało się morze pytań; wzburzone fale pozwalały utrzymać się na powierzchni tylko pierwszym słowom odpowiedzi. W podobnym sztormie znalazła się jeszcze jedna kandydatka.
Wyłożyłem się – a raczej zostałem zatopiony – przez fale radiowe. Pokręciłem długości i zakresy, a przy precyzowaniu częstotliwości stacji nadawczych spod wody wychodziły już tylko bąbelki.

Na korytarzu z niecierpliwością oczekiwaliśmy na rezultat.
Do gabinetu wezwano nas razem. Stanęliśmy przed obliczem mgr Smutkowskiej – i wtedy okazało się, że to właśnie ona jest naszą protektorką. Niedwuznacznie dała do zrozumienia, że z pobłażaniem popatrzy na egzamin wstępny, ale za to w czasie studiów szczególnie się nami „zaopiekuje”.

Cholera! Tak lubiłem fizykę – i właśnie to musiało mi się przydarzyć. Ale niech tam… dostałem się na studia, Artur też. Zatem można wyruszać w Polskę!


„Szarotka” – ostatni cud polskiego przemysłu radiofonicznego – z nowoczesną elektroniką nie miała nic wspólnego, ale była zminiaturyzowana i mogła działać na baterie, co stanowiło o jej sensacyjności.
W prezencie maturalno-urodzinowym dostałem właśnie „Szarotkę”. Spacerując z nią po ulicach wzbudzałem powszechne zainteresowanie.

Rok wcześniej Andrzej, dawny kumpel dziecięcych zabaw, zdał maturę i wraz z kolegą przyjechał autostopem nas odwiedzić. Teraz my postanowiliśmy złożyć rewizytę.
Planowaliśmy z Arturem, w oparciu o harcerskie doświadczenia biwakowe, wielką autostopową rajzę.
Podniecaliśmy się przyszłą niezależnością. Któż nie marzy o wolności! A jaką świeżością pachnie to uczucie, gdy ma się osiemnaście lat!

A więc – worek na plecy i przed siebie!


Za Wrocławiem zastał nas wieczór i nic nie zapowiadało pojawienia się na opustoszałej szosie jakiegokolwiek pojazdu.
Na spanie było za wcześnie, nogom nie chciało się już iść, a rosa nie zachęcała do odpoczynku w rowie.
Przydrożne drzewa tworzyły aleję-tunel. Wdrapaliśmy się z chłopięcym animuszem na konar starej lipy – rozłożyste gałęzie romantycznie nas bujały.
Zapadła noc.

Nagle coś zakłóciło ciszę – nie było to auto; powolny stukot upewniał nas o zbliżającej się szkapie.
– A może spróbować by tak „wozostopu”?

W oddali majaczyła, podświetlona lampą naftową, śpiąca sylwetka woźnicy.
Obudzić kogoś muzyką to chyba najłagodniejszy sposób – podkręciłem potencjometr „Szarotki”.
Gdy chłop się ocknął, Artur zahuczał basem:
– Dobry człowieku… może byś nas zabrał?

Gwałtowny świst bata i przeraźliwy krzyk wieśniaka poderwały do galopu chabetę.
Rechocząc zeszliśmy z drzewa – przydrożną kopą siana aż do późna w nocy wstrząsały salwy śmiechu.


Do Szczecina dotarliśmy w nienajlepszej formie.
Tylko dwa razy udało się nam jechać osobowym autem – zazwyczaj zatrzymywały się ciężarówki.
Niezapomniany pozostał „Star”, który zwolnił na tyle, byśmy mogli wskoczyć na jego pakę. Dopiero wtedy okazało się, że wylądowaliśmy dosłownie w gównie: ciężarówka wracała z rzeźni po dowiezieniu transportu świń.

Na miejscu Andrzej najpierw zaproponował kąpiel. Udało się doprowadzić wszystko do stanu używalności – oprócz pionierek. Wyrzuciłem je; może po roku by wywietrzały.


Nie tylko spotkanie ze starym kumplem Andrzejem wyznaczyło kierunek autostopowej marszruty.
Również przebywająca w Szczecinie Irenka miała na to wpływ – i to jaki wpływ!
Przygotowywała się do eskulapowego zawodu, a nasze spotkania w małym stopniu pomagały jej w nauce, choć sporo miały wspólnego z anatomią.

Zaciszne miejsce nad jeziorem, kochana dziewczyna, słońce, wolność, dojrzałość… Chrupiąca bułka i pomidor.
Nie wiem, jak to się stało, że właśnie wtedy – przy tak jednoznacznym zainteresowaniu, pochłaniającym w pełni moje zmysły i energię – narodziła się inna życiowa pasja.

Andrzej posiadał wspaniały aparat fotograficzny – nowość w dziedzinie lustrzanek małoobrazkowych – Praktinę.
Nie tylko cykał zdjęcia, ale sam wywoływał filmy i robił powiększenia. Pomagałem mu w tym, nie przypuszczając, że czerwone światło ciemni wywoła we mnie niegasnącą namiętność.

Zakosztowałem także innego rodzaju przyjemności. Matka Andrzeja rozpieszczała swojego jedynaka po królewsku.
Nie potrafiła, w czasie naszego pobytu, przestać okazywać troskliwości i serdeczności – wszystkie urocze gesty docierały również do nas.
Smak podawanych wieczorem pierniczków w czekoladzie, smakołyków, jakich nie jadałem nawet w święta, czuję do dziś.

Szalony czas, wypełniony samymi przyjemnościami, minął błyskawicznie.
Nadszedł dzień rozstania. Musiałem zdążyć na spotkanie z rodzicami w Sopocie.
Pożegnanie z Irenką nie miało filmowego dramatyzmu – a czemu szczęście szczecińskie nie chciało nam więcej towarzyszyć, pozostanie tajemnicą.


Na szlaku autostopowym Andrzej z Jurkiem i ja z Arturem stanowiliśmy silną grupę – bez problemu dotarliśmy do Trójmiasta.
Pani Remiszewska mieszkała w zacisznym domku niedaleko Opery Leśnej. U niej, tradycyjnie w czasie urlopu, rodzice wynajmowali pokoje.

Najsympatyczniejszy był okrągły balkon – spędzaliśmy tam większość czasu. Mankament stanowiły tylko osy, które pod wysokim sufitem zrobiły gniazdo.
Żaden kij nie mógł ich przepędzić, zadomowiły się na dobre w szczelinie między deskami.
Wpadłem na pomysł zaklejenia otworu gipsem – ulepiłem kulki i nimi rozpocząłem atak.
Wszyscy z podniesionymi głowami obserwowali moje poczynania, ale trafić precyzyjnie nie było łatwo.
Nagle usłyszałem krzyk ojca! Jedna z kulek przeleciała nad celem i spadając zakleiła mu oko.

Nikt nie zdawał sobie sprawy z powagi sytuacji – wszyscy ryknęli śmiechem.
Po dziesięciu minutach ojciec, z zaczerwienionym okiem, wrócił z łazienki.
W zasadzie miał pretensje nie tyle do mnie, co do reszty rodziny – za niepoważne zachowanie.
A szczęśliwe osy mogły nam towarzyszyć dalej przy posiłkach.


Trudno, żeby pełnoletniości nie uczcić alkoholem.
Wino patykiem pisane – popularny „jabcok” – jako boski napój niesiemy do Opery Leśnej.
Cztery butelki, czyli po jednej na łebka! Korki posłusznie ustępują po fachowym uderzeniu w denko i rozpoczyna się uczta Bachusa.

Nie tak dawno, na osiemnaste urodziny, ojciec z lekkim zażenowaniem poczęstował mnie lampką wina, wznosząc toast za zdrowie „dojrzałego” syna.
Teraz szlachetny płyn, bezpośrednio z butelki, spływa do gardła.
Jak bardzo jesteśmy wolni, z jakim fantastycznym dźwiękiem rozbijają się flaszki, jak lekko unoszą nas nogi!
Brykają gwiazdy w walczyku szalonym, ziemia faluje w rytmie Bałtyku, a koc, którym przykrywa mnie mama, ma czułość filmu drobnoziarnistego.

 Rozstanie

Wrocław, willowa dzielnica, jednorodzinny domek, pierwsze piętro, mały pokoik – to moja prywatna kwatera. Właścicielka, jeszcze całkiem atrakcyjna wdowa, zajmuje parter; piętro i poddasze wypełniają studenci.
Obrotny Ojciec Piotr dopomógł w odświeżeniu pokoiku – oczywiście nie sam; wydelegował młodszego kolegę. Pomalowaliśmy ściany dwukolorowo: zielony groszek kontrastuje z wyblakłą pomarańczą. Jest czysto, jasno i… samotnie, choć z poddasza dobiega beztroski gwar studentów prawa.

Czterysta złotych miesięcznie kosztuje ta przyjemność – dużo, zważywszy, że cały budżet muszę zmieścić w 1200 zł. Ale co zrobić – innej możliwości nie mam. Zazdroszczę Arturowi; mieszka w akademiku. Ze względu na pochodzenie nie mogę nawet marzyć o wspólnym lokum z kolegami.

Zagubiony w obcym mieście szamoczę się strasznie. Wrocław jest śliczny, ale nikogo tu nie znam. Goniąc czas, kursuję bez końca na trasie Plac Grunwaldzki – Biskupin. W ciągłym stresie nie potrafię zorganizować ani normalnego życia, ani nauki… a tyle naiwnej pewności przywiozłem z prowincji.
W odróżnieniu od większości kolegów po technikum nie mam pojęcia o rysunku i piśmie technicznym – tracę na to niesamowitą ilość energii. Czuję się niepewnie i samotnie, a przez presję rodziców nie mogę myśleć o przerwaniu studiów.

Mimo wszystko znajduję trochę czasu na hobby. Pożyczoną od Ojca Piotra „Zorką” na statywie cykam zdjęcia. Nade mną mieszka Wojtek – pasjonuje się fotografią, głównie aktem. Czasem zamienia swój mały pokoik w laboratorium; w czerwonym świetle ciemni wychodzą na jaw kształty dziewczyn, których imiona starannie wypisane zostały na wezgłowiu jego łóżka. Dwie przyjemności połączył w jedną.
Moje drugie hobby to listy. Uczucia ujmuję w język wyższej matematyki, co Irenka wyśmiewa jako dziecinadę.

Poza matematyką niewiele mnie pociąga. Sport pozostaje sportem; obok lekkiej atletyki trenuję wioślarstwo – czwórkę ze sternikiem. W końcu zaliczam pierwszy semestr, ale daleko mi do zadowolenia. Po egzaminie z chemii koledzy czekający pod drzwiami dziwią się mojej wypowiedzi:
– No co… zdałeś?
– Tak, ale nie mam satysfakcji.
– Wygłupiasz się, co to ma za znaczenie! – komentuje Stefa.

Na drugim semestrze dochodzi fizyka. Mgr Smutkowska dotrzymuje przyrzeczenia – obrzydza mi ulubiony przedmiot, przekreślając marzenia o przyszłej drodze w tym kierunku. Nie tylko ona ponosi za to winę.
Mam dziewiętnaście lat, czuję przemożną „wolę bożą”, strasznie chcę być kochany, a doskwiera mi potworna samotność. Na petit l’amour nie mam pieniędzy, a nieśmiałość nie pozwala szukać miłości po akademikach.
Odległość między mną a Irenką rośnie; nie chodzi tylko o kilometry. Marzę o kobiecie, jej ciele i szalonych przeżyciach. Ciepłe listy i platoniczne uczucie nie wystarczają – czuję bezsens takiego związku.

Jesiennym popołudniem kłodzki stadion „Gwardii” świeci pustkami. Pierwszy raz, jeszcze jako przedszkolak w stroju KS „Unia”, po pierwszomajowym przemarszu kopałem piłkę na jego zielonej murawie. Teraz wygląda smutno, wiatr roznosi opadłe liście.
Irenka przychodzi punktualnie.
– Źle wyglądasz w tej spódniczce.
– Zawsze podobały ci się moje rzeczy.
– No właśnie, mogłaś ubrać coś innego.
– Myślę, że nie chodzi ci o ubiór.

Tak banalnie wygląda koniec pierwszej, wielkiej miłości. Bez wzniosłych słów, bez oskarżeń i usprawiedliwień rozstajemy się w bolesnym milczeniu.

Przegrany wracam do Wrocławia. Na uczelni z desperacją walczę do końca; fizyki jednak nie przeskakuję – muszę powtórzyć pierwszy rok. Bolesna porażka zostawia kompleksy na długie lata… A jednak po niej następuje istotny zwrot w moim życiu.

Skuter

Podejrzewałem, choć nigdy o tym się nie mówiło, że przeprowadzka do Nysy miała związek z dużą konkurencją panującą w kłodzkim świecie lekarskim.
Warunki umowy, związanej z objęciem przez ojca szefostwa oddziału chirurgicznego, gwarantowały zamieszkanie w przeuroczej willi.
Jednorodzinny, piętrowy domek ze spadzistym dachem, pokrytym czerwoną dachówką, zajmowany wcześniej przez poprzedniego ordynatora, oczarował całą rodzinę.
Zachwycały nas przestronne pokoje, urzekająca weranda, słoneczny taras, ogród pełen ścieżek i klombów kwiatów, zaciszny zakątek oddalony od centrum zaledwie o kilka kroków.

Idylla nie trwała jednak długo.
Pierwszy Sekretarz ZWM, wraz z rodziną, wprowadził się na pierwsze piętro i nikt, mimo protestów, nie mógł tego zmienić.


Na urlop dziekański przyjeżdżam do obcego miasta.
Pomimo czystości i starannie odbudowanej starówki, Nysa pachnie wsią.
Rodzicom to nie przeszkadza – czują się dobrze, ponownie zanurzają się głęboko w światek pań doktorowych, sędziostwa i duchownych.

Bez problemu znajduję zatrudnienie w Wydziale Geodezji Miejskiej Rady Narodowej.
Dostaję się do młodego, zgranego zespołu. Praca nie jest skomplikowana – w głównej mierze polega na ustalaniu granic gruntów.
Pensję mam skromną, ale życie wesołe.
Nie zdarza się, aby chłop podczas pomiarów nie postawił na stół pół litra z zakąską. Dla nas to dopiero początek – po pracy siedzimy w knajpie do późna w nocy.
I tak w kółko – każdy dzień podobny do poprzedniego.

Utrzymanie nic mnie nie kosztuje, więc bez trudu odkładam parę pensji.
Moim marzeniem jest „Osa”, bo – jak głosi fama – dziewczyny najłatwiej podrywają się na skuter.
Biorę kredyt w banku, resztę pożyczają rodzice i wkrótce mogę odebrać pojazd.

W opolskim Motozbycie formalności trwają krótko. „Osa” prezentuje się wspaniale – motor o pojemności 175 cm³ wydaje przyjemny, metaliczny pomruk, lakier połyskuje nadzieją, a mieszanka benzyny i oleju pachnie przygodą.
W drodze powrotnej upajam się jazdą, a ojciec dumnie siedzi na tylnym siedzeniu. Rzadko mu się zdarza być zadowolonym z moich poczynań.


Całkowicie beztroski okres zakłócał jedynie codzienny, ordynarny kac.
Nigdy w życiu nie wypiłem tylu litrów kwaśnego mleka.
Zaprzyjaźniłem się z dwoma Jurkami, kolegami z pracy.
Jeden miał identyczny skuter – wspólnie szukaliśmy szczęścia w sąsiednich wioskach.
Drugi jeździł „jawą” i miał dziewczynę, ta z kolei przyjaciółkę Helenkę.
Helenka miała wszystko na swoim miejscu: ładną buzię, wesołe oczy, kruczoczarne włosy i ochotę do spotkań ze mną.

Stanowiliśmy niemożliwą paczkę – ile to knajp od Nysy po Zakopane nas znało!
Knajp, przygodnych pokoi, domków letniskowych, a nawet zwyczajnych szop z sianem.
Paczkę uzupełniał jeszcze jeden Jurek – taksówkarz.
W najbardziej beznadziejnej sytuacji potrafił wykombinować pół litra albo rozwozić do domów kompletnie zalane towarzystwo.

Najczęściej bawiliśmy się w „Opolance”.
Nad tym lokalem Helena miała mieszkanie.
Po dansingu, już tylko we dwoje, przenosiliśmy się na górę – do pokoju, w którym przeżywałem szaloną, młodzieńczą miłość.


W sobotnie popołudnie jedna z licznych imprez w Wydziale Geodezji dobiegała końca.
Zastępca szefa poprosił mnie, abym odwiózł Janeczkę, koleżankę z „finansowego”, na prywatkę – sam miał dojechać jakąś okazją.

Wąska sukienka nie pozwala Jance wsiąść na skuter; podkasuje więc ją bez ceregieli.
Jadę polną drogą, dziewczyna nuci cza… cza… cza…, a jej podniecające kształty wtulają się we mnie bezpardonowo.
Gwałtownie opuszcza mnie lojalność wobec przełożonego.
Zatrzymuję skuter.

– Poczekamy tu na Kazika.

Do skraju polanki kilka kroków.
Pachnie lasem i trawą.
Janeczka leży na miękkim podłożu, a jej biodra poruszają się w takt nieprzerwanego cza… cza… cza…
Nie wyczuwam pod cienkim materiałem sukienki żadnych przeszkód – zanurzam się w głębię rozkoszy bez słowa.
Janeczki cza, cza, cza staje się coraz szybsze – i nagle cichnie.
Dziewczyna patrzy tak, jakby mnie widziała pierwszy raz. Uwalnia się z uścisku, wstaje nade mną.

– Chodź… pojedźmy stąd gdzieś!

Biodra dziewczyny unoszą się wysoko – chce mi się wyć z niedosytu, ale Janka już siedzi na skuterze i uśmiecha się, a jej uśmiech obiecuje: Chodź, chłopcze, ja cię uczyć każę.

Jadę jak nieprzytomny.
Z czasem jednak nie tyle pęd powietrza, co niewypowiedziane zadowolenie, uspokaja mnie.
Co się stało? Dlaczego jest tak dobrze?
Usta dziewczyny muskają moje ucho – zaczynam zwalniać.

Droga prowadzi do Kłodzka – dlaczego właśnie tam?
Szyderstwo losu. Do miasta pierwszej miłości wiozę to, czego w niej brakowało.

Wojtek, dawny kolega z ławki gimnazjalnej, daje mi klucz od domku na działce. Nie odmawia przysługi, ale widzę, że jest zazdrosny – i o dziewczynę, i o skuter.
Pospiesznie otwieram drzwi. Zamiast cza, cza, cza odzywają się sprężyny metalowego łóżka.
Do dyspozycji mamy całą noc.
Nie pomyliłem się – uśmiech Janki nie kłamał.

rozpalała wilgotnymi wargami
moje ciało dreszczem zachwytu
falowaniem nagości, gwałtownym
drganiem piersi gotowa do krzyku
rytmem bioder i ramion
unoszących w przestworza
mą namiętność i pasję
bliskość, którą zachowam

Prozaiczny ranek obudził znieczuloną rzeczywistość.
Janka musiała wracać do Nysy.
Na dworcu autobusowym zdążyliśmy wypić tylko szklankę letniej herbaty.

 Arek

Wracam do Wrocławia na dalszy ciąg studiów. Towarzyszy mi skuter – nierozłączny kumpel minionych przeżyć.
Znajduję kwaterę o sto złotych tańszą od dotychczasowej. Mieszkam teraz u starszej pani, która wynajmując pokoje, powiększa skromną pensję męża-buchaltera. Do grona lokatorów należy Kasia – studentka medycyny. W rodzinnej atmosferze korzystamy ze wspólnej łazienki i kuchni, a cicha ulica domków jednorodzinnych sprzyja nauce i snu.

Trudno powiedzieć, jak doszło do przyjaźni z Arkiem. Byliśmy trochę inni niż większość kolegów z wydziału – o tym decydowały nasze domy rodzinne. Pochodziliśmy, jak to się mówiło, z inteligencji pracującej. Ojciec Arka, po powrocie z Syberii, osiadł we Wrocławiu i prowadził prywatne biuro tłumacza przysięgłego.
Arek, przystojny brunet, tryskał humorem i niewyczerpaną energią. Rozpuszczony powodzeniem u kobiet, umiejętnie z niego korzystał – choć jego dziewczynie, atrakcyjnej blondynce, niczego zarzucić nie można było.

Wokół nas utworzyła się grupa studentów spoza akademików. Podstawowym lekarstwem na nadmiar wykładów i ćwiczeń były karty. Brydż i poker straciły atrakcyjność, gdy nauczyłem towarzystwo innej, namiętnej gry – „labeta” wuja Wila. Niejeden świt nas przy niej zastał. Graliśmy do upadłego i nie wiadomo, do czego doprowadziłby nas ten hazard, gdyby nie tragiczny wypadek.

Edek, jeden z naszej paczki, często uczestniczył w nocnych maratonach, ale zazwyczaj tylko kibicował. Siadał opanowany przy stoliku i w milczeniu trwał do ostatniego rozdania. Na uczelni wiodło mu się różnie – raz na wozie, raz pod wozem. Chodził własnymi ścieżkami. Nikt nie wiedział, kiedy i dlaczego wyruszył na ostatnią.
Pewnego dnia, osłupiały, przeczytałem przyklejoną do ściany przy dziekanacie klepsydrę.
Szokująca śmierć Edka dotknęła nas wszystkich. Podobny wypadek przeżyłem jeszcze w gimnazjum, ale wtedy zapamiętałem tylko niemieckie brzmienie nazwiska tragicznie zmarłej koleżanki. Teraz boleśnie docierało do mnie, jak bardzo Edek musiał być zagubiony, skoro odważył się na ten ostateczny krok.

Zimową przerwę międzysemestralną postanowiliśmy z Arkiem spędzić w górach. Z tej okazji kupiłem pierwsze w życiu buty narciarskie, a do nart kanty, które znajomy stolarz poprzykręcał w wyfrezowanych uprzednio rowkach.
Wyregulowanie „kandaharów” nie przedstawiało problemu, i z zachwytem oglądałem, jak sprężyna wiązania dokładnie siada w rowku obcasa nowego buta.

Wylądowaliśmy w schronisku Bronka Czecha. Otoczyła nas nieskończona biel i spokój. Kominek promieniował ciepłem, wypełniając powietrze żywicznym zapachem drewnianych ścian.
Sąsiedni pokój na naszym piętrze zajmowali studenci medycyny – trzech facetów i dziewczyna. Słaba płeć nie jeździła na nartach, zadowolona z obecności „u swego boku” któregoś z kolegów. Tak było w ciągu dnia, a wieczorem rozpoczynali przedziwną grę.
Z naszego pokoju słychać było chichot dziewczyny i – przeplatane salwami śmiechu – odgłosy kibicowania. Erotyzm wisiał w powietrzu. Ale jakiego rodzaju?

Arek nie wytrzymał. Scyzorykiem wydłubał sęk z deski, przywarł do otworu i z zapartym tchem trwał w nieruchomej pozycji. Spodziewałem się komentarza mniej więcej takiego:

– Kuuurwa… ale ją pieprzą!

A tu nic. Po chwili, z głębokim westchnieniem, udostępnił mi punkt obserwacyjny.

– Kuuurwa… ja bym nie wytrzymał!

Podniecony przycisnąłem głowę do ściany. Na połączonych łóżkach leżała rozebrana czwórka. Skrajne miejsca zajmowali kibice, a na środku toczyła się gra – zakład. Dziewczyna mogła wprowadzić do gry każdą część swojego ciała – zakazane było tylko dotknięcie czymkolwiek męskiego członka.
Bujne kształty, poruszane harmonijnie, znęcały się nad przeciwnikiem, który musiał okazać opanowanie. Rozpuszczone włosy gładziły napięte ramiona, sutki dotykały zaciśniętych warg, rozchylone usta zostawiały ślady na udach, język wwiercał się w małżowinę uszną, a biodra, rozkołysane namiętnym tańcem, rozsiewały zapach intymności.

Faktycznie – ja też bym nie wytrzymał. I nie wytrzymałem.
Natomiast męskość kolegi zza ściany nie podniosła się nawet na centymetr.
Stawka zakładu z góry była ustalona: kto przegra, następnego dnia nie jeździ na nartach.

My zaś, ostudzając w śniegu nocne emocje, szaleliśmy do upadłego. Zjazdy długimi, pustymi szlakami, zmęczenie przy jeszcze dłuższych podejściach, próby slalomu między powbijanymi przy schronisku gałęziami świerków – i na zakończenie kufel zimnego piwa.
O wyciągach i rozgorączkowanym towarzystwie przy nich nikt jeszcze nie marzył. Panował spokój, a biały puch zagłuszał nawet stąpanie.

Śledź

Oprócz ordynatury w nyskim szpitalu ojciec dostał posadę na kolei. Dzięki temu, że codziennie pracował parę godzin w przychodni PKP, leciała ekstra pensja, a cała rodzina mogła korzystać z dodatkowych świadczeń.
Dla mnie, na przykład, osiemdziesięcioprocentowa zniżka przy zakupie biletu stanowiła istotną ulgę, jednak dopiero wyjazd na wczasy pracownicze pokazał, jak atrakcyjny był ten etat.

Na bocznicy kolejowej w Jastarni stoją stare wagony zamienione na domki letniskowe. Sceneria dość dworcowa, ale cóż nam trzeba więcej – słońce i morze, a jaki dach przysłania lipcowe, nocne niebo, nie ma znaczenia.
Jesteśmy tu z mamą na wczasach; przeważa młodzież, tworzą się mieszane grupki.

Monika od razu wpadła mi w oko – nie tylko zresztą mnie. Chłopcy podrywali ją bez przerwy.
Spośród grona ładnych i zgrabnych blondynek wyróżniał ją pogodny, jasny wyraz oczu i delikatny uśmiech. Miała w sobie coś odmiennego, subtelnego, coś bardzo świeżego. Nie zadzierała nosa, choć jej ojciec piastował wysokie stanowisko w poznańskiej DOKP.
Wdzięk jej dziewczęcej naturalności pociągał, lecz jednocześnie przekreślał myśl o łóżku.

Powstawały już pierwsze zakochane pary, a z Moniką nie mogłem się umówić.
Opanował mnie namiętny upór – tam, gdzie była Monika, byłem i ja.
Po paru dniach zaczęliśmy chodzić ze sobą. Jako student z pewnością imponowałem gimnazjalistce, ale istniało jeszcze kilka innych, ładnych powodów „miania się ku sobie”.
W oprawie opalonych rumieńców padły pierwsze wyznania miłości, pierwsze zakłopotane dotknięcia ust. Wakacje mijały beztrosko w słońcu i zabawie. Dni biegły szybko i nadszedł ten, w którym wymieniliśmy adresy.
Monika jechała dalej – na kolonie nad jeziora. Po nas przyjechał ojciec; wybieraliśmy się w góry, do Szczawnicy.

Natychmiast rozpoczęła się gorąca korespondencja.
W jednym z pierwszych listów Monika opisywała swój sukces estradowy – śpiewała na wieczorku zapoznawczym i tak się podobała, że nazwano ją Catarina Valente. Wszyscy ją znali pod tym pseudonimem, więc prosiła, bym korespondencję tak właśnie adresował.
Dostałem potem jeszcze jeden list i… zapanowała cisza.

Nasz urlop nad Dunajcem kończył się, czekała mnie znowu uczelnia i nauka.
We Wrocławiu jednak, w pierwszej kolejności, wywołałem wakacyjne filmy i zrobiłem mnóstwo powiększeń Moniki.
W pierwszą niedzielę wsiadłem w pociąg i pojechałem do Poznania. W drodze towarzyszył mi Arek – nie musiałem długo go namawiać, wystarczyło wspomnieć, że Monika ma ładną siostrę.

Taksówkarz podwiózł nas pod dom. Z bijącym sercem nacisnąłem dzwonek – cisza. Usiedliśmy więc na schodach. Przy kartach niepostrzeżenie mijał czas.

– Co ty tu robisz? – nagle usłyszałem znajomy głos. Przede mną stała Monika.
– Czemu nie odpisujesz na moje listy?
– Jakie listy? To ty przestałeś pisać!

Na szczęście między nami było wszystko po staremu. A że ja przekręciłem imię słynnej, lecz zupełnie nieznanej mi piosenkarki, to już inna sprawa.

Gdzie można spędzać czas sam na sam z dziewczyną i nie podpadać? Wiadomo – w kinie!
Arek z Hanką poszli na balkon, ja z Moniką na parter. Szkarłatny Pirat szalał na ekranie, a my, przejęci jego przygodami, szeleściliśmy papierkami z „Wedlowskiej Mieszanki”, krzyżując zakochane spojrzenia.
Jak się później dowiedziałem, Arka dużo mniej interesowała akcja filmu, niemniej również przeżywał bardzo emocjonalne przygody.

Odprowadziwszy dziewczyny do domu, wstąpiliśmy jeszcze na chwilę do ich mieszkania. Dla rozładowania sztywnej atmosfery Hanka opowiedziała kawał:

– Ulicą idzie kobieta. W papierowej torbie niesie pomarańcze. Roztargniony przechodzień potrąca ją. Owoce rozsypują się! Zmieszany jegomość przeprasza: pardon… pardon… pardon…
Zdenerwowana kobieta nie wytrzymuje: ty tu nie pierdol, tylko zbieraj pomarańcze!

Arkowi tylko tego było trzeba. Skoro w takim porządnym domu słyszy się coś podobnego, można sobie pozwolić na pikantniejszą historię:

– Na wieś do rodziny przyjeżdża wujek z miasta. Po kolacji wszyscy kładą się spać, tylko niespokojny Jasiu podgląda. Widzi, jak wujek dobiera się do mamy. Załatwił numer z mamą – poszedł do Marysi. Po numerze z Marysią zachciało mu się siusiać.
Wyszedł więc na podwórko. Nieopodal stała kołowa ostrzałka. Aby nikogo nie obudzić, zaczął kręcić korbą, jednocześnie sikając na kamień. Zdenerwowany Jasiu budzi ojca:
– Tato… tato! Wstawaj! Wujek zerżnął matkę, zerżnął siostrę, a teraz na nas chuja ostrzy!

W pokoju zapanowała konsternacja. Niebawem, zupełnie przypadkowo, pojawiła się matka i poprosiła swoje dziewczynki, żeby pożegnały panów – „bo mają coś jeszcze ważnego do załatwienia”.

W niedalekiej przyszłości dowiedziałem się, że w poznańskiem „nie pierdol” to popularny, niewinny zwrot.

Kończył się karnawał. Postanowiliśmy z Arkiem zrobić prywatkę.
W imprezie brali udział: Krysia, która po dostaniu się na medycynę czasowo mieszkała wspólnie ze mną, sąsiadka Kasia ze swoim chłopakiem i kolegą z uczelni. Nam towarzyszyły dwie „koleżanki” – studentki ekonomii.
Ściągnąłem z butli gospodyni trochę domowego wina, resztę – wyżej procentowego – zorganizowaliśmy wspólnymi siłami. Na zagrychę dziewczyny zrobiły kanapki. Włączyliśmy magnetofon i rozpoczął się ubaw.
Wymieszane trunki pobudzały humor i swobodę tańca. Dla ochłody od czasu do czasu wyskakiwaliśmy na zewnątrz – zakopcić.

W pewnej chwili do pokoju wpada Kasia z krzykiem:
– Na pomoc! Staszka biją!
Błyskawicznie wybiegamy. Kumpel Kasi szamocze się z jakimś nieznajomym – ten, spostrzegłszy nas, zaczyna uciekać. My za nim!
Staszek po drodze się wykłada; z rozbitym nosem zostaje w tyle.
Z Arkiem doganiamy faceta, panicznie krzyczącego: Mamo, mamo!
Otwierają się jakieś drzwi wejściowe. Na drodze Arka staje pokaźna jejmość. Nieznajomy, obrywając parę razy, wpada do środka. Wycofujemy się.

Po powrocie zastajemy Staszka z opatrunkiem na twarzy w pokoju Kasi.
Okazało się, że ten facet, nic sobie nie robiąc z obecności Stasia, ordynarnie zaczął przystawiać się do Kaśki.

Artur stwierdził, że „ktoś tam, coś tam oberwał”, więc byłoby lepiej – na wypadek, gdyby zjawiła się milicja – „zmyć się”.
Do przeczekania wybraliśmy pobliskie chaszcze, gdzie z rozpoczętą półlitrówką, zachowując pewną ostrożność, obserwowaliśmy, co dzieje się przed domem.
Po pewnym czasie Artur odwołał akcję. Gdy po paru kieliszkach zapomnieliśmy o wszystkim i zabawa znów się rozkręciła, do pokoju wkroczyła milicja.

Przez uśpione ulice Wrocławia wiózł nas gazik. Koledzy niedoli siedzieli pokornie, mnie natomiast rozrywała bezsilność.
Ryczałem na cały głos:
– Wy jeszcze zobaczycie, kto to jest Phawros!!!
Milicjanci nie robiąc sobie nic z pogróżek, odstawili nas do aresztu.

Reszta nocy to koszmar. Trzeźwiałem, a pragnienie doprowadzało mnie do szału. Dyżurny oficer podał herbatę – po przełknięciu paru łyków ciepłego płynu puściłem pawia.
Wręczono mi wiadro ze szmatą; pokornie zabrałem się do sprzątania. W głowie stukały tysiące młotków, a skurcz wykręcał żołądek na drugą stronę.

Rano, w czasie konfrontacji, paniusia z syneczkiem palcem wskazała na mnie i Artura. Kolega Kasi został zwolniony, a nas bezzwłocznie przewieziono do więzienia.
W rozdzielczej sali-celi panowała niemiłosierna ciasnota i paraliżujący zaduch. Dziesiątki zatrzymanych, ściśniętych jak śledzie, bezskutecznie próbowały dostać się do poziomych desek zamontowanych przy ścianach – tylko pierwsi znaleźli tam miejsce i z wyższością, w pozycji leżącej, obserwowali stłoczoną ciżbę.

Zaalarmowana przez dziewczyny rodzina Artura zorganizowała bułki z kiełbasą i dukaty.
Pomału zaczynałem uświadamiać sobie, co się stało, gdzie jestem.
Zamiast zakłopotania poczułem dziwne zadowolenie – stałem na progu niecodziennej przygody.

Kolejna noc, już na deskach, minęła spokojnie. Nastał ranek i przydział do cel.
Przede mną otwierały się bramy więzienia – wkraczałem w nie dumny i zachwycony.
Zachwycony, bo mogłem przeżyć coś mocnego, widzianego dotąd tylko w kinie.
Dumny – bo czułem się niewinny i przekonany, że po paru dniach wyjdę.

Do celi wszedłem jako ostatni, czyli czwarty pensjonariusz.
Malutkie pomieszczenie: dwa piętrowe, metalowe łóżka, obok kibla spiralny grzejnik, stanowiący jednocześnie podstawę miednicy, mały stolik, półka i krzesło.
Nie przechodziłem jeszcze „przez ręcznik”, ale musiałem dostosować się do dyscypliny i używać klangu.
Po celi albo maszerowało się ustalonym krokiem, albo leżało na pryczy.
Raz w tygodniu – łaźnia, trzy razy dziennie – posiłek. Rano każdy dostawał pół razowca, który jako podstawowe wyżywienie musiał wystarczyć na cały dzień.
Do picia – woda ze stojącego przy kiblu wiadra.
Na obiad czasami kasza, częściej letnia ciecz.

Chodziłem głodny, potwornie głodny – jak wszyscy.
Przypuszczam, że nigdy już nie zaznam takiej błogości jak wtedy, w czasie chciwego jedzenia kawałka czarnego chleba.

Głód mogłem jednak pokonać – gorzej było z poranną toaletą.
Porcja wody w miednicy musiała wystarczyć wszystkim.
Ostatni przyszedłem, więc ostatni musiałem się myć.
Z obrzydzeniem zanurzałem ręce w szarej zupie, ale cóż mogłem robić innego?
Pospiesznie spryskiwałem twarz, histerycznie zaciskając oczy i usta, czując skurcz pośladków.

Zjawił się nareszcie adwokat – wyczekiwany kontakt w beznadziejnej niepewności.
Sprawa nie wyglądała wesoło: chciano nam zrobić popisowy proces – proces „złotej młodzieży inteligenckiej”.
Do rozprawy pozostały dwa tygodnie.
Koledzy z celi pocieszali mnie:

– Jak masz już wyznaczony termin, to dobrze. Jak uniewinnią – świetnie. Jak skażą – też nieźle, bo przeniosą cię do lepszej celi i będzie lepsze żarcie.

Na szczęście nie musiałem przekonywać się, jak wygląda „lepsze życie w pierdlu”.
Adwokat podważył wiarygodność oskarżenia: świadkowie mówili o trzech napastnikach, a na ławie oskarżonych znalazło się dwóch.
Nikt nie wiedział, że w czasie, gdy milicja wyprowadzała nas z mieszkania, Staszek – z kompresem na rozwalonym nosie – leżał na łóżku w pokoju Kasi.
Adwokat przekonał też sąd i prokuratora, że w nocnych ciemnościach niemożliwe jest zapamiętanie szczegółów twarzy i ubrania.

Nie przyznawaliśmy się do niczego, a gospodyni – właścicielka mieszkania i główny świadek – zeznała, że nikt w czasie zabawy nie opuszczał lokalu.

Zostaliśmy uniewinnieni.
Niepewnie stanąłem na wrocławskim chodniku w chłodny, ponury dzień. Wymięty jak wymięty był otulający mnie płaszczyk-miś o odrażającym zapachu naftaliny.
Za mną zamykała się brama więzienia. Po drugiej stronie jezdni czekała mama.

Co roku, na „śledzia”, Arek przysyła mi pozdrowienia.
Na kartce pocztowej widnieją czarne pręty kraty wypełniające małe, więzienne okienko.

« Ältere Beiträge Neuere Beiträge »

© 2026 Wojciech Rosyk

Theme von Anders NorénHoch ↑