Autor: roswojtek (Seite 6 von 6)

Katowice

Wsiadający ludzie przerywają poranną drzemkę; wagon kołysze na nierównych szynach i licznych rozjazdach. Oddech wraca do rytmu dopiero pod zamkniętym semaforem. Na gliwickim dworcu czeka kufel grzanego piwa — po nim trudno wytrzymać do końca pierwszego wykładu.

Z entuzjazmem dopasowuję się do śląskiego środowiska i nowych kolegów. Rodzice doszli do wniosku, że dolnośląskie powietrze wyraźnie mi nie służy; co prawda bez problemu zaliczyłem drugi rok, ale Wrocław łączył się ze zbyt wieloma niepowodzeniami. Radośnie przyjmuję ofertę babci, która zaproponowała, bym schował się pod jej skrzydła — miałem już dość samotności i niezależności.

W zasadzie nie rozumiem, czemu od razu nie starałem się o Politechnikę Śląską — sprawa protekcji przy egzaminie wstępnym została mocno przeceniona. W Katowicach, oprócz babci, mieszkało jeszcze kilka bliskich osób z rodziny i najpewniej dzięki nim zderzenie z dużym miastem, po opuszczeniu prowincji, byłoby mniej bolesne. Zapłaciłem przesadnie wysoką cenę za szamotaninę z bezmiarem problemów: adaptacją do nieznanych warunków i samotnością. Jestem przekonany, że taka góra kłopotów, jaką zostawiłem za sobą, już nigdy w życiu nie stanie mi na drodze.

Z ostatnich wakacji przywożę moc wspomnień i sporo filmów. Zdjęcia cykałem wymarzonym aparatem — dostałem go jeszcze podczas wrocławskich studiów. W jedną z wiosennych niedziel, po powrocie do domu, na klamce sypialnianych drzwi wisiała nowiutka Praktina! Szalałem ze szczęścia. Powodów do radości było zresztą więcej. Najważniejszy: planowana przez ojca wycieczka do Jugosławii. Realizacja wymagała jednak nie lada zachodu.

Wyjazd nad Adriatyk zależał przede wszystkim od Narodowego Banku. Choć Jugosławia należała do obozu socjalistycznego, Tito maszerował na zachód. Kto chciał zobaczyć dalmatyńskie wybrzeże, musiał mieć dolary — z legalnego źródła. Z tym papierem szło się do odpowiedniego wydziału MO po wkładkę paszportową. Z powodu ograniczeń ekonomicznych bank limitował dewizy. W praktyce więc od dyrektora tej instytucji — do którego próbowali dotrzeć rodzice — zależało, czy wkładkę dostaniemy. Bank sprzedawał dolary taniej; ich realna cena rosła jednak o koszt dotarcia do „właściwych ludzi”.

Przejście graniczne Kudowa–Słone. Poczciwa warszawa wypchana po brzegi: na dachu walizki, namiot, materace; pod siedzeniami mnóstwo puszek z mielonką. Celnicy mają czas — zaglądają wszędzie.
Budapeszt — ciepło, południowy nastrój, na Wzgórzu Gellérta pachnie prażonym kasztanem, a od Dunaju bije wilgoć i zapach metalu. Na nabrzeżu turyści fotografują Parlament, ktoś gra na skrzypcach w cieniu lip. Piekący gulasz, chłodne piwo i pierwsze poczucie, że naprawdę zaczynają się wakacje.

Potem coraz bardziej upalnie. Za oknami zapach lasów piniowych, szum cykad, błyski morza między skałami. Nowy most pod Maslenicą, prom pod Šibenikiem, powietrze drży od żaru. Gdzieś daleko błyska Adriatyk — oślepiający, gęsty od słońca. Split – Obala, palmy i czerwone wino na nadbrzeżu; gwar rozmów miesza się z muzyką i z brzękiem szkła, dzieci biegają między stolikami.

Na południe — nadmorska magistrala w budowie, kurz, skały i powolne serpentyny z Makarskiej do Dubrownika. Warszawa, rozgrzana do czerwoności, wspina się po kamienistej drodze lepiej niż niemieckie limuzyny.
Dubrownik — tłum turystów i biały marmur błyszczący jak sól. Herceg Novi, zatoka Kotorska — kilka dni odpoczynku, morze ciche jak szkło, zapach kawy z maleńkich knajpek, śmiech kobiet z werandy.
W drodze powrotnej kanion Neretwy, Sarajewo, wąska droga nad przepaścią — warszawa przytula się do skały, przepuszczając autobus, którego tylne koła toczą się niemal w powietrzu.

Z wyprawy przywożę mokasyny, koszulkę polo i pleksiglasową osłonę do Osy. Rodzinny budżet z trudem znosi nasze zachcianki. Najdłużej przetrwał pseudonim wymyślony przez Krysię: „Dyzio–pleksi–polo”.

Wśród moich politechnicznych kolegów nikt nie wyjeżdżał za granicę. Opowiadałem o ludziach, miastach, palmach, morzu — bez efektu. Brakowało tam chyba hoteli i restauracji, może smukłych dziewczyn na jachtach. Zamiast białego garnituru: krótkie spodenki i gliniany kubek czerwonego wina w rybackiej tawernie — to się nie równa koktajlowi z plasterkiem pomarańczy podanemu na wypolerowanej tacy.

Ulica Kordeckiego leży przy samym dworcu: przedwojenne czynszowe kamienice, drewniane stropy — przejazd każdego pociągu wprawia łóżko w drżenie. Parę tygodni wystarcza, by zrozumieć, że na dworcu też można spać.

Na trzecim piętrze kamienicy numer jeden mieszka babcia Ola: pokój, kuchnia i wspólny z panią Matuszewską korytarz. Ubikacja na półpiętrze, łazienkę zastępuje miednica pod kuchennym oknem. Kuchnia duża: między starymi meblami drewniane łóżko, wypchane pościelą i przykryte zieloną kapą ze złotą nitką — wykonane przed wojną na specjalne zamówienie. Druga, identyczna, choć z załataną dziurą po pocisku artyleryjskim, osłania skrzynie w kącie. Mojej sypialni daleko do luksusów, ale babcine serce wynagradza niedostatki. Zresztą nie ma o czym mówić: uczę się w pokoju, a na parę godzin studenckiego snu całkowicie wystarcza kuchenne łóżko. Korzystam z niego krótko — sympatyczni emeryci, sąsiedzi babci, wynajmują mi duży, przejściowy pokój. Nie dorównuje jednak kuchnio-łazience babci; brakuje mi tamtej atmosfery, widoku na dachy kamienic i nawet zapachu po gazowym piecyku. W przyszłości nieraz wykorzystam to miejsce do celów niekoniecznie związanych ze spaniem — ale to już inna historia.

Asia miała figlarne spojrzenie, tajemniczy uśmiech i życiorys o dwa lata krótszy od mojego. Miła, zgrabna, miała chłopca — nie sądziłem, że tak szybko znów wyląduję w kuchennym łóżku. Studiowała ekonomię w Katowicach, mieszkała w Tychach. Jej matka i babcia Ola uczyły w szkole zawodowej; porozumiały się i Asia na parę zimowych miesięcy zamieszkała u nas.

Mój wynajęty pokój oddzielała od babcinego cienka ściana. Dzięki temu dokładnie wiedziałem, kiedy po ostatniej inhalacji babcia kładzie się spać. Gdy wyczułem moment, odczekałem chwilę i poszedłem do kuchni.

– Muszę się czegoś napić, mam pragnienie.
– Wiedziałam, że przyjdziesz.
– Ale ja tylko…?
– Daj spokój i chyżo wskakuj pod pierzynę.

Wskoczyłem i nie musiałem się zmuszać do dłuższego pobytu. Asia dobrze wiedziała, czego chce. Pełen wrażeń, dopiero grubo po północy wróciłem do siebie. Następnego dnia babcia udawała, że nie słyszała, co w nocy było grane — mogłem tylko domyślać się powodu milczenia. Nie zastanawiałem się nigdy — Asia również nie poruszała tego tematu — w jakim stopniu łóżko łączy czy zobowiązuje. Zostaliśmy kumplami, niczego sobie nie obiecując.

Jacek z Pawłem, kumple od podstawówki, mieszkali na Koszutce; tak jak ja codziennie dojeżdżali do Gliwic na Wydział Budownictwa Przemysłowego i Ogólnego. Każdy z nas był z innej gliny, z innym bagażem doświadczeń, ale stworzyliśmy zgraną paczkę: uczyliśmy się, piliśmy, graliśmy w karty. Rozwinęliśmy nawet „specjalizację” przy odrabianiu ćwiczeń. W skrócie: Jacek odpowiadał za stal, Paweł za żelbet, a ja za architekturę. Projekt naziemnej części kopalni nie wymagał skomplikowanych obliczeń, za to pożerał czas. A ja — zgodnie z podziałem — siedziałem jednocześnie nad trzema tematami. Co tydzień konsultacje; nieraz trzeba było wiele zmieniać, ale lubiłem to zajęcie, zostawiało sporo miejsca na indywidualne rozwiązania. Niewykluczone, że również dzięki Asi lubiłem te projekty. Ileż to nocy spędziła ze mną nad kalką i brystolem, zostawiając swój ślad na elewacjach i zieleni wpisanej w śląski pejzaż.

Na Wielkanoc jadę z babcią do Nysy. W domu brakuje świątecznego nastroju: nie ma cioci Cesi, wujek Wilu też nie przyjechał. Nie mam ochoty odwiedzać znajomych z Wydziału Geodezji, a do Heleny brak mi odwagi.

Krysia od pewnego czasu chodzi z Jurkiem — urządzają u niego prywatkę. Serdecznie zaproszony, decyduję się pójść, choć prawie nikogo nie znam. Podnieca mnie jednak spotkanie z siostrą Jurka — podobno super babką w moim wieku.

Trafiam na fantastyczną atmosferę. W dużym jadalnym pokoju, zamienionym na salę balową, panuje obiecujący półmrok. Pan domu — przystojny, wysoki, tryskający humorem i energią — gra rolę wodzireja. Pani domu biega z półmiskami pełnymi wspaniałości, wręcz zmuszając do obżarstwa. Zmysłowa blondynka, wyróżniająca się na parkiecie, wyraźnie mnie podrywa. W ogóle czuję się jak honorowy gość — z uśmiechem wita mnie nawet sędziwa jejmość.

Jurek przedstawia mnie swojej siostrze. Irenka jest czarująca. Porzuca partnera, który nie mógł oderwać wzroku od jej dekoltu (zmuszony do tego zresztą wzrostem), i zaczyna tańczyć ze mną. Falujące blond włosy, kokieteryjnie opadające na prawe, odsłonięte ramię, muskają mi policzek, a rozmarzone, niebieskie oczy zdają się mówić: „Książę, całe życie na ciebie czekałam”.

By zajrzeć w głębię tych błękitnych marzeń, muszę trzymać dobrze wyprostowaną głowę. Drobiazg — dziewczyna jest ładna i postawna. Co tam dziewczyna — kobieta! W tańcu zachowuje konwencjonalny dystans, lecz gdy się przytula, zapowiedź namiętnych rozkoszy przewyższa wyobraźnię.

Studiuje medycynę, jest na ostatnim roku — w zasadzie brakuje jej tylko kilku egzaminów. Mieszka we Wrocławiu na prywatce u profesora weterynarii, którego asystentem był jej ojciec. Od pierwszego spojrzenia jestem zakochany. Na mojej drodze stanęło prawdziwe szczęście.

Irenka pasjonuje się literaturą; uwielbia Iwaszkiewicza, zna na pamięć wiele jego wierszy. Zaprasza mnie do swojego pokoju, chwali się biblioteczką. Bierze do ręki ulubiony tomik, siadamy na tapczanie — zaczyna się uczta duchowa, która z upływem zwrotek przechodzi w cielesną. Jestem trochę zażenowany: zza ściany dochodzą odgłosy bawiącego się towarzystwa, a my… Ktoś mógłby wejść. Irenka jest jednak pewna, uspokaja mnie. Nic, co ludzkie, nie jest jej obce. Szalony ze szczęścia wracam do domu. Jutro będziemy już sami.

Rodzice nie są zachwyceni znajomością Krysi z Jurkiem. Uważają, że to nie jest dobra partia. Mają coś przeciw „lewym pieniądzom”, jakie bierze pan M., i przeciw — rzekomo „nie całkiem zrównoważonej” — pani M. Poza tym, wśród najbliższych znajomych, o państwu M. mówi się nie najlepiej.

Nie wytrzymuję nerwowo. Robię rodzicom scenę: co za bzdury! Czy mają pojęcie, jaka rodzinna atmosfera panuje w domu państwa M., jak daleko my odbiegamy od tego wzoru, jak oni się kochają, jacy są szczęśliwi, jakie porozumienie mają z dziećmi? Ludzie zawsze wymyślają złośliwe historie — z zazdrości. Państwo M. przewyższają pod każdym względem ich prowincjonalne towarzystwo. Rodzice nie zapomną mi nigdy tych słów. Od Krysi kategorycznie żądają zerwania z Jurkiem.

Krysia pozwoliła sobie wybić z głowy wybrańca — w odwodzie miała jeszcze kilku kandydatów. Ja byłem zbyt „silny”, by zrezygnować z takiego szczęścia. Każdy kolejny dzień mnie w tym utwierdzał. Wszystko układało się harmonijnie. Czas mijał wartko w wzniosło-miłosnym upojeniu.

Z wycieczki do Sokołówki — gdzie przedstawiłem Ojcu Piotrowi moją wybraną — przywiozłem jeszcze jeden, niepodważalny argument: mój duchowy opiekun uważał (za mało powiedziane — był święcie przekonany), że Irenka jest moim przeznaczeniem.

Jaśniał przede mną, niczym nieprzysłonięty, życiowy cel: M A Ł Ż E Ń S T W O!!!

Zaręczyny

W zaistniałej sytuacji nie mogłem pozwolić sobie w czasie studiów na jakiekolwiek potknięcie, a dusza z ciałem rwały się do „lekareczki”. Zabrałem się jednak ostro za naukę i aż dziw, że na uczelni szło mi wszystko jak po maśle.
Irenka posiadała poetycko romantyczną duszę; umówiliśmy się intensywnie o sobie myśleć każdego dnia o godzinie osiemnastej. Czułem w tym dziecinadę, ale czego się nie robi dla ukochanej? Poza tym w soboty i niedziele spotykaliśmy się, jak nie w Nysie to we Wrocławiu. Wykorzystywałem w pełni rodzinną legitymację kolejową.

Trwająca wiosna wyzwalała nieposkromione namiętności.
Na początku dopiero co rozpoczętego tygodnia, gdy liczyłem niecierpliwie dni do jego zakończenia, w Katowicach nagle zjawiła się Irenka. W bagażu przywiozła tylko delikatną, różową piżamkę.
Jestem przekonany, że babcine, kuchenne łóżko nie przeżyło nigdy takich gwałtownych uniesień. Natomiast sama babcia okazała się tym razem mniej dyskretna. Gdy usłyszałem skrzyp otwieranych drzwi jej pokoju, zdążyłem jedynie, bez dolnej części garderoby (górnej oczywiście też nie miałem), stanąć przed kredensem i wyciągać szklankę.

– Co tu się dzieje?
– Ach nic, tylko mnie suszy.
– Tak, taaaak… uważaj tylko żebyś się nie przeziębił! – Babcia wymownie skierowała wzrok na wciąż, bezwstydnie sterczącą goliznę.

Następnego dnia moja ukochana uważając, że sytuacja jest mocno niedwuznaczna, wspominając nawet coś o pohańbieniu, pojechała do swojego ojca, który od niedawna pracował na Śląsku w Strumieniu. Przed wyjazdem jednakże „zdążyliśmy ustalić”, że należy rodzicom zakomunikować o naszych zaręczynach.
Moi rodzice przyjęli tę wiadomość z olbrzymią dezaprobatą, lecz do mnie nie docierały żadne argumenty. Stosunkowo szybko jednak zrezygnowali z prób tłumaczenia, błagania, perswazji. Zdołali jedynie przekonać mnie abym odstąpił od natychmiastowego ożenku i odczekał chociażby parę miesięcy.

„No trudno, niech już i tak będzie. W sumie mógłby trafić gorzej” – ten kompromis-aprobata, uzgodniony w czasie tajnej narady rodzinnej dotarł do mnie po pewnym czasie.
No i faktycznie – co by powiedziały panie doktorowe czy sędziostwo gdybym tak chciał się ożenić z Helą – pracownicą Cukrów Nyskich.
W zasadzie, co mi mogło grozić w wypadku gdyby rodzice nie wyrazili zgody?…. Nic! – Irenka kończyła medycynę i wkrótce miała zacząć pracować, a jej ojciec, w razie potrzeby, obiecał finansową pomoc.
W ogóle to zazdrościłem mojej ukochanej autorytetu, jakim cieszyła się w kręgu swojej rodziny. Do tego stopnia ją kochano i uwielbiano, że niedorzecznością stawała się nawet myśl by ktoś, lub coś, mogło stanąć na drodze jej szczęścia. Wszyscy z zachwytem mówili o przyszłym małżeństwie.

Irenka okazywała olbrzymie niezadowolenie z odkładania terminu stanięcia na ślubnym kobiercu. Planując, w pierwszych dniach nadchodzących wakacji uroczyste zaręczyny, oświadczyła z ironicznym uśmiechem: „Jak ty chcesz czekać, to sobie poczekasz! Ja czekać mogę.”
Nie oznaczało to jednak: „Jak kocha to poczeka” i w związku z tym nie przyjechała do Nysy na zaplanowane sobotnie spotkanie. Dodzwonić się do niej również nie mogłem. Po tygodniu, gdy spotkało mnie identyczne rozczarowanie, poprosiłem ojca (poprosiłem to najdelikatniejsze określenie; musiałem błagać i przyrzekać różne rzeczy), aby pożyczył auto.
Wieczorem pojechałem do Wrocławia. Irenki jednak nie zastałem. Zaparkowałem samochód na Wybrzeżu Wyspiańskiego tak, aby móc z pewnej odległości obserwować wejście do jej domu.
Nad Odrą przechadzały się zakochane pary, robiło się coraz ciemniej, a ja czekałem w napięciu. Chciałem już jechać do Jurka, mógł przecież coś o siostrze wiedzieć, może zostawiła mu jakąś wiadomość, gdy niespodziewanie zobaczyłem nadchodzącą z wolna ukochaną. Wybuch radości stłumił widok wysokiego faceta, który jej towarzyszył. Przed drzwiami wejściowymi pożegnalny pocałunek przedłużał się, po czym moja ukochana, ze zwiewną lekkością rozpłynęła się w ciemnościach korytarza.
W pierwszej chwili chciałem pobiec za jegomościem. Szybko doszedłem jednak do wniosku, że konwersacja, przy tak różnych fizycznych warunkach, nie mogłaby przebiegać według mojego scenariusza. Pozostawało oczekiwanie na wyjaśnienia Irenki.

– Przygotowywałam się, wspólnie z kolegą, do egzaminu z interny. Wiesz, że za niecały tydzień mam termin.

Pozostałe wątpliwości rozwiane zostały namiętnymi pocałunkami i harmonijnym falowaniem sprężynowych materacy. Na noc nie mogłem jednak pozostać. Co by pomyślała właścicielka mieszkania – siostra profesora? Poszedłem więc przespać się do Jurka.
Jurek mieszkał wspólnie ze swoim starszym bratem Zbyszkiem. Jeden studiował na AWF-ie, drugi na Politechnice. Jurek od początku okazał się wspaniałym kumplem, z czego zrodziła się później głęboka przyjaźń, natomiast Zbyszek utrzymywał zawsze pewien dystans. Zaskoczyła mnie jego bezpośredniość przy pierwszym spotkaniu: „Nic nie mam przeciwko tobie, ale uważam, że ty i moja siostra to niedobry pomysł.”
Nie rozumiałem o co mu chodzi i nie chciałem zrozumieć, bo w sumie, mało obchodziło mnie co myślał ten mój przyszły szwagier.

Naiwność czy głupota.

Na czwartym roku mówi się: To już z górki. Przedmioty są konkretne, wyraźnie kształtują osobowość przyszłego inżyniera. Wybieram specjalizację związaną ze Śląskiem, czyli Budownictwo Górnicze, podobnie zresztą jak Paweł i Jacek. Profesorzy i asystenci widzą już w nas fachowców. Kończy się nauka „na zaliczenie”, solennie podchodzimy do każdego przedmiotu.

Pomimo przeżyć wakacyjnych poważnie myślę o małżeństwie. Wierzę, że nasze współżycie może ułożyć się szczęśliwie. Przecież Irenka jest bardzo atrakcyjną dziewczyną, pełną seksu, którego ostatnio, na skutek ograniczenia kontaktów, spowodowanych nadmiarem nauki, strasznie mi brakuje.
Na drugi dzień świąt Bożego Narodzenia wyznaczamy termin ślubu.
Oprócz normalnych cywilno-kościelnych formalności jest kilka rzeczy do załatwienia.
Irence bardzo zależy, aby uroczystość, która ma się odbyć w jej domu, wypadła jak najwspanialej i aby dosłownie wszystko się świeciło. Wspólnie ze Zbyszkiem załatwiamy wiele spraw. Na koniec pozostaje nam do odrestaurowania blat okrągłego stoliczka z zatartym wzorem ciekawej intarsji. Postanawiamy go przeszlifować i pociągnąć bezbarwnym lakierem.
W trakcie zaawansowanej roboty, przyszły szwagier wyskakuje z propozycją:

– Tyle tu kurzu, wypadałoby przepłukać gardło.
– Jak masz coś do dawaj, nie powiem nie.

Na stoliku ląduje półlitrówka. Po pierwszym kieliszku następuje kolejny. – No to na drugą nogę.

W szparze uchylonych drzwi, prowadzących do przedpokoju, widzę przez chwilę głowę przyszłej teściowej.

– Zdrowie mamy! – krzyknąłem, a ciszej w stronę Zbyszka: – Zdrowie mamy do picia!

Gwałtowne pojawienie się Irenki przerywa pogodny nastrój.

– Nie będziesz pić!!!
– My nie pijemy, my kosztujemy.
– Odstaw natychmiast ten kieliszek!!!
– O co ci chodzi?
– Nie będziesz pić!!!
– Co ci przeszkadza, że napijemy się po jednym?!!
– Nie będziesz pić!!!
– Będę! Cyk! Zdrowie Zbyszku…!

W trakcie charakterystycznego ruchu, związanego z przechylaniem kieliszka, czuję gwałtowne uderzenie. Rozlana resztka wódki wyżłabia ślad w kurzu pokrywającym wyszlifowany blat. Cichnie dźwięk rozbijanego szkła.
 
Uszczypnięcia czy kuksańce bolały, ale nie miały nic wspólnego z honorem.
Nigdy, od matki ani od ojca, nie dostałem w twarz. Ojciec opowiadał, że tylko raz w życiu to go spotkało. Policzek stanowił dla mnie tego rodzaju poniżenie, po którym nastąpić mógł tylko strzał…!

– Chodź, teraz dopiero możemy się napić. Znam ją, już się nie pokaże. – Zbyszek próbował ratować sytuację, jak gdyby nie rozumiał, co się stało. To był koniec! Koniec! Koniec!

Wysiadając z pociągu, na katowickim dworcu kolejowym, usłyszałem komunikat płynący z megafonu:
„Obywatel Andrzej Phawros proszony jest o natychmiastowy powrót do Nysy w ważnej sprawie rodzinnej… Powtarzam…”
Gdybym miał połączenie, bez zastanowienia wskoczyłbym do powrotnego pociągu. Z rozkładu jazdy wynikało jednak, że nastąpić to mogło dopiero nad ranem. Idąc ulicą Kordeckiego, pogrążałem się w czarnych myślach nie znajdując logicznego rozwiązania.
Zadzwoniłem do rodziców. Bardzo zdziwił ich mój niepokój, nie wiedzieli co się mogło stać.

„A więc Irenka! Co jej mogło wpaść do głowy? Że dramatyzowała i miała skłonności do histerii, to jasne. Czy mogła jednak zachować się jak Jurek? Kto wie! A może sama inspirowała spektakl, który odegrał Jurek? Tak, tak… to by się zgadzało. Przecież Jurek był po prostu za fajny żeby taki numer odstawić. On tego nie wymyślił: Zagroził Krysi, że jak z nim zerwie to skoczy z grunwaldzkiego mostu i się utopi. Po tym, przerażona Krysia, o mało co nie zmiękła, ale ojciec, przy pomocy prostego argumentu, przekonał ją:
– Popatrz, tak się zachowuje człowiek, który chce popełnić samobójstwo? – Wskazał na Jurka siedzącego, wspólnie ze mną, przed telewizorem.
A Jureczek, jak gdyby zapomniał o otaczającym go świecie, z wypiekami na twarzy, po uszy pochłonięty akcją westernu, zaciskał nerwowo pięści. Beztroskość jego młodzieńczej duszy wypełniała cały pokój.
A więc Irenka!”

W niedługim czasie dzwonią rodzice i potwierdzają moje przypuszczenia:
Podobno z rozpaczy chciała popełnić samobójstwo zażywając tabletki nasenne. Matka jej przeszkodziła. Niemniej, niedoszła ofiara, czuje się bardzo źle. Utrzymuje, że jeżeli szybko się nie zjawię, prosząc o przebaczenie, to w ten czy inny sposób, skończy ze sobą.

To było coś więcej niż policzek — po prostu nie dało się tego cofnąć.
Ale może właśnie wtedy zaczęła się moja…

Happeningowy swing

Hotel „Nad Żołędziami” nie wyróżniał się niczym poza tym, że lubił o nim opowiadać każdy przewodnik. „Dlaczego taki wąski od frontu, a długi jak kolejka po cukier?” — pytał i serwował wykład o dawnych czynszach liczonych „na okno”. O tym, że mieszkała tu Monika Masełnik, nie wspominał. W końcu to nie wykład z fizyki lotów pionowych.

Monika miała talent do dwóch rzeczy: do zawstydzania anatomii i do opatrywania tego secesyjną aureolką, żeby ksiądz mógł przejść obok bez rumieńca. Krytycy mówili: „śmiałe akty”, a myślieli: „jak ona to przepchnęła przez galerię”. Ona sama mawiała do męża: „Z palanta ociekającego spermą zrobię ci kropidło — kwestia opisu”. I robiła.

Przed ślubem podpisała z Aleksandrem intercyzę tak szeroką, że można by przez nią przejechać TIR-em wolności. Związek oparty na lojalności: „Ty rób, co chcesz; ja też — byle w rękawiczkach”. Dosłownie. Monika nigdy nie występowała dwa razy w tej samej parze z Mediolanu. Kamery kochały te rękawiczki bardziej niż jej obrazy, co było uczciwe: skóra za tysiąc euro to jednak konkret.

Sama nazwa hotelu powstała w atelier: „Nad Żołędziami” — z udziałem ciemnoskórego modela i tańczących striptizerek. Branding w wersji performance; księgowy dostał alergii, ale kasa się zgadzała.

Aleksander rósł równie szybko: z hotelarza w „człowieka, którego telefon dzwoni pierwszy”. Pół miasta go podziwiało, druga połowa ćwiczyła wyrazy z „zawiść”. Publicznie z Moniką byli parą idealną. Prywatnie — parą idealnie poinformowaną o swoich słabościach. Zdrady nie było, bo trudno zdradzić kogoś, kto cię do tego zachęca.

Poznali się w Polanicy. Spór o obraz Krukasa eskalował do happeningu „mocz na sztukę”. Prezes fotografików, Mieczysław Bosskot, polał kopię uryną, po czym dostał butelką po wódce od Moniki i kolanem od Aleksandra w miejsce, gdzie kultura kończy się definitywnie. „Już ją przeleciałem!” — zdołał wyznać, zanim kultura definitywnie się skończyła. Policja przyjechała, sztuka wygrała, a Aleksander przegrał swój dotychczasowy związek.

Co roku wracali na „rocznicę” z większą ilością środków wyrazu i mniejszą tolerancją na trzeźwość. Po dziesięciu latach fotografowie wrócili do stołu z przeprosinami Bosskota. Aleksander westchnął, Monika spakowała rękawiczki. On został — bo zazdrość. Ona pojechała — bo życie.

Noc była wesoła, a chodnik za wąski. Bosskot odprowadzał Monikę, klaksony im akompaniowały. Pod drzwiami pensjonatu zaczęły się łamigłówki: nie ta karta, nie ten zamek, boy hotelowy mówi w innym dialekcie. Po mini-remoncie framugi udało się Monikę wsunąć. Bosskotowi zamówiono taksówkę; wsiedł z miną człowieka, którego plan na noc właśnie został przerobiony przez dramaturga-sadystę.

Monika wyszła na balkon z „Wyborową” i telefonem. Zadzwoniła do męża.

– Kochanie, jeszcze działasz? — Aleksander czekał jak dzieci na Mikołaja.

– Było faaantastyc… Poczekaj.

Cisza. Krzyk. Trzask.

Połączenie umarło pierwsze.

Taksówka ruszyła. Chwilę później — brzęk szkła, huk jak z kiepskiego filmu akcji. Na pękniętej szybie wylądowała kobieca ręka. Drzwi się zaklinowały, kierowca zamarł, a Bosskot ściskał dłoń Moniki.

– Obiecałaś, że wrócisz… — powtarzał. To nie był najlepszy moment na rozmowę o dotrzymywaniu słowa.

Służby zjawiły się błyskawicznie. Ogrodzono teren, oplombowano piętro, zebrano wszystko z promienia pięćdziesięciu metrów (w tym trzy niedopałki i cudzą godność). Sekcja, protokoły, flesze, eksperci z wykresami. Aleksander, po krótkiej terapii „proszę oddychać”, odpalił swoje kontakty i oskarżenia: od recepcjonisty po dyrektora — wszyscy winni. Sugerował nawet „celowe doprowadzenie”. Brzmiało jak nowy pakiet w ofercie hotelu.

Umorzenie wątku „Bosskot zabójcą” skończyło się demonstracją: portrety Moniki w kirze, znicze, transparenty. Na rogu Poznańskiej tablica: „siły nieczyste doprowadziły do jej unicestwienia”. Siły nieczyste nie skomentowały.

Symulacje toru lotu mówiły jasno: początkowe odchylenie możliwe tylko przy własnym skoku. Wersja „samobójstwo” wygrała z „telekinezą tłumu”. Aleksander nie przyjął. Wynajął nawet ludzi, którzy zawodowo nie przyjmują.

Śledczy mieli zadrę: naskórek pod paznokciami. DNA nikogo nie wskazało. Szuflada „wrócimy, gdy będzie politycznie wygodnie” zatrzasnęła się cicho.

Bosskot dostał dwa strzały w serce: pierwszy na masce taksówki, drugi w prokuraturze. Zatrudnił prywatnego detektywa. Raport przyniósł dwa fakty: Marta (córka Moniki) spotyka się z tajemniczym Robertem, a z grup krwi wychodzi, że Aleksander nie jest ojcem. Bosskot policzył miesiące i lata: wychodziło, że tata — to on. Zlecił badania DNA. Bingo. Radość? Wersja demo. Bo Marta kochała Masełnika, który ją wychował.

Marta po śmierci matki zaszyła się w pracowni. Rysowała odejścia, przestała chodzić do szkoły i internetu. Telefon z „Życia na gorąco” wyrwał ją z letargu:

– Wywiad o pani związku z Bosskotem!

Rzuciła słuchawką, wygooglała nazwisko, zobaczyła setki maili i zrozumiała, że prywatność skończyła się tam, gdzie zaczyna się kliknięcie. Zabrała list, który zostawił jej Robert Tomewski — ukochany, którego ojciec nagle kazał unikać. Kazał też: „Jeśli zniknę, zanieś to Bosskotowi”.

Spotkali się w kawiarni.

– Powiem wprost — zaczął. — Jestem twoim ojcem.

– Tylko mama mogłaby to potwierdzić.

– Mogą też badania, a one… — urwał. – Znasz Roberta Tomewskiego?

– Znałam.

– TKM. Tajna Komórka MON. Zginął w Afganistanie. Eskorta dziennikarza, mina. Telewizja lubi takie obrazki.

Marta pobladła, wręczyła list i wyszła. Bez herbaty, bez „do widzenia”, bez powrotu.

Bosskot w domu przeczytał:

Po przeczytaniu — spalić.

  1. Jeśli czytasz, nie żyję.
  2. Masełnik: dawniej SB, dziś wpływy w TKM. Spreparował dowody na Monikę (rzekome szpiegostwo). Zapadła decyzja o likwidacji.
  3. Przy okazji mieli wykończyć ciebie. Scenariusz: zazdrosny były zabija i popełnia samobójstwo.
  4. Marta jest bezpieczna, dopóki nie podejrzewa „ojca”.
  5. Dociekanie prawdy = niebezpieczne i bez szans.

Podpis: Robert Tomewski.

List zmienił się w popiół zgodnie z instrukcją. Odpływ przyjął prawdę, jak to odpływy mają w zwyczaju.

Kilka dni później Aleksander wracał nocą z konferencji o bezpieczeństwie. Przed hotelem padły strzały. Zmarł w karetce. Lekarz zeznał, że ostatnie słowa były modlitwą. Nie wiemy, czy o przebaczenie, czy o nową intercyzę na tamtym świecie.

Gazety napisały, co trzeba: mafijne porachunki, ekspert ofiarą. Rzecznik dodał: badamy wszystkie wątki, również „wschodnie”. To taki polski wątek uniwersalny — pasuje do wszystkiego.

A miasto? Miasto wróciło do swoich spraw. Przewodnik znów pytał turystów o czynsze „na okno”. Nikt nie pytał o lot z balkonu. Ludzie lubią historie z morałem, ale jeszcze bardziej — żeby nie ich dotyczyły.

I tylko tablica na rogu mówiła półgębkiem: „siły nieczyste”. Cóż, czasem „siły nieczyste” mają pieczątki, a czasem tłumik. W obu przypadkach rachunek przychodzi bez paragonu.

Karta

Parking przed Aldi’kiem przypominał skrzyżowanie Targów Poznańskich z wyprzedażą elektroniki w Wiedniu. Kazik Letukot, zwykle cierpliwy jak święty od rozruszników, tym razem wyraźnie kipiał.

– Cholera, przecież promocje skończyły się tydzień temu! – mruczał, gdy jego leciwy ford musiał ustąpić miejsca błyszczącemu mercedesowi, który „cofał jak król”, nie zważając na otoczenie. Ostatnią wolną lukę próbował jeszcze zająć jakiś poobijany fiat. Kazik nie zniósł konkurencji – z piskiem opon zaparkował i wygrał wyścig o 3 sekundy.

Po wyjściu zobaczył w oknie tego fiata wyciągniętą rękę z figlarnie sterczącym środkowym palcem — nóż w kieszeni sam się otwierał.

– A masz! – odwzajemnił się, wykonując gest, którego nie wpuszcza się do telewizji publicznej przed 23:00.

Już miał pójść po wózek, gdy na asfalcie zauważył plastikowe, pęknięte etui. W środku czarna płytka – „Memory Stick”. Kazik nie musiał długo zgadywać: 8 GB, wysoki transfer — pewnie z aparatu. Chłodnym ruchem schował ją do kieszeni, wyciągnął listę zakupów od Basi, po czym z godnością wkroczył w objęcia hiperinflacji.

W domu, po rozładunku masła, wędlin i nieśmiertelnego proszku do prania, włączył komputer i wpiął kartę do czytnika.

Na ekranie wysypała się lawina zdjęć z wakacji – Toskania. Błękitne niebo, łagodne wzgórza, rzędy cyprysów. Kazikowi zaschło w gardle. Sam chciał tam jechać, ale Basia odwiedzała akurat chorą matkę w Zamościu. Wspólne plany przesunięto na „po lepszej sytuacji budżetowej”.

Przewijał zdjęcia dalej. Coraz więcej kadrów z tym samym mercedesem, którego przed chwilą widział przed Aldi’kiem. Druga warstwa dramatu pojawiła się nieoczekiwanie.

Na jednym zdjęciu – kobieta. Niepozorna, sfotografowana gdzieś z boku, w słonecznej poświacie, na tle szmaragdowego morza. Kazik powiększył kadr. Serducho przeskoczyło do gardła.
To była Basia.

Kazik Letukot może matury nie miał, ale życiowo dyplomowany był w czytaniu mowy ciała — również ciała obcych kobiet. Ale tu, w tej sylwetce, zobaczył za dużo znajomych krzywizn bioder, za dużo dawnych westchnień. Klik, następne zdjęcie — ta sama kobieta, ten sam krajobraz Toskanii.

Wyłączył monitor. Wyciągnął kartę.

„Nie paliłem od lat, a to trzeba spalić.”

I spalił. W metalowej popielnicy, przy zwyczajowym piwie.


Od tej pory Kazik zaczął działać: bez krzyku, bez noża w zębach, ale z zimną precyzją informatycznego zabójcy.

Długo jeszcze przeglądał możliwości zemsty – aż trafił na odpowiednie narzędzie: komputer pokładowy mercedesa. Przegląd sezonowy auta naczelnego urzędnika skarbowego Jerzego Zboczaja miał się odbyć lada dzień. Reszta była kwestią kreatywności i cudownie zaprogramowanego sterownika, który potrafił odmówić jazdy… albo wysadzić kierowcę przy tankowaniu.

Tak, Zboczaj zginął w wiadomościach. Eksplozja na stacji. Zbiornik paliwa, komputer pokładowy, benzynowe opary i trochę zimowego mrozu wykonały resztę roboty. Został po nim tyle co wspomnienie… i pogłoski o wartej pół miliona aferze podatkowej.

Basia tymczasem bawiła się w anioła faktur. Kontrole, rewizje, artykuły w prasie – wszystko przeszło bokiem. Błogi spokój przywróciła żonie dopiero… loteria. Dosłownie.

– Mam dwie dobre wiadomości – powiedziała pewnego dnia. – Załatwiłam pozwolenie na budowę warsztatu na działce po stacji Orlenu.

Kazik skamieniał. Ta stacja? Tamta stacja?

– I druga – dodała. – Wygrałam w totka pół miliona. Tylko, że mogłabym wygrać jeszcze ze trzy razy tyle, gdyby nie… pewne okoliczności.

Kazik wpatrywał się w nią z tą samą miłością, z jaką patrzy się na chodzący ideał: na przykład głowicę Forda Sierra po wymianie uszczelki.

– A więc… – zaczął. – A więc… budujemy?

– Budujemy, Kaziu – odpowiedziała Basia. – Budujemy.

No i kto wam powie, że małżeństwo bez dzieci jest nudne?

Przedpole przegranej

Na pytanie: „Dlaczego mimo wszystko doszło do małżeństwa?”, nie mogę odpowiedzieć zwykłym zwrotem: byłem młody i głupi. Wypada wspomnieć również i o próżności, i – jak to się mówi jednoznacznie, choć dosadnie – o braku jaj.
Na pewno schlebiało mi, że tak starano się o mnie, odgrywając przy tym niesamowity teatr. Sam nie byłem lepszy; trąbiłem na prawo i lewo, chwaląc się poderwaniem atrakcyjnej babki, młodej lekarki. Wśród kolegów wzbudziłem pewien rodzaj poważania, nie wspominając już o zazdrości, więc jak mogłem przyznać na koniec, że nie wyszło?
Podobny dylemat miałem z rodzicami. Gdybym się wycofał, po takiej kampanii przekonywującej ich do pełnej świadomości i dojrzałości podejmowanego kroku, traktowaliby mnie niepoważnie.
Te problemy w rzeczywistości miały drugoplanowy wpływ, minimalne oddziaływanie. Zadecydowała wiara we własne siły, optymizm na hura. Całkowicie przekonany, że się jakoś ułoży, że musi się jakoś ułożyć, odrzuciłem oczywiste przesłanki mówiące, że z tej mąki nie będzie chleba!
Kończyliśmy przecież studia. Dostałem fundowane stypendium z C.Z.S.B.M-go, co oznaczało, że w przyszłości nie powinniśmy mieć problemu z mieszkaniem. W łóżku czuliśmy się dobrze. Należało więc tylko czekać na uniezależnienie się, kiedy to – bez rodzinnych wpływów – życie wskoczy na właściwe tory.
Irenka usprawiedliwiała się, że jest przewrażliwiona, gdy ktoś pije. Powinienem przecież wiedzieć, jakie mają problemy z Bolkiem. Dałem się przekonać.

O policzku nie zapomniałem… Zapomniałem jednak, a raczej całkowicie nie zdawałem sobie sprawy, że już przed startem stałem na straconej pozycji.
Jedynie Arek mnie pocieszał: „Nie ty pierwszy i nie ostatni przyherbaciłeś się.”

Na weselisko zjechała kupa ludu z całej Polski. Większość stanowili goście Irenki, znałem tylko parę osób z tego grona. Punkt kulminacyjny, czyli ceremonia w Nyskiej Katedrze, otrzymała bogatą oprawę. Proboszcz Małecki, przygotowując dostojną uroczystość, polecił nagrać ją na taśmie magnetofonowej – wówczas szokująca nowość.

Mnóstwo ludzi, feeria świateł, czuję jak wszystkie oczy skierowane są na nas, klęczących przed ołtarzem. Jestem bardzo podenerwowany. Uważam, ażeby materiał długiej sukni ślubnej nie przykrył chociażby skrawka moich butów – wiadomo, co by to oznaczało w przyszłości.
W towarzystwie najbliższej rodziny wchodzimy po schodach ołtarza przyjąć komunię. Widzę, jak Irenka dyryguje całym rzędem. Uderza jej talent – wspaniale rozwinięty dzięki znajomości psychologii – sterowania ludzkimi zachowaniami; wybiera chwilę, w której wszyscy w obliczu Świętego Sakramentu z pokorą pozwolą się ustawić.
Nie przysięga, nie obrączki, a właśnie to zdarzenie najgłębiej utkwiło w mojej pamięci. Od samego początku dostrzegałem niezgodności naszych charakterów. Nie zdawałem sobie jednak sprawy, że tworzą one barierę nie do pokonania.

Poza tym, że zacząłem nosić obrączkę, nic się nie zmieniło w moim życiu. Dalej studiowałem, dalej spotykaliśmy się przypadkowo w Nysie, Wrocławiu czy Katowicach, dalej optymistycznie patrzyłem w przyszłość.

Na spóźnioną podróż poślubną wybieramy się do Zakopanego. Święta Wielkanocne spędzamy między Krupówkami a Halą Gąsienicową. Mieszkamy na prywatnej kwaterze u szalenie gościnnego przewodnika tatrzańskiego. Przeżywamy przemiłe chwile z pokazem slajdów i góralskimi gadkami.
Jeden wieczór przekreśla niepowtarzalny nastrój, zamieniając w niesmak cały pobyt. Wybucha gwałtowna awantura, bezmyślna i bezsensowna. Co za znaczenie miało, że usiadłem na tapczanie, może odrobinę za blisko młodej gospodyni?
Tego nie dało się już tłumaczyć zazdrością; to była, napędzana chorobliwym despotyzmem, histeria!

Zbliżało się lato. Rodzice planowali kolejną wycieczkę do Jugosławii. Tym razem jednak bez nas. Kupili nowy samochód – warszawę kombi. Auto lśniło nieskażoną świeżością, było większe i bardziej komfortowe. Nie zrobiło na mnie jednak takiego wrażenia jak poprzednie.
W skrytości ducha podejrzewałem, że stary samochód dostanę w spadku i faktycznie, rodzice sprezentowali mi go, ale nie od razu.

Wyjeżdżając za granicę pozostawili poczciwego staruszka do mojej dyspozycji. Dostałem nawet dodatkowo parę złotych na benzynę.
Wyruszyliśmy w Polskę. Nie mieliśmy prawie żadnego sprzętu campingowego – czego jednak potrzeba, gdy jest się młodym?
Ponton na dach, parę konserw, jakieś ciuchy, dwa koce i jazda nad morze.
Rodzina w Sopocie poleciła zaciszne miejsce na wybrzeżu, gwarantując, że ono nas oczaruje. Tak też się stało.
Dębki – parę domków w sosnowym lesie, miejsce na biwak, strzałka na drzewie kierująca do harcerskiego obozu, leniwe wody zamaskowanej Piaśnicy; nie wiadomo czego więcej – spokoju czy żółtego piasku.
Miejsce to pozostanie niezbezczeszczone, nie splami go, jak wiele innych, złość, zazdrość, nienawiść.
Gdy oddalimy się jednak od niego na parę kilometrów, nastąpi kolejny zgrzyt. Irenka nie może znieść, że pojechałem w lewo, a nie na prawo – tak jak ona chciała. Każe zatrzymać samochód, z furią wyskakuje na drogę.
Długie minuty w milczeniu oczekuję na jej powrót. Tym razem nie proszę: „Chodź, kochanie, nic się przecież nie stało… to nie jest powód do robienia scen… przepraszam cię… zrobimy jak chcesz.” Czekam…! W milczeniu czekam…!

Kulminacyjny punkt następuje po powrocie do Nysy.
Rodzice nie wrócili jeszcze z Jugosławii, możemy więc zamieszkać w ich domu i czuć się swobodnie.
Irenka chce jednak do mamy, ma przecież tam swój pokój.
Od słowa do słowa dochodzi do awantury. Do ordynarnych wyrażeń dołączają takie zwroty jak: „ty bandyto”, „ty hitlerowcu”. W danej chwili nie zdaję sobie sprawy z bogactwa języka, jakim dysponuje moja małżonka. Nie mam na to czasu, zostaję zaatakowany nie tylko słowami. Bronię się i uciekam. Irenka wpada w histerię.
Ile w tym było szału, a ile teatru – zastanawiać mogę się dzisiaj. Wtedy byłem śmiertelnie przerażony.
Ta, która niedawno przysięgała miłość do grobowej deski, z okrzykiem: „Ja cię zabiję!”, biegnie do kuchni. Szarpanina… szuflada z nożami, chwilowe zawahanie, wybór… atak!
Jestem przerażony – Irenka nie jest słabą istotą. Wrzeszczę na całe gardło, wzywam pomocy! Nagle uświadamiam sobie, że ramię mojej „ukochanej” nie jest uzbrojone w nóż, tylko w metalową ostrzałkę. Przestaję się bać, co wprawia ją w jeszcze większą furię. Nie mogąc dosięgnąć mnie „morderczą bronią”, porywa się na własne życie. „Ja się zabiję!!!” Szpic ostrzałki atakuje kilkakrotnie wzburzoną pierś. Bezwładna postać osuwa się na podłogę i pozostaje w bezruchu – tak jak gdyby zimna stal zatopiła się w nieszczęsnym sercu.

Wstyd, wściekłość i co najgorsze – bezradność! Tak, przeliczyłem się. Nie będę dalej brać udziału w tym marnym spektaklu i nie mam już ochoty na żadne próby.
Wsiadam do samochodu, odjeżdżam do Katowic. Przyrzekam, że tym razem to naprawdę koniec!

Konieczność odbycia praktyki budowlanej w czasie studiów to straszny niewypał, niemniej obowiązek.
Wraz z paroma kolegami dostałem skierowanie na plac budowy domu towarowego w Opolu. Kierownictwo przedsiębiorstwa, w osobie majstra, skierowało do nas podstawowe życzenie-prośbę: „Nie przeszkadzajcie! Róbcie, co chcecie. Dzienniczki wam podpiszemy. Zaświadczenie na uczelnię dostaniecie. Uważajcie, jak będziecie na budowie! A w ogóle najlepiej byłoby, gdybyście się tam jak najmniej kręcili.”

Była nas trójka. Staszek posiadał patent sternika morskiego. Ja miałem samochód. Heniek grał na gitarze. Od Jeziora Turawskiego dzieliło nas niecałe dwadzieścia kilometrów.
Ładna pogoda panowała od dłuższego czasu. Prawie codziennie, aż do późnego popołudnia, siedzieliśmy na łajbie, wieczorami zaś przy kartach.

O rozwodzie rodzice nie chcieli w ogóle słyszeć. Choć bardzo niepokoiły ich moje małżeńskie problemy, to jednak uważali, że klamka zapadła. Mentalność matki nie dopuszczała nawet myśli, aby po ślubie kościelnym móc żyć „osobno”.
Trwałem jednak nadal przy swoim postanowieniu. Na listy nie odpowiadałem, do telefonów nie podchodziłem.
Praktyka zbliżała się ku końcowi. Życie w sumie było piękne. Dochodziłem do równowagi.

Wieczór przebiegał w typowym nastroju brydżowym, gdy do pokoju wszedł teść.
Poprosił mnie o chwilę rozmowy. Odpowiedziałem, że wszystko zostało już powiedziane. Nalegał. W sumie nie miałem nic przeciwko niemu. Wyszliśmy… Na korytarzu, w postawie pełnej pokory, czekała Irenka. Zaczęła przepraszać. Teść natomiast oświadczył, że interweniuje pierwszy i ostatni raz, z czego powinniśmy w dwójkę dobrze zdawać sobie sprawę. – „Nie chcę wchodzić w szczegóły, uważam jednak, że powinniście się pogodzić. Małżeństwo to poważna sprawa wobec ludzi i Boga. Na pewno nie jest tak źle. Życiowych decyzji nie można podejmować pod wpływem chwili. Wasz związek ma dopiero parę miesięcy. Na taki krok jest zawsze czas.”

Wyraźnie miękłem. Powodem nie były wypowiedziane oczywistości, lecz zachowanie Ireny. Z przejęciem słuchała słów ojca, akceptując je bez sprzeciwu. Cała postać wyrażała skruchę i łagodność. Po prostu kobiecy ideał, o którym można śnić.
Wzorzysty kretonik letniej sukienki lekko falował, odsłaniając od czasu do czasu kolana… przylegał do ud.
Trzy tygodnie na łódce i przy kartach były piękne, ale nie zaspokajały w pełni wszystkich potrzeb.
Postanowiłem jednak być twardym.

– Wszystko zostało powiedziane, nie mamy o czym mówić!
– Chodź, tato. Bóg może pozwoli, że Andrzej zmieni zdanie.

Irena ujęła ojca pod ramię, szykując się do odejścia.
Stałem zaskoczony. Pierwszy raz widziałem, jak moja żona, nie osiągnąwszy zamierzonego celu, bez stawiania sprawy na ostrzu noża, wycofuje się.
Na koniec odezwał się teść: „Mam do ciebie, w takim razie, ostatnią prośbę: pojedźmy do Nysy i tam, w całkowitym spokoju, podejmiecie ostateczną decyzję.”
Pojechałem…!

Mieczysław

Mieczysław Julian – mój dziadek

Wracam z pewnymi oporami do zaplanowanej dawno historii rodziny, będąc świadomym, że demencja dopada już dużo młodszych. Dawniej, kiedy mogłem, nie zadawałem pytań. Nieżyjący już nic nie powiedzą, a skąpy zasób spisanych wspomnień nie poszerzy się. Wiele zagadkowych spraw, wywołujących domysły spróbuję wyjaśnić – a jeśli nie wyjaśnić to przynajmniej stworzyć szerszy obraz tego co się wydarzyło przed stuleciem z okładem.

Zadziwiająco krótka jest jedna gałąź w moim drzewie rodzinnym ze strony ojca – gwałtownie urywa się na pradziadku Robercie Rosyku wcześniejszym Rossie.

Nie wiem nawet kiedy i gdzie się urodził. Pewien trop prowadzi do wielu spekulacji, a nawet podejrzeń. Robert ożeniony z Julią Szurek miał dwóch synów. Pierwszym był Mieczysław Julian mój dziadek, urodzony w 1877 roku, a drugi Franciszek urodzony w 1879. Na świadectwie szkolnym Franciszka Rossy istnieje niewyrobiony, toporny podpis Grzegorza. Z kolei na podobnym świadectwie Mieczysława, Mieczysław Julian nazywa się już Rosyk.  Nie sądzę, aby pradziadek był analfabetą. Człowiek niepiśmienny raczej nie zapewniłby synom edukacji. Nieporadny podpis może też świadczyć o tym, że Grzegorz posługiwał się cyrylicą. Mógł być Rosjaninem? Jestem dodatkowo nawet w stanie posądzać pradziadka o jakieś spektakularne przestępstwo, po którym zaczął ukrywać się przed policją, komornikiem czy nawet uciekać przed jakimś procesem sądowym.  

Problem rozwiązałem dość niespodziewanie.

Zacznę od Brodów, gdzie urodził się Mieczysław Julian Rosyk. Zapytałem Chat GPT i dostałem obszerną odpowiedz.

W 1877 roku Brody były jednym z najważniejszych miast granicznych monarchii austro-węgierskiej – centrum handlu, miejsce zetknięcia kultur i strategiczny punkt wobec Imperium Rosyjskiego. Brody tętniły życiem – były centrum handlu, punktem granicznym i garnizonem wojskowym. Mieszkańcy żyli w cieniu granicy z Rosją, ale dzięki niej miasto miało charakter otwartego okna na świat.

Strażnicy austriaccy w mundurach przechadzają się wśród stoisk – pilnują porządku i czasem zaglądają do kufrów, czy aby ktoś nie przemyca towarów zza granicy.

Na dworcu ruch jeszcze większy. Przyjeżdża pociąg z Lwowa – z wagonów wysiadają podróżni w eleganckich kapeluszach i sukniach, ciągnąc kufry i kosze.

Po drugiej stronie torów stoi granica – dalej już Rosja. Wagony jadące w stronę Radziwiłłowa zatrzymują się na długie kontrole. Urzędnicy celni sprawdzają paszporty, rewizorzy otwierają skrzynie. Pasażerowie czekają, narzekając na biurokrację.

Na peronie można spotkać też rosyjskich kupców, którzy przyjechali sprzedać futra czy len, a zabrać ze sobą wino i tkaniny z Galicji.

W gospodach przy rynku żołnierze z garnizonu popijają piwo i dyskutują o wojnie na Bałkanach – wieści o rosyjskich działaniach przeciw Turkom budzą niepokój.

W tym czasie bogatsi kupcy spotykają się w kawiarniach – tu rozmawia się o interesach, kursach walut, nowych zamówieniach na zboże czy tytoń.

Na ulicach bawią się dzieci, miesza się zapach pieczonego chleba z piekarni żydowskich i aromat kawy z wiedeńskich kawiarni.

Pod wieczór, gdy ruch handlowy cichnie, na drogach przygranicznych można spotkać przemytników – jedni niosą paczki z tytoniem i tkaninami, inni próbują przerzucić rosyjskie spirytusy na stronę austriacką. Strażnicy graniczni patrolują okolice z latarniami, czasem dochodzi do potyczek.

Miasto zasypia powoli – ale w karczmach światła świecą się do późna, bo tu zawsze ktoś przyjeżdża albo wyjeżdża. Brody żyją swoim pogranicznym rytmem – między Wschodem a Zachodem.

W 1877 roku Brody były jednym z najważniejszych miast granicznych monarchii austro-węgierskiej – centrum handlu, miejsce zetknięcia kultur i strategiczny punkt wobec Imperium Rosyjskiego.

Czyżby nie pamiętał o Robercie, a może coś było wstydliwego w jego pochodzeniu.

Dziadek Mieczysław drugie imię otrzymał po Matce Julii, a pierwsze? Mieczysławem był mój ojciec, czyżby więc pradziadek nosił to imię jako drugie? – Możliwe.

Mieciu po ukończeniu edukacji na poziomie „ludowym” postanowił dalej się uczyć. Szkołę zawodową w Brodach przekształcono właśnie w gimnazjum o profilu techniczno-zawodowym. Po ośmiu tatach ciężkiej nauki mój dziadek zdał maturę. Na początku dwudziestego wieku rozpoczynał dojrzałe życie. Zmienił nazwisko w sposób zaskakujący: do początkowych liter dodał końcowe dwie „y” i „k”. Na podobny krok namówił również brata Julka.

Jaki wpływ na tę decyzję miał jego ojciec? A może ktoś inny…

Dzisiaj pociąg z Lwowa do Brodów jedzie prawie półtorej godziny.  Dzisiaj… a w tamtych latach, kiedy to Mieczysław, Julian chodził do gimnazjum, rozpoczynano już kłaść tory kolejowe na tej linii. W aptece pojawił się proszek do mycia zębów i szczoteczki z świńską sierścią sprowadzane prosto z Lwowa lub Wiednia.  Bardzo bogaci kupcy rozświetlali swój uśmiech złotymi koronkami i może właśnie ten rzadki błysk wzniecił w moim dziadku chęć zastania dentystą.

Faktem udokumentowanym w zapiskach rodzinnych, jest uroczysty ślub w 1906 roku Olgi Schwarc z Mieczysławem Rosykiem. Ceremonia odbyła się w Czerniowcach w domu Schwarców, zamożnych mieszczan. Panem młodym okazał się wykształcony i przystojny mężczyzna, właściciel dobrze prosperującego gabinetu dentystycznego.

Z faktami nie dyskutuje się, ale tak naprawdę to jaki zawód miał dziadek? Dentystą był facet z wyższym wykształceniem po studiach we Wiedniu, Pradze, Krakowie czy Lwowie, a technikiem dentystycznym to… Też gościu z wykształceniem, praktyką czeladniczą i mistrzowskim dyplomem. 

Przeczytałem ciekawą rzecz w Internecie: W Brodach praktykowali m.in. dr Maurycy(Moses) Stern, dr Adolf Schwarcz i dr A. Roth – nazwiska pojawiają się w rejestrach zawodowych z 1898–1903 r.

Opis dotyczy okresu, kiedy Mieczysław Julian planował, lub robiono to za niego, karierę zawodową i w ogóle snuł mariaże dojrzałego życia.

Czy istniał jakiś związek między dr Adolfem Schwarczem, a Edwardem Schwarcem?… 

Opis ślubu dziadków z ikoną w tle wygląda bardzo pompatycznie. Wiadomo jest również, że moja babcia zgrabna, osiemnastoletnia szatynka z piwnymi oczyma była tuż przed zamążpójściem narzeczoną Adama Bursy przyjaciela Miecia Rosyka. Adam, gdy został powołany do wojska, poprosił swojego najlepszego kumpla o zaopiekowanie się dziewczyną. Mecenat. Rezultat opieki opisałem powyżej, ale jak do tego doszło. Albo dziadek był takim donżuanem, że babcia straciła dla niego głowę, to taka optymistyczna, poprawna wersja. Mogło być również też, że Adam chciał być wolnym idąc w sołdaty i wystawił przyjacielowi gotową do zamążpójścia dziewczynę.

W paru opowiadaniach, a szczególnie w „Mieciu, mój ojciec” doprowadziłem do końca opis dziejów dziadka. Pozostała jednak pewna luka dotycząca zdarzeń po roku 1931, kiedy to umiera wraz z nienarodzonym dzieckiem Stefania żona Franciszka. Franciszek długo przeżywa odejście bliskich.

W tym czasie bracia zlecają budowę jednokondygnacyjnej willi. Projektantem jest młody architekt Tadeusz Todorowski, przyjaciel ojca Miecia. Obiekt powstaje na osiedlu nazwanym Nowym Lwowem.

 Na dużej parceli przy ulicy Toruńskiej pod numerem 5 (obecnie ulica Tarnopolska 16) wybudowano okazały dom. Franciszek zamieszka na parterze, a Mieczysław z całą rodziną zajmie pierwsze piętro.

Już jakiś czas w praktyce dentystycznej w której bracia prowadzą osobne gabinety sprząta Józefa, trzydziestopięcioletnia kobieta. To biedna mieszczanka z wiejskim rodowodem. Przez gabinet przewija się wielu pacjentów. W modzie są złote koronki. Franciszek przywiózł wracają z Rosji po wojnie trochę kamieni i dosyć tego drogocennego kruszcu. Na brak pracy nikt nie narzeka. Dziadek Mieczysław często pozostaje w praktyce do późna, często noce spędza na swojej kozetce. To on zatrudnił pomoc, a w ogóle jako starszy brat decyduje prawie o wszystkim.

Franciszek nie potrafi otrząsnąć się z traumy pogrzebowej. Mijają właśnie dwa lata od tej tragedii. Po długiej rozmowie z bratem dotyczącej dalszej działalności i ram funkcjonowania gabinetu postanawia ożenić się z Józefą.  Decyzja jest rodzinnym szokiem, szczególnie dotkliwym dla żony Mieczysława, czyli dla babci Olgi. Nie wyobraża ona sobie mieszkania w jednym domu z kimś z ulicy. Tak w każdym razie brzmiała oryginalna wersja jaj niezadowolenia. Po dwóch latach Józefa rodzi syna Romana, a po dalszych dwóch umiera Franciszek. Po kolejnych dwóch latach wybucha druga wojna światowa, a z nią kończy się złota era gabinetów Rosyków.

W końcowej fazie repatriacji Roman Rosyk z matką ląduje we Wrocławiu. Wielotysięczni przesiedleńcy ze Lwowa masowo wypełniali w tamtym czasie ulice Ziem Zachodnich. Wśród nich znalazł się również wujek Władek i dzięki właśnie niemu rodzina skontaktowała się z Romanem.  Nastąpiło to zaskakująco późno. Romana poznałem w dojrzałym wieku tuż po maturze. Wcześniej dziwnym zbiegiem okoliczności nic o nim nie słyszałem. Zwróciłem się do niego pierwszy raz po imieniu, a on czując się trochę urażonym, niby w formie żartu powiedział, że w zasadzie to on jest moim wujkiem. Był tylko siedem lat starszym, ale wyraźnie chciał pokazać ważność. wtedy nie zastanawiałem się kim jest wujek i dlaczego. Wujków miałem wieli, niektórych przyłatanych i nie myślałem nad więzami krwi. Z Romanem było inaczej, od pierwszej chwili kojarzyłem go z dziadkiem.  Jego podobieństwo z fotografią przodka, którą wielokrotnie oglądałem było uderzające. Miałem nawet wrażenie, że to jest ta sama osoba tylko młodsza. Gdy wspominałem kiedyś przy stole o tym podobieństwie wyczułem ogólne zmieszanie. Ojciec milczał, ale mama po obiedzie odrobinę zażenowana puściła parę: Romana we Lwowie traktowano jak bękarta.  Mieszkali wtedy wspólnie, choć na różnych piętrach a ze względu na prostackie zachowanie Józefy stosunki były oziębłe. Lubiłem Romana, był pełen życia i humoru. Promieniował aurą artysty plakacisty mocno osadzonego w środowisku ASP. Kiedyś, będąc u szczytu kariery sam zażartował ze swojego pochodzenia.

Raz będąc w Katowicach zaprosił mnie wraz z Olkiem na libację w pracowni jednego znanego plastyka, swojego kolegi po fachu. Ciocia Cesia żartobliwie uprzedzała po fakcie: Wojtek uważaj, bo oni w często tańczą na golasa. Romana poznałem z zupełnie innej strony lubił żuć gumę. Za każdym razem narzekał, że czemu nie mógł od dziecka korzystać z tego amerykańskiego dobrodziejstwa. Miałby wtedy mniejsze problemy z zębami.

Trzydzieści dziewięć i pół.

Lekki wiatr zaczepiał suche liście; tańczyły na gładkim żwirze wąskiej alejki. Ich szelest i zapach, połączone z bogatymi kolorami koron drzew, przywołały obraz beztroskich lat dzieciństwa. Jesień roku dwutysięcznego dziewiętnastego natarczywie przypominała tamte czasy.

Dopiero niedawno stwierdziłem, że nie czuję się tu już obco — że jestem u siebie. Nie spieszyłem się; cieszyłem się każdym kolejnym dniem.

Minęło wiele lat, abym mógł tego doświadczać; prawie czterdzieści.

Idąc spokojnie ścieżką pokrytą klonowymi liśćmi, z satysfakcją odkryłem, że stoję na własnej osi czasu dokładnie w punkcie środkowym.

Przebyte lata mierzyłem dawniej zupełnie inną miarą.

Gdy miałem dziesięć lat, mama powiedziała: „Pierwszy X! Całe życie będziesz je zbierał”. Nie potrafiłem wtedy wyobrazić sobie tak długiego okresu jak kolejne dziesięciolecie.

Następny etap przyszedł po przeczytaniu „Dwudziestu lat później”. Znów ten sam przedział czasu — bajecznie, sentymentalnie długi — dzielący Trzech Muszkieterów od kolejnych przygód.

Pomyślałem po chwili, z lekką ironią, że to niemożliwe, bym zapomniał autora.

Bezmyślnie sięgnąłem do kieszeni po smartfona. Po wpisaniu hasła wyskoczyła informacja.

Szelest liści ucichł… „Scheiße!” — wcale nie o powieści myślałem; przecież dobrze pamiętałem trylogię Aleksandra Dumasa. Widocznie to już wiek, a nie stres, utrudniał koncentrację.

Zbliżałem się do równej liczby lat spędzonych w Polsce i w Niemczech.

Tych dwóch połówek nie dało się porównać. Łączyła je jednak jedna cecha: ilekroć przekraczałem granicę, wracałem do siebie. Po śmierci mamy ta radość bycia „tu i tam” zaczęła ewoluować. Dodatkowo przyczyniła się do tego populistyczna, pisowska polityka rządzących wraz z jej konsekwencjami.

Mama, umierając, zaakceptowała mój ateizm. W przerwach między potwornymi atakami bólu powiedziała: „Wojtuniu, jest mi niezmiernie żal; będzie ci bardzo ciężko pogodzić się z moim odejściem. Ja się pogodziłam; wiem, że zaraz spotkam się z Mieciem… Ty wiesz, że odchodzę na zawsze. Czuję, jakie to dla ciebie trudne”.

Do dziś nie byłem w stanie pisać o tej chwili. Bardzo chciałem, ale nie mogłem zamienić w słowa tego, co czułem, czego doświadczyłem.

Od pogrzebu — który zbiegł się z zaplanowaną uroczystością 95. urodzin mamy — minęły prawie trzy lata.

Koniec jest zawsze początkiem czegoś nowego. Mój początek nastąpił szybko — zaraz po zawale serca. Świadomość sytuacji i tego, co w każdej chwili może nastąpić, zmusiła mnie do napisania wspomnień o mamie… „Bo jak nie ja, to kto?”


II wojna światowa

utrwalona w pamięci mojej mamy, Marty Rosyk

Początek wojny — 1 IX 1939 — zastał Izydora Hawranka z rodziną w Stryju. Od 1929 roku mieszkali tam „u Żyda”, na parterze, w trzypokojowym mieszkaniu z kuchnią.

Izydor, pieszczotliwie nazywany przez żonę Dorkiem, był państwowym urzędnikiem — inspektorem rolnictwa w Wydziale Powiatowym. W tym samym wydziale Olga, moja babka, w ramach oświaty, prowadziła zajęcia w Kołach Gospodyń Wiejskich. Marta — Myszka, ich córka — była w klasie maturalnej prywatnego żeńskiego gimnazjum.

Błyskawiczny postęp wojsk niemieckich wywołał u Izydora paniczny strach. Nie wytrzymał napięcia i po dziesięciu dniach wojny postanowił uciekać na wschód — do Zarudzia, gdzie znajdował się majątek nieżyjącego już brata, Jakuba. Zarządzała nim jego żona, Janina, kobieta z wyższym wykształceniem humanistycznym (pilnując udoju, czytała wiersze). Nad całością czuwała Stanisława Życzyńska, matka Janiny.

Początkowo jechali własnym autem — czarnym, odkrytym fordem. Izydor, po zostawieniu kobiet w majątku (Sokołów albo Strzałków), wrócił do Stryja, odstawił samochód do garażu. Pośpiech wynikał z obawy, by zdążyć przed ewentualnym zerwaniem mostów na rzece Stryj. Dziadek wrócił do rodziny i dalszą drogę pokonywali furmanką z parą koni — dostali ją z majątku. Żołnierze zmierzający na zachód (najpewniej uciekali już przed Armią Czerwoną po 17 września) krzyczeli do Izydora: „Człowieku, gdzie wieziesz te kobiety?!”.

Do Zarudzia dotarli po kilku dniach. Spali gdzie się dało — bywało, że na plebaniach. Część drogi pokonali razem z hrabią Tyszkiewiczem (jechał małą bryczką; babcia żartowała, że pan hrabia pomaga poić konie). W końcu dotarli do majątku w Zarudziu pod Zborowem. Na probostwie mama zostawiła (a właściwie „zapomniała”) skórzany pas — element munduru Przysposobienia Wojskowego, w którym „wyruszyła na wojnę”.

Wejście Armii Czerwonej do okolicy przebiegło bezkrwawo. Siedemnastoletnia Myszka pamięta tylko spragnionego kawalerzystę. Podjechał na koniu z okrzykiem: „Wodu!”. Gdy niespeszona przyniosła wiadro, rozkazał: „Pij!”. Dopiero kiedy upewnił się, że „Polaczki nie chcą go otruć”, wypił w pośpiechu.

Majątek rozgrabiono — nie przez Rosjan, lecz przez miejscowych chłopów. Zabrali, co się dało, i przestali pracować na pańskim. Pozostawionej jedynej krowy nikt nie chciał doić. Myszka, przyuczona przez ojca, z dumą pokazała „księżniczkom”, jak to się robi.

Ksiądz, widząc, jak chłopi kradną jabłka z pańskiego sadu, wzdychał: „I to są moje owieczki!”.

Gdy jednak krowa „wolnego” wieśniaka, obżarta niedojrzałymi jabłkami, dostała wzdęć, przerażony właściciel pobiegł po pomoc do majątku. Wuj Roman Soszyński, weterynarz, bez cienia urazy pospieszył ratować zwierzę.

Ze strachu przed miejscowymi noce spędzali u Hani, oddanej służącej. Spali „na bambetlu” — dla panienki z miasta była to nie lada atrakcja.

Mama pamięta jeszcze wykopki ziemniaków i awanturę, jaką babcia Olga urządziła Izydorowi. Sprowokowana przechwałkami dwóch przystojnych młokosów, gwałtownie wypomniała mu tchórzostwo. Dziadek faktycznie się bał — w pierwszej kolejności o ukochaną córkę. Rewolwer „mauzer”, z którym się nie rozstawał (miał pozwolenie na broń), wyrzucił ze strachu do stawu w parku. W podobny sposób postąpiło więcej osób — na wszelki wypadek, by nie oddawać broni najeźdźcy.

W Zarudziu przebywała wtedy liczna rodzina. Dowodziła babcia Życzyńska z córką Janiną (już wdową) i jej zamężnymi dziećmi: Bogusią z Henrykiem Piotrowskim (sekretarz wydziału powiatowego w Zborowie; później wyjechali do Wilna i trafili do getta dla Polaków), Hanką z Romanem Soszyńskim i rocznym Bogusiem. Trzeci z rodzeństwa, Kazik, inżynier leśnik, z żoną Marylą i dwoma synami — najprawdopodobniej został zamordowany w 1940 roku w lesie podczas pełnienia obowiązków służbowych. Była też ciocia Genia — „Staruszka”, niewidząca na jedno oko, nauczycielka domowa — oraz Aldona, poczmistrzyni.

W okolicy były trzy majątki. Do Urlowa (właściciel Zdzisław Sambrakachane, mąż Zofii Życzyńskiej) mama z babcią chodziły pieszo. Trzecim majątkiem była Chrabuźna, należąca do Lipińskich. Żona Lipińskiego, Malunia, była siostrą Janki Hawranek i Zosi Sambrakachane. (Prawdopodobnie matka Lipińskiego była wiedenką, wymagającą najwyższych manier; budziła przez to respekt. Być może bratem jej męża był Karol Lipiński — słynny skrzypek i kompozytor).

Powrót do Stryja, w październiku, był skomplikowany, bo Rosjanie zarekwirowali konie. Dojechali nocą — nie wiedząc, czy mają do czego wracać. Mama do dziś pamięta moment, gdy przez okno zobaczyła na kuchennym kredensie budzik. Okazało się, że w ich mieszkaniu zamieszkała dozorczyni, pani Horodecka, z mężem. Nie zajęli pokoi — spali w kuchni na tapczanie — byle mieszkania nie splądrowano. Mama z wielką sympatią wspominała tych uczciwych, kochających się pomimo ubóstwa ludzi z piątką dzieci (po dwóch latach pani Horodecka ubierała jej welon ślubny).

W garażu też stał nietknięty czarny ford (kabriolet). Nie nacieszyli się nim długo. Przyszedł oficer radziecki, „wchodząc, wytarł nogi”, usiadł w skórzanym fotelu — babcia Ola doceniała to arystokratyczne zachowanie — i poprosił o kluczyki. Mama nie potrafi dziś wytłumaczyć, kiedy i jak kupili auto; pamięta tylko, że wcześniej mieli żółty citroën, którego sprzedali.

Dziadek wrócił do pracy w Wydziale Powiatowym, mama — do gimnazjum (Fijut Lux), gdzie dyrektorem był profesor Żak. Obok języka ukraińskiego wprowadzono rosyjski. W trakcie pochodu z okazji rocznicy Rewolucji Październikowej wyrzuciły do rowu transparent z wizerunkiem jakiegoś bolszewika — zapewne Stalina. Pod koniec 1939 roku zamknięto gimnazjum żeńskie; uczennice wcielono do I Męskiego Gimnazjum.

Po krótkim czasie mama przestała chodzić na zajęcia — zaangażowała się w działalność konspiracyjną.


W tym czasie rozpoczęły się masowe deportacje Polaków. Mama pamięta rodzinę Załuskich: pan Załuski, major 53. Pułku Piechoty, znalazł się z wojskiem na Węgrzech; jego żona z dwiema córkami — Krysią i Lalką — po wysiedleniu z „mieszkań wojskowych” najpierw trafiły „do nas” na Grottgera w Stryju, potem do Lwowa, a w końcu, przy próbie ucieczki na zachód, zostały ujęte i wywiezione w głąb Rosji. Pracowały „po kolana w wodzie” w syberyjskiej kopalni.

Pan Rammel, wójt zbiorowej gminy Skole, przekazywał zaprzyjaźnionemu Izydorowi czyste blankiety legitymacji i pieczęcie. Dziadek zanosił je księdzu Goleniowi (temu samemu, który później mnie ochrzcił: „Ja jestem Wojciech — niech i on będzie Wojciechem”), a dokumenty chowano pod dywanem w pokoju w sąsiednim domu państwa Rękasowskich. Dalszą dystrybucją zajmowała się Myszka — zamiast chodzić do gimnazjum woziła papiery do Lwowa. Jednym z punktów kontaktowych było mieszkanie jej sympatii, Mietka Barańskiego, na Łyczakowie; legitymacje ukrywano w piecu, maskując palenisko spalonymi gazetami. Odwiedzała też wdowę — znajomą Kazika Januszkiewicza — której mieszkanie było tak zastawione szafami, by w razie „wpadki” dało się uciec. Pamięta też konspiracyjne lokum, do którego raz dotarła potwornie zziębnięta po jeździe zimą na platformie ostatniego wagonu — na miejscu usłyszała: „Ty moje trzynaste nieszczęście w koszyczku”.

Bywała u ciotki Kazi Januszkiewicz we Lwowie. Kazik próbował uciec do Rumunii — został postrzelony w pośladki, co obrosło żartami. Później zamieszkał u kuzynki Krysi Pieniądz — zostało zdjęcie z jej synem Andrzejem.

Fałszywe legitymacje ratowały ludziom życie.

Mama pamięta trzy wielkie wywózki w głąb Rosji.

Ponieważ porzuciła szkołę dla konspiracji, przyszedł do domu profesor Grzyb — wychowawca — i namawiał, by przystąpiła do matury. „Masz szansę — tylko musisz wrócić na lekcje”. Niektórzy nauczyciele mieli wątpliwości — nauczycielka francuskiego mówiła: „Wiem, że się wygadasz, ale co ty napiszesz?”. Na egzaminie z matematyki skłócili się profesorowie Smolana i Wachułka, jednak matura zakończyła się pomyślnie. Świadectwo wystawiono dwujęzyczne — po polsku i po rosyjsku — i otworzyło drogę do studiów we Lwowie.

Egzamin na medycynę zdała wysoko; w styczniu 1941 dostała 150 rubli nagrody. To były pierwsze własne pieniądze — kupiła za nie m.in. pięć kilogramów cukru i z dumą zawiozła do Stryja.

Z braku miejsc na medycynie rozpoczęła weterynarię z obietnicą przejścia po pierwszym roku na Akademię Medyczną. Zamieszkała na Pohulance, w piętrowej willi wujka Edwarda Hawranka (stryjeczny brat ojca), męża Olgi Życzyńskiej. Edward pochodził z kupieckiej rodziny — prowadził sklep „Papiery i Obrazy” przy placu Mariackim. W domu był tłum rodziny: siostry ciotki Olgi — Malunia Lipińska z córką Elżunią, Zosia Sambrakachane z córką Aliną, córka Olgi Ziuta; naprzeciwko mieszkali prof. Morowski i asystent Wojciechowski z weterynarii, a także pani Zosia — osoba unikająca towarzystwa, zapewne ukrywająca się. Mama spała w jednym pokoju z Zosią, Aliną, Elżunią, Ziutką i panią Zosią. Uczyła się głównie nocami na stryszku. Ciocia Zosia „pod poduszkę” podtykała Alinie i mamie pajdy chleba.

Miecia zobaczyła pierwszy raz, gdy przyszedł z prof. Brossem na konsylium do wujka. Nieogolony — nie spodobał jej się i poszła na wykłady. Później jednak, gdy bolał ząb, ciocia Olga zaprowadziła ją do praktyki dentystycznej: „Do starego Rosyka czy do młodego?”. „Do młodego” — odparła. W gabinecie zobaczyła Miecia w świeżym, białym kitlu — ogolony, od razu wydał się inny. Najpierw przychodziła z ciotką, potem sama. Siedząc w poczekalni, przez uchylone drzwi widziała, jak nerwowo zerka na zegar, czekając na jej przyjście.

Atmosfera u wujka pogorszyła się po liście do Stryja, w którym poskarżył się Izydorowi, że córka tylko się bawi. Wywiązała się rodzinna awantura. Mama postanowiła przenieść się do akademika. Gdy była już prawie gotowa, rozbolał ją ząb — dolną piątkę trzeba było usunąć. „Taki był miły i czuły przy znieczulaniu, że mnie nic nie bolało” — pisała do domu. Po ekstrakcji mocno spuchła. Koleżanka z akademika „wściekła się” i przyprowadziła Miecia do pokoju. Czuła się okropnie: spuchnięta twarz i w dodatku silny okres. Od tego czasu zaczęli się spotykać. W listach relacjonowała rodzicom szczegóły. Gdy Miecio zaprosił ją na „małe spotkanie” w praktyce przy Piekarskiej 1c, babcia Ola — wysłana przez zdenerwowanego Izydora — zganiła adoratora: „Zaprasza się do mieszkania, nie do praktyki”. To ich rozśmieszyło — po czym pocałowali się pierwszy raz.

Na obiady chodziła do innego akademika. W drodze powrotnej kupowała bochenek chleba i jadła go, odłamując po kawałku. Bardzo uważała, żeby zostało jej trochę na śniadanie następnego dnia. Miała dobre stosunki z kucharką w swoim akademiku, więc często schodziła do piwnicy, gdzie nieraz dostawała porcję ziemniaków.

Pewnego wieczoru chciała zorganizować coś wyjątkowego na spotkanie z Mieciem. Udało jej się zdobyć dwa talerze z ziemniakami i sznyclami. Mieciu zjadł sznycla, ale ziemniaki tylko podrapał widelcem. Nie mogła tego zrozumieć. Do dziś pamięta, jak odnosząc talerze, jadła palcami, w pośpiechu, na korytarzu, resztki tego niedokończonego przysmaku.

22 czerwca, w niedzielę (dzień ataku Niemiec na ZSRR i zajęcia Lwowa — mój przypis), obudził ją w akademiku huk, jakieś wystrzały. Była przekonana, że to artyleria przeciwlotnicza.

Umówiła się z Mieciem w katedrze na godzinę dwunastą. Ulice były zablokowane przez wojsko i policję — pamięta, jak krążyła, zanim udało jej się dojść na miejsce. Na czystym, słonecznym niebie wisiały smugi po wystrzelonych pociskach. Spotkali się w kościele. Kiedy wróciła do akademika, okazało się, że wojsko zajęło budynek, a jej rzeczy przechowały zakonnice tercjanki.

Mieciu, na polecenie swojej matki (Olgi), zabrał ją do rodzinnej willi na Nowym Lwowie, przy ulicy Toruńskiej 5. Spała na kanapie w sypialni, razem z Cesią. Ta jednak — „po zbyt długich, wieczornych odwiedzinach”, jak to ujęła — obraziła się i przeniosła do innego pokoju, mówiąc: „Nie będę spała w takich warunkach”. Matka Miecia znalazła się w głupiej, niezręcznej sytuacji — w sypialni pozostały dwa puste, duże metalowe łóżka ze złotymi kulami. Mieciu odwiedzał ją regularnie, a ona, na wszelki wypadek, nosiła bardzo ciasne majtki.

Chodziła nadal na uczelnię — doradzono jej, by zdawała egzaminy, póki to możliwe. Poszła do profesora A. Banta i zdała anatomię na ocenę bardzo dobrą. Na tym zakończyła studia. Zajęcia odwołano. Aresztowanie syna tercjanki wywołało zamieszanie. Nadchodziły coraz gorsze wieści. Rosła obawa przed wywózkami.

Zachwycili się widokiem dwóch Niemców jadących na motocyklu. Uwierzono w niemiecką kulturę, porządek i spokój — postanowili się pobrać. Spędziła trzy tygodnie na Nowym Lwowie.

16 lipca 1941 roku wyruszyli pieszo do Stryja, aby zawiadomić jej rodziców. W połowie drogi podwieźli ich węgierscy wojskowi. Ona nie była już w stanie dalej iść, a Mieciu nie pozwalał jej usiąść, przekonany, że gdy raz usiądzie, nie będzie miała siły ponownie wstać. Po dobie marszu dotarli na miejsce — na urodziny dziadka Izydora. Radość była ogromna. Dziadek strasznie się martwił; nie mieli żadnych wiadomości. Nie wiedział, co dzieje się z jego ukochaną córką: wojna, bombardowania, wywózki.

Mietek pozostał tam jeszcze jakiś czas, po czym wrócił jakimś transportem do Lwowa, aby załatwić ślubne obrączki.

Wielkie poruszenie wywołało odkrycie zwłok pozostawionych przez Rosjan w więzieniach. Heniu Czernichowski — „z innymi” — również oglądał ciała ludzi zamordowanych na różne sposoby.

Po powrocie do Lwowa Mieciu dał znać, że żyje, a później przyjechał towarowym pociągiem na ślub. Przyjechał sam — jego ojciec dostał ataku choroby żołądka, matka Olga czuła się bardzo źle, a Cesia nie zamierzała ryzykować. Nikt nie uznał tego za afront.


24 sierpnia 1941 roku (data obliczona przez babcię Olgę tak, aby nie zbiegła się z okresem córki) w południe w kościele zawarli sakrament małżeństwa. Izydor zdobył materiał — jedwab na suknię — z którego szewc uszył również ślubne buty.

Na przyjęciu, w którym uczestniczyło około trzydziestu osób, przysmakiem były: torty z jaśka (łącznie goście przynieśli siedem), smażone kurczaki w sosie śmietanowym oraz sałatka pomidorowa, również polewana śmietaną — którą para młoda jadła palcami. Do tego bimber. Sypialnię przeniesiono na strych, a stoły ustawiono w kształt podkowy. Niemcy pozabierali wszystkie radia (w domu mieli Philipsa, trzy-lampowego; Mieciu chwalił się, że u nich jest cztero-lampowy), więc muzyka najpewniej grała z gramofonu.

W noc poślubną zamknęła się na klucz w swoim pokoju — dziewictwo straciła dopiero trzeciego dnia. Zapamiętała pytanie, które Mieciu zadał jej wtedy:

— Jak ci było?
— Bardzo dobrze — odpowiedziała.
— To pamiętaj o tym zawsze, bo w życiu mogą być różne chwile — powiedział.


Po trzech tygodniach pobytu w Stryju wrócili do Lwowa i zamieszkali przy ulicy Piekarskiej 1c, w pracowni stomatologicznej dziadka. Całe mieszkanie zajęła służąca, więc urządzili się w gabinecie, gdzie na gazowych palnikach mama zaczynała uczyć się gotować — mając do pomocy książkę kucharską. („Służąca zablokowała również kuchnię”). Mieciu chodził do pracy na klinikę, ale często biegał na Nowy Lwów. Pamięta, jak pewnego razu jej matka przywiozła ze Stryja kawałek koniny, a Mieciu bez pytania odciął część i zaniósł swojej mamie.

Pewnego dnia dostali zawiadomienie, że Niemcy przejmują kamienicę, a im przydzielono mieszkanie w innym miejscu.

15 listopada 1941 roku, przy siedemnastostopniowym mrozie, przeprowadzali się do nowego lokalu przy ulicy Jagiellońskiej 11. Mama pamięta ciężką walizkę z formami dentystycznymi, którą wnoszono na ciężarówkę. Ktoś próbował ją ukraść, ale nie dał rady i porzucił na chodniku w niewielkiej odległości od wojska. Likwidowali dwa gabinety. Otrzymali duże, dwupokojowe mieszkanie (każdy pokój 5×7 metrów). Jeden z pokoi był kompletnie umeblowany — pozostałość po wysiedlonych Żydach, rodzinie doktora Blata. Pamięta fortepian i śliczne lustro. W kuchni była dwupalnikowa kuchenka. Drobna właścicielka z córeczką szukała czegoś — wyciągnęła skarpetki. Chciała zabrać małą szafkę, lecz mama — obawiając się Niemców — nie pozwoliła. Po pewnym czasie wszystkie meble i tak zostały zabrane.

Dopiero od szóstego miesiąca ciąży brzuch stał się widoczny.


Na Nowym Lwowie doszło do wybuchu gazu, z nieznanych powodów (podobno rozszczelnienie rury pod chodnikiem; do willi nie była doprowadzona instalacja gazowa — „Józefa często przychodziła do nas coś ugotować” — A. Bartyński). Zniszczeniu uległa klatka schodowa, Józefa poparzyła sobie twarz (poszła ze świeczką do piwnicy?), rany odniosły także Cesia i pan Gros.

Święta Bożego Narodzenia 1941 i całą zimę 41/42 spędzili na Jagiellońskiej.

Doszło tam do nieprzyjemnego incydentu. Zdenerwowany ojciec przerwał babci Oldze, która sugerowała, że matka ma gruźlicę, mówiąc krótko: „Dziura jak dupa!”. Mama umiejscawia ten epizod już po zatrzymaniu Izydora i po moim urodzeniu.


Po aresztowaniu profesorów klinika „rozpadła się”. Mieciu zaczął pracować w browarze jako lekarz zakładowy. Wtedy zaczęły się częste spotkania towarzyskie z Wiktorem Brossem i jego żoną Martą, krewną mamy. (Ich syn Krzyś urodził się dokładnie rok po mnie).

Zaczęły się też kłopoty z żywnością. Od niemieckiego pacjenta dostali pół kilograma sacharyny — na skutek jej używania musieli bardzo często siusiać. „W nocy robiliśmy to do wiadra, żeby nie biegać przez całe mieszkanie.” Izydor zdobył gdzieś pęcak. Mama czuła się wtedy kompletnie zagubiona: „Mam kupić dwa jajka czy cztery?”

Podczas przyjazdów babci dochodziło do częstych spięć między nią a ojcem.


Pomimo rozwierającej się szyjki macicy i ryzyka powikłań donosiła moją ciążę do 19 czerwca 1942. W liście do rodziców pisała: „Bachor ma dużo płynu”.

2 czerwca 1942 roku Niemcy aresztowali dziadka Izydora. Mamie powiedzieli o tym dopiero po porodzie.

Babcia Olga Rosyk dostała żółtaczki, a jej choroba nowotworowa zaczęła gwałtownie postępować.

Dziadek przebywał najpierw w więzieniu w Drohobyczu, później — według informacji niemieckiej — przewieziono go do Lwowa. Mama jeździła tam z mlekiem i żywnością, raz udało jej się zobaczyć ojca przez uchylone drzwi.

Po trzech miesiącach więźniów wywieziono, a mniej więcej w tym czasie zmarła babcia Olga Rosyk — umierając w potwornych męczarniach.

„Szukajcie mnie we Lwowie” — podobno taką wiadomość zostawił dziadek. Zbierali złoto na jego wykupienie. Zbyszek Pawłoski pomagał wymieniać złoto na pieniądze. Po jakimś czasie przyniósł z powrotem krzyżyk babci, mówiąc, że udało mu się go odkupić.

Wezwano ich na policję. Mama siedziała, ojciec stał. Gestapo było bardzo zainteresowane, dlaczego szukają Izydora. „A wy tutaj zostaniecie” — powiedzieli. Matkę ogarnął paniczny strach, bo zostawili mnie w domu, jako niemowlę, zupełnie samego. Na kolejnym przesłuchaniu usłyszeli pytanie: „Gdzie ukryliście ojca?” Gestapowcy udawali, że dzwonią po więzieniach, by go odnaleźć. Straszyli mamę, że jeśli nie powie prawdy, spotka ją to samo, co działo się w sąsiednim pokoju — skąd dochodziły przerażające kobiece krzyki.

(Izydor znał doskonale niemiecki, był oficerem armii austriackiej).


W lutym 1943 roku — jak zapisała matka — „było wtedy bardzo głodno”. „Mieliśmy mały bochenek chleba na dwoje na tydzień. Przydział mięsa wynosił jakieś pół kilo byle czego na tydzień.” Kupowali dodatkowy chleb na czarnym rynku i wozili do więzienia na Łąckiego (bieliznę, kalesony — „wszystko przyjmowali”). Mamie zostały jakieś więzienne pokwitowania. Robili to co tydzień, będąc przekonani, że ojciec wciąż tam przebywa.

Pamięta większą paczkę wysłaną z okazji świąt. Edziu „Krzaczasty” dowiedział się od ludzi z AK, że więźniów zabrano do lasu Mała Brzezinka i rozstrzelano.

Po jakimś czasie zwrócono im pieniądze za złoto, którym chcieli wykupić dziadka. Mama nie pamięta, czy było to 1500 złotych, czy 15 tysięcy złotych, ale wie, że dała 500 złotych babci Oldze — w tajemnicy przed Mietkiem.

Z tymi pieniędzmi wiąże się dalsza historia. Po przyjeździe do Lwowa babcia zostawiła torebkę na kanapie w poczekalni. Torebka — z pieniędzmi i dokumentami — zniknęła. Podejrzewano któregoś z pacjentów. Poszli „na policję niemiecką”, przy placu Mariackim — „tak z boku” — zgłosić kradzież. Ważne było posiadanie niemieckiego Ausweisu.


W marcu 1943 roku wyjechali — mama, ojciec i asystentka Marysia — do Kosowa. („Zaproponowano, aby wyjechać” — Mietek zgłosił się tam jako stomatolog). Ojciec dostał od Niemców skierowanie do pracy. Dojechali do Kołomyi, gdzie przenocowali „w jakiejś chałupie”, w mieszkaniu z pryczami, jakby nocowało tam wielu ludzi. Następnego dnia Mieciu załatwił furmankę i pojechali nią do Kosowa.

Ojciec wybrał to miejsce z sentymentu — w młodości spędzał tam wakacje z rodziną, jeżdżąc również do Kut. Raz pojechali tam nawet z dziadkiem Rosykiem, który zwykle nie spędzał z nimi wolnego czasu.

Zamieszkali u pani Kowalskiej — piękne mieszkanie. W sąsiednim budynku Mieciu miał gabinet. Robił wiele złotych koron, zwłaszcza kobietom, które traktowały je jak biżuterię. Przynosiły dukaty z przylutowanym uszkiem, noszone jak zawieszki.

W Kosowie zachorowałem na zapalenie płuc. Łóżeczko, w którym spałem, ojciec przywiózł prawdopodobnie w drugiej turze przeprowadzek.

„Zaczęło nam się tam dobrze żyć. Pacjenci przynosili jedzenie — orzechy, jabłka, całe worki, i było wszystko, czego trzeba. Widzę cię do dziś przy cudnych truskawkach, a ja nie mogłam niczego jeść. Nie rozumiałam, jak wy to możecie jeść.”


Kiedy miałem dziesięć miesięcy, zacząłem chodzić. Mama postawiła mnie na podłodze, a ja przeszedłem cały pokój. Musiała wtedy chować wszystkie przedmioty — wszystko ściągałem z mebli.

„Był tam dr Libchard, kolega, chirurg w szpitalu. Był też drugi, ginekolog, żonaty z Ukrainką, również bardzo mili ludzie. Mieliśmy dobre towarzystwo — zwłaszcza do popijawy.” Lekarze dostawali co miesiąc dwa litry spirytusu i dwa litry denaturatu.

„I myśmy już tak we Lwowie żłopali. Bross dostawał, Duda dostawał, Kaczorowski dostawał, myśmy dostawali.” Mama uważa, że była to celowa polityka rozpijania inteligencji. „W tym szaleństwie była metoda… troszkę upijać to społeczeństwo.”

— Dlaczego opuściliście Kosów? — zapytałem kiedyś mamę.

„Pomagała mi młoda dziewczyna, Ukrainka. Pewnego dnia przyszła do Miecia jej matka i powiedziała: Oj, panie doktorze, bardzo źle się dzieje. Osiem kilometrów stąd zamordowano już księdza. Idą dalej, mordują wszędzie naokoło”.

— Ukraińcy mordowali Polaków? — dopytałem.

„Ukraińcy Polaków, Banderowcy… Zaczęły dochodzić coraz straszniejsze wiadomości o mordach. Wszędzie w okolicy. I wtedy — co robić? Strach!”

Mama, ja i Marysia zaczęliśmy na noc chodzić spać na strych. Brali ze sobą siekiery i kamienie. „Bo były takie wąskie schody — mówiliśmy, że będziemy bić, rąbać, żeby ich nie wpuścić, żeby nas nie zamordowali. W dzień siedzieliśmy na dole, a spać szliśmy na górę.”

„Raz ktoś zapukał późnym wieczorem. Mieciu już zamachnął się siekierą — a to ktoś ze swoich przyszedł. Napięcie było straszne, a wieści z okolicznych wsi coraz gorsze. I wtedy Mieciu postanowił, że nie ma co — musimy z tego Kosowa uciekać do Lwowa.”

Mieciu dogadał się z jakimiś Węgrami albo Czechami, którzy przewozili drewno wielką platformą. Umówili się, że nad ranem podjadą pod ich dom, a oni wejdą na pokład i zostaną zawiezieni na stację kolejową w Kołomyi. „Jak w końcu weszliśmy — ty, Marysia, ja i Mietek — kierowca powiedział: Pamiętajcie, macie leżeć płasko. Jeśli nas zatrzymają i będą strzelać, nie stanę. Będę jechał dalej.”

Położyli się więc na drewnianych belkach, platforma ruszyła, ale nikt ich po drodze nie zatrzymał. Bezpiecznie dowieziono ich na dworzec. Mama pamięta tylko podłogę stacji: „Byłam w szoku. Wszystko działo się za szybko. Po zniknięciu (śmierci…) taty. Nie mogłam tego unieść.”

„To było dokładnie w moje imieniny, 29 lipca 1943 roku — dlatego pamiętam tę datę.”


Po powrocie do Lwowa zamieszkali na Nowym Lwowie, bo ich poprzednie mieszkanie na Jagiellońskiej wynajęła już rodzina cioci Heli, siostry babci Olgi. Od początku miały ze sobą trudne stosunki. Nowy lokator oznajmił, że nie ma mowy, by w kuchni rządziły dwie gospodynie.

W listopadzie doszło do wypadku — zraniłem sobie lewe oko. Od początku obowiązywała wersja, że to odłamek szkła z rozbitej szyby po nalocie bombowym. Po latach wyglądało to inaczej:

„To była maleńka buteleczka z perfumami. Miałeś ją w rączce. Wychodziliśmy gdzieś z domu, mama chciała ci ją zabrać, ale zacząłeś tak strasznie płakać, że ci ją zostawiła. Po paru krokach przewróciłeś się — rozbitą buteleczką przeciąłeś sobie oko.”

Zaniesiono mnie do łazienki, żeby obmyć krew. Ojciec uspokajał, że to tylko powieka. Prof. Bross skierował ich do okulistów. W klinice prof. Musiał i późniejszy prof. Krwawicz założyli mi opatrunek. Później chodzili tam jeszcze na kontrole.


Ojciec wrócił do pracy w praktyce dentystycznej przy Jagiellońskiej. Tam złożył przysięgę akowską i udostępniał gabinet na spotkania konspiracyjne. Często nie było go w domu. Umawiał się „na brydża”, ale mama uważa, że to były także zebrania podziemia.


Wczesną wiosną 1944 roku ruszyła ofensywa Armii Czerwonej. Zaczęły się bombardowania, walki o Lwów.

Nowy Lwów leżał w pobliżu bocznicy kolejowej Persenkówka, gdzie stały cysterny z paliwem — cel ataków lotniczych. Mama panicznie bała się nalotów. Schodziła do piwnicy, gdzie zbierali się wszyscy mieszkańcy.

W mojej pamięci pozostały dwa obrazy:

  1. żelazna poręcz i schody prowadzące w dół, do piwnicy,
  2. czerwone pierzyny rozłożone na posadzce i ludzi zawiniętych w nie jak w kokony.

Przy jednym z wybuchów dziadek nie wytrzymał — wyszedł na zewnątrz, po chwili wrócił do piwnicy, wpełzając na czworakach.

Podczas jednego z nalotów, gdy dom zatrząsł się od bomby, mama zapytała przerażona: „To już? Trafili nas? Czy to już koniec?”. Były święta wielkanocne. Pamięta tort zrobiony przez Cesię, zasypany drobnymi kawałkami szkła z wybitej szyby.

Nastrój wojenny, a także strach przed Ukraińcami, przyspieszył decyzję o opuszczeniu Lwowa. Panika, wywołana grozą, że mogą zostać zamordowani, przysłoniła realną ocenę sytuacji.

Pan Bator, lokator willi na Nowym Lwowie, który wynajmował tam dwa pokoje wraz z rodziną, posiadał siedmiotonową ciężarówkę. Zgodził się wywieźć ich — razem z meblami — do Czchowa, gdzie mieszkali nieznani krewni.

Zabrali dwie szafy, biurko ojca, zaprojektowane przez Tadorowskiego, oraz cały gabinet dentystyczny z nowoczesnym, francuskim fotelem, kupionym stosunkowo niedawno.

W Czchowie zamieszkali w domu braci Biłyków — Gienka i Julka — którzy z powodu działalności konspiracyjnej ukrywali się w lesie.


Ojciec wyjechał z powrotem do Lwowa. (?) Wrócił 30 czerwca — na swoje urodziny. Był rok 1944. Nad ranem, około czwartej, gdy już świtało, do domu wpadło gestapo. Dowiedzieli się, że Gienek przebywa w budynku. Nakazano wszystkim mężczyznom leżeć bez ruchu na podłodze. Dokładnie przeszukano pomieszczenia.

Mama zapamiętała, jak ojciec leżał na brzuchu, błagał o wodę, a ona podawała mu ją chochlą. „Nie wykluczam — wspomina — że z okazji imienin wypito dużo alkoholu.”

„W rezultacie ojca i Gienka aresztowano. Wywieźli ich do więzienia w Tarnowie.”

Przerażona mama zostawiła mnie w domu i pobiegła do Reni, do apteki. Tam również byli gestapowcy i chcieli ją zatrzymać, ale magister farmacji jakoś zdołał ich przekonać i puścili ją wolno. W aptece panowała napięta atmosfera — Gienek był narzeczonym Elżuni, która po aresztowaniu niemal rozpadała się z rozpaczy.

„Po paru dniach przyszedł Julek. Dał znać, co trzeba schować, wynieść, zabezpieczyć.”

„W ogródku, wśród kamieni, pomoc domowa wydobyła dokumenty. Były tam rozkazy od Sikorskiego: jak działać, jak postępować.”


Mama jeździła do Tarnowa kilka razy, ale nic nie mogła załatwić. Julek woził tam „kanapki z chleba”. Wszyscy z Czchowa trafili do jednej celi — „było ich tam dużo”.

„Mieciowi zabrali obrączkę — rozpaczał. Chłopcy zrobili mu z trawy zastępczy pierścień. Mietek wtedy postanowił, że jeśli oddadzą mu obrączkę z depozytu, to niezależnie od tego, co się stanie — on ucieknie. Przy pierwszej możliwej okazji.”

„Wtedy trwały straszne przesłuchania. Mietka nie przesłuchiwali. Wzięli Gienka. Ten nikogo nie chciał zdradzić — powiesili go na drzwiach i wbili mu w pośladki pióro do pisania. Jeden z łączników nie wytrzymał bicia i zaczął sypać. Nie wytrzymał.”

„I teraz — wierzysz w cuda, nie wierzysz… Ja taka z tobą… To było bardzo znamienne. Poszłam na spacer. I nagle podeszła do mnie starsza pani z małą dziewczynką, wnuczką, i mówi:

Czemu to pani, taka młoda, taka ładna, a taka strasznie smutna?

Opowiedziałam jej, że Mietka aresztowano. Ona na to:

Ja pani przyniosę nowennę do św. Judy Tadeusza. On zawsze załatwia sprawy niemożliwe. Proszę przyjść jutro w to samo miejsce — przyniosę.

Nie byłam ani pobożna, ani szczególnie wierząca, ale przyszłam. Przyniosła mi nowennę — starą, zniszczoną. Mam ją do dziś. I zaczęłam odmawiać.

Wojtek — i nie wiadomo, jak to możliwe — w tym czasie Mietek opowiadał, że w celi nagle znaleźli nowennę do św. Judy Tadeusza. I oni też zaczęli ją odmawiać.”


Mama jechała jeszcze raz do Tarnowa — do więzienia, na gestapo — próbować ratować ojca. Tłumaczyła, że przyjechali niedawno, że Mietek nie jest winny, że nic nie wie o działalności konspiracyjnej.

„Przyjęli mnie uprzejmie. Obiecał mi nie wiadomo co. Bardzo miły, grzeczny: A to pani jeszcze raz przyjedzie…

Po tygodniu pojechała znowu. Gdy zaczęła mówić, gestapowiec zepchnął ją ze schodów tak, że wylądowała na parterze, na drzwiach wahadłowych.

„Na szczęście się nie rozbiłam. I tyle było z jego obietnic.”


„Kiedy Mietek zapukał z prośbą o obrączkę — oddali mu ją. I wtedy powiedział, że to jest znak. Że przy pierwszej okazji ucieknie.”

Ojciec później opowiadał, że miał „proroczy sen”:

„Szedłem nieskończenie ciemnym tunelem. I nagle na jego końcu zobaczyłem białe światło. Pomyślałem: to jest to światło, które mnie wyprowadzi.”


W wyniku ofensywy Armii Czerwonej Niemcy zaczęli się wycofywać. Front stanął pod Dębicą. W więzieniu zapanował popłoch:

Zaczęli segregować i wypuszczać.

(23 sierpnia 1944 r. Dębica została wyzwolona przez Armię Czerwoną.)


Mama nie miała żadnych wiadomości. Mietek w więzieniu. Ona sama — z niemowlęciem, bez rodziców, w obcym miejscu.

Pojechała z Renią (Baroncz) do Krakowa, bo — jak mówi — „dzieci się bawiły, i ten mały Hawranek, Jasia Hawranka synek, pocałował ciebie w policzek i krew wlała ci się do oka. Codziennie sprawdzałam napięcie oka. I po tym pocałunku coś było nie tak.”

Pojechały więc na klinikę. Idąc ulicą:

„Ty wyrwałeś mi się nagle i wybiegłeś na jezdnię. Na ciebie jechał rower. Jezus Maria! Ten rowerzysta nie wpadł na ciebie — sam się wywrócił. Ty byłeś taki — ani minuty spokojnie. Wiedziałeś tylko, że mamy przejść na drugą stronę.”

Mama nie pamięta, ile razy jeździła do Krakowa — cały okres trwał trzy tygodnie. Dwa razy była w szpitalu. Przy ostatniej wizycie towarzyszyła jej ciocia Fani — w kapeluszu i z lisem na ramionach. Bardzo elegancka. To dzięki niej dostali się do profesora.

Profesor wsiadł na mamę z furią:

„Jak pani mogła trzymać to dziecko tak długo?! Czy pani chce, żeby on całkiem oślepł?! To tak, jakby położyć zdrowego człowieka z nieboszczykiem! To oko trzeba natychmiast usunąć!”

Mama do końca życia pamiętała te słowa.

Mama pamięta szpital, do którego sama zaniosła mnie na zabieg.

„Zostałam w poczekalni, a ciebie ubrali w długą, białą koszulę i zabrali. Strasznie płakałeś. Modliłam się: Panie Boże, tylko mi go uratuj. Jak będzie, tak będzie, ale tylko mi go nie zabierz.

Nie pamięta, jak wracała. Nie pamięta, kto jej wtedy pomagał. Zostałem w Krakowie — a ona, zrozpaczona, pojechała sama do Czchowa.

„Nie wiem, dlaczego to zrobiłam. Jakim pociągiem w ogóle tam dojechałam. Wysiadłam w Brzesku, robił się wieczór. Nie było furmanek. Ludzie szli pieszo do swoich wiosek. Poszłam więc z nimi. Byłam zupełnie jak we śnie.”

Szła długo. Ludzie rozchodzili się po domach — w końcu została sama. Dopiero w Jurkowie (2 km od Czchowa) zatrzymała się furmanka.

„Jechał jakiś elegancki pan. Zatrzymał się i mówi:
A pani gdzie?
Do Czchowa, do doktora Rosyka. Męża mi aresztowali, wracam z Krakowa.
Ależ proszę pani — pani mąż jest w domu.

Była pewna, że to pomyłka.

Gdy podjechali pod dom, pobiegła najpierw do apteki. „Wychodzi Mieciu — blady, zmizerowany. I wtedy uwierzyłam.”

Ale mnie z nimi nie było.


Kilka dni później w Czchowie rozpoczął się atak oddziałów kolaboranckich „Własowców, Ukraińców, różnych służb niemieckich”. W okolicy gwałcono, rabowano, rozstrzeliwano.

„Przyszły do nas wieści, że powieszono ludzi na drzewach przed kościołem. Wszędzie strach.”

Doktor Pawlik, sąsiad, przyszedł i powiedział:

Uciekajmy.

„Mietek wyszedł z nim natychmiast, tak jak stali, w stronę Brzeska. Mówili: jeśli ktoś nas zatrzyma, będziemy udawać, że idziemy do chorego pacjenta.”

Ukrywali się przy stogach zboża. W Brzesku zatrzymał ich ksiądz — przenocowali na plebanii. Później, jak opowiadał ojciec, przeszedł front na przyjechał do Krakowa.piechotę i na lokomotywie

Tam dopiero zrozumiał, że nie wie, co się dzieje z żoną ani ze mną.

Mama nie potrafi odtworzyć, ile czasu minęło od operacji, ani jak dokładnie wyglądał mój pobyt w szpitalu. Pamięta tylko, że po zabiegu zostawiła mnie w Krakowie i wróciła do Czchowa sama, w stanie skrajnego wyczerpania nerwowego.

Gdy ojciec wrócił z więzienia, odnalazł ją — ale mnie wciąż nie było. Po jakimś czasie mama pojechała znowu do Krakowa i zabrała mnie ze szpitala.

Przez następne tygodnie mieszkali w Czchowie. Ojciec zaczął tam leczyć ludzi, bo front zbliżał się coraz bardziej, a lekarze byli potrzebni. Ratował rannych, operował w domach, obcinał ręce, opatrywał postrzelonych chłopców. Leczył też partyzantów.

Zawsze wspominano jednego chłopca ze stajni — postrzelonego, który dostał tężca. Ciocia Mnia, właścicielka apteki, dała wszystkie fiolki z surowicą przeciwtężcową. Ojciec obiecał: jeśli go nie uratuje, przestanie być lekarzem. Uratował — i nigdy więcej tego ślubu nie przywoływał.

W Czchowie była też znana amputacja ręki gospodarzowi Musiałowi, wykonana w kuchni, na stole, przy świetle lampy naftowej, z pomocą kilku ludzi, którzy trzymali pacjenta.

W tym czasie często nocowano w piwnicy lub w dołach wykopanych przy domu — ze strachu przed kulami i bombami. Mama z Helcią, niosąc mnie na rękach, zbiegały schodkami do schronu. Była już wtedy w ciąży z Ewą.

Wokół front przesuwał się raz w jedną, raz w drugą stronę. Ludzie widzieli sceny, które trudno było później opowiadać: konające konie, leżących żołnierzy, rozbite wozy, ciała przykryte derkami, przerażone kobiety z tobołami.

Pewnego dnia do kuchni wszedł żołnierz radziecki — siny z głodu, z karabinem w ręku.

– Dajcie jeść!

Mama i Helcia podały mu zupę kartoflaną z marchewką, którą zwykle gotowały. Żołnierz zjadł, odszedł bez słowa. Takich odwiedzin było wiele.


Mama nie potrafi dokładnie datować, kiedy zaczęła się działalność ojca związana z tzw. walizką. Zdobywał mięso na wsi i wiózł je do Krakowa, gdzie można było sprzedać i zdobyć trochę pieniędzy. Ojciec jeździł elegancko ubrany, w pelisie z małpiego futra i kapeluszu, żeby wyglądać na kogoś, kto nie handluje, tylko podróżuje służbowo. Raz na dworcu w Krakowie zatoczył się na niemieckiego żołnierza, bo walizka była tak ciężka. Myślał, że to koniec — ale uśmiechnął się, przeprosił po niemiecku, i puścili go.

W Krakowie odbył się też zjazd rodzinny u cioci Fani. Była tam cała rodzina. W czasie spotkania Niemcy weszli do mieszkania i ukradli dwa noże, dwa widelce i talerzyki ze złotego serwisu mamy. Takie szczegóły utkwiły jej w pamięci bardziej niż wielkie wydarzenia polityczne.

Armia Czerwona weszła do Brzeska 19 stycznia 1945 roku. Dla mamy był to moment ulgi — ale nie radości. Byli bez dachu nad głową, bez pieniędzy, z dzieckiem po operacji i kolejnym w drodze.

Koniec wojny mama przeżyła jeszcze w Czchowie. Pamięta, jak ja i jakieś małe dziecko chodziliśmy po podwórku z chorągiewkami biało-czerwonymi. Nie jest pewna, czy naprawdę to pamięta, czy tylko utrwalił jej się obraz z fotografii.

Wiosną 1945 roku pojechała do Tarnowa, gdzie przebywała babcia Ola. Ojciec wraz z Wiktorem Brossem wyjechali do Katowic. Załatwili tam mieszkanie przy ulicy Wandy dzięki dawnym znajomym. W sąsiedztwie mieszkali Żydzi: państwo Kudiszowie. Ojciec żartował, że pan Kudisz wygląda „jak czech Żydów”.

To właśnie w Katowicach mama była już w zaawansowanej ciąży z Ewą. Pamięta głupią uwagę cioci Heli:

– Jak ty się nie krępujesz z takim brzuchem chodzić po ulicy?

Babcia Ola w tym czasie przyjechała z transportem ze wschodu i zamieszkała również w Katowicach. Później zatrudniła się jako nauczycielka w Śląskich Zakładach. Niestety wyeksmitowano ją z mieszkania przy ul. Wandy, mimo że była tam zameldowana, i dano jej przydział na trzecim piętrze przy ul. Kordeckiego 1.

Ewa urodziła się w Katowicach.

Ojciec i Bross zaczęli organizować klinikę we Wrocławiu, a mama z dziećmi miała wkrótce tam dołączyć. Byli pewni, że się przeprowadzą. Mieli już nawet załatwione mieszkanie przy ul. Matejki, niedaleko ogrodu botanicznego — piękne, choć kamienica miała rozerwany róg po bombie.

Wszystko wskazywało na to, że rodzina osiądzie we Wrocławiu.

Ale pewnego dnia, jadąc pociągiem z Katowic do Wrocławia, ojciec kupił gazetę. W gazecie znalazł ogłoszenie o konkursie na ordynatora w Kłodzku.

Nie wahali się długo.

Przesiedli się w Gliwicach na pociąg do Kłodzka.

(Kłodzko było wtedy miejscem, gdzie mieszkała już Cesia z dziadkiem. Wcześniej tułali się: Wieliczka, Bielsko, Katowice — najpierw na Mariackiej, potem na Dąbrowskiego. Również Władek mieszkał z nimi, choć trudno dziś ustalić dokładny układ.)

Po wyjeździe rodziców do Kłodzka babcia Ola pozostała w Katowicach i wspierała ich finansowo. Mama do końca życia pamiętała prezent od niej — dwa powleczenia na kołdrę, niezwykle luksusowe w tamtych czasach.

Po przeprowadzce do Kłodzka ojciec zaczął pracę w szpitalu jako ordynator chirurgii. Mama wspomina, że początki były trudne, ale mieli już poczucie, że skończyła się tułaczka. Władek, Cesia i dziadek mieszkali niedaleko — rodzina powoli zbierała się na nowo, po wojnie, po więzieniach, po wysiedleniach, po stracie Lwowa.

W Kłodzku zaczęło się pierwsze w pełni powojenne życie: praca, szkoła, kupowanie mebli, urządzanie mieszkania, nowe kontakty towarzyskie, wyjazdy do Wrocławia, listy do przyjaciół ze wschodu, niekończące się rozmowy o tym, czy Lwów „wróci”, czy tylko na chwilę go zabrano, czy trzeba zacząć nowe życie naprawdę.

Mama nie pamięta wielu szczegółów tamtego okresu — wspomina raczej zapachy, kolory, rozmowy w kuchni, pierwsze ubranka dla Ewy szyte z wojskowych płaszczy, spacery z dziećmi, mycie pieluch w zimnej wodzie, biedę, zmęczenie, a równocześnie ulgę, że śmierć, front, strach i głód zostały za nimi.

Zapamiętała jedno zdanie ojca, powiedziane w Kłodzku wieczorem, przy stole:

– Nie ma już wojny. Teraz już trzeba żyć.


Po latach, gdy ja dorosłem, rozmawialiśmy o tamtych czasach godzinami. Długo, powoli. Często wracaliśmy do tych samych wspomnień — a jednak każde kolejne opowiadanie odsłaniało nowe szczegóły, nowe emocje, nowe źródła lęku i siły.

Nadrobiłem tyle, ile mogłem. Ale nie zdążyłem zapytać o wszystko.

W ostatnim okresie życia mamy rozmawialiśmy codziennie. Dzwoniłem do niej co wieczór. Rozmowy były długie, spokojne, przeplatane aktualną polityką, trochę jak program „Szkło kontaktowe” — śmieszne, przewrotne, czasem ostre. Zawsze żywe.

Była wierną słuchaczką radia, czytała gazety, miała swoje zdanie o wszystkim. Denerwowała się, kiedy mówiłem jej, że z jej konserwatywno-narodowo-kościelnym podejściem powinna głosować na PiS.

– O nie! – odpowiadała. – Ja głosuję na Tuska. I koniec.


Czasu nie da się zatrzymać. Wspomnienia powoli tracą szczegóły. Znikają daty, pozostają emocje. Fakty mieszają się z domysłami, a ludzie, którzy mogliby coś dopowiedzieć, odchodzą.

I dlatego — mówiła mi mama — trzeba zapisywać historię, póki jeszcze jest komu ją opowiedzieć.

Tak powstały te wspomnienia.

I tak kończy się opowieść mamy, ale nie kończy się pamięć.

Chronić ją — to teraz nasze zadanie.

Wojtek Rosyk
20 listopada 2020
Schongau

Lekki wiatr zaczepiał suche liście; tańczyły na gładkim żwirze wąskiej alejki. Ich szelest i zapach w połączeniu z bogatymi kolorami koron drzew przywołał obraz beztroskich lat dzieciństwa. Jesień dwutysięcznego dziewiętnastego roku natarczywie przypominała te minione czasy.

Dopiero niedawno stwierdziłem, że nie czuję się już tu obco, że jestem u siebie. Nie spieszyłem się, czułem radość witając każdy kolejny dzień.

Minęło wiele lat abym mógł tego doświadczać; czterdzieści prawie.

Spokojnie idąc ścieżką pokrytą klonowymi liśćmi z satysfakcją odkryłem, że znalazłem się na osi czasu w środkowym punkcie.

Przebyte lata mierzyłem dawniej zupełnie inną miarą.

Gdy miałem dziesięć mama powiedziała: „Pierwszy X! Całe życie będziesz je zbierał” – wtedy nie potrafiłem wyobrazić sobie tak długiego okresu jakim miało być kolejne dziesięciolecie.

Następny etap nastąpił po przeczytaniu „Dwadzieścia lat później“. I znowu ten przedział czasu jaki dzielił Trzech Muszkieterów od kolejnych przygód był bajecznie-sentymentalnie długi.

Ironicznie pomyślałem po chwili, że nie możliwe abym zapomniał autora.

Bezmyślnie wyciągnąłem z kieszeni spodni smartfona. Po wstukaniu hasła wyskoczyła informacja.

Zamilkł szelest liści… Scheiße! W ogóle nie myślał o powieści, a przecież dobrze pamiętałem trylogię Aleksandra Dumasa. Widocznie to już wiek, a nie stres utrudniał koncentrację.

Zbliżałem się do równej ilości lat jakie spędziłem w Polsce i w Niemczech.

Nie dawało się tych połówek porównać. Miały jednak jedną wspólną cechę: zawsze, gdy przekraczałem granicę wracałem do siebie. Niestety po śmierci mamy ta radość bycia tu i tam ewoluowała. Niewątpliwie przyczyniła się do tego dodatkowo populistyczna, pisowska polityka rządzących z jej konsekwencjami.

Mama umierając, zaakceptowała mój ateizm. W chwili pomiędzy potwornymi atakami bólu powiedziała: „Wojtuniu jest mi niezmiernie żal; będzie ci bardzo ciężko pogodzić się z moim odejściem. Ja się pogodziłam; wiem, że zaraz spotkam się z Mieciem… Ty wiesz, że odchodzę na zawsze. Czuję jakie to dla ciebie trudne”.

Do dnia dzisiejszego nie byłem w stanie pisać o tej chwili. Bardzo chciałem, ale nie mogłem zamienić w słowa tego co czułem, czego doświadczyłem.

Od pogrzebu, który pokrywał się z zaplanowaną uroczystością 95-ciu urodzin mamy minęły prawie trzy lata.

Koniec jest zawsze początkiem nowego. Mój początek nastąpił szybko, zaraz po zawale serca. Świadomość sytuacji i to co w każdej chwili może nastąpić, zmusił mnie do napisania wspomnień o mamie… „Bo jak nie ja to kto?”

***

II Wojna Światowa,

 utrwalona w pamięci mojej mamy Marty Rosyk

Początek wojny 1.09.1939 zastaje Izydora Hawranka wraz rodziną w Stryju. Żyją tam od 1929 roku, wynajmując „od Żyda”, na parterze, trzypokojowe mieszkanie z kuchnią.

Izydor, zdrobniale nazywany przez żonę Dorkiem, jest państwowym urzędnikiem piastując stanowisko inspektora rolnictwa w Wydziale Powiatowym. W tymże wydziale Olga, moja babka, w ramach instruktora oświaty, prowadzi zajęcia w Kołach Gospodyń Domowych. Marta, czyli Myszka, ich córka znajduje się w maturalnej klasie prywatnego, żeńskiego gimnazjum.

Błyskawicznie postępujący front niemiecki wywołuje u Izydora paniczny strach. Nie wytrzymuje napięcia i po dziesięciu dniach wojny postanawia uciekać na wschód do Zarudzia, gdzie znajduje się majątek nieżyjącego już brata Jakuba, zarządzany przez jego żonę Janinę, kobietę z wyższym wykształceniem humanistycznym (pilnując udoju czytała wiersze). Nadzór nad całością dzierżyła Stanisława Życzyńska matka Janiny.

 Początkowo jadą swoim autem, czarnym, odkrytym fordem. Izydor po zostawieniu kobiet w majątku (Sokołów albo Strzałków) – wraca do Stryja, zostawia samochód w garażu. Pośpiech wynikał z obawy, aby zdążyć przed ewentualnym zerwaniem mostów na rzece Stryj. Dziadek Izydor wraca do rodziny i dalej podróżuje otrzymaną z majątku furmanką z parą koni. Żołnierze zmierzający na zachód (prawdopodobnie uciekali już przed radziecką armią po 17 września) krzyczą do Izydora: „Człowieku, gdzie wieziesz te kobiety!“.

Dotarcie do Zarudzia trwało parę dni. Korzystali z przypadkowych noclegów, między innymi na plebaniach. Część drogi spędzili wspólnie z hrabią Tyszkiewiczem (podróżował małą bryczką, a babcia żartowała, że pan hrabia pomaga nam poić konie). W końcu docierają do majątku w Zarudziu koło Zborowa. Na probostwie mama zostawiła („zapomniała”) pas skórzany, będący uzupełnieniem munduru Przysposobienia Wojskowego, w którym „wyruszyła na wojnę“.

Zajęcie okolicy przez Armię Radziecką przebiegło bezkrwawo. Siedemnastoletnia Myszka pamięta tylko spragnionego kawalerzystę. Podjechał na koniu z okrzykiem „Wodu!“. Gdy niespeszona przyniosła kubek wody rozkazał: „Pij!“. Dopiero, kiedy przekonał się, że „Polaczki nie chcą go otruć”, wypił w pośpiechu.

Majątek w Zarudziu został rozgrabiony, ale nie przez Rosjan. Miejscowi, czyli chłopi zrabowali cały dobytek i przestali pracować na pańskim. Pozostawionej, jedynej krowy nie miał kto wydoić. Myszka, przyuczona przez ojca, z dumą pokazała „księżniczkom“ jak to się robi.

Ksiądz widzący jak chłopi kradli jabłka z pańskiego sadu wzdychał – „I to są moje owieczki!“.

Jednak, gdy krowa „wolnego“ wieśniaka, obżarta niedojrzałymi jabłkami, dostała wzdęcia, ten przestraszony udał się po pomoc do majątku. Mój wujek, Roman Soszyński, weterynarz, nie okazując urazy, pospieszył ratować zwierzę.

Z obawy przed miejscową ludnością, noc spędzali na wsi u Hani, oddanej służącej. Spali na bambetli, a była to nie lada atrakcja, której dotąd nie zaznała panienka z miasta.

W majątku w Zarudziu, moja mama pamięta jeszcze udział w wykopkach ziemniaków i awanturę, którą babcia Olga sprawiła Izydorowi. Sprowokowana, prawdopodobnie fanfaronadą dwóch przystojnych młodzianów, gwałtownie zaczęła wytykać dziadkowi tchórzostwo. Dziadek faktycznie bał się, ale obawa dotyczyła w pierwszej kolejności troski o ukochaną córkę. Rewolwer „mauzer”, z którym się nigdy nie rozstawał (miał pozwolenie na broń) z obawy wyrzucił do stawu w parku, było to mocne przeżycie. W podobny sposób postąpiło więcej osób, prawdopodobnie pod wpływem obawy przed oddaniem brani najeźdźcy.

W zarudzkim majątku, w tamtych czasach, przebywała liczna rodzina. Dowodziła babcia Życzyńska z córką Janiną (już wdową) i jej zamężnymi dziećmi: Bogusią z Henrykiem Piotrowskim (sekretarz wydziału powiatowego w Zborowie – wyjechali później do Wilna i przebywali w getcie dla Polaków), Hanką z Romanem Soszyńskim i rocznym Bogusiem (Trzeci z rodzeństwa, Kazik inż. leśnik z Marylą – dwóch synów, prawdopodobnie został zamordowany w 1940? roku w lesie w czasie spełniania obowiązków służbowych). Rodzinę uzupełniali Ciocia Genia (Staruszka, niewidząca na jedno oko) – nauczycielka domowa, oraz Aldona poczmistrzyni.

W okolicy znajdowały się trzy majątki. Z Zarudzia do Urlowa (Właściciel Zdzisław Sambrakachane ożeniony z Zofią Życzyńską) mama z babcią chodziły na piechotę. Trzecim był Chrabuźna należąca do Lipińskich. Żoną Lipińskiego była Malunia – siostra Janki Hawranek i Zosi Sambrakachane. (Prawdopodobnie matka Lipińskiego była wiedenką, wymagając najwyższych manier, budząca przez to respekt. Prawdopodobnie bratem jej męża był Karol Lipiński słynny kompozytor wiolonczelista).

Powrót do Stryja nastąpił w październiku i był dosyć skomplikowany, gdyż Rosjanie skonfiskowali konie. Na miejsce dojechali w nocy, ale nie byli pewni czy „mają do czego wracać“ – wszystko mogło zostać rozgrabione. Mama nie zapomni chwili, kiedy zaglądając przez okno zauważyła na kredensie kuchennym budzik. Okazało się, że w ich mieszkaniu zamieszkała dozorczyni, pani Horodecka z mężem. Nie zajęli oni jednak pokoju, tylko spali w kuchni na tapczanie. Mieszkanie zajęli, aby nie zostało splądrowane). Mama z dużą sympatią i rozczulenie wspomina tych uczciwych i kochających się, pomimo ubóstwa, ludzi (z piątką dzieci) (po dwóch latach pani Horodecka ubierała mamie welon ślubny).

Również w garażu stał nietknięty czarny ford („bez paki” – kabriolet). Długo jednak nie cieszyli się nim. Pewnego dnia przyszedł oficer rosyjski, „wchodząc wytarł nogi“, usiadł elegancko w skórzanym fotelu (relacja babci Oli, doceniającej Rosjanina arystokratyczne zachowanie) i poprosił o kluczyki od samochodu. Mama nie potrafi wytłumaczyć jak i kiedy doszło do kupna owego auta, pamięta jedynie, że mieli wcześniej żółtą cytrynę (citroen), którą sprzedali.

Dziadek Izydor wrócił do pracy w Wydziale Powiatowym, a mama do gimnazjum (Fijut Lux) gdzie dyrektorem był profesor Żak, do którego, obok już ukraińskiego, wprowadzono naukę języka rosyjskiego. Pamięta również jak w trakcie pochodu, związanego z rocznicą Rewolucji Październikowej, wyrzuciły do rowu duży transparent z wizerunkiem jakiegoś bolszewika prawdopodobnie Stalina. Pod koniec 1939 zamknięto żeńskie gimnazjum i uczennice wcielono do I Męskiego Gimnazjum.

Mama po krótkim okresie przestała chodzić na zajęcia i zajęła się działalnością konspiracyjną.

W tym okresie następują masowe deportacje Polaków. Pamięta przypadek bliskiej jej rodziny Załuskich.  Pan Załuski major 53 Pułku Piechoty znalazł się wraz z wojskiem na Węgrzech, natomiast jego żona z dwoma córkami, Krysią i Lalką, po wysiedleniu z „mieszkań wojskowych”, przygarnięte „do nas” (do mieszkanie, które wynajmowali w Stryju, na ul. Grottgera) wyjechały do Lwowa, a później chciały uciec na zachód. Przy przekraczaniu granicy złapano je i wywieziono w głąb Rosji. Pracowały w nieludzkich warunkach, „po kolana w wodzie”, w syberyjskiej kopalni.

Pan Rammel, wójt zbiorowy gminy Skolen, wręczał swojemu inspektorowi (był z nim również zaprzyjaźniony) Izydorowi, czyste blankiety legitymacji (dowody osobiste) i pieczątki. Mój dziadek przekazywał je księdzu Goleniowi (ten, który później mnie „ochrzcił” – „Ja jestem Wojciech, niech on również zostanie Wojciechem“- zdanie wypowiedziane w czasie przechodzenia koło domu, przekazane babci Oldze stojącej w oknie). Legitymacje chowano w mieszkaniu księdza (Pokój w sąsiednim domu Państwa Rękasowskich) na podłodze pod dywanem. Dalszym rozprowadzaniem zajmowała się, zamiast chodzić do gimnazjum, Myszka. Woziła je do Lwowa w różne miejsca. Jednym z nich było mieszkanie jej sympatii Mietka Barańskiego na Łyczakowie – legitymacje chowali w piecu kaflowym, maskując palenisko spalonymi gazetami. Mama pamięta mieszkanie pewnej wdowy (prawdopodobnie znajoma Kazika Januszkiewicza), tak zastawione szafami, aby w wypadku wpadki można było uciekać. Przypomina sobie jak pewnego razu potwornie zziębnięta (jechała w zimie, przez dłuższy czas, ze względu na potworny tłok, na platformie ostatniego wagonu, zanim wciągnięto ją do środka) dotarła do owego konspiracyjnego mieszkania, gdzie została ochrzczona: „Ty moje trzynaste nieszczęście w koszyczku“.

Woziła również czyste legitymacje do mieszkania we Lwowie, gdzie mieszkała ciotka Kazia Januszkiewicza. Kazik Januszkiewicz chciał uciec do Rumunii i na granicy został postrzelony. Dostał w tyłek i chyba z tego powodu krążyło trochę kawałów. Szczęśliwie jednak wrócił i zamieszkał u Krysi Pieniądz (kuzynki – córki Markiewiczowej, która była siostrą matki Kazika). Mam zdjęcie z jej synem Andrzejem (Pieniądz) z nieco późniejszego okresu.

Legitymacje, zmieniające ludziom tożsamość, ratowały ich przed aresztowaniem.

Mama pamięta trzy duże wywozy w głąb Rosji.

Myszka zajmując się polityką porzuciła gimnazjum. Pewnego dnia przyszedł do domu jej rodziców wychowawca pan profesor Grzyb. Zaczął namawiać do przystąpienia do matury. Mama uważała, że nie zdąży się przygotować. Namowy jednak poskutkowały: „Masz szansę zdać maturę“, warunek był jednak jeden – musi chodzić do gimnazjum. Niektórzy profesorzy mieli zastrzeżenia tak jak nauczycielka j. francuskiego: „Wiem, że się wygadasz, ale co ty napiszesz?“.

W trakcie matury doszło do nieporozumienia między dwoma profesorami z matematyki. Jeden, prof. Smolana, uważał, że odpowiedz jest błędna, a drugi prof. Wachułka odwrotnie. W końcu egzamin zakończył się powodzeniem i dokument maturalny, wystawiony w dwóch językach (na jednej stronie po polsku, na drugiej po rosyjsku) otworzył drogę do studiowania w Lwowie.

Za pozytywnie zdany egzamin na medycynę dostała we styczniu 1941 roku, 150 rubli nagrody.

Były to pierwsze zarobione pieniądze i kupiła za nie między innymi 5 kg cukru, które dumna zawiozła rodzicom do Stryja.

Przed studiami, brała udział na uczelni w kursie przygotowawczym do egzaminów,

Z braku miejsc nie dostała się na medycynę, rozpoczęła studiować weterynarię z przyrzeczeniem, że po zaliczeniu pierwszego roku, automatycznie przejdzie na drugi do Akademii Medycznej.

Zamieszkała we Lwowie, na Pohulance, w piętrowej wilii wujka, Edwarda Hawranka, stryjecznego brata jaj ojca, ożenionego z Olgą Życzyńską. Był on synem Edwarda „rudego“ i Katarzyny Burghadt herbu Filipicz.

Wujek Edward, pochodzący z rodziny kupieckiej, miał sklep „Papiery i Obrazy“ przy Pl. Mariackim.

Do wilii na Pohulance przyjechała liczna rodzina z majątków Urlowa i Chrabuźny. Były to siostry ciotki Olgi: Malunia Lipińska z córką Elżunią (Gorycowa) i Zosia Sambrakachane z córką Aliną (Kisiel) i córka Olgi, Ziuta. Do mieszkańców należeli (pokój naprzeciwko): prof. Morowski i asystent Wojciechowski z weterynarii, oraz pani Zosia, osoba unikająca towarzystwa, prawdopodobnie ukrywająca się.

Mama spała w jednym pokoju z Zosią, Aliną, Elżunią, Ziutką córką wujostwa i panią Zosią.

Całe towarzystwo zasiadało razem do posiłków. Uczyła się głównie w nocy na stryszku. Ciocia Zosia podtykał „pod poduszkę“ Alinie, swojej córce i mamie kromki chleba albo bułki.

Pierwszy raz zobaczyła Miecia jak przyszedł z prof. Brossem na konsylium do wujka Edwarda. Siedział nieogolony i jej się nie podobał – opuściła towarzystwo i udała się na wykłady.

Miała wtedy duże powodzenie u kolegów, którzy przychodzili pod balkon/taras. Pamięta, jak pomagała Alinie przy wychodzeniu „po cichu“ na randki/zabawy podając z tarasu części ubioru.

Pewnego razu wujek Edward, w obecności całego towarzystwa, zrobił jej straszny afront.

Zbeształ ją, bo w trakcie posiłku przekrajała kartofel nożem.  Etykieta tamtych czasów nie pozwalała na takie zachowanie. Poskarżyła się ojcu, który napisał zwracając uwagę bratu, że to on odpowiada za wychowanie swojej córki i poprosił, aby to się więcej nie zdarzyło. Po tym incydencie rozpoczęła staranie, w celu wyprowadzenia się i zamieszkania w akademiku.

Gdy zaczął boleć ząb, ciocia Olga zaprowadziła ją do praktyki dentystycznej. Zapytała: „Chcesz do starego Rosyka, czy do młodego“. „Pewnie, że do młodego“ – odpowiedziała.

W gabinecie zobaczyła Miecia w świeżutkim, białym kitlu, ogolonego i bardzo tym razem jej się podobał. Na leczenie zęba zaczęła jeździć najpierw z ciotką, a później sama. Pamięta, jak siedziała w poczekalni i przez szparę uchylonych drzwi widziała nerwowe zachowanie Miecia, oczekującego na jej przyjście. Sytuacja u wujka Edwarda stała się nieprzyjemna, po wysłaniu przez niego listu do Stryja, informującego brata, że córka jego tylko się bawi. Doszło do jakiejś, grubszej rodzinnej awantury.

Do akademika przeprowadziła się pod koniec stycznia. Zapomniała zabrać prześcieradła, podejrzewała, że ktoś jej u wujostwa wyciągnął.

Niestety zęba nie dało się wyleczyć i Mieciu stwierdził, że trzeba dolną piątkę usunąć. W liście do domu pisze: „Taki był miły i czuły przy znieczulani, że mnie nic nie bolało“ („superlatywy, lewatywy“ powiedzenie cioci Cesi).  Po ekstrakcji bardzo spuchła.

Koleżanka z akademika „wściekła się“ i przyprowadziła Miecia do pokoju. Czuła się bardzo źle, bo „spuchnięty pysk“ i dodatkowo dostała mocny okres.

Od tego czasu zaczęli się spotykać. Pisała o wszystkim do rodziców. Gdy została zaproszona przez Miecia do praktyki na ul. Piekarskiej 1c, na spotkanie towarzyskie, babcia Ola wysłana przez zdenerwowanego Izydora po przyjeździe do Lwowa, zwróciła adoratorowi uwagę, że jak już to zaprasza się do mieszkania, a nie do praktyki. Ta interwencja tak młodych rozśmieszyła, że po tym pocałowali się pierwszy raz. Umawiali się na randki, Cesia później narzekała, że musi ciągle bratu prasować spodnie. Niezrozumiałym zwyczajem Mieciu po randkach nie odprowadzał ukochanej pod akademik, tylko rozstawał się przy kościele nie chcą iść dalej pod górkę. Wracał inną drogą.

Do domu pisała ciągłe sprawozdania, o szczegółach spotkań i „kłopotach” codziennego życia. Nazywał ją „maleńka“, powodem była czytana wówczas książką „Maleńka pani wielkiego domu“ (Jack London).

Na uczelni wykłady odbywały się nadal w języku polskim, ale przypomina sobie jakieś ciche, antyrosyjskie manifestacje. Mówiło się o IV transporcie, wywozie ludzi w głąb Rosji. (Aresztowano profesorów na uczelni.?)

Do zaręczyn doszło szybko i nietypowo. Siedzieli w akademiku (połowa maja) na łóżku.

Umiem rąbać drzewo. Czy jak nas wywiozą damy sobie radę? – zapytał Mieciu. Myślę, że damy sobie radę – odpowiedziała. To możemy się pobrać – zawyrokował mój ojciec. Miała łzy w oczach pamięta jakieś przyniesione czekoladki, ale wolała kartofle.

Na obiady chodziła do innego akademika. Wracając kupowała bochenek chleba i jadła odłamując kawałki. Bardzo uważała, aby została jej reszta na śniadanie następnego dnia. Miała niezłe stosunki z kucharką w swoim akademiku.  Często schodziła na dół, do piwnicy, gdzie dostawała nieraz porcję ziemniaków. Pewnego wieczora, chciała załatwić coś ekstra na spotkanie z Mieciem. Załatwiła dwa talerze z ziemniakami i sznyclami. Mieciu zjadł sznycla i podzióbał kartofle. Nie mogła tego zrozumieć. Pamięta, jak odnosząc talerze jadła palcami, pospiesznie na korytarzu, niedokończony przysmak.

22 czerwca, niedziela (napaść Niemiec na ZSSR i zajęcie Lwowa – mój przypisek), obudził mamę w akademiku huk, jakieś wystrzały. Uważa, że była to artyleria przeciwlotnicza.

Umówiła się w katedrze na dwunastą. Zablokowano ulice przez wojsko i policję – pamięta, jak krążyła zanim doszła na miejsce. Na czystym, słonecznym niebie widniały ślady pocisków. Spotkała Miecia w kościele. Jak wróciła do akademika okazało się, że wojsko zajęło pomieszczenia, a jej rzeczy przechowywała stróżka (tercjanowa).

Mietek, na polecenie swojej mamy (Olgi) zabrał Myszkę do rodzinnej willi na Nowym Lwowie (Toruńska 5).  Spała na kanapie w sypialni razem z Cesią, ale ta „po za długich wieczornych odwiedzinach”, obraziła się i wyprowadziła do innego pokoju: „Nie będę spała w tych warunkach“. Mama znalazła się w głupiej, niezręcznej sytuacji. W sypialni pozostały puste dwa duże metalowe łóżka ze złotymi kulami. Mieciu ją odwiedzał, ale na wszelki wypadek nosiła bardzo ciasne majtki.

Chodziła nadal na uczelnię, poradzono jej zdawać egzaminy. Poszła do prof. A. Banta i zdała anatomię na bdb. i na tym zakończyła studia. Odwołano zajęcia. Aresztowanie syna tercjana wywołało zamieszanie. Nadchodziły złe wieści, pogłębiała się obawa przed wywozem.

Zachwycili się widokiem dwóch Niemców jadących na motocyklu. Uwierzyli w niemiecką kulturę, porządek i spokój – postanowili się pobrać. Spędziła trzy tygodnie na Nowym Lwowie.

16 lipca 1941 ruszyli piechotą do Stryja zawiadomić rodziców. W połowie drogi podwieźli ich węgierscy wojskowi. Nie była w stanie iść dalej, a Mieciu nie pozwalał usiąść, uważając, że później już w ogóle nie będzie miała siły wstać. Po dobie doszli na miejsce, na urodziny dziadka Izydora. Radość była szalona. Dziadek Izydor strasznie się martwił, nie mieli żadnych wiadomości. Nie wiedział co się dzieje z jego ukochaną córką: wojna, bombardowania, wywozy ludności.

Mietek pozostał pewien czas i wrócił jakimś transportem do Lwowa załatwić ślubne obrączki.

Poruszenie wywołało odkrycie trupów pozostawionych przez Rosjan w więzieniach. Heniu Czernichowski „z innymi” również oglądał trupy ludzi w różny sposób pomordowanych.

Mieciu po przyjeździe do Lwowa dał znać, że żyje a następnie przyjechał towarowym pociągiem na ślub. Przyjechał sam, ojciec jego dostał ataku związanego z chorobą żołądka, mama Olga źle się już czuła, a Cesia nie miała zamiaru ryzykować. Nikt nie uważał tego za afront.

24 sierpnia 1941 roku (babcia Olga ustaliła termin ślubu obliczając możliwość wystąpienia u córki okresu) w południe w kościele zostali połączeni sakramentem ślubu. Izydor zdobył materiał, jedwab na sukienkę, z którego również szewc zrobił ślubne buty.

Na przyjęciu, w którym uczestniczyło około 30 osób, przysmakiem były torty z jaśka (w sumie goście przynieśli siedem), smażone kurczaki w sosie śmietanowym i sałatka pomidorowa, również polewana śmietaną, którą para młodych jadła paluchami, oraz bimber. Sypialnię przeniesiono na strych, a stoły ustawiono w kształcie podkowy. Niemcy pozabierali radia (W domu mieli Philipsa, 3 lampowego, a Mieciu się chwalił, że u nich jest czterolampowy), więc prawdopodobnie muzyka przygrywała z płytowego adaptera. Na noc poślubną zamknęła się na klucz w swoim pokoju – dziewicą przestała być na trzeci dzień. Zapamiętała do końca życia pytanie – Jak ci było? Bardzo dobrze – odpowiedziała. To pamiętaj zawsze o tym, bo w życiu mogą być różne chwile – oświadczył Mieciu.

Po trzech tygodniach pobytu w Stryju wrócili do Lwowa i zamieszkali na Piekarskiej 1c w pracowni stomatologicznej dziadka. Całe mieszkanie zajęła służąca, więc urządzili się w gabinecie, gdzie na palnikach gazowych mama zaczynała uczyć się gotować mając do pomocy książkę kucharską („Służąca zablokowała również kuchnię“).  Mieciu chodził do pracy na klinikę, ale również często biegał na Nowy Lwów. Pamięta jak pewnego razu jej mama przywiozła ze Stryja kawałek koniny, a Mieciu bez pytania odciął kawałek i zaniósł swojej mamie.

Pewnego dnia dostali zawiadomienie, że Niemcy zabierają kamienicę, a im przydzielono mieszkanie gdzie indziej.

15 listopada (41) przy siedemnastostopniowym mrozie przeprowadzali się do nowego lokalu na ul. Jagiellońskiej 11. Pamięta ciężką walizkę z formami dentystycznymi, którą zaniesiono na ciężarówkę. Ktoś chciał ją ukraść, ale nie dał rady i zostawił na chodniku w niedużej odległości. Likwidowali dwa gabinety. Dostali duże dwupokojowe (każdy 5×7 m) mieszkanie. Jeden kompletnie umeblowany pokój– pozostałość po wysiedlonych Żydach – Dr. Blat. Pamięta fortepian i śliczne lustro. Kuchenka dwupalnikowa. Drobna pani z córeczką (właścicielka) szukała czegoś – wyjęła skarpetki. Chciała zabrać jakąś małą szafkę, ale mama z obawy przed Niemcami nie pozwoliła. Wszystkie meble po pewnym czasie zostały zabrane.

Dopiero od szóstego miesiąca widoczna była ciąża.

Na Nowym Lwowie nastąpił, z nieznanych powodów (Rozszczelnienie rury pod chodnikiem. Do willi nie była doprowadzona instalacja gazowa. „Józefa przychodziła często do nas coś ugotować” – A.Bartyński), wybuch gazu. Zniszczeniu uległa klatka schodowa, poparzyło Józefie twarz (poszła ze świeczką do piwnicy?), Cesię i pana Grosa.

Święta i zimę 41/42 spędzili na Jagiellońskiej.

Doszło tam do nieprzyjemnej sytuacji. Zdenerwowany ojciec odpowiedział babci Oli, podejrzewającej u mamy gruźlicę: „Dziura jak dupa!”

Mama osadza ten incydent w czasie po ujęciu Izydora i już po moim urodzeniu.

Po aresztowaniu profesorów, klinika się „rozleciała“. Mieciu zaczął pracować w browarze jako lekarz zakładowy. Wtedy dochodziło do częstych spotkań towarzyskich z Wiktorem Brossem i jego żoną Martą krewną mamy (ich syn Krzyś urodził się dokładnie rok po mnie).

Kłopoty z żywnością: Dostali pół kg sacharyny od niemieckiego pacjenta i na wskutek jego używania musieli często siusiać – „W nocy robiliśmy to do wiadra, aby nie biegać przez całe mieszkanie”. Izydor zdobył gdzieś pęcak. Mama czuła się kompletnie zagubiona: „Mam kupić dwa jajka, czy cztery?“.

W czasie przyjazdów babci dochodziło do częstych nieporozumień z ojcem.

Pomimo rozwarcia i pewnego z tym zagrożenia, donosiła mnie do 19.06.1942. Do rodziców pisała „Bachor ma dużo płynu“.

2. 06. 1942 Niemcy aresztowali dziadka Izydora. Mamie o tym powiedziano dopiero po porodzie.

Babcia Olga Rosyk dostała żółtaczki i jej choroba nowotworowa zaczęła się gwałtownie rozwijać.

Dziadek przebywał we więzieniu w Drohobyczu, a potem według niemieckiej informacji przenieśli go do Lwowa. Jeździła z mlekiem i żywnością do więzienia, raz tylko widziała ojca przez uchylone drzwi.

Po trzech miesiącach wywieziono więźniów i w tym samym czasie zmarła babcia Olga Rosyk, potwornie się męcząc w czasie konania.

„Szukajcie mnie we Lwowie“ podobno dziadek zostawił taką wiadomość. Zbierali złoto na wykupienie ojca. Zbyszek Pawłoski pomagał w wymienianiu złota na pieniądze. Po jakimś czasie przyniósł krzyżyk babci mówiąc, że go z powrotem odkupił.

Dostali wezwanie na policję, mama siedziała, ojciec stał. Gestapo było bardzo zainteresowane, dlaczego szukają ojca. „A wy tutaj zostaniecie“ – przerażenie ogarnęło matkę, bo zostawili mnie, niemowlaka samego w domu. Na kolejnym przesłuchaniu usłyszeli pytanie „Gdzieście ojca ukryli?“ Gestapowcy udawali, że dzwonią po więzieniach w jego poszukiwaniu. Straszyli mamę, że jak nie powie to spotka ją to samo, co działo się w sąsiednim pokoju, z którego dochodził przerażający krzyk kobiecy.

(Izydo znał doskonale niemiecki, był oficerem austriackim.)

W lutym 1943 „Bardzo było wtedy głodno. Mieliśmy mały bochenek chleba na dwoje na tydzień. Przydział, to było jakieś pół kilo byle jakiego mięsa na tydzień”.

Kupowali dodatkowo chleb na czarno i wozili do więzienia Łąckiego (kalesony, bieliznę i „wszystko brano“) – mamie pozostały jakieś kwity więzienne. Wozili co tydzień, przekonani, że ojciec jest w więzieniu.

Przypomina sobie jakąś większą paczkę z okazji świąt. Edziu „Krzaczasty“ dowiedział się od AK, że wywieźli więźniów do lasu Mała Brzezinka i wszystkich rozstrzelali. Po jakimś czasie zwrócono pieniądze za złoto, którymi chciano wykupić dziadka. Mama nie pamięta czy było to 1500 zł czy 15tyś. zł., ale wie, że dała 500zł babci Oldze, w tajemnicy przed Mietkiem.

Z tymi pieniędzmi związana jest dalsza historia. Babcia po przyjeździe do Lwowa zostawiła torebkę na kanapie poczekalni w na korytarzu. Torebka z pieniędzmi i dokumentami zginęła. Podejrzewano, że zabrał ją któryś z pacjentów. Poszli „na policję niemiecką“, przy placu Mariackim, „tak z boku“, zgłosić kradzież – „ważny był niemiecki Ausweis”.

W marcu 1943 wyjeżdżają z Marysią, asystentką z browaru, do Kosowa („zaproponowano, aby wyjechać“ – Mieciu zgłosił się jako stomatolog). Ojciec dostaje od Niemców skierowanie do pracy. Dojeżdżają do Kołomyi (przespaliśmy się w jakiejś chałupie, w jakimś u kogoś mieszkaniu, gdzie były prycze, jakby tam dużo osób przyjeżdżało), stamtąd, następnego dnia, Mieciu załatwił furmankę i pojechaliśmy furmanką do Kosowa.

Ojciec wybiera miejsce z sentymentu do spędzanych w młodości, w tamtej okolicy, letnich wakacji. Jeździli z matką (Cesia, Władek i Mieciu) tam i do Kut, a nawet raz wybrali się z ojcem (dziadkiem Rosykiem), który zazwyczaj nie spędzał z nimi wolnego czasu.

Dostają ładne mieszkanie u pani Kowalskiej. W sąsiednim budynku Mieciu miał gabinet. Robił dużo złotych koronek, szczególnie kobietom, które uważały je za ozdobę. Przynosiły dukaty z przylutowanym uszkiem, nosiły je jako biżuterię.

Dostaję tam zapalenia płuc. Łóżeczko, w którym spałem prawdopodobnie przywiózł ojciec w drugiej turze.

„Zaczęło być nam tam dobrze. Bo tak; pacjenci przynosili; były w takich dużych papierowych workach, stały orzechy i jabłka i do jedzenia było wszystko. Ciebie widzę do dzisiaj przy truskawkach „cudnych”, a ja nie mogłam niczego jeść. Nie rozumiałam, jak wy to możecie jeść.”

Miałem dziesięć miesięcy, gdy zacząłem chodzić. Postawiła mnie mama i normalnie przeszedłem przez cały pokój. Musiała wtedy wszystkie rzeczy pozbierać, bo wszystko ściągałem z mebli.

„Tam był dr. Libchard, kolega, chirurg w szpitalu. Był jeszcze drugi, ginekolog, ożeniony z Ukrainką, też bardzo mili ludzie. Mieliśmy dobre towarzystwo, ale zwłaszcza do popijawy“. Lekarze dostawali co miesiąca dwa litry czystego spirytusu i dwa litry denaturatu.”

„I to myśmy już tak we Lwowie żłopali. Bross dostawał, Duda dostawał, Kaczorowski dostawał, myśmy dostawali“. Mama uważa, że była to specjalna polityka rozpijania inteligencji. „W tym szaleństwie była metoda… troszkę upijać to społeczeństwo.“

Dlaczego opuściliście Kosów? – pytam.

Pomagała mi młoda dziewczyna, Ukrainka. Pewnego dnia przyszła do Miecia jej matka i powiedziała: „Oj…panie doktorze, bardzo źle się dzieje, tutaj osiem kilometrów stąd już zamordowano księdza i idą, mordują wszędzie naokoło.”

Ukraińcy Polaków? – dopytuję.

„Ukraińcy Polaków i Banderowcy… i zaczęły dochodzić słuchy, że tamtą wieś wymordowano. Ale tak mówiło się, ale jak to, znają się przecież sąsiedzi… no tak, ale to z jednej wioski szli na drugą wioskę i tam mordowali i zaczęły dochodzić straszne wiadomości o mordowaniu i wtedy co robić… strach!”

Wraz ze mną i Marysią wchodzili spać na strych. Brali siekiery i kamienie, „bo były takie wąskie schody i mówiło się: będziemy po prostu walić, rąbać, nie wpuścimy ich do nas, żeby nas zamordowali. W dzień byliśmy na dole, a chodziliśmy spać tam na strych.“

„Jeden raz też, ktoś tak, o dziwnej porze, na dole zapukał, Mieciu już się zamachnął siekierą, a okazało się, że ktoś ze swoich przyszedł. Także było straszne napięcie i coraz gorsze wiadomości o tych mordach i Mieciu postanowił, że nie ma co i musimy z tego Kosowa zwiewać do Lwowa“.

„Mieciu dogadał się z jakimiś Węgrami, albo Czechami, nie wiem z kim, którzy mieli jakiś transport, (wozili drzewo tam do rzeki, czy z rzeki te pnie) że podjadą rano, taką platformą, koło nas i my wleziemy na tą platformę i oni nas zawiozą na dworzec kolejowy aż do Kołomyi. (Do Kosowa trzeba było zawsze furą dojechać). I jak myśmy w końcu, ty, Marysia, ja i Mietek, to ten kierowca powiedział tak: Pamiętajcie macie leżeć płasko. Jak będą nas zatrzymywać i strzelać, ja nie stanę, ja będę dalej jechał. Bądźcie na to przygotowani, że po drodze mogą ostrzelać, więc płasko na tej platformie połóżcie się.

I tak szczęśliwie nas przywiózł na dworzec. Nie wiem, dlaczego widzę tylko podłogę tego dworca. Ja taka jakaś byłam dziwnie… dziwnie w szoku wiesz… to było za szybko, mimo wszystko, po zniknięciu („śmierci” – na nagraniu) taty i jakoś nie mogłam się z tym zupełnie pogodzić.

To akuratnie było na moje imieniny 29 lipca 1943, dlatego dobrze pamiętam to, tę datę.”

Rodzice ze mną zamieszkuję na Nowym Lwowie, bo ich mieszkanie na ul. Jagiellońskiej zostało wynajęte rodzinie siostry babci Olgi Rosyk, cioci Heli, z którą to, od początku, mama nie miała najlepszych stosunków. Nowy właściciel oświadczył, że nie zgadza się, aby dwie gospodynie urzędowały w kuchni.

W listopadzie dochodzi do wypadku. Ranię sobie lewe oko. Od początku obowiązywała wersja, że to był wypadek od odłamka szkła z rozbitej szyby po bombardowaniu niemieckim. Po latach wyglądało to tak: „a to była maciupka buteleczka taka, że miałeś w rączce ją“

Wychodzili gdzieś z domu, ja złapałem perfumy (Prawdopodobnie widziałem jak mama je używała – mój przypisek). Mama chciała mi ją wyrwać, ale ja potwornie zacząłem płakać. Zostawiła, po paru krokach upadłem i rozbitym szkłem zraniłem sobie oko. Zabrali mnie do łazienki umyć krew. Ojciec uspokajał, że to tylko powieka. Prof. Bross, gdzie udali się po pomoc, skierował ich do okulistów. Poszli na klinikę. Prof. Musiał i późniejszy prof. Krwawicz (po wojnie znany profesor w Lublinie) na oddziale okulistycznym założyli mi opatrunek. Chodzili tam ze mną później do kontroli.

Ojciec chodzi do praktyki dentystycznej na Jagiellońskiej. Składa tam przysięgę akowską i udostępnia gabinet na zebrania organizacji. Nie ma go często w domu, umawia się na bridża. Mama uważa, że brał udział w tajnych spotkaniach.

Wczesną wiosną 1944 roku następuje ofensywa Armii Czerwonej. Rozpoczynają się naloty i walki o oswobodzenie Lwowa.

Nowy Lwów leży w pobliżu bocznicy kolejowej (Persenkówka) gdzie stały cysterny z paliwem, będące celem bombardowań. Mama bała się potwornie nalotów. Chowania się w piwnicy, w której wszyscy mieszkańcy szukali schronienia.

Dowodem na to jak bardzo dramatyczna musiała to być sytuacja jest pozostały ślad w mojej pamięci: Dwa obrazy.

1. – poręcz klatki schodowej i parę stopni prowadzących do piwnicy.

2. – czerwone pierzyny na posadzce i postacie w nie zawinięte.

W trakcie jednego bombardowania dziadek nie wytrzymał; wyszedł na zewnątrz, a po chwili wbiegł na czworakach do piwnicy.

Raz po uderzeniu bomby, kiedy zatrzęsły się ściany, przerażona mama zapytała: „Trafili nas?… czy to już koniec?”. Te wydarzenia rozgrywały się w czasie świąt Wielkanocnych. Pamięta tort zrobiony przez Cesię, zasypany kawałkami szkła pochodzącymi z rozbitej szyby.

Nastrój wojenny, jak również strach przed Ukraińcami przyspieszył decyzję o opuszczeniu Lwowa. Panika, wywołana grozą, że zostaną zamordowani, przysłaniała realia.

Pan Bator, człowiek, któremu wraz z rodziną wynajmowano w willi dwa pokoje, posiadał siedmiotonową ciężarówką. Zgodził się na wywiezienie nas wraz z meblami do Czchowa, gdzie mieszkali, nieznani krewni.

Zabrali dwie szafy, biurko ojca, zaprojektowane przez Tadorowskiego, gabinet stomatologiczny z nowoczesnym francuskim fotelem, który ojciec kupił stosunkowo niedawno.

W Czchowie zamieszkali w domu Gienka i Julka Biłyków, dwóch braci, którzy ze względu na walkę i działalność konspiracyjną ukrywali się w lesie.

Ojciec wyjeżdża z powrotem do Lwowa. (?) Wraca 30 czerwca na swoje urodziny. (Jest 1944 rok.) Nad ranem, około czwartej (już dniało) wpada gestapo. Dowiedzieli się, że Gienek przebywa w domu. Mężczyznom rozkazali leżeć w bezruchu na podłodze i dokładnie przeszukiwali pomieszczenia.

Mama pamięta, jak ojciec błagał o wodę, którą podawała mu chochlą, leżącemu w pozycji na brzuchu. „Nie wyklucza”, że w związku z imieninami popłynęło dużo alkoholu.

„W rezultacie ojca i Gienka aresztują. Wywożą ich do więzienia w Tarnowie.”

Przerażona mama, zostawia mnie w domu i pędzi do Reni w aptece. Tam jest też gestapo i chcą ją zatrzymać, ale jakoś „magistrowi” udało się wytłumaczyć i mamę puścili. W aptece dodatkowo panowała napięta sytuacja; „Gienek był narzeczonym Elżuni i ta z tego powodu bardzo rozpaczała.”.

„Julek, który zjawił się po paru dniach, albo tego samego dnia, dał znać, gdzie jest co, co gdzie trzeba wynieść, schować.”

„W ogródku, w kamieniach takich obudowaniach, ta pomoc, która mieszkała stale w tym domu, wyjęła… i się okazało, że są różne pisma od Sikorskiego; co należy robić, jak należy postępować.”

Do Tarnowa mama jeździła parę razy, ale nie udało jej się nic załatwić. Julek woził tam jakieś „kanapki z chleba”.

Wszystkich z Czchowa stłoczyli do jednej celi – „ich dużo tam było”.  „Mieciowi zabrali obrączkę i Mietek z tego powodu rozpaczał. Oni mu z jakieś trawy, chłopcy, zrobili obrączkę, żeby coś miał. I Mieciu wtedy postanowił, że on będzie się dowiadywał, jak tylko mu, ale to po jakimś czasie, oddadzą z sejfu obrączkę, to obojętnie, czym się to skończy, on będzie uciekał. Przy każdej najbliższej okazji będzie uciekał!”.

„Wtedy były te straszne przesłuchiwania. Mietka nie przesłuchiwali. Wzięli Gienka, on nikogo nie chciał zdradzić to go powiesili na drzwiach i wbili mu wiesz pióro takie do pisania w pośladki. Jeden z łączników nie wytrzymał – sypnął! Nie wytrzymał tego bicia właśnie.”

„I teraz… wierzysz w cuda, nie wierzysz… ja taka z tobą… To bardzo było znamienne… gdzieś poszłam na spacer. I na spacerze taka, w moim odczuciu, starsza pani z małą dziewczynką, wnuczką podeszła do mnie i mówi: Czemu to pani, taka młoda, taka ładna, a taka strasznie smutna.  No to ja jej opowiadam co się stało, że Mietka zabrali. Ona mówi: A ja pani przyniosę nowennę do św. Judy-Tadeusza, on zawsze najbardziej niemożliwe sprawy załatwi. Proszę przyjść jutro tutaj, ja pani przyniosę. Wierząc nie wierząc, bo wcale nie byłam ani tak bardzo pobożna, ani nic, no ale wybrałam się na drugi dzień. Przyniosła mi nowennę, dość zniszczoną, którą mam do dzisiaj. No i zaczęłam odmawiać.

Wojtek, nie wiadomo, dlaczego potem Mietek mówił, że w tym czasie, nie wiadomo skąd w celi zjawiła się nowenna do św. Judy-Tadeusza… i oni też zaczęli odmawiać.

No i ja potem pojechałam raz do Tarnowa, do więzienia, na gestapo tam i zaczęłam tłumaczyć, mówić, że dlaczego wiesz, starać się coś dowiedzieć i żeby uratować jednak Mietka, że on zupełnie niesłusznie, że myśmy dopiero przyjechali i nie wiedzieli co się dzieje.

Okazało się, że Gienek właśnie był komendantem AK na cały ten sądecki okręg”.

(Dowódcą placówki AK „Cezar” był student Uniwersytetu Jagiellońskiego Eugeniusz Biłyk pseudonim „Grodzisz”. Zginął zamordowany przez gestapo.)

„Przyjęta zostałam uprzejmie. Obiecał mi niewiadomo co, bardzo miły grzeczny: A to pani jeszcze raz przyjedzie…”

Na drugi tydzień, kiedy ponownie pojechała do Tarnowa „poszłam do niego, coś zaczynam mówić i jak on mnie szurnął na schodach, tak że się znalazłam na parterze, na drzwiach wahadłowych… Na szczęście nie upadłam, nie rozbiłam się i tyle było mojego chodzenia na gestapo i obietnic”.

„Jak Mietek zapukał z prośbą o obrączkę, to ten, to jemu oddali obrączkę”.

Ojciec uważał wtedy, że spotkało go największe szczęście. Miał później „proroczy sen”: Szedł nieskończenie długo mrocznym tunelem i nagle na jego końcu zobaczył białe światło wyjścia. Powiedział: „To jest to światło, które mnie wyprowadzi”.

Na skutek ofensywy Armii Czerwonej Niemcy zaczęły się wycofywać. Wojska stanęły pod Dębicą.

W więzieniu wybuchł popłoch – „Zaczęli segregować i wypuszczać”.

(23 sierpnia 1944 roku została wyzwolona Dębica, do miasta wkroczyły oddziały Armii Czerwonej…)

„Od mamy żadnych wiadomości, Mietek w więzieniu, a mam z tobą problem. Pojechałam z Renią (Baroncz, jedna z córek sióstr Życzyńskich. Ciocia Maria, Mania Baronczowa i jej córka Rania mieli w Czchowie Aptekę) do Krakowa, „Bo dzieci się bawiły i ten mały Hawranek, Jasia Hawranka synek, ciebie pocałował w policzek i ci się wylała krew do tego oka. A tak dzieci się bawiły, jak to dzieci, wiesz; przytulił coś, pocałował ciebie, patrzę się, bo ja codziennie sprawdzałam to twoje oko, czy ono ma dobre napięcie.

W Krakowie idę właśnie z Renią, już mamy dochodzić do kliniki, wiesz widzę kawałek ulicy i ni stąd, ni zowąd ty mi się wyrywasz i pędzisz przez ulicę, a na ciebie leci rower. Jesssusmaria!… ten rowerzysta na ciebie nie wpadł, sam się wywalił. Ty byłeś taki… nie wysiedziałeś chwili spokojnie. Wiesz tak nagle…, bo wiedziałeś, że mamy przejść na drugą stronę.“

Mama nie pamięta, ile razy jeździła do Krakowa. Okres obejmował trzy tygodnie. Dwa razy była w szpitalu. Później przy „dojściu do profesora” towarzyszyła jej ciocia Fani, która się „bardzo elegancko ubrała. Miała takiego lisa, kapelusz; wytworna dama”. (Ciocia Fani najprawdopodobniej sama zainspirowała tę wizytę – profesora znała osobiście).

„Tej wizyty nie jestem w stanie zapomnieć. Profesor strasznie na mnie wsiadł: Jak pani może! Dlaczego pani trzyma to dziecko do tej pory?! Czy pani chce, żeby on całkiem oślepł?! To tak wygląda, jakby pani z nieboszczykiem położyła zdrowego człowieka razem! To chore oko należy natychmiast usunąć!”

„A myśmy ciągle mieli nadzieję, że przecież je się uratuje i będzie wszystko okej.”

Mama pamięta szpital, do którego już sama zaniosła mnie na zabieg. „Zostałam w pokoju, a ciebie ubrali w białą, długą koszulę i zabrali. Strasznie płakałem. Modliła się: Panie Boże tylko mi go uratuj. Jak będzie, tak będzie, ale tylko… tylko mi uratuj, tylko Ty mi go nie zabierz!” Więcej nic nie pamięta. Nie wie, jak się dostawała do Krakowa, „bo trzeba było z Czchowa jednak furmanką jechać do Brzeska.“

Była potwornie zrozpaczona: „W głowie miałam to: mamy nie mam, tata nie mam, Mieciu w więzieniu, a ja jestem, tu na obczyźnie. Bo to dla mnie obczyzna… z tym, takim chorym dzieckiem. Czułam się najnieszczęśliwszym człowiekiem na świecie.”

Zostawiła mnie w Krakowie, „a sama wybrałam się do Czchowa. Nie wiem, dlaczego; po co, na co, też ci dziś nie powiem”.  Dojechała jakimś pociągiem do Brzeska.

„Robił się już wieczór. Nie było żadnych furmanek”.

Postanowiła z ludźmi, którzy dochodzili do pobliskich miejscowości, iść piechotą. Pamięta człowieka, który obok szedł z małym chłopcem. Nie wie, dlaczego z nim nie rozmawiała. Widziała, przerażona stojące wojsko niemieckie, które się wycofywało. Bardzo długo szła, ludzie rozchodzili się po wioskach, aż wreszcie sama została. Gdy doszła do Jurkowa (2 km od Czchowa) „i jechała fura…i zobaczyli, że ja idę…to był bardzo takie znamienne… i zatrzymali się, a pani… (czy ty czy pani?), pani gdzie? Ja mówię do Czchowa. No to proszę wsiąść. Wsiadłam.

Tam siedział, w moim odczuciu starszy pan.

– A pani skąd, do czego, gdzie pani idzie?

Ja mówię:

– Ja jestem żoną doktora Rosyka, on przecież aresztowany. Wracam z Krakowa.

– A pani mąż jest w domu.

– Nie, proszę pana, on jest w Tarnowie we więzieniu.

– Nie proszę pani, on jest w domu.

Dojechaliśmy do Czchowa. Wysiadłam, podziękowałam. Pędzę, gdzie?… Do apteki, bo przecież dom pusty… i z domu nagle wychodzi, blady, zmizerowany Mieciu.

No i właśnie… ciebie nie widzę tam nigdzie.

I my jesteśmy u cioci. Żebym ja nie skłamała… kilka dni. I nagle okazuje się, że jest napad… Napad… powiedzmy. Idą ci Własowcy, Ukraińcy „wszysko” z usługami w służbie niemieckiej. Mordują i łapią. Zgwałcili tamtą nauczycielką. Ja nie widziałam… Wywieszono przed kościołem, kilka osób powieszono, powieszono na drzewach.”

(Represje okupanta spowodowały, że w dniach 1-3 sierpnia 1944 roku doszło do pacyfikacji miejscowości w czasie której śmierć poniosło 9-ciu obywateli.)

„I przyszedł do nas, doktor, który mieszkał po drugiej stronie, doktór Pawlik do Mietka. – Uciekajmy!

 Wobec tego ja zostałam, a Mietek z tym Pawlikiem, tak jak stali, w górę w stronę tego Brzeska. I tak mówił oni szli, to… to była no właśnie jesień…, bo mówię, te kopce siana czy zboża, tak wiesz, żeby się ukrywać. Jak ktoś szedł to udawali, że tak rozmawiają o pacjentach. Mówił, że jak będą nas zaczepiać to my idziemy do pacjenta chorego, wiesz.

I Mieciu z nim, jakimś skrótem dostali się do Brzeska. Tam gdzieś do księdza zajechali, jak zwykle plebania ratowała. To jak gdzieś przespali. Nie wiem, bo tam Korkowa, taka miejscowość i różne. Bo Pawlik lepiej znał tamte okolice, bo on stamtąd był.”

Dalsze losy ojca są dość zamglone. „I na lokomotywie przyjechał do Krakowa, bo już widocznie znowu nie można było jakoś normalnie pociągami. I jak przyjechał do Krakowa to był przerażony co się tak ze mną dzieje. No i co…. Kiedy Mieciu wrócił?… To raczej chyba, ale też nie jestem pewna, ja jakoś dostałam się do Krakowa. Ale czym?   Bo wiem tyle, że Mietek przyjechał czy przeszedł ten front właśnie… Bo to było tak, że właśnie było takie zamieszanie: Front rosyjski zatrzymał się pod Dębicą, a Niemcy zaczęli uciekać.”

Nie do odtworzenia jest i to niestety na zawsze, sytuacja dotycząca mojej osoby. Nigdy się nie dowiem, gdzie byłem, co się wtedy ze mną działo.

„Bo potem Wojtuniu byliśmy w Czchowie, w tym mieszkaniu u Biłyków.

Mieciu zaczął chodzić do pacjentów, bo były działania wojenne.”

W Czchowie ojciec udzielał pomocy wielu ludziom. Bardzo się zaangażował w ratowanie chłopca, który znalazł się w stajni na linii ognia.  Został postrzelony, a później dostał tężca.  Ciocia Mnia, właścicielka apteki, wydała wszystkie przeciwtężcowe lekarstwa. Ojciec, obiecał sobie, że przestanie być lekarzem, jeżeli nie uda mu się uratować życia temu chłopcu. Udało się!

Pomagał partyzantom. Często przebywał poza domem.

Inną zapamiętaną akcją była amputacja ręki panu Musiałowi, gospodarzowi w Czchowie, w jego mieszkaniu w kuchni.

W Czchowie spędzili tylko jedno Boże Narodzenie. „Tam było już więcej ludzi, przyjechali Załuscy (córka Sinio, czyli też jedna z sióstr Życzyńskich, jechała z mężem z Romanem Załuskim, adwokatem ze Lwowa, on mieszkał razem z nami, też w tym mieszkaniu.

Na Boże Narodzenie, już po Aresztowaniu, po dobrej popijawie, zaczęłam śpiewać „kocham Paryż” na cały głos. Uspokajanie Miecia nie bardzo pomogło.

(Małżeństwo Załuskich było dziwne, ona mieszkała osobno w aptece, mieli śliczną córkę)

W czasie trwające ofensywy i posuwającego się frontu, w obawie przed kulami, mama brała mnie na ręce i wraz z Helcią, pomocą, wskakiwała do metrowego dołu skąd prowadziły schodki do piwniczki. Była już wtedy w ciąży z Ewą.

Pewnego raz po wyjściu z piwniczki „wszedł nagle do kuchni zupełnie taki prawie granatowy na twarzy Rosjanin.

– Dajcie jeść!”

Poczęstowały go zupą. Była to kartoflanka z jakąś marchewką, którą często z Helcią gotowała i karmiła przychodzących żołnierzy.

Mama nie potrafi umiejscowić w czasie handlowej działalności ojca związanej ze skórzaną walizką – podejrzewa, że wtedy byli jeszcze Niemcy.

„Gdzieś na wsi zdobywał mięso i woził do Krakowa. Tam ktoś pomagał, chyba ciocia, sprzedać, żeby zdobyć trochę pieniędzy na przeżycie. Mietek był wtedy elegancko ubrany. Miał taką pelisę z małpiego futra, kapelusz, wytworny pan z tą walizką, żeby nie zwracać na siebie uwagi, że jakiś handlarz jakieś coś. Jeden raz jak wysiadł w Krakowie na dworcu i tak go przeważyła ta walizka, że się zatoczył na Niemca. Myślał, że to już koniec z nim, ale jakoś się uśmiechnął, ładnie przeprosił po niemiecku i ten go nie zahaltował.”

W Krakowie odbył się zjazd rodzinny u cioci Fani. Byli tam rodzice ze mną, Sikorscy, „większa rodzina. I wtedy przez nasze mieszkanie przeszli Niemcy, bo mi ukradli dwa noże, dwa widelce z tego mego i dwa talerzyki z tego złotego serwisu”.

(Wojska radzieckie wkroczyły do Brzeska 19 stycznia 1945 r. wypierając hitlerowskiego okupanta.)

Koniec wojny przeżywa mama jeszcze w Czchowie. Ja i jakieś małe dziecko chodziliśmy z chorągiewkami biało-czerwonymi. Nie jest pewna czy tę scenę pamięta, lub też utrwaliła się jaj dzięki zachowanej fotografii.

Wiosną 45 pojechała do Tarnowa, gdzie była babcia Ola. „Tato z Brossem do Katowic. Załatwił tam mieszkanie na ul Wandy dzięki znajomym z lat dziecięcych (potem wyjechali oni do Warszawy… Mitek i… może sobie później przypomnę) Sąsiadami byli Żydzi Kudisz Irena… a on – nie pamiętam. Zawsze się śmiał, że wygląda „jak Czech… jak czech Żydów”. Ukrywał się dwadzieścia miesięcy u swojego pracownika w piwnicy gdzieś na wsi na Wołyniu.”

Przypuszczam, że już w czerwcu – lipcu znalazłam się w Katowicach. Bo już było niedługo do porodu.  Pamiętam jak ciocia Hela mówiła: Jak ty się nie krępujesz z takim brzuchem wychodzić na ulicę?”

„Byłam w szóstym miesiącu, jak mama z transportem przyjechała (do Tarnowa).”

Ewa poczęta została w Czchowie po wyjściu ojca z więzienia.

 „A my na złość będziemy mieli dzieci… na złość Niemcom!”

„…dwa lata byliśmy w Katowicach. We Wrocławiu Bross zaczął organizować klinikę, a Mieciu mu pomagał.”

Byli przekonani, że tam się przeprowadzą, mieli nawet załatwione mieszkanie (załatwienie ułatwił Heniu Piotrowski – Bogusi mąż mający jakieś znajomości w Województwie).

„Przepiękne mieszkanie na ulicy Matejki koło ogrodu botanicznego, znajdowało się w częściowo zniszczonej kamienicy z rozerwanym rogiem”.

„Pewnego razu jadąc właśnie z Katowic do Wrocławia, Mieciu kupił gazetę.”

 Ja z Ewą pozostałem pod opieką babci Oli mieszkającej również na ul. Wandy.

„Przeczytał, że jest konkurs na ordynaturę w Kłodzku.”

Przesiedli się więc w Gliwicach na pociąg do Kłodzka.

(Gdzie mieszkała Cesia z ojcem, gdzie wylądowali po przyjeździe ze wschodu. Wieliczka, Bielsko, Katowice Mariacka i Dąbrowskiego i jak uplasować Władka, przecież on też mieszkał wspólnie na Wandy?)

Po wyjeździe rodziców do Kłodzka babcia Ola zatrudniła się na etacie nauczycielki w Śląskich Zakładach.  Wyeksmitowano ją niestety z ulicy Wandy, pomimo zameldowaniu w mieszkaniu dyrektorki i jednego ucznia. Dostała przydział na trzecim piętrze przy ulicy Kordeckiego 1.

„Babcia Ola wspomagała nas finansowo. Nie zapomnę sprezentowanych, gdzieś przez nią kupionych, powłoczek na kołdrę.” …

Przez ostatnie dwadzieścia lat życia mamy codziennie dzwoniłem do niej.

Rozmawialiśmy przez wiele długich, spokojnych godzin… Dominowały tematy bieżące na równi z politycznymi na poziomie „Szkła kontaktowego”. Nie brakowało kontrowersji; denerwowała się, gdy mówiłem, że z jej poglądami konserwatywno-narodowo-kościelnymi powinna popierać Pis. O nie! Była nieprzejednaną fanką Tuska.

Na wspomnienia umawialiśmy się specjalnie. Do tych sesji załączałem dyktafon. Czas odtwarzania przeszłości płynął wolno. Pewne zamazane obrazy nabierały ostrości dopiero po paru dniach. Niektórych nie udało się odtworzyć, a o niektóre nie zdążyłem zapytać.

Chrońmy naszą historię. Szczególnie dzisiaj! Jest tyle łatwych sposobów jej zapisania, a też niestety fałszowania.

Wojtek Rosyk

20.11.2020    Schongau

Blaga Chała Odlot spis treści

Tę książkę zacząłem pisać w pierwszych latach XXI wieku – o ludziach i miejscach, które zniknęły szybciej niż powinny, które przeżyłem. Dla jednych powieść, dla innych pamiętnik, dla mnie — rachunek z własnym czasem.

Czerwona gondola

  1. Gondolier
  2. Na Szajbie
  3. Jurandów
  4. Zosia
  5. Żywe srebro
  6. Babci pieróg
  7.  2x + 3 = 5
  8. Miasto
  9. Auto
  10. Nowy Rok
  11. Pierwszy telewizor
  12. Czerń i biel
  13. Polonez
  14. Matura
  15. Autostop
  16.  Rozstanie
  17. Skuter
  18.  Arek
  19. Śledź
  20. Katowice
  21. Zaręczyny
  22. Naiwność czy głupota.
  23. Przedpole przegranej

Mury Carcassonne

  1. Za szybą wystawy
  2. Klaudia
  3. Ich miejsce na ziemi
  4. Zapomniałem
  5.  Wyjazd
  6. St. Étienne
  7. Elektryk
  8. Sto franków
  9. Przez Pireneje
  10. Powrót
  11. Spowiedź
  12. Inwestprojekt
  13. Bułgaria
  14.  Kurator
  15.  Alina
  16.  Maluch
  17. Ciężar wioseł
  18. Koktajl
  19. Bułgaria ’78
  20. Fotograf
  21. Czerwcowa niedziela
  22. Nad Hańczą
  23. Rok 1980
  24. Jedyna wiosna
  25. Upragnione M-2
  26. Michał
  27. Julianna
  28. Chorzowska-ósemka

Powyżej gniazda

  1. Zakopane
  2. Odlot
  3. Kamienie na szosie
  4. Azylanci
  5. Lach przy Lechu
  6. Winobranie
  7. Z ziemi włoskiej do Murnau
  8. Zmiana rejestracji
  9. Nocna zmiana
  10. Październikowe popołudnie
  11. Dymiąca Etna
  12. Powrót do normalności
  13. Miara możliwości
  14.  Zmierzch i kolejny świt
  15. Kalabria ’88
  16. Od wakacji do wakacji
  17. Pożegnanie z Jugosławią
  18. Roller, Bush i Mustafa
  19. Dwa wesela
  20. Teściowa w Wenecji
  21. W poprzek Francji
  22. Błaga, Chała, Odlot – Stoicki spokój
  23. Przygraniczna cisza
  24. Pierwszy uścisk sprawiedliwości
  25.  Dom rodzinny
  26. W objęciach prawa
  27. Reintegracja czy poniżenie
  28. Odlot jubileuszowy
  29. Mydlana trawa
  30. Skok w przód – wakacje w Chorwacji Kornati

Babcia Ola

Olga (Ola) z domu von Preger. Portret rodzinny

„Babcia Ola, odkąd ją pamiętam, była niezależną kobietą. Nie przelewało się jej, ale też nie miała nigdy problemów finansowych. Uczyła w Technikum Zawodowym języka rosyjskiego, a językiem tym posługiwała się bieglej niż polskim.”

Ten akapit przed dwudziestu laty otwierał moją książkę Blaga, Chała, Odlot. Pisałem wtedy szybko, zbyt skupiony na sobie, śniąc o sukcesie komercyjnym. Dziś, biorąc do ręki przedrewolucyjne fotografie, widzę więcej: żywy, bogaty obraz Olgi von Preger.

Olga von Preger ok. 1917

Petersburg, młodość i genealogia

Babcia wychowała się w Petersburgu, gdzie kończyła szkoły i gdzie — jak mówiła z czułością — „czasy carskie” miały smak światła na Newskim i zimowej tafli Newy. Kochała tamto miasto; w Polsce Ludowej o dworskich koligacjach mówić nie mogła.

W napisanym około 1954 r. życiorysie zaczyna prosto:

Olga Hawranek z domu Preger.
Urodziłam się 10 IV 1897 r. w Krasnopolu, pow. Płock, ziemia witebska.
Rodzice — inteligencja pracująca.

Tak się wówczas pisało. „Inteligencja pracująca” była w PRL-u formułą akceptowalną; o wyższych warstwach społecznych mówić nie wypadało. Dziś wiemy więcej: w rodzinie splatały się nazwiska Preger – Schwann von Wolkenstein. Część krewnych pozostała przy nazwisku Preger, część używała Schwann. Wedle rodzinnej pamięci Pregrerowie zarządzali prywatnymi dobrami carskimi, a Schwannowie prowadzili na dworze pracownię jubilerską.

Robert Preger (ojciec Oli) ur. 1857, zm. 28 X 1922.

Maria z Cychockich, śpiewaczka (solistka operowa), po rozstaniu z Robertem poślubiła Włodzimierza Iwanowa; z tego związku urodził się Walery (ok. 1922).

Dziadkowie: Jan (portret w zielonej, malachitowej ramce) i Teodor Preger (ur. ok. 1800).

W rodzinie wspominano też ciocię Nadię (Nadieżdę) — wdowę po chirurgu, związaną z Kudową i Glatz (Kłodzko).

Robert Preger

Babcia o matce pisała oszczędnie i z dystansem; żal — za dawne odejście i chłód — przebija z notatek. O ojcu przeciwnie: ciepło i serdecznie. Bliska jej była także mamka Maryla z Litwy; kontakt utrzymywały do końca, również z jej dziećmi: Rutą i Jurgisem.

Maria Preger z domu Cychocka

Szkoły, studia, wojna i wybory

1906 — wstąpiłam do gimnazjum w Petersburgu (Rożdżestwińskim).
1915 — ukończyłam kurs pedagogiczny przy tymże gimnazjum.
1917 — matura z prawem do złotego medalu.
1915–1919 — studiowałam filologię na uniwersytecie w Piotrogrodzie.
Uniwersytetu nie ukończyłam, musiałam pracować; wyszłam za mąż za inż. rolnika Izydora Władysława Hawranka.

Między kartkami życiorysu pojawia się Uglicz nad Wołgą. Na odwrocie zdjęcia z 1918 r. babcia zaznaczyła krzyżykami „Dorek” (Izydor) i „Ola”. Dziś, patrząc w Street View na Cerkiew Carewicza Dymitra na Krwi, aż trudno uwierzyć, jak cienka bywa przegroda czasu: sto lat znika, a ja stoję z nimi nad Wołgą.

Pobrali się w Ugliczu 20 stycznia 1919 r. — zachował się rosyjski akt ślubu, podpisany cyrylicą. Przy nazwisku pana młodego dopisano: „obywatel polski”. Tożsamość babci nigdy nie była w rodzinie kwestionowana; formalne obywatelstwo polskie uzyskała zapewne dopiero po powrocie do kraju w 1921 r.. W notatkach babci pojawia się też druga data (25 V 1919) — możliwe, że dotyczyła uroczystości cerkiewnej.1921 wracam do kraju.

1919–1921 — mieszkaliśmy w Ugliczu, pracowałam w dziale oświaty przy komitecie partii.
1921 — powrót do Polski.

Dom i dzieci

1921–1934 — nie pracowałam zarobkowo; wychowywałam dzieci, prowadziłam dom.

Babcia i dziadek mieli dwoje dzieci:

  • Marta („Myszka”) Hawranek — ur. 31 I 1922, Tarnopol – zm. 28 I 2017, Nysa.
  • Kika Hawranek — ur. 11 II 1923 – zm. 1 I 1925.

Fotografie z lat 1924–1925 pokazują szczupłą, elegancką Olgę z córeczką na ręku; za tym obrazem kryje się i radość, i wczesna żałoba.

1918 r. siedzący dziadek Dorek, nad nim babcia Ola

Wojna, strata, praca

1934 — instruktorka oświatowa przy Wydziale Powiatowym (Koła Gospodyń Wiejskich).
1941 — mąż aresztowany; zaginął bez wieści. Ponoć zamordowany przez Gestapo w Oświęcimiu.
1944–1945 — instruktor szkolny w Stryju (ZSRR).
1945 — przyjazd do Polski, do Katowic.

Stuletni okres czasu w jednej chwili zredukowany został do zera. Stałem szczęśliwy nad Wołgą w cieniu pięknej cerkwi u boku babci i dziadka, którego niestety nigdy osobiście nie poznałem.

Nie wiem jak i dlaczego babcia Ola i dziadek Dorek znaleźli się w Ugliczu. Czuję natomiast, że chciałbym tam pojechać.

Może będę miał możliwość zaglądnięcia do archiwów i zrozumiem co dziadek robił w wśród wojskowych stojąc na pierwszy plan.

Kika 1924
Babcia Ola z Myszką 1924

Powojenna droga zawodowa babci to mozolna, uczciwa praca i awans społeczny wielu jej uczennic:

Pracowałam w Izbie Lekarsko-Dentystycznej w Katowicach, od 1948 r. w Szkole Zawodowej i Technikum Przemysłu Odzieżowego.
1949 — kurs specjalny,
1950 — centralny kurs języka rosyjskiego w Orłowie (z wyróżnieniem).
Dziewięć razy wyróżniona jako przodownica pracy.
Adres: Stalinogród (tak w latach 1953–1956 nazywano Katowice), ul. Kordeckiego 1 m. 11.

Była nauczycielką wymagającą i czułą. Z troską opowiadała, jak tłumaczyła jednej z dziewcząt podstawy higieny („mycie w czasie miesiączki nie szkodzi”). Z szacunkiem mówiła o zapóźnieniach cywilizacyjnych i o tym, jak szkoła po wojnie realnie niosła awans.

Języki, maniery, charakter

Była szczupła, raczej wysoka, zawsze zadbana. „Delikatna” — tak o niej mówili — ale delikatność dotyczyła raczej rysów twarzy niż charakteru. Umiała przyłożyć parasolką natrętowi w tramwaju. Zawsze nienaganna fryzura, manikiur, elegancja.

Znała kilka języków: rosyjski i polski, ale też francuski, włoski i przyzwoity niemiecki. Interesowała się sztuką, historią, geografią. Lubiła śpiewać — kolędy, romanse — mocnym, czystym głosem. Do dziś słyszę jej „Jezus malusieńki…”, ten aksamitny spokój i odległą tęsknotę, gdy wigilijnego wieczoru przytulała mnie na niebieskiej kanapie.

1964 w drodze do Nysy

Kordeckiego 1 — mieszkanie, które uczyło życia

Dzwonek mechaniczny przy drzwiach brzmiał jak rowerowy; światło nad drzwiami znaczyło, że jest w domu. Po lewej — słoneczny salon z masywnym kredensem, biurkiem, „carskim” stoliczkiem, piecem kaflowym; po prawej — kuchnia bez łazienki (wspólny wychodek na półpiętrze), z kuchenką gazową i rzadko używaną węglową.

„Amerykanka” przy piecu była centrum zimowych wieczorów — miejsce czytania, rozmów i drzemek. Mniej wygodna była do spania: sprężyny znałem na pamięć, a nierówności wyrównywałem książkami. Tapczan — z witrynką wezgłowia — to osobny przedwojenny wynalazek.

W kuchni, w przeszklonym kredensiku, stał gliniany garnek z płynem. „Babciu, to spleśniało!” — protestowałem. Podała mi filiżankę. Słodkawo-kwaśny smak był zaskakująco orzeźwiający. Kombucza (wtedy mówiło się po prostu „japoński grzybek”) — działała, jeśli pamiętać o… cukrze w herbacie. Babcia pamiętała.

Jej jedzenie było proste i skromne — czasem bułka ze szynką, jajecznica z pieprzem. Po obiedzie obowiązkowa dziesięciominutowa „pozycja horyzontalna”, choćby w namiocie nad Adriatykiem w samo południe.

Babcia Ola w swoim pokoju wśród moich kolegów
1964 rok, Katowice ul. Kordeckiego 1, 3 piętro

Paczki z Ameryki i codzienna czułość

Po wojnie regularnie przychodziły paczki z Ameryki od Maryli. Zawsze czekaliśmy na wspólne otwieranie. Rozcięte przez cło kartony wiązano byle jak — napięcie rosło. Mnie interesowała jedna rzecz: czekolada Nestlé — grube tabliczki w ciemnym papierze, lekko słone. W puszce kakao czasem trafiał się drobiazg biżuteryjny. Sukienki „odpustowej elegancji” ciocia potrafiła przerobić na wyjściowe kreacje — dziewczyny błyszczały.

Praca, śpiew, przyjaciele

Babcia lubiła ludzi. Organizowała imieniny, śpiewy przy stole, kibicowała naszym brydżowym partiom z kolegami z Politechniki (zawsze z „kulturalnym” kieliszkiem koniaku). Przez lata towarzyszył jej pan Tomanowski — wdowiec o ciepłym, operowym głosie. W duecie śpiewali tak, że aż piec kaflowy milczał.

Z petersburskiej etykiety

Z dumą wspominała przygotowania do spotkania z carycą po maturze. Ciemne suknie do ziemi, ukłon, krok w tył — nigdy plecami do Jej Cesarskiej Mości. Te maniery zostały w niej na zawsze: szacunek dla słowa, porządek na biurku, szkła okularów porysowane — bo ważniejsi byli ludzie przed nimi.

Włochy 1926 — krzyżyk z Wenecji

W 1926 r. inż. Izydor Hawranek wyjechał na kurs pszczelarski do Italii; pojechali we troje. Szwajcarskie tunele, Wenecja, plac św. Marka i chwila grozy — zniknęła czteroletnia Myszka. Odnaleźli ją wśród gołębi. W euforii szczęścia kupili wenecki krzyżyk, babcia wyryła na odwrocie datę i miejsce. Krzyżyk jest dziś u mnie.

Małe pożegnanie

Ostatnie linijki niech zostaną jak wtedy, gdy pisałem je po raz pierwszy — ale dojrzalsze:

W życiu babci Olgi losy wielkiej historii — rewolucji, wojen, migracji — spotkały się z codziennością: lekcją, piecem kaflowym, filiżanką kombuczy, parasolką w tramwaju, kolędą wigilijną. Z Petersburga do Katowic (Stalinogrodu), z dworskich manier do nauczycielskiego dziennika — zawsze z podniesioną głową i gotowością, by pomagać słabszym.

A kiedy dziś patrzę na cerkiew w Ugliczu i na zieloną ramkę z malachitu, wiem, że ta opowieść jest nie tylko o niej. To jest także opowieść o nas — o tym, co w nas zostaje: upór, języki, pieczołowitość, poczucie humoru, miłość do śpiewu i ten dziwny nawyk porządkowania okularów, choć szkła już dawno porysowane.

Ilekroć zapalało się światełko nad drzwiami przy Kordeckiego 1, wiadomo było, że Ola jest w domu. Dziś to światełko świeci trochę w nas.

Wojciech Rosyk
Schongau, 13 listopada 2021

Mieciu mój ojciec.

1.Rok 1909

Wszystkie pierwsze obrazy, które zdołałem zapamiętać, są związane z ulicą Piekarską z kamienicą III piętrową pod numerem 1c należącą do zespołu trzech kamienic wraz z Hotelem Krakowskim należącą i wybudowaną przez Z.U.S. (jeszcze austryjacki) i oddaną do użytku około roku 1910-11, a więc tuż przed I Wojną Światową. Byliśmy jej pierwszymi lokatorami.

Rodzice przyjechali z Czerniowiec do Lwowa po ślubie w roku 1906 – zanim zamieszkali przy ul. Piekarskiej, a wynajęli mieszkanie przy ulicy Lelewela, następnie ojciec prowadził dział protezyjny w zakładzie dr. Reichensteina przy ul. Akademickiej. Zmienili następnie mieszkanie przeprowadzili się na ulicę Gołębią, gdzie urodziłem się rok 1909, w dwa lata później urodziła się Urszula w r. 1911. Mieszkaliśmy wtedy już na ul. Piekarskiej było nas więc troje. Ale wtedy ojciec został wcielony do wojska.

Mało mi pozostało w pamięci obrazów lat wczesnych – przedszkolnych.

Pamiętam b. niewyraźnie jakąś zabawę na b. krętych schodach we willi w której mieszkali P. Mazurowie na ulicy bocznej Dwernickiego.

Więcej tam już nie zaglądaliśmy. A jednak pozostali oni w pamięci. To musiała być niecodzienna zabawa urozmaicona spadaniem ze schodów. Z dziećmi Państwa Mazurów bawiliśmy się nieco później, gdy przeprowadzili się na ulicę Św. Jacka. Było tam wiele swobody ulica była na tym odcinku końcem miasta. Paręset metrów dalej przechodził już gościniec w kierunku Sichowa na wschód. Tędy na Sichów przechodziłem z matką w czasie oblężenia Lwowa przez Ukraińców 1918r w drodze po życiodajne mleko.

Willa w której mieszkali PP Mazurowie była ostatnia – kończył się na niej Lwów.

Matka moja, która przedkładała nade wszystko świeże i zdrowe powietrze wysyłała nas z domu właśnie tam na (Górę) Św. Jacka. Sama pozostawała w domu – Było nas Troje – ona sama jedna utrzymywała całą mnie i rodzinę w porządku, sama musiała i kupować i gotować mając do dyspozycji b. skąpy budżet, a ojciec mój wcielony do wojska, przebywał w Przemyskim pełniąc funkcję lekarza dentysty niemal zamknięty w twierdzy. Myśmy w wieku 7, 5 i 9 lata nie mogliśmy matce wiele pomóc.

Nie zdawaliśmy sobie sprawy z powagi sytuacji i materialnej i politycznej to też zabawy nasze były beztroskie. Jak ciężko było w tym czasie ze zdobyciem chleba (1914) świadczy zdarzenie w mieszkaniu naszych dziecięcych przyjaciół (Towarzyszy zabaw). W czasie śniadaniowej przerwy, pauzy zabawowej, dzieci rozdzielały między siebie chleb posługując się wagą ważąc go dokładnie. Rodziców w tym czasie nie było w domu. Bywało więc głodno. Jak mama dawała sobie radę nie wiem. Chyba głodu nie odczuwaliśmy.

Mieszkaliśmy na Piekarskiej wygodnie. Ojciec nie ordynował więc 4 pokoje były do naszej dyspozycji.

Pierwsze lata mojego życia z wyjątkiem kilku obrazów (wydarzeń) uciekły z mojej pamięci. Dopiero wybuch I Wojny Światowej pozostawił w mojej pamięci pierwsze wyraźne obrazy. Miałem właśnie wtedy 5 lat. Od tego czasu zdołałem utrzymać w pamięci niektóre wydarzenia. Ale wybuchu Wojny nie pamiętam. Nie pamiętam też odjazdu mojego ojca do Twierdzy w Przemyślu. Natomiast pamiętam stukot tysięcy kopyt końskich przekraczających plac Bernardyński z Łyczakowej w kierunku ul. Pańskiej (później Piłsudskiego. Obserwowałem to z balkonu naszego mieszkania przy ulicy Piekarskiej. Zrobiło to na mnie olbrzymie wrażenie. Matka moja zabroniła mi wychodzić na balkon, ale ciekawość moja była większa.

W kilka dni potem matka otrzymała korespondencję od brata (mego wujka) Edzia, że został ranny leży na wozie należącym do obozu rosyjskiego i czeka na pociąg, który ma go wywieść do Rosji.

Jak mogliśmy zebraliśmy się i mama coś jeszcze przygotowała i z tym pakuneczkiem pobiegliśmy – ile nam sił w nogach wystarczyło – w kierunku dworca na Podzamczu.

Zdaje się. Że bez większych trudności odnaleźliśmy go. Ucieszył się bardzo. Strażnik rosyjski odganiał nas mimo wszystko dowiedzieliśmy się od niego, że nie jest ranny – tylko ma jakieś dolegliwości przepuklinowe. Musieliśmy tylko się rozstać i wracać do domu, bo tam samotnie pozostały Cesia i Urszula dwie moje siostry. Powracamy do domu. Tramwaje nadal nieczynne. I tak Żółkiewską Krakowską Halicką przy pl. Bernardyńskim i już w domu.

W domu z Mamą i dwiema siostrami będzie nam pusto i trochę zimno jeszcze przez 4 lata. Ojciec do końca wojny pozostanie w Twierdzy Przemyśl.

Brat ojca Franio – (też dentysta) młodszy od ojca też dostanie się do niewoli rosyjskiej. Interweniowany do końca wojny, nie będzie mógł podać żadnej wiadomości do końca wojny. Wróci jednak w rok czy dwa po jej zakończeniu – przywiezie z Syberii trochę kamyczków i trochę złota. Założy znów ordynację, po odzyskaniu przedwojennego mienia wraz z całkowitym urządzeniem gabinetu.

Wróci także wspomniany już wyżej brat matki Edzio Szwarc, który po wojnie ożeni się z Austryjacką (Wiedenką) Fani Wagner urodzi się im dwoje dzieci Irka i Kryśka. Będzie im opowiadał (a miał zdolności narracyjne) opowieści syberyjskie o Irkucku Samarkandzie i długim powrocie przez Besarabię do domu Rodzinnego w Czerniowcach. Zamieszka w Warszawie na Zielnej i zmieni nazwisko na Czarnecki – będzie pracował do końca życia w bankowości.

Drugi brat mojej Matki Kazio Szwarc oddany b. przystojny lubiany przez kobiety będzie uczniem mojego ojca tak w pracy technicznej jak później bezpośrednio przy pacjencie.

W czasie pobytu w Czerniowcach będzie rozpoczynał naukę. Po powrocie ojca do Lwowa zamieszka z nami we Lwowie i nadal będzie kontynuował naukę. W czasie wojny przebywać będzie u rodziców w Czerniowcach. Po wojnie ożeni się z przyjaciółką mojej krewnej Jadzi Góreckiej Toni Bruck – powróci do Lwowa z żoną zamieszka już osobno – będzie już będąc wykwalifikowanym pracownikiem, prowadzić samodzielnie praktykę dentystyczną i złotniczą u Dr. Reichensteina ul. Akademicka. Po śmierci Dr. Reichensteina obejmie po nim praktykę. Zamieszka w końcu przy placu Mariackim na ul. Sienkiewicza obok Hotelu Georgea.

Po wojnie wyjechał ze Lwowa (repatriacja) i do końca życia prowadził swój gabinet dentystyczny w Krakowie przy ul. Szujskiego.

Pozostawił żonę swoją, moją b. ulubioną Ciocię Toni, która żyła jeszcze opuszczając śródmieście zamieszkała na obrzeżu Krakowa. Po jej śmierci zamieszka w dniu obecnym w nim ich jedynaczka Teresa: ul.Bytomska 16/32.

Młodsza siostra mojej matki Helena Szwarc urodziła się jak wszystkie dzieci Katarzyny de domo Łakociska związani z Auczycem -> wydawnictwo Kraków Szwarców – i Edwarda moich dziadków również w Czerniowcach.

Dziadkowie Szwarcowie rodzice mojej matki mieszkali w Czerniowcach we wili przy ulicy Pruskiej, którą wjeżdżały do miasta wiejskie furmanki w jesieni pełne owoców zwłaszcza wspaniałych śliwek. Dziadkowie kupowali je w tym czasie – całą zawartość furmanki i smażyli je w ogromnym kotle w swoim ogrodzie. Dla dziesięciolatka była to niebywała frajda bo to i wspaniałe ognisko i słodka zawartość olbrzymiego kotła. Ciocia Hela b. gospodarna miała pod opieką spiżarnię i właściwie już poślubiona przez  * Edwarda Czernichowskiego, który po ukończeniu seminarium duchownego we Lwowie opuścił stan duchowny i poprosił o rękę Heli. W roku 1921 jednak, gdy większość Polaków czerniowieckich opuściła Bukowinę- która przypadła Rumunii też sprzedali willę i powrócili do Wolnej Polski – która właśnie cieszyła się cudem nad Wisłą.

*Właśnie w tej willi mieszkali Szwarcowie wraz z czworgiem dzieci to jest Olgą, Edwardem, Heleną i Kazimierzem.

Olga pierwsza córka opuściła dom rodzinny w roku 1906, wyjeżdżając ze świeżo poślubionym mężem Mieczysławem do Lwowa. W domu pozostała trójka aż do końca I Wojny Światowej.

Po powrocie z wojska wujek Kazio najpóźniej bo 1920 żeni się z przyjaciółką Jadzi Góreckiej – córki Toli przyrodniej siostry mojej matki.

Mój dziadek Edward był drugim mężem Katarzyny de domo Łakocińskiej pochodzącej z Krakowa córki kierownika znanego domu wydawniczego Auczyc i Ska.

Czerniowce opuścili też Góreccy – sprzedając kamienicę oraz doskonale prosperującą cukiernię i wyjechali do Krakowa założyli tam wytwórnię wina, która istniała do1945r.

Po śmierci cioci Toli (1933 i Michała Góreckiego 1945? Wytwórnia przestała istnieć.

Obie córki (1) Jadwiga poślubiła jeszcze w Czerniowcach naczelnika kolei i zamieszkała w Równem (Wołyńskim). A (2) Wanda spodobała się Baburkowi – w Czeskiwi  – który zajął się produkcją wina, ale niestety już po wojnie zmarł!

Jadzia – bezdzietna

Wandzia – miała 2 dzieci Marysia Dziunek

Żyje tylko jedna Marysia po mężu Homiila

Legnica ul. Pancerna 27/11

***

Stu stronicowy zeszyt-brulion a w nim niepełne pięć stron zapisanych bardzo oszczędnie drobnymi literami. Pismo ojca nie jest łatwe do odczytania odtworzyłem je ze stuprocentową dokładnością uwzględniając każdy przecinek lub brak jego jak również zachowałem autentyczną ortografię. 

Ojciec spolszczył nazwisko Szwarc. Nie wiem jakie intencje nim kierowały. Zrobił to świadomie. Sprawdziłem w oryginalnych metrykach mojej i jego.  Nazwisko Schwarz ma ortografię niemiecką co również potwierdzają badanie naszego dalekiego krewnego pana Janusza Kucharczyka szukającego korzeni swojego pradziada Karola Schwarza w Bawarii.

Te notatki ojciec sporządził pod koniec życia szacuję, że było to około 2000 roku.

Pozostawił również siedem małych karteczek (14×14 cm). Powstały wcześniej. Zapisane są też bardzo oszczędnie, ale charakter pisma jest jeszcze zdecydowany, pewny. Gdyby powstały później wykorzystałby z pewnością już rozpoczęte wspomnienia w zeszycie.

Pierwsza kartka dwie strony.

Ojciec mój poznał swoją przyszłą żonę Olgę Szwarcową w Czerniowcach gdzie prowadził praktykę dent. (1905 maj precyzyjnie) znanego stomatologa pracując samodzielnie i był traktowany prawie jak członek rodziny. W tym czasie doszło do wielkiej tragedii, gdy córka ich zmarła nagle w następstwie dyfterii. Ojciec mój z całą rodziną b. to przeżył. Wtedy w tym czasie poznał swą przyszłą żonę Olgę, którą poznał – gdy jego przyjaciel Adam?? Bursa (został powołany do wojska) poprosił więc swojego przyjaciela  by w czasie swej służby wojskowej zaopiekował się jego damą serca. Pozostawia jej płytę gramofonową z nagraniem własnej piosenki.

Ojciec mój zaopiekował się nią b. serdecznie a ponieważ miał już dobrą opinię w Czerniowcach będąc b. przyjemnym, dobrze zbudowanym i dobrze zarabiającym – bardzo szybko ujął całą rodzinę tak bardzo że bardzo szybko doszło do ślubu w 1906. Z bardzo ładną i zgrabną 18 letnią szatynką o piwnych oczach. Ojciec jej a mój dziadek mając wtedy 56 lat pobłogosławił młodą i dorodną parę. Pięknym obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej. Obraz ten dla nas b. cenny z podpisem (1906) mego dziadka Edwarda Szwarca – pozostaje nadal w naszym posiadaniu przypominając nam tę chwilę powstania naszej rodziny.

Dla tych, którzy są ciekawi co stało się po powrocie Adama Bursy muszę dodać – może jednak lepiej przemilczeć. W każdym razie mój ojciec odwiedził go, wraz ze mną i moją siostrą Czesławą, w Nowym Targu na Kowańcu gdzie zamieszkał wraz z żoną i również trójką dzieci.

Druga kartka.

 Berdanowie         2 córki

Lila wyszła za mąż w czasie wojny za Mietka Ozgę – przybyli z wojskiem i oddali nam mieszkanie poniemieckie na ul. Wandy naprzeciwko Kościoła Garnizonowego III p.

Również bliższy kontakt mojej matki w czasie wojny (1914) P. Bordan w czasie wojny pracował w zaopatrzeniu cyw. Ludności Lwowa? Ale specjalnych jakichś udogodnień dla nas nie przypominam sobie. Zdaje się że on był przyjacielem ojca, który wcielony do wojska prosił  P. Bordana i Mazura o opiekę nad nami?

Bordanowie po I Wojnie Św. 1914-1919 przebywali w Warszawie. Pani B. nie żyła długo po operacji zmarła w Warszawie. Pan B. żył jeszcze po wWojnie w Katowicach. Lila z mężem (przebywali) zamieszkali w Warszawie. Kontakty urwały się.

Trzecia kartka.

Menzowie-Izydorowie ul. Św. Jacka |Manzowiez 3a

Lila, Wera, Egon (Nusia)

Przyjaciele rodziców pochodzenia niemieckiego ewent. Austryjackiego

Cały dom mówiony po polsku

W czasie wojny nasi najbliżsi

Razem bawiliśmy się w czasie wojny 1914-1918

Za czasów gimnazjalnych mniej widywaliśmy się – Po II ej wojnie w Zakopanem

Wera w Anglii – Izydor i jego żona zmarli w Zakopanem  Lila ( ca mammae) Też zmarła

W Zakopanem

Rozenbuszowie      Znajoma mamy ze Lwowa.

Przyjaźniliśmy się z dziećmi

Dzięki Jadzi                             2 córki Jadzia i córka Hanka

(jej namowom)

Pojechaliśmy na wakacje do Kut.

Zamieszkaliśmy osobno. Jadzia zajechała do krewnych właścicieli tartaku i młyna

Herman Jakel. Jeździliśmy do Kut wiele razy, aż do olbrzymiej powodzi.

Później sama wiele lat do Kosowa.

Lubiła tam jeździć bo te okolice przypominały Jej pobliskie (w owym czasie już rumuńskie) Czerniowce.        ÷

Czwarta kartka.

Festenburowie mieli dzieci

Synów Puncio i córeczkę Eryczkę.

Mieszkali we Lwowie

Ul. Leśna przedłużenieul. Kurkowej

Czasem w czasie I Wojny Światowej chodziliśmy z mamą na krótkie

Odwiedziny. W latach powojennych już urwały si kontakty .

Od Cesi (mojej siostry) dowiedziałem się

Że Puncio i Eryczka zamieszkali w Krakowie.

Piąta kartka.

Geschwind II Gimnazjum

Nawrocki

Rolaner

Dr Jankowski (Dyr.)

Thunlie X Gimnazjum

Dobrowolski

Gruczewski „Dziunio” ( ……… z szerokimi „nosami” > Alle Tschernowicer Kinder bleiben immer Schön und hübsch.

Hobrzyński Matematyka, Fizyka    kaszlał i odpluwał. „Buzdygan”

Malski – Rysunek

Patryn – ze Stryja – fizyka – VI² VII VIII klasa?

Kardasz – Everest. Język niemiecki

Szusta kartka.

Krynicka                 spokojna   ½ p.wyżej

Fuchsowa   ½ piętra niżej  Żakinek, Janka

Oprócz Żakinka 4 córki zmarły na T.b.c

Żuławska (żona brata znanego Pisarza)

Rożunis ?

Ot Owczarski nasz lekarz domowy

Kiersz Wiesław I p. mój Kolega Gimn. Przeszedł do szkoły Kadetów – Lwów

Marynia Ogonowska – długoletnia pomoc domowa ze Sokołowa pod Stryjem.

Dr. Kwest lekarz domowy niesłychanie mało mówiący.

Kondracikowie (urzędnik ZUSu z córką     mieszkali na II p. Tuż pod nami)

Ptaszyńscy  bracia –

Gustaf Kuhn Pułkownik Austryjak ożeniony ze Szwarcówną i jego siostra przyjeżdżali z Wiednia (odwiedzali nas w czasie wojny 1914 dostawaliśmy w podarunku przepiękne zabawki Czasem siostra zakonna (może Olga) zdaje się też Szwarcówna. Po wojnie już więcej ich nie widywaliśmy.

Siódma kartka.

Ojciec prowadził swoje życie

a więc i swoją pracę

i swoje stosunki towarzyskie

w sposób b. uporządkowany.

***

Wielka szkoda, że ojciec nie napisał nic, choćby jedno zdanie, o śmierci swojej sześcioletniej siostry Urszulki. Miał przecież wtedy już dziewięć lat.

W rodzinie był to temat tabu. Wiem, że zmarła na dyfteryt (błonica). Najprawdopodobniej ten dramat rodzinny dziadek Rosyk przeżył jeszcze w twierdzy przemyskiej. Likwidując mieszkanie nyskie po śmierci mamy znalazłem w jednej z szuflad zawiniętą w mocno pomięty papier pakunkowy siatkę – ażurową plecionkę z nici. Na papierze pozostał napis: „To jest narzuta łóżeczka Urszulki z lwowskiego mieszkania rodziny Rosyków.

Najwięcej szczegółów z życia ojca przekazała mi mama. Jeden, mocno szokujący, dotyczył właśnie odejścia Urszulki. „Pewnego dnia Mieciu przyniósł do domu krzyżyk znaleziony gdzieś na ulicy. Jego matka, czyli babcia Olga była, jak wiesz, osobą niewierzącą. W dramatycznym dniu śmierci Urszulki krzyknęła: To ty przyniosłeś do domu ten krzyż! „

Narodziny swojego brata Władka również pominął ojciec milczeniem.  Miał wtedy 11 lat, następował nowy porządek po wojnie, a jego ojciec dopiero co powrócił z wojska.

Z fragmentów opowieści, które usłyszałem od mamy sytuacja była dość dwuznaczna. Obraz, który powstał w mojej głowie przez lata nie uległ zmianie, a nawet się zaostrzył i uprawdopodobnił.

„Wygłodniały dziadek po prawie pięciu latach wraca z wojska. Babcia osamotniona w tym strasznym czasie niedostatku stała się samodzielna, poza tym przeżywa nadal śmierć córki. Dziadek pełen temperamentu jeszcze młody mężczyzna pragnie w sposób nieograniczony korzystać z łóżka małżeńskiego. Babcia nie jest w stanie przeciwstawić się woli męża. Ulega, zachodzi w ciążę. Czuje się jednak zraniona. Nie wie, jak ukryć przed rodziną i znajomymi ten fakt. Podobno nawet zamykała się w szałwie gdy dochodziło do nieoczekiwanych wizyt gości. Zabiera dzieci i wyjeżdża do rodziców w Czerniowcach. Dopiera po urodzeniu syna wraca do Lwowa. Od tego czasu przestają dzielić małżeńskie łoże.”

Okres szkolny ojca jest również białą, a może nawet czarną kartą. Wiadomo tylko, że był łobuzem. A jak bardzo rozrabiał w młodości świadczy epizod już z czasów Polski Ludowej.

W trakcie rodzinnych odwiedzin w Warszawie ciocia-babcia Hela, czyli rodzona siostra babci Olgi, nie mogła uwierzyć, że ojciec obronił doktorat i poprosiła go, żeby pokazał jej dyplom.

Mieciu w gimnazjum, tuż przed maturą uciekł z domu nad morze, a nie była to jego pierwsza podróż. Od dawna pasjonował się żeglarstwem. Pływał na kutrach rybackich i po wielu przygodach, w dość niejasnych okolicznościach wstąpił do Marynarki Wojennej. Pływał na okręcie szkoleniowym „Iskra”, gdzie doszło do wypadku. Oficjalna wersja głosiła, że spadł z gniazdka bocianiego.  Dokonano trepanacji czaszki. W wersji Dr. A. Majewskiego zabieg przeprowadzono w związku z zapaleniem środkowego ucha. Po operacji przyjechała po niego matka i zabrała go do domu. Ubytek kości za prawym uchem pozostał widoczny do końca życia.

W trakcie studiów na Akademii Medycznej we Lwowie, ojciec wspólnie ze swoim uczelnianym kolegą Adamem Majewskim rozpoczęli budowę pełnomorskiego jachtu.

Dr. Majewski, ojciec przyjaciela, udostępnił im działkę na terenie swojej posiadłości. Zaczęła się niesamowita przygoda zakończona, w Gdyni wodowaniem wspaniałej jednostki, nazwanej Mestwinem.

Całą historię przepięknie opisuje w swojej książce „Lekarz też człowiek” Dr. Adam Majewski.

Jak istotne to było wydarzenie świadczy również jednostronicowy opis w „Dziejach żeglarstwa polskiego” Włodzimierza Głowackiego. Wydawnictwo Morskie – Gdańsk 1989 – str. 323.

Ojciec nie umiał albo nie chciał opowiadać o jachcie. Tłumaczył mi tylko o powstawaniu żeber kadłuba od strony technicznej, o tym jak w fabryce mebli podpatrzył technologię wyginania drewnianych listw. Dużo więcej dowiedziałem się i przeżyłem oglądając fotografie z tamtych czasów no i oczywiście czytając strony wyżej wspomnianych pozycji.

Ojciec nie wspomniał również nic o śmierci swojej matki. Umarła na raka bardzo cierpiąc. Miało to miejsce w parę miesięcy po moim urodzeniu. W tamtym czasie mama miała precesje do ojca, że ją zaniedbywał. „Nie było go w domu, codziennie biegał do swojej matki!”.

„Wspomina Olgę córka jej przybranej siostry – Jadwiga Lasocka: „Pełna była humoru i życia, wesoła, roześmiana, dowcipna, gościnna. Choć nieraz dokuczyła mi docinkami, kochałam ją bardzo. Oldzia będzie w naszych sercach żyła zawsze roześmiana, a jej smutna i bezlitosna śmierć jest ciągle jak sen niedobry i koszmarny. Chorowała kilka miesięcy na raka. Choroba zmieniła ją do niepoznania, była żywą mumią. Nie można było w to uwierzyć, że ta roześmiana nasza Oldzia jest tą brązową, niepodobną do kobiety w średnim wieku, istotą. Los jest czasami okrutny.

I pomyśleć, że już tyle lat Jej nie ma, tej wesołej, pełnej życia i temperamentu Oldzi, że leży samotna na cmentarzu i nikt ją nie odwiedzi tam. Zbezczeszczono jej grobowiec. (…..) Co za boleść dla nas wszystkich”. Zachowany do dziś na Cmentarzu Łyczakowskim grobowiec Rosyków, w którym spoczęła Olga, nosi ślady włamania i plądrowania przez hieny cmentarne, które zajmowały się okradaniem zwłok.”

Zamieściłem fragment spisanej przez pana Janusza Kucharskiego „Kroniki rodziny Schwarzów i Czarneckich – Drugie pokolenie – Linia Edwarda.”

Mój smutek związany ze śmiercią babci Olgi ma podwójne podłoże. Żal mi po pierwsze, że nie mogę powiedzieć „widziałem Babcię”. Wydaje się to śmieszne, ale nawet w dzieciństwie było mi smutno z tego powodu. Nie spotkałem się nigdy z Dziadkiem Hawrankiem, chociaż jeszcze wtedy żył i to samo dotyczyło Babci Rosykowej.

Po drugie, a jest to bardziej dramatyczne uczucie, dlaczego nie podano babci morfiny. Miała potworne bule. Nie mogąc ich wytrzymać krzyczała: „Dlaczego pozbawiliście mnie wiary. Teraz miałabym chociaż jakąś ulgę w moim cierpieniu.”

Ojciec był lekarzem, dziadek miał dobrze prosperującą praktykę dentystyczną. Stać ich było na zakup nawet bardzo drogiego lekarstwa.

Mam wrażenie, że zrobiono pokazówkę: „Tak strasznie umiera człowiek niewierzący!”

Mieciu… Mieciu… tylko tak zwracała się mama do ojca. Jedynie w bardzo poważnych sytuacjach mówiła Mietek!  Mieciu powstało w atmosferze lwowskiego domu Rosyków. Ciocia Cesia tak zwracała się do brata, tak również wujek Wilu popędzał krewniaka podczas wieczornego bridża: Mieciu w Pińczowie dnieje. Nawet dzieci Reni choć nie miały odwagi zwracać się tak do dziadka, to jednak w trakcie rozmów familijnych „Mieciu” odmieniają we wszystkich przypadkach.

Jako małe dziecko mówiłem i pisałem „Tatuś” później w każdej sytuacji był i pozostał „Tato”.

Michał

Koledzy ze studiów rozsypali się po różnych przedsiębiorstwach i wchodzili — najczęściej w gumowych butach — w budowlane życie. A ja siedziałem za biurkiem. Oni liczyli wywrotki z ziemią, a ja nie potrafiłem docenić uroku biurowej kawy. Miałem wyrzuty sumienia wobec pracodawcy: zawdzięczałem mu mieszkanie, a wiedziałem, że długo nie wytrzymam. Przerażała mnie przyszłość referenta.

Podczas oblewania mieszkania Paweł wspomniał, że w jego przedsiębiorstwie szukają młodych inżynierów. Następnego dnia, po krótkim „wyskoczeniu” z pracy, w parę minut pokonałem dystans między ulicą Warszawską a Powstańców. W wydziale kadr nowego przedsiębiorstwa przyjęli mnie entuzjastycznie. Potrzebowali fachowców i nie widzieli przeszkód, żebym od zaraz dołączył do zespołu. Obiecali nawet spłacić resztę mojego stypendium.

Wylądowałem znów w biurze — tym razem na stanowisku inspektora technicznego. W potężnym Przedsiębiorstwie Budownictwa Węglowego, składającym się z pięciu Grup Robót, powierzono mi kontrolę nad dwiema: w Siemianowicach Śląskich i w Wałbrzychu. Raz na kwartał musiałem sprawdzić, czy to, co na papierze, zgadza się z rzeczywistością. Praca była ciekawa — miałem kontakt z ludźmi i budowami. Problem zaczynał się dopiero w biurze. Raporty z delegacji nie wypełniały całego dnia. Resztę czasu spędzałem na rozmowach, lekturze fachowych pism i krótkich wypadach do pobliskiej pijalni soków (w poniedziałek najlepiej smakował kwas z kiszonej kapusty). A potem śniłem z otwartymi oczami o Michale.

Kilka dni wcześniej Irena wróciła z Wrocławia. Zdała przedostatni egzamin z chorób zakaźnych, a Michał już zdrowo rozrabiał — wypychał brzuch matki na wszystkie strony, urządzając nam zgadywankę: „Co to było — łokieć czy piętka?”. W połowie września postanowiła pojechać do szpitala.

– Nie mogę dłużej czekać! Już pora na niego.
– Na pewno wiesz lepiej.
– Myślisz, że złapiesz w nocy taksówkę, jak mnie złapie?
– Przy pierwszym dziecku to przecież nie idzie tak szybko.
– A może będziesz znosił mnie z trzynastego piętra, jak winda nawali?

Faktycznie, termin zbliżał się, miejsce w szpitalu było przygotowane – po co więc ryzykować.

Teściowa zjawiła się parę godzin po odwiezieniu Ireny do Chorzowa. Cóż ja tam mogłem wiedzieć, co potrzebne jest niemowlakowi? Po dwóch dniach przyjechał wujek Bolek, a do drogi szykowała się babcia Włodzia. Rodzina przystąpiła do porządków większych niż przed Wielkanocą: mycie podłóg i okien, trzepanie dywanów, pastowanie, froterowanie – wszystko musiało błyszczeć jak wiadomo komu, wiadomo co.

W napiętej atmosferze nadeszła oczekiwana wiadomość:
Hura! Jest! Urodził się Michał!
Radość i łzy. Duma wszystkich – pierwszy syn, pierwszy wnuk, pierwszy prawnuk!

Dopiero teraz zaczęła się gorączka: łóżeczko, becik, śpioszki, wózek, smoczki – nic nie było gotowe. Wcześniejsze przygotowania mogłyby przecież przynieść pecha. Godziny i dni biegły szybko. Wreszcie „Turandot” zagłuszył donośny głos Michała.

Łobuz był śliczny, zdrowy i uśmiechnięty. Każdy chciał go pokołysać, wędrował więc z rąk do rąk. Babcie rywalizowały w zapałach, a Irena promieniała. Poród przebiegł bez problemów, czuła się świetnie – tylko z nadmiarem pokarmu nie dawała sobie rady.

Nie można jednak kusić szczęścia – dziecko trzeba jak najszybciej ochrzcić.
Rozpoczął się więc następny etap przygotowań, w którym prym wiodły kobiety. Nie wiem, czy to była jeszcze religia, czy już magia. Biel i koronki, trochę niebieskiego, coś starego, coś nowego – cały ten rytuał miał zapewnić zdrowie i pomyślność. A wszyscy mieli jedno życzenie: żeby Michał wrzeszczał w niebogłosy, gdy ksiądz poleje mu głowę święconą wodą.

Nasze M-2 ledwo mieściło gości, ale atmosfera była ciepła i rodzinna. Przyjechali prababcie i dziadkowie, ciocie i wujkowie, przyjaciele domu. Z Wrocławia przybył Artur z żoną – on został ojcem chrzestnym, Krystyna matką. Kręciłem film i robiłem zdjęcia. Michał był nakarmiony, odświętnie przybrany, a rodzice wsadzili mu pod pupę złotego talara „na szczęście”.
W kościele wył jak należy – babcie były zachwycone: „Wyrośnie na zdrowego mężczyznę!”
Chrzestni prześcigali się w obowiązkach, łącznie z wręczaniem kopert księdzu. Uroczystość wypadła wspaniale, a toast „za zdrowie Michała i jego rodziców” rozbrzmiewał do późnej nocy.

Kilka dni po chrzcinach musieliśmy pójść do przychodni – Michał kasłał i miał gorączkę. Lekarka stwierdziła przeziębienie i podała antybiotyk.
Irena była przerażona. Matczyne serce i zatroskane sumienie przyszłej lekarki szukały przyczyny:
„Gdzież on się mógł tak przeziębić? Co prawda leżał długo w kościele na mokrym beciku, ale to przecież była święcona woda…”

Michał szybko wracał do zdrowia, ale zaniepokojenie Ireny nie mijało.
– Andrzej, chciałabym, żeby babcia Włodzia pobyła u nas trochę. Muszę przecież zdać ten ostatni egzamin. Pomoże mi w kuchni i zajmie się dzieckiem.
– No pewnie, że może zostać.

Nie zapytałem tylko, jak długo potrwa to „trochę”. I to był mój błąd.

Julianna

Do stabilizacji rodzinnego życia jeszcze daleko, a jednak w codzienności zaczęły się pojawiać pierwsze oznaki normalności. Pilnowała ich przede wszystkim babcia Włodzia. Od dnia przyjazdu rozgościła się jak u siebie. Zajęta — zgodnie z życzeniem Irenki — kuchnią, doprowadziła do perfekcji zupy: zawsze takie same, z tym samym „czymś” nie do zidentyfikowania i z tym samym, jednoznacznym przypaleniem. Do dziś mam dreszcz, gdy o nich pomyślę. Dobrze, że nikt z nas nie słyszał wtedy o anoreksji.

Poza licznymi zaletami babci Włodzi szczególnie ceniłem jej czujność. Ileż to razy w nocy, usłyszawszy najmniejszy podejrzany dźwięk, wchodziła do naszej sypialni zatroskana losem prawnuka.

Teściowa — z wrodzoną, matczyną czułością — wzięła pod opiekę całość. Przeniosła się do Strumienia, gdzie dotąd wpadała raz w miesiącu, gdy teść dostawał wypłatę. Teraz bywała u nas prawie codziennie. Zakochana po uszy we wnuku, nie przepuszczała żadnej zmiany pieluszki ani jednego poważnego beknięcia.

Nieoceniony okazał się wujek Bolek. Jego wizyty oznaczały pracę: mycie podłóg, trzepanie dywanów, pranie pieluch, spacery z Michałem, stanie w kolejkach. Nigdy nie mieliśmy zgrzytów — przeciwnie, zawiązała się męska nić sympatii.

Choć pracowałem i zarabiałem, poziom życia zależał od rodzinnego wsparcia. Moja pensja wystarczała do połowy miesiąca, renta babci Włodzi na kilka kolejnych dni. Resztę łatała teściowa, przywożąc mięso z rzeźni — „próbki” do badań dla teścia. Z Nysy dochodziły paczki i parę groszy, żeby czasem starczyło Michałowi na banana.

Mimo pomocy pieniędzy brakowało. Czekałem, aż Irenka zda ostatni egzamin i pójdzie do pracy. Byłem wdzięczny całej rodzinie, zwłaszcza tej „od Irenki”, za opiekę.

Na Boże Narodzenie pojechaliśmy z Michałem do Nysy. Z nami — oczywiście — babcia Włodzia i teściowa. Na tak ważną uroczystość zjechali wszyscy. Dwie rodziny, dwa domy, więc były dwie wigilie, dwa śniadania świąteczne, podwójne obiady i kolacje. W gonitwie znalazłem wieczorem chwilę i wyciągnąłem Irenkę do parku. W ciszy padającego śniegu próbowałem — słowami i nie tylko — wytłumaczyć, że te więzy rodzinne są jednak zbyt ciasne i trzeba je choć trochę poluzować. Strategię miałem gotową; argumentację Irenki — jeszcze bardziej. Po tamtej „wymianie zdań” nie miałem wątpliwości: babcia Włodzia wraca z nami do Katowic.

W młodości komu nie marzyły się rajdy samochodowe? Każdy, kto miał choćby kontakt z czterema kołami, znał Sobiesława Zasadę. Ja też. Jeździłem głównie w Nysie, bo tylko tam mogłem. Rodzice kilka miesięcy wcześniej kupili simkę 1501. Transakcję zawdzięczali właściwie moim znajomościom: Staszek, kolega ze studiów (ten od „Greka Zorby”), handlował zachodnimi autami. Wymiana „warszawy kombi” plus 110 tysięcy na pachnącą komfortem simkę — rodzice się zgodzili, pokochali ją od pierwszego wejrzenia. Uczucie nie zardzewiało; samochód — niestety tak.

Miasto miało świąteczny nastrój, lekki mróz ściął śnieg. Trenowałem poślizgi. Obok siedział Zygmunt, narzeczony Krysi. Przed betonowym mostem szeroki łuk w lewo. Prędkość za duża, auto wynosi. Kiedyś już w takim miejscu zagiąłem felgę w „warszawie”. Odbijam koła, podążam za ślizgiem, przelatujemy przez pusty chodnik, przed maską niewinna zaspka… Dumnie myślę, że uratowane, aż tu łup: przednie zawieszenie trafia w pień ukryty pod śniegiem. Błotnik odginam bez trudu, gorzej pod spodem — wygięty drążek kierowniczy.

Ojciec nie da się nabrać — ma ucho do takich rzeczy. Zygmunt bladnie, ja kombinuję. Milczeć? Przyznać się? Ostatecznie Zygmunt pęka i opowiada. Ulżyło mi, ale czułem się podle. Siedziałem w kuchennym kącie bez obrony. Najostrzej atakowała Irena:

— Ty chyba jesteś zbrodniarz! Jak możesz narażać małego Michałka? Pomyślałeś, że ta kruszynka mogłaby na mrozie zamarznąć?

Ojciec pojechał do stacji obsługi. Wrócił z dobrą wieścią: uszkodzeń nie wykryto, tylko zbieżność do regulacji. A ja? Tchórz czy nieodpowiedzialny gówniarz?

Zima się kończyła, zupa nie zmieniała smaku, w powietrzu pachniało wiosną. Babcia Włodzia się przeziębiła — kilka dni w łóżku, drobiazg. Za to nocne nasłuchiwanie ustało. Niby nic, a po chwili okazało się, że w naszym M-2 będzie tłoczno: Irenka znowu zaszła w ciążę.

Rodzinna radość miała lekko przygaszony odcień. Ojciec podsumował to ludową mądrością:

— Jeszcze jeden „gołodupiec”!

W duchu przyznałem mu rację. Irenka nadal nie miała wszystkich egzaminów, a moje trzy tysiące złotych dzielone na cztery osoby plus babcia… lepiej nie liczyć. Ale od czego młodość i optymizm.

W takich okolicznościach nie kwestionowałem rodzinnej pomocy — tej oczywiście „od Irenki”. Teściowa coraz częściej nocowała u nas, pomagając babci przy zupach o znanym smaku. Wujek Bolek wydłużał wizyty, dbając o porządek i — co ważne — o regularne kontrole w pobliskiej „Adrii”. Nawet teść, dotąd wstrzemięźliwy, się uaktywnił. Zakres moich domowych obowiązków skurczył się do minimum. „Małżonek winien dbać o dobro materialne rodziny” — powtarzałem sobie. Niestety i tu rozmach miałem ograniczony. Przeszedłem na budowę, pensja wzrosła, ale nie do poziomu marzeń Ireny. Słusznie mówiła, że pod ziemią zarobiłbym więcej. Z czasem życzenie stało się postulatem.

Teoria młodego inżyniera i budowlana praktyka — dwa światy. W przedsiębiorstwie rządził plan. Liczyły się metry betonu i ton y stali, nie solidność i estetyka. Przerób i BHP — to było wynagrodzenie i premia. Byłem majstrem, moją kierowniczką — kobieta. Dla niej pryncypia firmy były oczywistością. Ja „zielony” — wciąż upierałem się, że stropowy beton ma mieć wytrzymałość z projektu, a ściankę działową trzeba wymurować prosto, a nie „ile metrów na szychcie”. Rąk do pracy brakowało, więc przydzielono nam wojsko. Myślałem, że się sprawdzi.

Szukam kiedyś ochotników do rozładowania cementu. „Zieloni” zniknęli. Idę za odgłosami. W pustym budynku — rubaszna zabawa.

— W co gracie? W „dupaka”?

— Nie, panie inżynierze, lepsze mamy. Patrzcie!

Z opaską na oczach szeregowy Janek miał zębami wyciągnąć zapałkę spomiędzy splecionych dłoni Staszka. W ostatniej chwili kapral ściągnął spodnie i wypiął się tam, gdzie powinny być ręce. Ryk śmiechu niósł się po piętrach. A za chwilę — tona cementu do rozładunku. „Herbatka” też była: dwie paczki na pół litra, działa „fantastycznie”.

— Panie inżynierze, z ludźmi trzeba umieć żyć! — warknęła szefowa. — Wczoraj kazał pan burzyć krzywą ściankę, dziś chce pan zabrać mi wojsko. Stawiaj pan swoje „bałwany” w dzienniczku, a mi zostaw resztę.

„Z ludźmi umiała żyć” — fakt. Mnie to nie odpowiadało. Poprosiłem o przeniesienie.

Szkoda, że równie łatwo nie szło z rodziną. Więzi Irenki z jej bliskimi zacieśniały się zamiast luzować. Gdy wyczerpałem środki parlamentarne, spróbowałem raz działania „kapralskiego”. Irenka pojechała do Wrocławia po termin egzaminu, więc doszło do spięcia z teściową. Użyłem słów precyzyjnie dobranych z budowlanego słownika eks‑szefowej. Krzyczałem długo i bez przerw, po czym podałem paltocik, kapelusz, torebkę — i z ulgą zatrzasnąłem drzwi. Efekt? Żaden. Następnego dnia teściowa, tak hucznie zelżona, wróciła jak gdyby nigdy nic, by pomagać babci przy obiedzie. Ludowe porzekadło mówi o takiej odporności: „Wytłumaczył sobie, że to deszcz, kiedy mu napluto w twarz”.

Przypomniała mi się przy tym scena z Nysy: Zbyszek cały ranek leżał w łóżku. Teściowa z troską zaniosła jajecznicę.

— Wypierdalaj, stara k…! — usłyszała. Talerz o drzwi, jajka po ścianie. Po godzinie — powtórka ze schabowym.

Oto klimat.

Musiałem działać inaczej — powiększyć metraż. Droga już znana: zaświadczenie lekarskie o „przyszłościowej rozbudowie rodziny” i wniosek. Uśmiechnęło się szczęście. Na osiedlu ruszył „ślizg” nowego wieżowca. Po roku miał stać gotowy. Zarezerwowano nam M‑5 na czwartym piętrze.

Ciąża dobrze wpływała na Irenkę — i na charakter, i na łóżko. Agresja mijała, czułość rosła. Do tego wczesnym latem wróciła z Wrocławia z dyplomem. Cieszyłem się, nie wiedząc jeszcze, co oznacza w domu kobieta pracująca.

Latem — wczasy w Grodnie, pierwszy raz bez Michała; został z babciami i ciocią Cesią. Dużo słońca, dużo czułości. Zaraz potem Irenka zaczęła pracę w chorzowskim szpitalu. Nowe mieszkanie rysowaliśmy w głowach do ostatniego szczegółu. Jesień nie ostudziła nastroju, a zupy babci jakby… mniej przypalone.

Michał na pierwsze urodziny przekoziołkował przez kojec — miękko wylądował na dywanie. Od tej pory sekundy bez nadzoru nie wchodziły w grę. Rósł zdrowo, choć nie wszystko był w stanie zjeść z rodzinnego jadłospisu, więc dorobił się fafułów, a nóżki miał jak dwa baleroniki. Paplał radośnie. Cisza oznaczała pełną pieluchę. Rozpuszczaliśmy go wszyscy. Nie zasypiał, jeśli nie trzymałem go za rączkę — często więc zasypiałem pierwszy, leżąc obok na tapczanie.

W upalny weekend w Strumieniu Irenka skróciła mu loki nożycami na schodach lecznicy. Ciocia Cezia uwieczniła scenę w mini‑albumie rysunków.

Michał uwielbiał, gdy podrzucałem go do góry — Irenka nie mogła na to patrzeć. Mógłby też bez końca podskakiwać na moich kolanach przy: „Hop, hop, hop — jedzie sobie chłop, a za chłopem Żyd, na koniku hyc… a za Żydem Żydóweczki…”.

Wieczorami rozważaliśmy imię dla następnego dziecka. Irenka prowadziła moją dłonią po brzuchu, śledząc kopnięcia. „Coś”, jeszcze bezimienne, zaznaczało obecność. Jeśli chłopiec — imiona dziadków czekały. Jeśli dziewczynka — zaczynał się spór. Nie godziłem się na uhonorowanie teściowej; Irenka odpłacała pięknym za nadobne. Ostatecznie nie podobało nam się już nic „z drugiej strony”.

Szary, grudniowy ranek. Deszcz przechodzi w śnieg, na drogach breja. Irenka budzi się wcześnie. Spakowani, stoimy na postoju. Taksówek brak. Ruszamy pieszo, łapiąc okazję. Irenka wchodzi na jezdnię z uniesionymi rękami. Hamuje „syrenka” — pan Władek z osiedla, od którego kupiliśmy sportowy wózek.

— Proszę szybko do Ligoty! Szpital Kolejowy.

Irenkę zabierają natychmiast na porodówkę. Zostaję pod drzwiami. Usprawiedliwiam się telefonicznie w pracy. Czekam. Minuty się wloką. Mężczyzna przed porodówką zawsze wygląda jak z komedii, nawet gdy gra w dramacie.

— Ma pan córkę — słyszę wreszcie. — Dziecko zdrowe, żona ciężko przeszła poród. Dziś nie zobaczy pan żony. Proszę na koniec korytarza — zza szyby pokażę niemowlę.

„Michał przy niej wydaje się olbrzymem. Jaka delikatna. Jak zaciska piąstki.” Pielęgniarka uśmiecha się lekko. Koniec widzenia.

Dziewczynka. W zasadzie dobrze. Piłki ze mną nie pokopie, ale kiedyś poszalejemy na parkiecie.

Babcie były w siódmym niebie: — Parka! Idealnie. Jak będzie miała na imię? Marysia? Magdalenka?

— Julianna — powiedziała Irenka. — Chcę, żeby była Julianną. Tak się namęczyłam, że mogę zdecydować.

Wyglądała jeszcze marnie, więc bez sprzeciwu — „Niech się dzieje wola nieba…” — przyjąłem wybór. Wiedziałem przecież, że gdyby odwiedził Irenkę we śnie Archanioł, zamiast królowej holenderskiej, w domu mielibyśmy Anielicę. A Julianna? Z Sienkiewiczem nie miała nic wspólnego. Za to najbliższa, a w zasadzie jedyna, przyjaciółka Ireny nosiła właśnie to imię.

Chorzowska-ósemka

Na parterze, obok windy, zobaczyłem świeżo przyklejoną kartkę:
„Koło Fotograficzne przy Spółdzielni Mieszkaniowej zaprasza zainteresowanych na spotkanie”.
Zebranie miało się odbyć w najbliższy piątek, podano godzinę i miejsce.

Od dawna chciałem znaleźć środowisko, w którym mógłbym się wreszcie „pochwalić” swoimi zdjęciami. Rodzinne i koleżeńskie zachwyty już nie wystarczały. W Nysie miałem kiedyś coś w rodzaju wystawy — wdzięczna pacjentka ojca pozwoliła powiesić moje prace w sklepie „Foto-optyki”. Wyszło cicho, przeszło bez echa. Próba z ZPAF-em też się nie udała: zabrakło wprowadzającego i, nie ukrywajmy, mojej konsekwencji.

W wyznaczony piątek, z teczką wypchaną odbitkami, poszedłem do spółdzielni. W świetlicy panował sympatyczny nastrój i spore grono zainteresowanych.
Dopiero na miejscu okazało się, że to nie fotografowie, tylko filmowcy amatorzy.
Zawiodłem się. Znów nici z planów. Ale zostałem. Miałem przecież kamerę i kilka nakręconych filmów.

Zgasło światło. Zaterkotał projektor, a na ekranie pojawił się obraz — skaczący, rozmazany i bez ładu. Patrzyłem z niedowierzaniem. Takiej chały jeszcze nie widziałem. Moje filmy nie miały co prawda montażu ani muzyki, ale przynajmniej coś mówiły, coś znaczyły.
Chciałem wyjść, lecz rozpoczęła się dyskusja.
Ktoś zarzucił filmowi monotonię, bo był „kręcony wyłącznie w planie amerykańskim”.
Uśmiechnąłem się z przekąsem.
„Jakim planem amerykańskim? Przecież to dzieci bawiły się na hałdzie! O czym oni w ogóle pieprzą?”
Po paru minutach zrozumiałem, że niewiele rozumiem.
Plan, kadr, długość ujęcia, ruch kamery, kierunek postaci — wszystko to podlegało zasadom, o których nie miałem pojęcia.
„Cholera! — pomyślałem. — Uważam się za artystę, a nie znam podstaw!”

Przypomniała mi się historia z Wrocławia. Koleżanka Krysi, studentka Akademii Medycznej, po jakimś tam kursie fotograficznym, ośmieliła się kiedyś zwrócić uwagę, że w moim zdjęciu „ręka jest źle ułożona”. Odpowiedziałem wtedy z pełnym przekonaniem:
„Teoria teorią, ale talentu nie zastąpi!”.
Teraz zrobiło mi się głupio.

Z klubu wypożyczyłem książkę Film amatorski i jeszcze tego samego wieczoru zacząłem czytać.

Na następne spotkanie przyniosłem film — już nie byle jaki.
Nakręciłem go w Nysie, w sali operacyjnej. Ojciec pozwolił mi sfilmować resekcję woreczka żółciowego. Po pokazie dostałem oklaski.
Podobał się wszystkim, choć – jak zauważyli – to jeszcze nie film, tylko materiał.
Zaczęło się montowanie. Nożyczki, klejarka, mozolna robota.
Film dostał tytuł „Kamienie” — dwuznaczny, bo w finale operator rozcinał woreczek, z którego wysypywała się garść kamieni żółciowych.
Po tygodniach pracy, z podkładem dźwiękowym i błogosławieństwem prezesa klubu, wysłałem dzieło na festiwal w Polanicy-Zdroju, słynne Pol-8.

We wrześniu ruszyliśmy tam grupą reprezentującą naszą spółdzielnię. Delegacje z CHSM obniżały koszty, więc impreza zapowiadała się dobrze.
Radość trwała krótko — mój film nie został dopuszczony.
Rozczarowany, ale podpuszczony przez kolegów, poszedłem do komisarza festiwalu.

— Czy pan jest rzeźnikiem?! — zapytał.
— Słucham?!
— Panie, krew, skalpel, wnętrzności! Tego ludziom nie można pokazywać!

Niepowodzenie mnie nie zraziło. Wręcz przeciwnie — całkowicie porzuciłem fotografię na rzecz kamery. Wkrótce zostałem jednym z najbardziej aktywnych członków klubu, który ochrzczono mianem „Chorzowska-ósemka”. Przez pewien czas byłem nawet prezesem.

Za to w domu — z prezesowaniem mogłem się pożegnać.
Irenka, po porodzie, szybko wróciła do formy. Miała poparcie całej swojej rodziny, od dawna zadomowionej u nas na stałe.
M-2 robiło się coraz ciaśniejsze i głośniejsze, przesycone mieszanką złości i bezsilności. Coraz częściej odwiedzałem nasze nowe mieszkanie, jeszcze w stanie wykończeniowym, i wiązałem z nim wszystkie nadzieje.

Chrzest Juli na chwilę pozwolił zapomnieć o codzienności. Uroczystość odbyła się w nietypowych warunkach.
Mieszkanie pękało w szwach. Poza rodziną i znajomymi zjawił się ksiądz z ministrantami. Cały obrzęd odbył się na trzynastym piętrze. Na szczęście tego dnia działały wszystkie windy.
Po raz pierwszy zrozumiałem, że duchowa siła Irenki miała bardzo praktyczny wymiar — potrafiła zorganizować chrzest w domu bez najmniejszego problemu. Bo przecież nie mogła narażać kaszlącej Juleczki na chłód nieopalonej świątyni.

Niecodzienna uroczystość przerodziła się w długie przyjęcie, z udziałem sąsiadów z kilku pięter.
Rodzice chrzestni — moja siostra Zosia i Zbyszek, brat Irenki — spisali się wzorowo.
Zosia doglądała małej, a Zbyszek tak skutecznie „czuwał nad nastrojem księdza”, że w końcu sam musiał odwieźć duchownego na parafię.

Kolejne święta Bożego Narodzenia, znów w Nysie, miały inny charakter. Znowu były kuligi, zabawy, śnieg i filmik, który nakręciłem — „Adam i Ewy”, o naszych wygłupach na białym tle. Ale tym razem nad wszystkim dominował jeden temat: rodzice planowali kolejną wyprawę.
Nie byle jaką.
Tym razem — na Zachód.

Neuere Beiträge »

© 2026 Wojciech Rosyk

Theme von Anders NorénHoch ↑