Autor: roswojtek (Seite 4 von 6)

Sto franków

Zbyszek jechał na dwa dni do Paryża — matka miała przylecieć z Warszawy. Podczepiłem się bez wahania. Rzym widziałem, Pragę i Budapeszt też, o Wiedeń się otrarłem; Paryż dotąd śnił mi się tylko po nocach.

Jesienny ranek był jak wyprasowany — powietrze chłodne, przejrzyste, słońce obiecywało złoto. Renault 16 połykał pustą autostradę, a Zbyszek, z profesorskim zacięciem, odpalał mi quizy:

— Co to?
— Pałac królewski.
— Gdzie jesteśmy?
— Fontainebleau.
— A kto tu rezydował?
— Jakiś Ludwik.
— Wszyscy. Od dwunastego wieku. I Napoleon.

Muzeum było jeszcze zamknięte, ale sama fasada szeptała o ceremoniale, który tędy przechodził. Do Paryża została godzina. Wypatrywałem wieży, jak chłopiec wypatruje latarni. Wpłynęliśmy w miasto — ruch gęstniał, ale w weekend Paryż oddycha szerzej. Zbyszek prowadził jak u siebie, a ja chłonąłem nazwy: Notre-Dame, Inwalidzi, Łuk, Luwr. Nie patrzyłem jak turysta szukający pocztówki. Byłem pijany samym faktem: „jestem w Paryżu”.

W hoteliku na przedmieściu zarezerwowano tylko jeden pokój. Prawie z ulgą przyjąłem mansardę za dwadzieścia franków. Gdy reszta osiadała zmęczeniem, ja czułem, że noc mnie woła. Montmartre, koniecznie.

Metro okazało się proste jak gra w statki. Kupiłem plan za 4,50 i pobiegłem ku czerwonym światłom. Wysiadłem na St-Georges — półmrok, chłód, czujne spojrzenia. Pigalle było bliżej kina niż mitu. Kobiety stały w zaułkach, podmalowane, zmęczone. W witrynach świeciły torsy i obietnice. Naganiacze uprzejmie nachalni. Wszedłem tam, gdzie obiecano „bezpłatny wstęp”.

Czerwonawy półmrok, para zaczynała taniec. Przy moich kolanach usiadła dziewczyna i zamówiła dla siebie szampana moją ręką. Odmówiłem — najpierw grzecznie, potem stanowczo. Zrozumiałem mechanizm: tani wstęp, drogi łyk iluzji. Wykidajło, całkiem elegancki, odprowadził mnie do drzwi z uwagą, że tylko okulary trzymają mnie w pionie. Smak pozostał: kredowy, gorzki. „Jeszcze nie dzisiaj”, powiedziałem sobie. Wróciłem do mansardy, a w głowie grał mi Paryż: nie ten z folderu, ale prawdziwy, lekko zgrzytliwy, świetlisty.


Zima minęła w rytmie brydża i dymu. Matka Zbyszka, moja partnerka przy stoliku, kochała karty jak inni kochają morze. Z wdzięczności za wszystko zaprojektowałem Zbyszkowi wiejski dom — na kuchennym stole, ołówkiem, zgodnie z lokalnym prawem, lecz po swojemu. Wiosną ruszyły wykopy, a mnie w środku jakby też coś się rozmarzło.

czy można nazwać tęsknotę
która w pierwszym słońcu puchnie jak drożdże
zamiar staje się ciałem
a ciało — zamiarem

W Wielkanoc pojechałem z Andrém nad Ardèche. Plantacje winorośli jeszcze spały, camping rósł obok pola kijów. Usiadłem pod Pont d’Arc, tym kamiennym zwycięstwem rzeki nad przeszkodą. Woda niosła turystę w plastikowym kajaku, inni wspinali się na grzbiet łuku. Czytałem zakazaną książkę, a w uszach dzwoniły „Czerwone maki”. Historia, która nie domknęła rozdziału, zaciskała mi szczękę. Obok ktoś zawołał: „salut!”. W jego spoconej twarzy było czyste szczęście. Pomyślałem, że nienawiść nie zna języków, ale szczęście — owszem.

W Zielone Świątki wyruszyliśmy z Tadeuszem na południe. Jean z Marsylii przyjął nas jak bracia. Pokazał rafinerię w Fos — stalowy ocean — i zatoki pełne masztów. Bogactwo było tak dalekie od mojej skali, że nawet nie budziło zawiści.

Noc znał Jean jak pianista klawiaturę. Portowe knajpy odrzuciliśmy — „ordinaire”. Weszliśmy do mniejszego lokalu. Przy barze wzmocniliśmy się koniakiem. Kobieta z hukiem bioder musnęła policzek Jeana. Falowała przede mną piersią jak fala na wietrze. Usiadła obok, niby przypadkiem odsłaniając bezkres ud.

— Znasz ją?
— Witamy się. Widziałeś.
— On by chciał — wtrącił się Tadek. — Dawno nie…
Jean się uśmiechnął:
— Sto franków.

„Sto franków” — w Polsce to była miesięczna pensja. Dopiłem. Blondynka wyszła z kimś innym, a ja, napalony jak armata, gapiłem się w drzwi.

Wtedy weszła ona. Szła lekko, majestatycznie. Zgrabne nogi, skromny biust, twarz o rysunku tak czystym, że aż bolało. Sukienka — prosta, genialna, rozcięta na plecach, przewiązana cieniutką tasiemką.

— Monique — powiedział Jean. — Najlepsza.

Nie wierzyłem. Wstałem, czując, jak płoną mi uszy.

— Madame… pójdzie pani ze mną? — Wyszedł ze mnie chłopiec zapraszający do walca.

powieki uniosły się powoli
w niebieskim oku otwarło się jezioro
przytaknąłem nie gardłem — całym sobą

Starsza kobieta na półpiętrze pobrała dwadzieścia franków za pokój. „Cent francs, s’il vous plaît”, powiedziała Monique rzeczowo, a ja oddałem, jakby ktoś kazał mi oddychać. Zanim dotknąłem, wzięła mnie za rękę i odsunęła — fachowa higiena, parawan, spokojne ruchy. Pomyślałem, że w tym zawodzie istnieje czułość bez złudzeń.

Łóżko było szerokie jak boisko. Kiedy wróciła zza parawanu, zrozumiałem, że każdy gest można podnieść do rangi sztuki. Nie była wulgarna; była precyzyjna. Prowadziła mnie, jak prowadzi się wzrok po linii horyzontu.

błagałem czas by stanął na palcach
gdy ścieliła biel jak pierwszy śnieg
usta tańczyły cierpliwie na skórze
a ja — w bezkresie — chciałem więcej niż mam

Po wszystkim uśmiechnęła się krótko i została przy barze czekając na następnego. Nie chciałem patrzeć, jak wychodzi z innym. Zapłaciłem — i miałem ochotę postawić wódkę całemu światu. Słowo się rzekło: Jeanowi należała się duża. W innym lokalu.

Na ulicy powietrze pachniało słoną wodą i benzyną. Sto franków kosztowała mnie godzina, która ważyła jak rozdział życia. Czy to była miłość? Nie.
Ale w tamtej samotności dała mi dokładnie to, czego ciało potrzebowało, a dusza — choćby na chwilę — przestała wołać.

zbuduję ci pomnik, dziewczyno z Marsylii
tuż obok hotelu, co liczy na godziny
z kamienia, który nie kłamie
i ciszy, która — jak ty — nie pyta o imię

Elektryk

Załatwianie formalności administracyjnych trwało ponad miesiąc. W okresie urlopowym wszystko działało na pół gwizdka i nic nie wyglądało tak prosto, jak mi się wydawało.
Żandarmeria żądała pozwolenia na pracę, biuro pracy — karty pobytowej, pracodawca — obydwu.
Zamknięte koło przerwał dopiero pan E., podpisując ze mną umowę. Zatrudnił mnie jako „wysoce wykwalifikowanego elektryka”.
Lojalnie zaznaczył, że postępuje niezgodnie z prawem, lecz nie ma innego wyjścia: mimo wysokiego zaszeregowania otrzymam zwykłe wynagrodzenie.
O pracy w biurze nie było mowy — nie opłacało się mnie dokształcać na jeden rok.
Co innego, gdybym zdecydował się zostać na dłużej.

Do wszystkich urzędów chodził ze mną Zbyszek. Znał francuski perfekcyjnie.
Po opuszczeniu Warszawy przed dziesięciu laty zamieszkał w St-Étienne z żoną i trójką córek. Wykładał w Wyższej Szkole Górniczej.
Przyjął mnie serdecznie. Jego żonę, Dusię, znałem jeszcze z czasów kłodzkich — traktowali mnie jak członka rodziny.

Budowa, na której rozpocząłem pracę, znajdowała się w St-Chamond. Od jakiegoś studenta Zbyszek odkupił używany motorower.
Codzienna, dziesięciokilometrowa jazda na tym rozklekotanym pojeździe nie należała do przyjemności.
Firma pana E. dysponowała w St-Chamond pokojem pracowniczym. Symboliczny czynsz — czterdzieści franków.
Drugie piętro starej kamienicy, „wygody” na korytarzu, w pokoju stół, łóżko, szafa, zlew.
Cóż więcej trzeba?
Zbyszek przytargał stary telewizor, pomógł uruchomić kuchenkę gazową; Dusia podarowała kilka garnków.

Na budowie trafiłem do czteroosobowej brygady z sympatycznym majstrem.
Kładliśmy instalacje elektryczne w nowo wznoszonym osiedlu.
Zaskoczyły mnie nieznane materiały i nowoczesna technologia robót.

„Kabel pod tynkiem?” — szydzili. — „Tak się robiło przed wojną!”
Plastykowe rury, układane przed zabetonowaniem stropów, łączono z tymi, które już w fabryce wmontowano w prefabrykatach ściennych.
Po wzniesieniu budynku przeciągało się w nich, zgodnie z planem, wiązkę kabli.
Prosta praca.
Problemy zaczynały się, gdy przewód okazywał się niedrożny, zabetonowany albo o nim po prostu zapomniano.
Wtedy zostawał młotek i przebijak.
Ta robota dawała w kość.

Z ironią wspominałem, jak na Tysiącleciu przez godzinę kułem w betonowej ścianie otwór, żeby osadzić w nim mały dybel.
Tu skala była inna, a ambicja nie pozwalała okazywać słabości.
Ambicja — ładnie to brzmi.
W rzeczywistości chodziło o pensję: dwa tysiące franków miesięcznie.
Więcej niż moje całoroczne zarobki w kraju.
Taka motywacja likwiduje ból.
Pracowałem jak młot pneumatyczny.


dłoni nawet nie mogę zacisnąć
sztywność palców rozkazów nie słucha
wita bólem zastygły poranek
w korowodzie układów dzień rusza

opuchniętych rąk stawy by przemóc
większych sił potrzebuję niż przedtem
zimną wodą próbuję ból przerwać
i następny dzień przetrwać w tym piekle

jak szyderczo drży kubek w mych dłoniach
gdy do ust go podnoszę z wysiłkiem
umysł pustce już pytań nie stawia
realizmem wygaszając wszystkie


Wtorek, 20 listopada 1973.
Kupuję samochód — Ford Taunus M 12.
Pomimo pięćdziesięciu tysięcy kilometrów przebiegu wygląda jak nowy.
Jestem przekonany, że robię interes życia.
Płacę 2500 franków (rejestracja 40 fr., ubezpieczenie 420 fr.).
Ceny peweksowskie znam na pamięć — za fiata 125p trzeba dać 7650 franków.
Nie muszę się więc zastanawiać.

Dwa miesiące pracy i już mam auto, które w niczym nie ustępuje „simce” rodziców.
Silnik pracuje idealnie, lakier lśni nieskazitelną bielą, z klaksonu wydobywa się fanfara szczęścia.


Boże Narodzenie mija smutno.
Samotność wywołuje nostalgię, a pogoda nie przypomina świątecznego nastroju — ciepło i mżawka.
Na ścianach wiszą zdjęcia dzieci i Irenki.
Czytam wielokrotnie listy, piszę.

Po Nowym Roku przenoszę się do robotniczego hotelu w St-Étienne.
Trochę drożej, ale bardziej po ludzku.
Nowe, wielokondygnacyjne budynki, jednoosobowe pokoje, wspólne kuchnie.
Większość mieszkańców to Arabowie.
Pierwszego dnia poznaję starszego ode mnie Tadeusza — od dawna na emigracji, technika w firmie hutniczej.
Zaprzyjaźniamy się; wszystkie wieczory spędzamy razem.

W pierwszych miesiącach pobytu poznaję okolice.
Zbyszek, choć zazdrości, wszystkie weekendy spędza na wiejskiej farmie.
Wynajął w górach od chłopa potężny, stary dom gospodarczy i przerobił go na mieszkalny.
Pomogłem mu zaprojektować i wykonać duży kominek z masywną, drewnianą belką.
Dom stał w dzikiej, romantycznej okolicy — spędziłem tam wiele sobót i niedziel.

Z kraju przywiozłem sprzęt filmowo-fotograficzny.
Miałem też ORWO-wskie kolorowe przeźrocza — część sam zdobyłem, część dostałem z klubu.
Wywołanie kosztowało grosze, a slajdy wracały w eleganckich, kodakowskich pudełkach.

Prowadziłem życie bardzo oszczędne.
Do jedzenia nie przywiązywałem wagi: rano kawa z proszkiem mlecznym i kromka z dżemem, w południe bagietka z puszką sardynek, wieczorem herbata, ser albo jajecznica.
W pierwszym okresie popijałem winem — butelka kosztowała tyle co mleko — później przeszedłem na soki.

W szare, zimowe wieczory, gdy samochodowe wypady straciły urok, zdarzyło mi się kilka razy pójść do kina na filmy pornograficzne.
Tylko raz obejrzałem western — nie wiedząc, że to ostatni obraz Dzikiego Zachodu, który mnie poruszy.
Ustna harmonijka, Charles Bronson, Henry Fonda.
Monotonny dźwięk zapowiadający końcowy strzał.
Dziś nikt już nie potrafi zrobić czegoś takiego.


Ataki chandry rozładowywałem wyskokami do miasta.
Uspokajało mnie kupno czegokolwiek, choćby drobiazgu.
Największą jednak radość sprawiała rosnąca suma franków na koncie i plany związane z nadchodzącą wiosną.

St. Étienne

Podmuchy rozgrzanego powietrza — pozostałość upalnego dnia — nie ostudzają napięcia.
Sygnał odjazdu.
Koła gwałtownie ruszają.

Irenka zamiera w pożegnalnym geście, a pęd przejeżdżających wagonów nerwowo porusza jej sukienką.
Smutek rozstania zagłusza niepohamowana radość.
Rozpoczął się bieg. Opuściłem bloki startowe.
Pociąg gna w ciemnościach nocy.

Oficjalny cel podróży jest prosty — zarobić pieniądze i kupić wymarzone auto.
Ale gdzieś głębiej czuję coś mocniejszego: obietnicę wolności.
To nie tęsknota za innymi kobietami — raczej uczucie lekkości po uwolnieniu się spod jarzma jednej.
Dlaczego więc nie krzyczeć, nie tańczyć zwycięsko w przedziale?

Dzieci pożegnałem kilka godzin temu — już spały. Michaś dał mi na drogę swojego Indianina: „On będzie cię pilnował, tato”.
Nie mogę o nich myśleć, czuję skurcz gardła.

Dlaczego uciekam od Ireny? Jest ładna, mężczyźni się za nią oglądają.
A ja przy niej czuję się mały.
To nie chodzi o buty na obcasie, które muszę nosić, żeby wyglądać reprezentacyjnie.
A może właśnie o to?


Wagon nr 124.
Nie ma tłoku — każdy siedzi na swoim miejscu.
W korytarzu nie czuć „sportów”, tylko wielojęzyczny gwar.
Istna Francja elegancja — w porównaniu z podróżą nad morze, gdy wskakiwałem do pociągu w biegu, a walizki podawano mi przez okno.

W przedziale jadą młodzi ludzie. Część do NRD, na kontrakty.
Inni — tak jak ja — „w odwiedziny do znajomych”.
Są też prawdziwi turyści. Pewien Francuz chwali się… żyrandolem. Nie mogę pojąć: człowiek z Zachodu, a kupił taki kicz i jeszcze jest dumny.

Jakiś spawacz z kieleckiego wraca po urlopie, przeznaczonym na ożenek. Częstuje wódką.
Podróż trwa długo.
Do Zgorzelca mija znośnie.
Przejazd przez NRD — nudny, nic nie widać, czas się wlecze.

Na granicy w Gerstungen — wieczorem następnego dnia — przetrzymują nas i przeszukują.
Przez NRF jedziemy już szybko.
Około trzeciej nad ranem wysiadam w Metz. W oczekiwaniu na przesiadkę wyskakuję do miasta, rozprostować kości.

Po trzydziestu sześciu godzinach podróży jestem w Lyonie.
Ostatni odcinek — do St. Étienne.

Malownicza okolica, Masyw Centralny.
Pociąg zwalnia na podjazdach, przedziera się przez wąwozy i tunele.
Do celu docieram wczesnym popołudniem.

Wsiadam do taksówki.
Pierwszy praktyczny sprawdzian językowych umiejętności wypada zadowalająco.
Dziesięć franków za kilka kilometrów to dla mnie ogromna suma — ale co tam!
Rozpoczynam przecież nowe życie.

 Wyjazd

Ojciec Ireny przeniósł się ze Strumienia do Dąbrowy nad Czarną. Nysę musiał opuścić po procesie, w którym oskarżano go o branie łapówek. Podejrzewałem, że powody podjęcia pracy w kolejnej lecznicy, daleko od Śląska, miały jednak charakter prozaiczny — uciekał przed własną żoną.

Teściowa, która utartym zwyczajem już pierwszego dnia nowego miesiąca odwiedziła męża (odległość nie stanowiła dla niej przeszkody), opowiadała o wsi zabitej dechami na końcu świata. Jej relacja, zamiast odstraszać, działała odwrotnie. Pociągała mnie ta piaszczysta okolica, pachnąca żywicą sosnowych lasów, w której ciszę zakłócał tylko łopot skrzydeł, szum wiatru nad polami i szmer wolno toczącej się rzeki. Tam postanowiliśmy spędzić nadchodzący urlop.

Nowe mieszkanie wycisnęło z nas ostatni grosz; nie wchodziły w grę nawet zakładowe wczasy. Choć nie trzeba było za nie wiele płacić, parę setek i tak należało mieć na „drobne, nieprzewidziane”. O pożyczce nie mogliśmy myśleć — ważniejsze potrzeby, choćby kuchenne meble, czekały w kolejce. W Dąbrowie teść zapewniał spanie i wyżywienie. Wziąłem mapę do ręki: Zalew, Pilica — całkiem nieźle. Na pewno lepiej niż kolejne weekendy na „Fali”.

Na przystanku, jakieś siedem kilometrów za Sulejowem, stanął autobus. Gdy kurz opadł, otoczył nas bezruch. Nad polami falowało tylko rozgrzane powietrze. Zgodnie z umową teść miał po nas wyjechać służbową syrenką. Przez długi czas żaden pojazd, poza skrzypiącą furmanką, nie przerwał ciszy. Nawet dzieci, jakby zaszokowane spokojem, przestały rozrabiać. Po parudziesięciu minutach usłyszeliśmy znajomy warkot dwutaktu.

Od głównej szosy do krzyżówki przy remizie jechaliśmy zniszczonym odcinkiem asfaltu, dalej polną drogą. Smuga niebieskawych spalin szybko rozpływała się w tej pozbawionej śladów cywilizacji okolicy. Pobielone, drewniane chałupy kryły strzechy; od rzeki oddzielał je pochyły pas łąki. Droga miejscami przechodziła w bezdroże. Na wertepach traciłem orientację, ale teść jechał pewnie — widać, że tędy już nie raz.

Nagle, pośród pól i lasów, wyrósł pokaźny dworek z zabudowaniami gospodarczymi.

W promieniach słońca, wpadających do przestronnych izb, tańczyły drobinki kurzu. Razem z nimi docierał zapach starego drewna. Z żalem musiałem przyznać, że „komnaty” widziały lepsze czasy. Dom rozparcelowano między zwaśnionych członków rodziny; każdy dbał o swoje, nikt o całość.

Pani Stefania, u której teść kwaterował, udostępniła nam na całe lato sąsiedni pokój — tak obszerny, że zmieściłoby się w nim nasze katowickie M-3. Warunki były spartańskie, bez udogodnień, ale było świeże mleko, masło, jajka i pachnący bochen z GS-u. Pogoda dopisywała.

Postanowiliśmy dzielić urlop na zmiany, żeby dzieci jak najdłużej oddychały z dala od zakopconych Katowic. Posunięcie okazało się zbawcze. Tygodnie spędzone z dziećmi nie przyniosły ani jednej awantury. Szum lasu akceptował bez zastrzeżeń naszą beztroskę. Skakaliśmy i koziołkowaliśmy po piaszczystej plaży, pluskaliśmy w łagodnym nurcie Czarnej. Miejsce nabrało znaczenia symbolicznego — będę je zawsze kojarzył ze spokojem i radością życia.

Pokój, za który pani Stefania brała symboliczną opłatę, długo pozostawał do naszej dyspozycji. Spędziliśmy tam nawet Boże Narodzenie i Nowy Rok. To był jedyny sylwester w moim życiu, który witałem potwornie zimnym szampanem przy ognisku. Nie przypuszczałem, że bajeczny wzór splątanych wodorostów uwięzionych w zamarzniętej tafli rzeki będzie pożegnaniem z Dąbrową nad Czarną.

Początek roku brzmiał obietnicą. Latem miał dojść do skutku planowany od dawna wyjazd do Francji. Wzmożona korespondencja ze Zbyszkiem rozwiewała ostatnie niejasności. Po intensywnym kursie francuskiego czułem się pewnie. Zostawało załatwić organizację i komplet wiz z paszportem. W pracy dostałem awans na starszego asystenta. Przed kolegami musiałem jednak zachować pełną tajemnicę — oficjalnie wyjeżdżałem jedynie „na miesięczny urlop”.

Ostatnie wczasy zakładowe spędziłem w Świnoujściu. Przydzielono mi prywatną kwaterę na piętrze willi: przestronny pokój z balkonem. Chciałem, przed wyjazdem do Francji, spędzić z dziećmi parę beztroskich dni. Znów zaplanowaliśmy urlop w różnych terminach. Dostałem zgodę Ireny pod warunkiem, że będzie z nami jej matka. Mogłem się tego spodziewać. Małżonka zapewniała sobie dwie rzeczy: przyzwoitkę (teściowa miała uchronić mnie przed „letnimi przygodami”) i „właściwą” opiekę nad dziećmi. Nie miałem wyjścia. Mimo że „mamusia” miała nieprzeciętne talenty matackie, awantur nie robiła. Niech pomaga — późniejsze intrygi i tak były mi już obojętne.

Słyszałem, że można lubić teściową. Ja jej nie cierpiałem, a mimo to czas mijał zaskakująco sympatycznie. Co prawda na początku rzucała się za każdym razem, gdy chciałem skarcić Michasia, gotowa bronić go własnym ciałem. Doprowadzało mnie to do szału. Z czasem się uspokoiła (ja też) i naprawdę skutecznie wypełniała rolę niani.

Długą aleją, w cieniu lip, chodziliśmy na posiłki do stołówki. Poranki spędzaliśmy na plaży, popołudnia na wydmach albo spacerach. Nie rozstawałem się z kamerą; gdy odpoczywała, brałem aparat. Sielanka miała jednak kres — turnus dobiegał końca, trzeba było znaleźć prywatny pokój na kolejne tygodnie. Przeprowadziliśmy się bez problemu. Dzieci czekały na mamę, ja na własny wyjazd (choć na dwa tygodnie musiałem jeszcze wrócić do biura).

Wczesnym rankiem w sobotę przyjechała Irenka. Z perspektywy podłogi — spałem na dmuchanym materacu — zobaczyłem jej długie uda. Łakomy wzrok powędrował w górę; promienie wstającego dnia prześwietlały falujący jedwab sukienki i odsłoniły białe figi opięte na miękkości pośladków.

Teściowa, o co bym jej nigdy nie podejrzewał — najwyższy dowód poświęcenia i wdzięczności — zrobiła śniadanie, nakarmiła dzieci i pospiesznie wyszła z nimi na spacer.

Każdy centymetr wypoczętego i wyposzczonego ciała chciał się kochać. Irenka, po całonocnej podróży, mimo zmęczenia pozwoliła porwać się namiętności. Miałem wrażenie, że chce nadrobić zaległości minionych dni. Nie dała się jednak doprowadzić do finału, rozkojarzona nocnym zachowaniem „nieinteligentnych kolejarzy”. Podziwiałem tę jej wrażliwą, romantyczną naturę.

Pociągi, jak zawsze latem, jeździły przepełnione; na korytarzach tłok, o siedzące miejsce trudno. Irenka potrafiła przekonywać ludzi, a kierownik każdego składu miał zwykle jeden „swój” przedział. Skąd więc niezadowolenie? Widocznie konwersacja trwała za krótko albo nie toczyła się na odpowiednim poziomie.

W kolejny, niedzielny ranek teściowa zapomniała już o wczorajszej wspaniałomyślności. Została nam plaża, słońce, morze — i wieczorne rozstanie na dworcu.

Zapomniałem

Trzasnąłem drzwiami. Nim to się stało, oberwałem kopniaka i wiązankę firmową „made by Irena” — głośne, jasne, bardzo bezpośrednie sformułowania: kim jestem i dokąd mogę sobie pójść.

I o co znowu poszło? Przecież miałem rację. Michała wypadało już posłać do przedszkola.
O nie! Z jej punktu widzenia dziecka nie należało narażać na takie niebezpieczeństwo. Broniła się jak lwica: sytuacja sanitarna, brak wykwalifikowanych wychowawczyń, choroby, zarazki — wszystko, tylko nie to, że wówczas babcia stałaby się bezrobotna.

Nie miałem ochoty włóczyć się po parku. Boleśnie odczuwałem samotność. Postanowiłem odwiedzić babcię Olę.

Uspokajająco działało skrzypienie drewnianych schodów starej kamienicy.
„Jak ona daje radę wchodzić tyle razy dziennie na trzecie piętro? I to z astmą! Muszę przynieść jej parę wiaderek węgla.”

W umówiony sposób trzy razy przekręciłem gałkę dzwonka. Za matowym szkłem drzwi rozbłysło światło.
O jak dobrze — babcia w domu.

– Andrusjnka! Jak dawno cje nie widziała ja. U cjebie co? Choć… herbaty napijemy sje.

Zawsze zaskakiwał mnie jej śpiewny, rosyjski akcent.

– Oj… coś niedobrze, niedobrze. Na chrzcjnach lepiej ty wyglądał.
– Babciu, przesadzasz. Minął prawie rok.
– No popatrz, jak ten czas leci.

Usiadłem za piecem, na starym tapczanie pamiętającym Stryj.
Pod oknem, na oparciu fotela, leżała popielniczka – mała miedziana miseczka z ołowianymi ciężarkami. Widziałem oczami wyobraźni dziadka, jak strzepuje do niej popiół.

– No, opowiadaj ty, co cje martwi.
– Ach nic… Poprawiasz wypracowania?
– Gdzie tam. Muszę referat pisać. W szkole znowu chcą posłuchać, jak tam w Petersburgu było przed rewolucją.
– Tyle już miałaś tych prelekcji.
– Dawniej chcieli o rewolucji, teraz o carach. Ot!

Babcia widziała już wszystko – Moskwę, Wiedeń, Lwów, Wenecję.
Znała francuski, włoski, niemiecki.
Życie jej jednak nie rozpieszczało. W czasie okupacji straciła męża, a po przesiedleniu do Katowic uczyła rosyjskiego w technikum.

– Co ty sje tak zadumał, Andrusjnka? – Tylko ona zdrabniała moje imię w ten sposób. – Dostała ja znowu paczkę z Ameryki. Zobacz, może coś sje przyda.

Wątpiłem. Zwykle dostawała kobiece rzeczy. I jakaż ironia losu – jej dawna mamka, kobieta z dołu drabiny społecznej, teraz regularnie przysyłała paczki z USA.

– Co pisze Maryla?
– Trochę choruje. Ale czytaj ty sam.
– Babciu… Wiesz, jaki ja jestem z rosyjskiego.
– Żałko, żałko… ile to lat uczył ty sje?

Faktycznie. Lepiej nie liczyć.

– Słyszał ty już tę pjosenkę?
– Nie.
– Co ty radia nie masz? Toż to ciągle puszczają.
– Nie. A dlaczego?
– To ty lepiej słuchaj.

Próbowałem się skupić. Ciepły, matowy głos kobiety niósł słowa o miłości i zapomnieniu.
Nie miałem nastroju.
Słowa spikera padły bezbarwnie.
Nazwisko uderzyło mnie jak strzał.
Nie… to niemożliwe. Monika.

Babcia żartowała z moich dawnych uczuć, po czym objęła mnie i przycisnęła do siebie.
– Oh, Andrusjnka… tak, tak… Żyzń eto smiesznaja i głupaja szutka.


Wiosna w Chorzowie. Park błyszczał świeżą zielenią. Zatrzymałem się przy przystanku.
„Codziennie jeżdżę między domem a biurem, a zapomniałem, że można iść w drugą stronę.”
Ruszyłem w stronę ZOO.
Pod kioskiem z piwem kolejka.
„Kurza twarz, gdzie oni pracują. Tyle mają luzu.”
Poczułem głód.

„Nie będę z aktówką włóczył się po parku. Zjem coś w domu.”

Na dzwonek nikt nie reagował. Zza drzwi dobiegał płacz Klaudii. Szukałem kluczy, przeklinając pod nosem.

– Jest ktoś w domu?!
– Andrzejku, chodź szybko! Ja już nie mogę! – wołała babcia Włodzia.

W kuchni dusił dym. Na patelni dogorywało coś czarnego. Otworzyłem okno.
Dobrze, że zrezygnowałem ze spaceru.

W pokoju – nowa scena: babcia z rękami złożonymi jak do modlitwy błagała:
– Michaś, zejdź… proszę, zejdź!

Michał, leżąc na brzuchu na szafie, machał nogami i śmiał się w głos.
Wyglądał jak zwycięzca bitwy domowej.

Chwilę później weszła Irena.

– Jedliście obiad? Bo ja coś w szpitalu przekąsiłam.

Ton niewinny, ale każde słowo iskrzyło.
Nie dałem się sprowokować.

– Znowu uderzyłeś dziecko.
– Dostał klapsa, bo nie chcę, żeby spadł z szafy.
– Jak ty mu krzywdy nie zrobisz, to nic mu nie będzie. Babcia go dopilnuje.

– Chyba mam prawo coś zjeść.
– Zostań, bo będziesz żałował!
– Ja już od dawna żałuję!
– Ty nie żałujesz, ty marzysz o tej, co cię nie chciała!
– Kto mnie nie chciał?
– Nie udawaj głupiego. Ta z Poznania.

Zamarłem.
„O co jej znowu chodzi? Skąd Monika?”

Przypomniałem sobie, jak teściowa przy stole rzuciła:
„Czemuś się nie ożenił z tą Moniką? Moja córeczka nie męczyłaby się z tobą.”

Nie chodziło o Monikę. Chodziło o wszystko inne.

– Dostajesz chyba za dużo pacjentów z psychiatrii.
– Odwal się od mojej pracy! Wracam prosto ze szpitala, a nie z randek!
– Poszedłem tylko do parku.
– Do hotelu, chciałeś powiedzieć! Nie myśl, że nie wiem, że ta twoja Monika występuje w Katowicach!


Piosenka, którą pierwszy raz usłyszałem u babci Oli, stała się przebojem.
Monika – gwiazdą.
Rozum mówił, że to przypadek, ale ilekroć słyszałem ten głos, coś się we mnie odzywało. To łkające „gdyby”.

I właśnie to „gdyby” zaprowadziło mnie w niedzielne przedpołudnie do kawiarni Hotelu Katowice.
Występowała tam Monika.

Oczywiście, z Ireną.

Sala pełna. Stanęliśmy pod filarem. Fortepian brzmiał ciepło.
Monika poznała mnie od razu. Uśmiechnęła się lekko. W przerwie podeszła do nas. Wyszliśmy na chwilę do holu.

Zachowywała się swobodnie, jak na scenie.
Przedstawiłem jej żonę.
Pogratulowała, powiedziała coś o zawodzie lekarza, po czym, lekko zmienionym głosem, dodała:

– Wiesz… reżyser powiedział, że wyglądam jak anioł, ale głos mam kurwy.

Po występie widziałem ją jeszcze przed hotelem, w promieniach słońca, wśród reporterów Przekroju.

Irena promieniała.
Kąciki jej ust układały się w ledwie dostrzegalny, ironiczny grymas.

– Nie spodziewałam się. Jak można być tak ordynarnym.

Ich miejsce na ziemi

Znowu Sopot.
Do plaży mamy parę kroków.
Spokojna tafla wody łagodnie zaczepia szeroki pas piasku.
Promienie słońca pieszczą ciepłem skórę ramion.
Jest tak dobrze — na chwilę zapominam o wszystkim. Lekki podmuch wiatru, monotonny szum morza.
Ciało rozleniwia się, upaja bezruchem. Jak wspaniale, gdy się nic nie musi.

Zapach olejku budzi wspomnienia.
Gdzieś tu, niedaleko, leżała Ania. Wspólny grajdołek, pierwsze namiętności, ślady naszych stóp biegnące pod molo.
Mógłbym być szczęśliwy, ale jej już nigdy nie spotkałem.

– Tatuś… tatusiu…! Lody! Kup!
Widzę biało-niebieską czapeczkę z napisem „Polonia Bytom”. Spod jej figlarnie przechylonego daszka błyszczą oczy Michała. Stoi nade mną, ciągnie za rękę. W oddali majaczy znajoma sylwetka z białą skrzynką.
„Lody Pingwin” — ten sam smak co dawniej, ale grajdołka, w którym tuliłem się do Ani, nie ma już od dawna.

Wiaderko pełne słońca — tak nazwę kręcony film.
Klaudia ssie matczyną pierś, Jula i Michał machają łopatkami. Lekki wiatr unosi złocisty pył, a krople wody zostawiają brunatne kleksy na rozgrzanym piasku.
Zapach smażonych ryb przypomina o obiedzie, przed budką z napojami stoi kolejka, a kufel piwa w dłoni waży jak lenistwo.

Z żalem stwierdzam prawdziwość słów piosenki: „Ile dziewcząt marnuje się na tym świecie!”
Teleobiektyw powiększa kształty kobiet — różnorodne, kuszące, naturalne. Kamera nie peszy właścicielek. Z wdziękiem pozwalają utrwalać swoje ciała na taśmie filmowej.
Zrodzi się obraz pod tytułem „Męskie spojrzenie”, który na festiwalu wzbudzi szczere zainteresowanie — i nie tylko wśród płci brzydkiej.


Po urlopie dostaję awans — kierownik budowy.
Parę groszy więcej, ale Irenka wciąż niezadowolona.
Jestem zmęczony. Śpię mało.
Muszę wstawać bladym świtem, żeby dojechać na plac pod Bytomiem, a nocą Klaudia domaga się butelki.
Praca — użeranie się z ludźmi, pilnowanie, by czegoś nie rozkradziono. Dom — ciągłe poprawki, naprawy, „zrób to sam”.
Upaprany po kolana w błocie, z goryczą myślę o rodzicach, którzy wybili mi z głowy studia mechaniczne. Chcieli, żebym nie chodził „całe życie z brudnymi rękoma”.

Postanawiam zmienić robotę.
Składam podanie do „Separatora” i zostaję przyjęty.

Wreszcie — biuro, czyste ręce, deska kreślarska.
Zaczynam od asystenta, ale z dumą.
Nowe środowisko, inny rytm, świeże nadzieje.

Jest jeszcze jeden powód: rozpocząłem naukę francuskiego.
Udało mi się wysupłać paręset złotych na kurs w Empiku.
Inwestycja w przyszłość — miałem już plan.

W St. Etienne, na przyjęciu u siostry Janka, poznaliśmy małżeństwo E. — polskich Żydów mieszkających we Francji.
On prowadził firmę instalacyjną, ona — dom jak z filmów o arystokracji.
Pan E. obiecał zatrudnić mnie bez problemu, jeśli tylko nauczę się języka. Zbyszek miał załatwić formalności.
Więc wszystko zależało ode mnie.

W Polsce mogłem stawać na głowie — i tak nic by się nie zmieniło.
Tysiące ludzi marzyły o wyjeździe na saksy. Ja miałem konkretny adres i szansę.
Na białym brystolu, obok szkiców konstrukcji, pojawiły się więc francuskie słówka i odmiany czasowników.
W domu usypiałem Klaudię, kołysząc wózek w rytmie: un… deux… trois…


Nowe mieszkanie było wspaniałe — i puste.
Trzy pokoje, balkon, szeroki korytarz.
Stare meble gubiły się w przestrzeni. O nowych nie było mowy.
Z pomocą znajomych powstały więc regały, pawlacze i wielka szafa z płyty pilśniowej.
Było więcej miejsca, ale nie więcej spokoju.
Babcia, teściowa, wujek… dalej tłok, dalej gwar, dalej tęsknota za samodzielnością.

W takich warunkach, jakby na przekór wszystkiemu, wziąłem się za nowy film.
Scenariusz powstał w parę dni — trochę z obserwacji, trochę z wyobraźni.
Tytuł: Ich miejsce na ziemi.

Dzieci nie chciały grać.
Jula nie rozumiała, dlaczego ma karmić Klaudię kruchymi ciasteczkami, a Michał nie miał najmniejszej ochoty rozsypywać mąki po podłodze.
Powtórki, płacz, nerwy.
Dopiero w finałowej scenie wszystko się udało:
Ojciec wraca z pracy, żona wita go w progu, gestem nakazuje ciszę — „śpią pociechy”.
Cięcie. Pokój dziecięcy.
Za białą zasłoną pierza majaczą cienie — dwoje starszaków podrzuca nad głową niemowlaka rozprutą poduszkę.

Dwie poduszki poświęciłem, godzinę sprzątałem. Jeszcze długo po kątach fruwały białe piórka.

Na klubowym przeglądzie nie liczyłem na sukces — temat banalny, fabuła domowa.
A jednak publiczność była zachwycona.
Film zakwalifikowano na festiwal Pol-8 i ku mojemu zdumieniu zajął trzecie miejsce.

Potem była seria alkoholowych toastów i notka w prasie.
Reporter z Panoramy robił nam zdjęcia „Rolleiflexem”, a ja marzyłem tylko o jednym:
żeby kiedyś móc kupić sobie taki aparat.

Klaudia

7. Klaudia

– Mogłeś uważać!
– Miałaś pewne dni.
– Nie wiedziałeś, co robisz?!
– Powiedziałaś, że mogę zostać.
– Zawsze kończyłeś na zewnątrz!
– Zawsze?! To ty zawsze zeskakujesz.
– Bo nigdy na tobie nie można polegać.
– Odkąd pracujesz, całkiem ci odbija.
– Gdybyś więcej zarabiał, nie musiałabym iść do pracy.
– Zmieniasz temat. Dobrze wiedziałaś, że możesz zajść w ciążę.
– To ty powinieneś wiedzieć.
– Ja? A może to ja jestem lekarzem.
– Do tego nie trzeba być lekarzem.
– Pewnie, że nie — trzeba być aktorem! Trochę ci się pomyliły zawody.
– To ty pieprzysz! A dziecko i tak się dowie, że go nie chciałeś.

Podniosłem ręce w geście bezradności i wyszedłem z pokoju.
Cholera… jak strasznie boli bezsilność.

Nie miałem wątpliwości — Irenka zaplanowała tę ciążę z premedytacją. Po powrocie z zagranicy kochaliśmy się bez opamiętania, myśląc, że wszystko się wreszcie ułoży. Przecież oboje pracowaliśmy, Michał wyrósł z pieluszek, Jula stawiała pierwsze kroki, a w nowym mieszkaniu kładziono już tynki.


potworne uczucie
żal, zawód, niemoc
być oszukanym, sił brak

ciągła ułuda
wieczna ufność
ściana, tunel bez końca

gniewna młodość
nowe życie?
problemy rozsiewa ciągły fałsz

miłość
poświęcenie
czy dlatego wyszło zero

za burtę skakać mogą
z dziurawej łajby nadziei
odwagą przebici, pewnością olśnieni


Święta Bożego Narodzenia spędzamy znowu w Nysie, tym razem pod znakiem ślubu Krysi i Zygmunta.
Nie wielka miłość ich połączyła, raczej wyczucie czasu i rozsądku. Zygmunt, solidny, dokładny, bez fantazji — miał jednak to, co w PRL-u liczyło się najbardziej: rodzinę w Niemczech i samochód z Pewexu.
Krysia wyglądała na szczęśliwą, a rodzina na spełnioną.
Było hucznie — nakręciłem film, w którym największe wrażenie robiły piramidy z plastrów szynki.
Michał, czyli Buruś, biegał między nogami gości, a Jula spała w wiklinowym łóżeczku.
Irenka zwierzała się bliskim z błogosławionego stanu.

Wszyscy powtarzali: „pierwsze lata są najtrudniejsze”.
Żona Janka pocieszała:
– Ile razy mówiliśmy o rozwodzie? A zobacz, jakie mamy dzieci.
Fotograf ślubny dodał od siebie:
– Najgorsze to dziesięć pierwszych lat. Potem to już jakoś leci.
A ja?
Nie chciałem, żeby „jakoś leciało”.
Chciałem dobrze. Chciałem super.
Za dużo chciałem?


W czerwcu wysłano mnie na Targi Poznańskie. Rok wcześniej zostałem ukarany za brak „lojalności wobec przedsiębiorstwa” — tym razem się udało.
Cała rodzina czuwała przy Irenie, termin porodu zbliżał się wielkimi krokami. Cieszyłem się na parę dni wolnych, nie spodziewając się, że właśnie wtedy zostanę oskarżony o wszystko.

Wróciłem z torbą pełną prospektów, a w drzwiach usłyszałem:
– Irenka urodziła córkę.
– Córkę? – wykrztusiłem.
– Tak. I żeś nie dorósł ani do roli ojca, ani męża.

Pognałem do szpitala.
Irenka wyszła mi naprzeciw, trzymając w ramionach dziecko. Na jej zmęczonej twarzy błąkał się uśmiech.

– To jest Klaudia. Zobacz, jaka ładna. A tyś jej nie chciał.

Słowa wypowiedziane miękko, z akcentem na każdym dźwięku, utkwiły we mnie jak szpilki.
Nie wiedziałem wtedy, że już nigdy nie przestaną kłuć.
Że zastąpią prawdę.
Że zablokują uczucie.

Za szybą wystawy

Perspektywa podróży do Szwajcarii, Francji i Włoch doprowadzała mnie do szalonej ekscytacji. Nagle realne stawały się sny z innego świata — z kolorowych pocztówek, zza granicy naszej socjalistycznej codzienności.
Widziałem siebie pod ośnieżonym Matterhornem, na tle dymiącego Wezuwiusza. Chciałem, by moje stopy dotknęły pyłu Pompei, a oczy odbiły błękit Lazurowej Groty.

Irenka musiała zostać w kraju z małą Julianną. Nie poruszaliśmy innych powodów, choć w „simce” więcej niż pięciu i tak by się nie zmieściło.

Przygotowywałem się gorliwie. Z przewodnikiem w ręku i samouczkiem włoskiego w kieszeni, w pracy szeptałem pod nosem quanto costa i bella ragazza, a w domu podrzucałem Michała w rytmie: uno, due, tre.
Cały dom żył wyjazdem. Nawet ciocia Bumcia przyjechała pomóc przy szyciu kreacji. Kolorowe „łączki” kwitły na sukienkach, koszulach i poszewkach — wesoły patchwork rodzinnego entuzjazmu.

Paszporty przyszły w ostatniej chwili, a emocje sięgały zenitu. Samochód trzeba było jeszcze przygotować, kryształy kupić, kanistry dopasować — i wreszcie, pewnego sierpniowego poranka, ruszyliśmy.

Droga przez Czechosłowację była pełna przygód. Pękł tłumik, auto ryczało jak rajdowiec. Na granicy rozbieraliśmy bagażnik do ostatniego guzika, ale Niemcy przepuścili nas błyskawicznie.
I wtedy — nagle — wszystko się zmieniło. Idealny asfalt, porządek, błyszczące auta, zapach benzyny i wolności. Rzędy kolorowych reklam, witryny pełne dóbr, których dotąd nie znałem.

Monachium. Ulice tętniące ruchem, ludzie kulturalni i spokojni, nawet w korkach. W zaułkach hipisi z gitarami, brudni i piękni zarazem. Wystawy sklepowe — jak świątynie. Stałem za szybą, patrzyłem i wiedziałem: jestem po tamtej stronie tylko na chwilę.

Wieczorem notowałem w dzienniku:
„Odnoszę wrażenie, że chciałbym pracować i oszczędzać choćby cały rok, żeby przez parę dni móc korzystać z tego świata.”

Dzień po dniu zapisywałem zachwyty, drobiazgi, pejzaże i smaki, aż do ostatniego wpisu:
„Radość pomieszana z żalem — tak to już Polska.”


Zachorowałem beznadziejnie, nieuleczalnie. Każdy ranek pogłębiał tęsknotę za kolorem, światłem i spokojem tamtego świata.
Nie znajdę lekarstwa ani lekarza, który uleczyłby tę chorobę. Można ją tylko nosić w sobie — jak wspomnienie zapachu lata i dźwięku obcego języka, który brzmiał jak obietnica.


Strumień, 17 IX 1970

gwałtownie przenikam miękkość
bagażem wirujących wrażeń
szaleńcze pragnienie pieszczot
rozkoszy zapomnienia zarazem

dociera i trwa zapach lata
z nim oddech śpiących dzieci
rozsądek rozwichrzonej chwili
łagodzi falę uniesień


Po powrocie wszystko wydawało się szare — nawet powietrze miało mniejszy oddech.
Setki kolorowych zdjęć traciły blask, a metry filmu milczały jak po przerwanym śnie.
Kiedy Irenka znów zaczęła poranne nudności, wiedziałem tylko jedno:
świat, w którym żyję, kręci się dalej, ale ja już nigdy nie będę patrzył na niego tak samo.

Gondolier

Zieloną przestrzeń przed domem przecinał głęboki rów — granica dziecięcego świata. Rozciągał się w poprzek szerokiej łąki, wyznaczając teren naszych zabaw. Nigdy nie myślałem, kto go wykopał ani czyje czołgi miały w nim ugrzęznąć. Wiedziałem tylko jedno: każde zbliżenie do brzegu mogło skończyć się laniem.

Ale ileż pokus było silniejszych niż strach przed karą!

Zimą, gdy woda zamarzała, nasz świat tajemniczych wypraw stawał się bezkresny. Wracając ze szkoły, wystarczyło przykręcić łyżwy wyciągnięte z tornistra i już mogliśmy pędzić po lodzie, aż do zmierzchu. Śnieg gasił pragnienie, chłodził rozpalone policzki i przypominał, że w domu czeka nieuchronna kara. Doskonale opanowałem sztukę obrony przed paskiem — tylko raz poniosłem klęskę.

Zaskoczony na środku pokoju, usłyszałem świst cienkiej, biało-niebieskiej plecionki w ręku mamy. Nie miałem szans. W ostatnim odruchu wskoczyłem pod dywan — i przez chwilę byłem dumny z własnego geniuszu. Dumę zagłuszył kurz, który wzbijał się w powietrze niczym mgła.

Mama wpadła w furię. Nie wiedziałem, że ma w sobie tyle siły. W pokoju zakotłowało się — jej krzyk mieszał się z łoskotem przewracanych krzeseł. Próbowałem jeszcze wpełznąć głębiej pod ciężkie fałdy dywanu, ale na próżno.

Marsz do łazienki był triumfem jej cierpliwości. A moja tylna część ciała — wyjątkowo czysta — lśniła od odkurzonych miejsc.

Wiosną łąkę — od ogrodu aż po rów przeciwczołgowy — zalewała woda. Rodzice twierdzili, że to efekt źle działającej kanalizacji całego zespołu szpitalnych budynków.
Dla nich to było bajoro, dla nas — morze fantazji.

Z altany wynosiliśmy stare drzwi, które stawały się statkami, tratwami i okrętami wojennymi. Godzinami potrafiliśmy dryfować po zalewie dziecięcych marzeń, prowadzić bitwy i zdobywać nieznane lądy.

W tych wyprawach towarzyszył mi Staś — syn woźnicy zatrudnionego w szpitalu. Razem szukaliśmy morskich skarbów, pirackich łupów i nieistniejących wysp. Często przychodził pod okna z przygotowaną żerdzią, naszą liną cumowniczą i zaproszeniem do przygody. Rodzice nie byli zachwyceni tymi wyprawami na gnojówkę, ale przymykali oko.

— Gondolier na ciebie czeka! — zawołała mama.

Grałem właśnie z Krysią w wojnę i przegrywałem, więc bez żalu porzuciłem karty. Spadły na podłogę, a ja wybiegłem z pokoju, słysząc za sobą pisk młodszej siostry:

— Gondolier! Gondolier! Gondolier!

Nie przejmowałem się jej wrzaskami. Lubiłem się z nią droczyć. Ale Stasia to słowo ugodziło jak kamień — poczerwieniał, zaciśnięte usta wykrzywiły mu się w gniewnym grymasie.

— Nie jestem żadnym gondolierem! — wycedził przez zęby.

Czy mógł wiedzieć, czym jest odległa Wenecja i jej wąskie kanały? A jednak obraził się śmiertelnie.

Do dziś, gdy zdarza mi się płynąć po Canal Grande, myślę o Stasiu. O brudnej wodzie, która potrafiła rozbudzić wyobraźnię mocniej niż jakiekolwiek morze. O chłopięcych wyprawach, które były początkiem wszystkiego.

Na Szajbie

Nie były to mury Carcassonne — proste, bez baszt i wykuszy, nie broniły przed wtargnięciem do środka, lecz uniemożliwiały wyjście na zewnątrz. Więzienie? Nie. Zakład dla obłąkanych.

Szpital na Szajbie, odcięty od miasta i wsi, tworzył osobne miasteczko — z własnym rytmem i zasadami. Dyrektorem był ksiądz. Mieszkał nad nami, na pierwszym piętrze. Żyliśmy w zgodzie. Do dziś pamiętam zapach anyżowych ciasteczek, którymi nas częstował — ten aromat ciągnie się za mną przez całe życie.

Z biegiem lat szpital zmieniał charakter. Stawał się bardziej otwarty, pojawiały się nowe oddziały, a ojciec objął chirurgię. Tylko jeden element pozostał niezmienny — siostry zakonne. Były wszędzie. W habitach, jednakowo skupione i poważne, opatrywały chorych, sprzątały sale, prowadziły laboratorium, a potem z tą samą godnością piekły chleb lub karmiły świnie. Nigdy nie widziałem ich odpoczywających. Ja za to miałem aż za dużo czasu i wciąż odkrywałem zakazane zakamarki. Nic dziwnego, że często wpadaliśmy na siebie. Niemiecki porządek nie przewidywał miejsca dla takiego rozbrykanego chłopca.

Bawiłem się kiedyś w piwnicy maszyną do szatkowania kapusty. Przyłapała mnie siostra Gertruda.
— Poobcinasz sobie palce! — krzyczała, ciągnąc mnie za ucho.
— No to co! Tato mi je przyszyje.

Po kilku takich wybrykach mama przywiązała mnie sznurem do barierki przy drzwiach wejściowych. Swoboda ograniczona została do dziesięciu metrów konopnego splotu, który — jakimś cudem — po paru godzinach zniknął.

Andrzej — o rok starszy ode mnie towarzysz podwórkowych wypraw — górował nade mną nie tylko wiekiem. Razem psociliśmy, lecz kary spadały głównie na mnie. Nie miałem pojęcia, czym są pieniądze, gdy on już ciągnął mnie na swoje „zarobkowe wyprawy”.

Najczęściej wybieraliśmy się do wielkiej powozowni. Za każdym razem naszym łupem stawały się drobniaki porozrzucane po siedzeniach lub podłogach bryczek i karet. Skąd się brały w tym mrocznym, cichym miejscu — nie miałem pojęcia. Andrzej natomiast poruszał się tam jak zawodowiec, wiedział, kiedy i gdzie szukać.

Pewnego wieczoru postanowiłem spróbować sam. Wślizgnąłem się przez uchyloną bramę, z sercem bijącym aż w gardle. Z wnętrza rozkołysanej bryczki dobiegały dziwnie przytłumione głosy. Nagle kobiecy krzyk przeciął ciszę. Sparaliżowany ze strachu, rzuciłem się do ucieczki.

Następnego dnia czatowałem przed powozownią, gdy Andrzej znów zniknął w środku. Po chwili wyszedł, a złożone dłonie zabrzęczały dźwiękiem monet. Spod przymrużonych powiek sączyło się szyderstwo.

Podziwiałem go — był odważniejszy, sprytniejszy, zawsze o krok przede mną.


Dyrekcja szpitala przeznaczyła Pawilon Ogrodowy, w którym mieszkaliśmy, na oddział zakaźny. Musieliśmy się przenieść do budynku poza terenem szpitala — dawnego domu sióstr zakonnych. I znów ksiądz mieszkał nad nami, a Andrzej z rodzicami na parterze.

Nowe miejsce miało nieskończoną ilość zakamarków. Mieszkałem tam tylko ciałem — myślami byłem ciągle w ogrodzie. W domu bywałem jedynie na posiłkach i podczas snu.

Do naszego nowego domu przylegał ogromny ogród z altaną pośrodku. Dalej prowadziły wąskie, nieodkryte dróżki wśród gęstych krzaków i drzew. Na końcu wznosiła się skarpa, na którą wchodziło się ścieżką z kamiennych płyt. Furtka na jej szczycie była zawsze zamknięta — jakby prowadziła do innego świata.

Budynek gospodarczy wypełniało świeżo pachnące siano. Na jego płaski dach wdrapywaliśmy się po starym drzewie. W piwnicach natomiast zalegały rzeczy ludzi, którzy musieli w pośpiechu opuścić swoje domy. Stosy walizek, garnków, ram i książek sięgały po sufit. Najwięcej było książek — z literami o dziwnych kształtach. Nie rozumiałem ich. Szukałem tylko obrazków. Wszystko wydawało się odległe, nierealne, jak przeszłość o zapachu stęchlizny.

W prawej części piwnicznego korytarza stał stary piec do wypieku chleba. Spenetrowaliśmy go nie raz, szukając skarbów — lecz poza popiołem nie znaleźliśmy niczego.

Pewnego dnia Andrzej znów namówił mnie na poszukiwania. Miał w oczach przekonanie proroka, jakby coś przeczuwał. Sam został przy drzwiach, skrzypiących od rdzy, a ja ochoczo zabrałem się za przekopywanie popiołu. Po chwili natrafiłem w rogu na małe, zakurzone pudełko po zapałkach. W środku leżały starannie poskładane, zielone banknoty.

Radość trwała krótko. Andrzej tylko wzruszył ramionami i stwierdził, że to bezwartościowe papierki. Zabrał mi je z uśmiechem cwaniaka i pobiegł do domu.

Stałem oszołomiony, otrzepując z popiołu portki. Z koszuli nie mogłem zetrzeć sadzy i wiedziałem, że tym razem naprawdę oberwę.

Pomyliłem się jednak. Mama zamiast krzyczeć, zaczęła mnie wypytywać z niepokojem, gdzie się tak wybrudziłem. Nie umiałem kłamać — ślady jednoznacznie wskazywały piec. W końcu zapytała, czy niczego tam nie znalazłem. Zacząłem mętnie tłumaczyć, że była jakaś stara paczka i pieniądze, które zabrał Andrzej.

Wtedy w domu zapadło napięcie, jakiego dotąd nie znałem. Ojciec chodził po pokoju, paląc papierosa za papierosem. Mama zniknęła za drzwiami z matką Wojtka. Kiedy wróciła, trzymała w dłoni znajome pudełko po zapałkach.

Rodzice zamknęli się w gabinecie. Wiedziałem, że jeśli tym razem dostanę lanie, zapamiętam je na długo. Ale los był łaskawy — zamiast krzyków odbyła się poważna rozmowa.

Dopuszczono mnie do tajemnicy. Powiedzieli, że znalezione pieniądze są prawdziwe, ale samo ich posiadanie mogłoby sprowadzić na nas kłopoty, nawet więzienie. Trzeba je będzie dobrze ukryć — i, co najważniejsze, nikomu o tym nie mówić.

Słuchałem bez większego zrozumienia. Świat dorosłych był dla mnie równie odległy, jak te dziwne litery w piwnicznych książkach. Czułem tylko rozczarowanie — nie z powodu pieniędzy, lecz przez Wojtka. Mój najlepszy kumpel okazał się kłamcą i zdrajcą.

Te same zielone papierki odnaleziono wiele lat później, podczas strojenia pianina. W pożółkłej kopercie, ukrytej w skrzyni instrumentu, leżało dwadzieścia kanadyjskich dolarów. Rodzice przysięgali, że nie wiedzą, kto je tam schował.

Jurandów

Z letnich wakacji nad morzem wróciliśmy rozszumiani i rozbiegani — rozsadzała nas energia, a stare kąty nagle stały się za ciasne. I wtedy przyszło coś, czego się nie spodziewałem: osamotnienie.

Zabrakło towarzysza zabaw — Andrzej poszedł do szkoły. Nie wiedziałem, co ze sobą zrobić.

Przypętał się do mnie szczeniak, ledwo stojący na nogach. Nosiłem go na rękach, wałęsaliśmy się razem po okolicy. Pewnego dnia zawędrowałem pod szkołę. Przykleiłem nos do szyby i z zazdrością patrzyłem na Andrzeja. Siedział w trzeciej ławce, pochylony nad zeszytem, zupełnie obojętny na moją obecność.

Przychodziłem tam codziennie. W oczekiwaniu na niego tuliłem szczeniaka, który w końcu zasypiał w moich ramionach. Wracaliśmy razem do domu, jak dwaj wyrzutkowie.

Któregoś dnia nauczyciel otworzył okno. Przestraszyłem się — myślałem, że mnie przegoni. Już miałem uciekać, gdy zawołał:
— Jak masz ochotę, wejdź do środka i usiądź w ławce!

Bez wahania wskoczyłem przez okno. Wszyscy wybuchnęli śmiechem, a nauczyciel tylko podkręcił wąsa. Usiadłem przed dużą tablicą, dumny jak król. Nie wiedziałem wtedy, że tym jednym gestem zalegalizowałem koniec swojej wolności.

Zamiast szczeniaka zacząłem nosić tornister.

Z pierwszej klasy pamiętam głównie księdza-katechetę. Nie potrafił po bożemu przekonać mnie do nauki, więc często obrywałem linijką po rękach. Każdy rok w jurandowskiej szkole przynosił jakieś wydarzenie, które zostawało w pamięci.

Druga klasa — uczyła nas pani Pawłowska, spokojna, opanowana, z ciepłym spojrzeniem i tonem, który nie znosił pośpiechu.

Pewnego dnia nie odrobiłem zadania domowego.
— Gdzie masz zeszyt? — zapytała.
— Mam… tylko tornistra nie mogę otworzyć — odpowiedziałem z powagą.

Pod ławką z całej siły związywałem sznurówką zamknięcie.
— Daj tutaj, to rozwiążę — powiedziała łagodnie.
Pomyślałem, że jeśli przetnie sznurówkę, będę wracał do domu w jednym bucie, ale jak chce próbować — niech próbuje!

Podałem tornister. Pani Pawłowska, jakby nie widząc całej misternie splecionej konstrukcji, spokojnie prowadziła dalej lekcję. Obserwowałem jej palce z rosnącym napięciem. Po kilku minutach oddała mi tornister i sznurówkę. Nie powiedziała ani słowa o zadaniu.

Nie sądzę, by chciała w ten sposób pochwalić się cierpliwością — a jednak właśnie to najbardziej utkwiło mi w pamięci.

W czasie przerwy bawiliśmy się w ciuciubabkę. Lubiłem szukać po omacku; zawsze było na co trafić, bo dziewczyny stanowiły większość w klasie. Już któryś raz nie mogłem rozpoznać, kogo łapię, gdy poczułem bliskość Marysi. Skok — i nagły trzask! Cisza. W ustach poczułem smak krwi. Opaska spadła. Na podłodze leżał mój ząb.

Pani Pawłowska natychmiast wysłała mnie z Andrzejem do domu. Szedłem ze spuszczoną głową, a on niósł w kieszeni moją jedynkę, wypalcowaną przez ciekawskich kolegów.

Na chirurgii wszyscy nas znali. Ojciec tylko pokiwał głową i zaprowadził mnie na salę operacyjną. Jedynka wylądowała w soli fizjologicznej, ja na stole. Po chwili tatuś, z wprawą chirurga, wsadził mi ząb na miejsce. Nie pisnąłem ani słowa.

Trzymał się sześć lat — mógłby dłużej, ale to już historia innej klasy.

Na początku trzeciej klasy pani Pawłowska zachorowała. Jej miejsce zajął mąż — pan Pawłowski. Ojciec, jako lekarz, odwiedzał chorą nauczycielkę w domu. Z czasem wizyty zaczęły przybierać coraz bardziej towarzyski charakter, a ja kilka razy mu towarzyszyłem.

Siedziałem grzecznie na krześle, starając się wyglądać jak wzorowy syn z dobrego domu. Prowadzono poważne rozmowy, w których każde zdanie brzmiało jak urzędowy protokół — powoli, z godnością, z obowiązkowym „panem” i „panią”. Do „pana doktora” i „pani doktorowej” byłem już przyzwyczajony, słyszałem to niemal codziennie, ale gdy ojciec zwracał się do Pawłowskich, ludzi, którzy na co dzień użerali się z rozbrykanymi dzieciakami ze wsi, per „panie profesorze” i „pani profesorowo” — brzmiało to dla mnie jak …

Na ostatniej lekcji z polskiego mieliśmy dyktando. Pan Pawłowski przechadzał się między ławkami, spoglądając przez okulary na nasze zeszyty. Gdy dotarł do mojego, zatrzymał się. Wziął go do ręki, pochylił głowę, a jego brwi uniosły się powoli w niemym zdziwieniu. W oczach, za szkłami okularów, pojawiła się mieszanina rozbawienia i niedowierzania. Nie powiedział jednak ani słowa.

Usiadł przy biurku, wertował kartki, aż w końcu rozległ się dzwonek kończący lekcję.

Wybiegłem z klasy razem z innymi — szczęśliwy, że koniec dnia. Ale nagle ktoś chwycił mnie za ramię. Odwróciłem się gwałtownie. Stał za mną pan Pawłowski.
— Proszę pana, ja nic nie zrobiłem! — wyrzuciłem z siebie natychmiast, zanim zdążył cokolwiek powiedzieć.

Nauczyciel nie odpowiedział. Spojrzał na mnie tylko i cicho polecił, żebym zaczekał pod oknem. Stałem więc na zewnątrz, z zazdrością patrząc, jak koledzy wybiegają z krzykiem w drogę do domu. W końcu usłyszałem lekkie stukanie w szybę. Okno się uchyliło. Ręką dał znak, żebym wszedł z powrotem do środka.

Z trudem wspiąłem się do klasy. W ciszy, jaka tam panowała, każde moje stąpnięcie odbijało się echem. Na ławce leżał mój zeszyt. Pan Pawłowski trzymał w dłoni wyrwaną kartkę — całą pokrytą czerwonymi znakami. Było ich więcej niż moich liter.
— Usiądź — powiedział spokojnie. — Spróbujemy jeszcze raz.

I tak, pod jego wzrokiem, przepisywałem wszystko od początku. Każda literka musiała być dokładnie taka, jaką dyktował. Każda próba samodzielności kończyła się cichym, lecz nieznoszącym sprzeciwu:
— Nie tak.

Czułem się jak w konfesjonale — z piórem zamiast różańca.

Kiedy skończyłem, zamknął zeszyt i skinął głową w stronę okna. Wyszedłem tą samą drogą, którą wszedłem. Na pożegnanie rzucił tylko:
— O tym, że tu byłeś, nie muszą wiedzieć nawet rodzice.

Wróciłem do domu w milczeniu, z uczuciem, że coś ważnego wydarzyło się w moim życiu — choć nie umiałem wtedy jeszcze powiedzieć co.

Do szkoły chodziłem różnymi drogami — między wiejskimi chałupami, wśród pól i pagórków. Świat robił się coraz większy, a ja poznawałem nowych kolegów, często zupełnie innych ode mnie. Wracaliśmy razem, z hałasem i śmiechem, przez jar, wzdłuż potoku, aż do rzeki. Szum wody prowadził nas aż pod szpitalny sad. Po sforsowaniu zamkniętej bramy rzucaliśmy się między drzewa — tam zawsze wybuchała wojna na jabłka.

Pewnej niedzieli wyruszyliśmy z Andrzejem na prawdziwą wyprawę. Za rzeką, tuż pod lasem, czekali na nas koledzy z klasy — ci, którzy „znali teren”. Na skraju zielonej polany wskazali miejsce, gdzie mieliśmy kopać.
— Wy szukajcie tu, my przy tamtych drzewach — polecił jeden z nich, z miną doświadczonego sapera.

Z zapałem rozgarnialiśmy patykami leśne poszycie. Już po chwili spod igliwia i piachu zaczęły wyłaniać się naboje karabinowe, łuski, a nawet pociski do dział. Metal błyszczał w słońcu jak skarb.

Andrzej, zawsze pewny siebie, wziął jeden z nabojów do ręki i zaczął tłumaczyć z przejęciem:
— Kulkę kładziesz na jednym kamieniu, łuskę na drugim… a tu, w środku, jak uderzysz w spłonkę — wybuchnie!

Pokazał, jak to robić. Zamarłem, gdy nabój lekko drgnął. Nikt się jednak nie bał — przeciwnie, czuliśmy dreszcz ekscytacji, jakbyśmy dotykali tajemnicy wojny.

Najbardziej błyszczące kulki braliśmy w całości. Z pozostałych wysypywaliśmy proch, czarny i sypki jak pył wulkaniczny.

Wieczorem rozpaliliśmy ognisko. Kiedy żar zrobił się mocny, wrzuciliśmy do środka puste łuski i przysiedliśmy z daleka. Każdy trzask, każdy błysk w ciemności sprawiał, że śmialiśmy się coraz głośniej. Gdy strzały zaczęły iść seriami, siedzieliśmy już w pełnym zachwycie, wśród iskier i świszczących spłonek, które tańczyły w powietrzu jak świetliki.

W końcu ognisko rozsypało się pod naporem wybuchów. Przesiąknięci dymem, z dzwonieniem w uszach, wróciliśmy do domu.

Zdobycz ukryliśmy w altanie — dopiero teraz miała się zacząć prawdziwa zabawa, ta, o której dorośli nie mogli się dowiedzieć. Bo im bardziej coś było zakazane, tym bardziej nas kusiło.

Ojciec często opowiadał o dzieciach, którym opatrywał poranione dłonie — po eksplozjach niewypałów, po zabawach z prochem. Słuchałem tych historii z pozornym spokojem, ale nie przestawałem myśleć o naszej altanie. Miałem sporo szczęścia. I chyba trochę rozumu.

Z czasem samo wrzucanie łusek przestało nas wystarczać — zaczęliśmy budować samopały. Najtrudniej było znaleźć odpowiednią rurkę; wystarczyła cienka, sklepana na ko          ncu przez szpitalnego kowala, którą można było dopasować do wystruganej kolby z kawałka drewna. Wypiłowanie małego otworu do podpalania i dopasowanie wszystko kończyło.

Do lufy wsypywałem proch, potem, owiniętą w papier kulkę, wpychałem patykiem albo ołówkiem. Krótka zapałka, syk i puuuff — a lufa ryczała. Zabawa nie polegała tylko na huku; samopał, choć prymitywny, potrafił trafić cel.

To już była piąta klasa. Pewnego deszczowego dnia, podczas długiej przerwy, któryś z kolegów chwalił się, że przymierzy ze swojej spluwy ptaka na drzewie. Nikt nie wierzył — więc udowodnił to, otwierając okno i palnął. Wróbel osypał się w puchu pierza.

Musiałem spróbować. Wyciągnąłem swój samopał, nabity wcześniej, stanąłem w oknie, zapaliłem — syk — i zamiast jednego strzału posypała się cała salwa. W oknach pierwszego piętra stanęli wszyscy chłopcy z dymiącymi lufami.

Gdy wrócił nauczyciel z dyrektorem, w ławkach panowała cisza. Woźny przeszedł między rzędami z wiadrem — jak przy kolekcie — i każdy, z ciężkim sercem, wrzucił broń. Na rodziców czekało zebranie następnego dnia.

Kara była surowa — tę pamiętam długo: kilka dodatkowych obowiązków, a mama zrobiła rewizję mojego pokoju. Znalazła prawdziwy pistolet. Jak do tego doszło — to już inna historia.

Kolumna wojska wracała z manewrów i zatrzymała się na górce. Weseli żołnierze rozprostowywali nogi, naprawiali rzeczy, śmiali się głośno. Artur, zawsze gotów zabłysnąć wiedzą szkolną, kręcił się wśród nich z rozbrajającym zachwytem.

Dwóch wojaków rozbierało koło ciężarówki i łatało uszkodzoną dętkę. Chcąc zaimponować Arturowi, podszedłem bliżej i przemądrzale oznajmiłem:
— Wiem, jak to się robi — mój tata też tak łata dętki.

Jeden z nich roześmiał się szyderczo:
— Pewnie twojej mamie też, co?

Kolejna salwa śmiechu przeszła po pagórku. Czułem, jak mnie pali w twarz. Wtedy żołnierz podniósł dłoń i, bezceremonialnie, wyciągnął spod siedzenia prawdziwy pistolet.
— Masz, jest dobry, tylko brak mu zamka — powiedział, wskazując na Artura.

Artur chwycił broń, a ja patrzyłem na nią z mieszaniną zachwytu i zazdrości. Pistolet błyszczał w jego rękach jak skarb. Zazdrość rozlała się po mnie gorącem.

Nie mogłem przestać o tym myśleć. Artur nosił pistolet przy sobie, chwalił się nim przed kolegami, a gdy pytali, tylko się uśmiechał i milczał. Czasem pozwalał mi na niego popatrzeć — nigdy jednak dotknąć.

W końcu postanowiłem działać. Z altany przyniosłem pudełko z prochem i garść ołowianych kulek. Poszedłem do niego.
— Dam ci wszystko — powiedziałem. — Proch, kulki, ile chcesz. W zamian za pistolet.

Najpierw się zaśmiał. Potem spoważniał.
— Na zawsze? — zapytał.
— Na zawsze — odpowiedziałem.

Patrzył przez chwilę, po czym skinął głową. Oddałem mu cały proch i wszystkie kulki, a on — jakby z ulgą — podał mi broń.

Pistolet był ciężki, chłodny, prawdziwy. Poczułem dreszcz, jakiego nie dała mi żadna dziecięca zabawka. Wiedziałem, że nie wolno mi się nim chwalić — i że od tej chwili jest mój.

Wieczorem bawiłem się nim po kryjomu, w cieniu lampy nocnej. Kładłem na dłoni, celowałem w ścianę, w cień na firance. Potem schowałem pod materac, jak największy skarb.

Odkrycie broni przeraziło mamę. Nie chodziło nawet o sam pistolet — raczej o to, że ktoś mógł go zobaczyć, że mogłoby się to źle skończyć.

W panice rodzice pojechali do domu Artura, żeby dowiedzieć się, skąd wzięła się ta zabawka o tak dorosłym ciężarze. Wrócili późno. Ojciec milczał, mama płakała.

Następnego dnia, jeszcze przed świtem, ojciec zabrał pistolet. Owinął go bandażem, jakby chciał uleczyć jego winę i wyszedł z domu. Patrzyłem z okna, jak idzie w stronę rowu przeciwczołgowego. Nie odwrócił się ani razu.

Nie mówiłem nic. Wiedziałem tylko, że odtąd będę musiał szukać innych przygód.


Zosia

Mamę całkowicie pochłaniał dom, ojca — szpital. Dzieciom nie poświęcali wiele czasu. Dopiero, gdy pojawiła się Zosia, w domu na dobre zadomowiła się rodzinna atmosfera.

Była najmłodsza i od razu zwróciła na siebie uwagę. Mała, świetlana, leżała najczęściej w łóżeczku, machając nogami i rękami, jakby próbowała dogonić resztę świata.
Krysia, młodsza ode mnie, nie rwała się do pomocy. Na widok pieluszki krzywiła się i chowała za drzwi, jakby nagle przypomniała sobie o czymś innym. A kiedy nie miała wyjścia, niosła ją w dwóch palcach wyciągniętej ręki do śmieci.

Ja z kolei zaglądałem do łóżeczka, mówiłem coś po swojemu, czasem podawałem grzechotkę, ale Zosia tylko patrzyła, jakby chciała mnie zapamiętać.

Mama, choć wiecznie zmęczona, odnajdywała przy niej cierpliwość, jakiej wcześniej nikt nie widział. Ojciec, wracając po dyżurach, nie szukał już fotela i gazety, tylko Zosi. Potrafili spędzać razem długie chwile — chociaż ona mówiła więcej, po swojemu.

Ojciec przebywał teraz częściej z nami, a mama, po przyjęciu do prac domowych siedemnastoletniej Helenki, mogła poświęcać więcej czasu swoim pociechom.
Na pierwszym planie była Zosia — nie licząc oczywiście ojca, który, dotąd tak surowy, coraz częściej przymykał oko na wybryki najmłodszej córki.
Od niego się zaczęło — potem wszyscy na wszystko jej pozwalali.
Kto pierwszy nazwał ją „świętym dzieckiem”, trudno powiedzieć, niemniej określenie to przylgnęło do niej na całe życie.

Święte dziecko szczęśliwie przeszło ciężką chorobę, po której kochano je i rozpuszczano w sposób już bezprzykładny.

Nie przyszło mi nigdy do głowy być zazdrosnym o uczucie, jakim darzono Zosię. Wręcz przeciwnie — pogodny, rodzinny nastrój wytworzył atmosferę, dzięki której zacząłem mniej obrywać.

Zupełnie niespodziewanie wysłano nas do prewentorium. Trochę osobistych rzeczy, parę książek w tornistrze. Obce miejsce — pierwsze dramatyczne przejście w życiu. Świat dzieci po chorobach, powracających do zdrowia. Rygor, w którym nie było miejsca na jakiekolwiek uczucie. Rozkazy wychowawczyń, nietolerujących indywidualności.

Najmilej wspominam zapach jesiennych liści w parku pełnym wysokich drzew, gdzie graliśmy w piłkę.
Najgorzej — ciszę poobiednią: na wyciągniętych na środek sali gimnastycznej siennikach musieliśmy leżeć w milczeniu przez półtorej godziny. Nie było mowy o wyjściu do ubikacji. Zdarzało się więc, że ciągnięty z powrotem siennik pozostawiał na podłodze mokry ślad.

Tak samo niespodziewanie, jak nas tam zawieziono, zabrano nas z powrotem

Tylko Kilka miesięcy minęło — i niby wszystko było po staremu.

Jedyna wiosna

Przez uchylone okno wpadają pierwsze sygnały dnia. Już nie śpimy, wdychamy rześkie powietrze – zapowiedź kolejnego pięknego dnia. Zaraz wyskoczę do sklepu po rzodkiewki, zieloną cebulkę i serek homogenizowany. Czy można marzyć o czymś lepszym na wiosenne śniadanie? Trudno wyrwać się z ciepłej pościeli, z atmosfery łóżkowego lenistwa, ale żołądek też ma swoje prawa. Wstaję więc pierwszy, zostawiając Irenkę jeszcze zanurzoną w nocnym półśnie.

Jak dobrze jest nigdzie się nie śpieszyć. Nie czeka na mnie pociąg, nie goni tramwaj, nie mam żadnych terminów. Tak, ale na ten luksus trzeba było zapracować – dotrzeć do piątego roku studiów.

Jestem szczęśliwy. Spoza przyprószonych kwiatami gałęzi jabłoni wyziera słońce, ogrzewając cały świat wokół mnie. W oknie naszego pokoiku siedzi Irenka z grubą książką na kolanach. Pot leje mi się z czoła – rozkręcam SHL-kę, motocykl kupiony na katowickiej giełdzie. Chodzi idealnie, ale dla świętego spokoju sam muszę wszystko sprawdzić. Nie potrafię całymi godzinami siedzieć nad pracą dyplomową. Idzie mi dobrze i wiem, że zdążę do jesieni.

Gospodyni przynosi mi szklankę zimnej wody z sokiem truskawkowym, a Irenka – kokieteryjnie uśmiechnięta – robi do mnie oko. Gdyby nie pamięć o przeżyciach z pierwszego roku małżeństwa, można by powiedzieć, że wszystko układa się jak w bajce.

Irenka przygotowuje się do ostatnich egzaminów, ja obliczam fundamenty pod przemysłowy generator. Nie mam już wykładów, tylko konsultacje na uczelni. Dlatego przeniosłem się do Gliwic. Rzadziej widuję się z Jackiem i Pawłem, za to częściej z nową paczką rajdową. To z nimi wędrowałem po Pieninach, to z nimi – w zimie – do Koniakowa. Właśnie wtedy, wśród śniegu i gitar, zaczęła się rodzić moja nowa pasja.

W sklepach pojawiły się pierwsze kamery filmowe dla amatorów. Ojciec, mając dobre układy w nyskiej Foto-Optyce, przyniósł do domu prawdziwe cacko: radziecką „Newę 2 / 2×8”. Na papierze wszystko wyglądało świetnie, w praktyce wymagało cierpliwości i zręcznych palców. Film zakładało się jak zegarek. Postanowiłem więc spróbować podczas rajdu pienińskiego. Kupiłem kolorową taśmę ORWO, nakręciłem kilka rolek – i klapa. Film wyszedł ciemny, niedoświetlony.

Na szczęście pan J. z Siemianowic, właściciel pierwszego prywatnego laboratorium filmowego na Śląsku, ustawił światłomierz i dał kilka lekcji praktyki. Okazało się, że filmowanie to nie fotografia. Trzeba myśleć o ruchu, rytmie i czasie. Sięgnąłem więc po fachowe książki i wciągnęło mnie na dobre.

Postanowiłem uwiecznić koniec studiów. Na brystolu wymalowałem tytuł: Ostatnia prosta. Kilka scen nakręciłem na politechnice – dyplomanci przy stołach kreślarskich, gęste światło na rysunkach, cienie linijek. Najpiękniejsze ujęcia powstały jednak w naszym pokoju – w pierwszym szczęśliwym miejscu nie najlepiej zapowiadającego się małżeństwa.

Pokój wynajmowaliśmy u przemiłej pary emerytów przy ulicy Ułanów. Za oknem tylko świergot ptaków i leniwe kocie miauczenie. W słońcu budzącego się lata dzieliliśmy czas na naukę, miłość i wycieczki.

Odnowiona SHL-ka spisywała się doskonale. Wskakiwaliśmy na nią przy każdej okazji. Poczciwą „Oskę”, po paru naprawach, sprzedałem Jurkowi – pozostało po niej jedynie kawalerskie wspomnienie. Porównywać skuter z motocyklem to jak przymierzać krzesło do fotela – oba służą do siedzenia, ale każdy w inny sposób.

Tego dnia słońce zapowiadało się wspaniale, ale o jedenastej miałem konsultacje z żelbetu. A Irenka kusiła:

– Chodź! Pojedźmy nad jezioro, wykąpiemy się, zdążysz wrócić!
– A jak motor nawali?
– Ach, daj spokój! Chodzi jak zegarek.
– Masz rację. Szkoda dnia!

Zazwyczaj jeździliśmy nad Goczałkowice, za tamę – tam nie było żywej duszy. Tego dnia wylądowaliśmy jednak na miejskiej plaży.

– No, to chodź! – zawołałem. – Do wody!
– Poleżę chwilę na kocu. Brzuch mnie boli.
– Okres?
– Wygłupiasz się! Przecież dopiero co miałam.
– No dobra, to ja idę popływać.
– Tylko nie siedź za długo, jak cię skurcz złapie, to nie skaczę!
– Pomyśl raczej, żebyś skakała wieczorem!

Zanim zdążyłem dopłynąć do boi, usłyszałem warkot motorówki. „Pogotowie wodne” – cholera, pewnie mandat. Ale łódź kieruje się wprost na mnie.

– Musimy pana wciągnąć! Z żoną coś się stało!

Na brzegu tłum gapiów. Irenka zwinięta w kłębek, pojękuje z bólu.

– Wezwij pogotowie! Nie wytrzymam!

Karetka przyjechała szybko i zabrała ją do szpitala. Pojechałem za nimi do Pszczyny.

– Żona jest na ginekologii – usłyszałem w izbie przyjęć.

Czas stanął. Po dwóch godzinach wyszedł zmęczony operator – doktor B.

– Proszę się nie martwić. Udało się. Usunęliśmy kilka cyst, udrożniliśmy jajowody. Gdyby nie operacja, pańska żona nigdy nie mogłaby mieć dzieci. Teraz jest dobrze. Za parę miesięcy będzie w ciąży!

Uwierzyłem mu. Chciałem uwierzyć.

Na sali Irenka była blada jak ściana. Trzęsła się, miała nudności. Poprosiłem o silniejsze środki przeciwbólowe. Doktor rozłożył ręce – morfina tylko dla najcięższych przypadków.

Gdy wróciłem z pustymi rękami, Irenka patrzyła na mnie z nienawiścią. Głosem twardym jak stal zwróciła się do ojca:

– Robert! Ty musisz porozmawiać z ordynatorem! To niemożliwe, żeby dla swoich ludzi nie mieli lekarstw!

I Robert załatwił morfinę.

Czułem niesmak. Nie rozumiałem, jak mogła – przyszła lekarka! – nie liczyć się z cierpieniem innych ludzi. Czy to był egoizm, histeria, czy po prostu wiara, że wszystko jej się należy?

Drogę z Gliwic do Pszczyny znałem później na pamięć. Jeździłem codziennie, przez trzy tygodnie. Trasę do Strumienia – dokąd Irenka pojechała na rekonwalescencję – pokonywałem już o wiele rzadziej.

Upragnione M-2

Przeżywałem ciężkie chwile, ale wiedziałem, że muszę wytrwać. Huśtawkę nastrojów, rozważania o przyszłości, zagłuszałem mantrą powtarzaną po cichu w dzień i w nocy: „Dyplom, dyplom i jeszcze raz dyplom. Tylko to się liczy. Oddaj pracę, obroń ją – a potem zobaczysz.”

Nie miałem już właściwie powodów, by zostawać w Gliwicach. Praca magisterska była gotowa, wystarczyło ją przepisać, wykreślić ramę fundamentową na kalce, oddać promotorowi. Pokój bez Irenki stał się nagle strasznie pusty. Cisza miała zapach nieobecności. Postanowiłem wrócić do Katowic.

Na rajd w Bieszczady pojechałem sam. Irenka nie była jeszcze w formie – wolała uczyć się do ostatnich egzaminów pod skrzydłami mamy i babci w Nysie.
Rajd był cudowny. Góry pachniały mokrym lasem, a ogniska płonęły długo po północy. Zżyłem się jeszcze bardziej z Pawłem; wspólne spanie w namiocie, jedzenie z jednej menażki i picie z tej samej butelki bardzo zbliża – choć nie aż tak, by zapomnieć o żonie.
Zamiast kamery zabrałem aparat fotograficzny. Z każdego dnia wracałem z garścią kadrów: połoniny w słońcu, twarze przy gitarze, lustro jezior duszatyńskich. Wieczorem śpiewaliśmy, jakby to był ostatni rajd w naszym życiu – a przecież każdy z nas miał jeszcze obronę przed sobą. W powietrzu czuło się już jednak zapach końca studiów i coś z melancholii pożegnania.

Po powrocie do Katowic korzystaliśmy z ostatnich dni wolności. Gdyby nie problem z czwartym do brydża, gralibyśmy bez przerwy. Paweł był perfekcjonistą, Jacek – hazardzistą, mnie cieszyła sama gra. Graliśmy honorowo, nie na pieniądze, ale z powagą, jakby od rozdania zależał los świata.
Babcia Ola, nasz cichy sprzymierzeniec, lubiła młodych ludzi i przymykała oko na nocne hałasy. Zostałem więc organizatorem karcianych posiedzeń i zaopatrzeniowcem w beczkowe piwo – przynoszone w bańce na mleko z baru przy kinie „Zorza”.

Dzień obrony, trzeci listopada 1967 roku, okazał się zaskakująco spokojny. Oczekiwałem napięcia, gorącej dyskusji nad projektem, a wszystko poszło błyskawicznie, bezbarwnie, jakby komisja też chciała już mieć to za sobą.
Był tylko jeden zgrzyt – przewodniczący uznał, że mój temat prowadzono w niewłaściwej katedrze. Z tego powodu obniżono mi ocenę. Nie przejąłem się. Największą przeszkodę miałem za sobą.

Jeszcze długo później śnił mi się ten sam koszmar: biegnę po niekończących się schodach z teczką pod pachą, zbliżam się do drzwi sali egzaminacyjnej, a komisja właśnie wychodzi. Przewodniczący rozkłada ręce: „Za późno”. I wtedy budzę się z uczuciem, że znowu nie zdążyłem.

Tego dnia jednak zdążyłem.
– Dzień dobry, przyszedłem odebrać dyplom – powiedziałem w dziekanacie.
– Dzień dobry, panie magistrze – odpowiedziała sekretarka.

„Panie magistrze…” – słowo, które do tej pory mnie śmieszyło, nagle zabrzmiało jak odznaka. Poczułem gorąco na policzkach. Tak, tak… Panie magistrze. Mógłbym się oburzać, ale w głębi duszy było mi po prostu przyjemnie.

Irenkę zatrzymały we Wrocławiu egzaminy – a może i ambicja, że to ja pierwszy stanąłem na mecie. Radość z obrony przyszło mi więc dzielić samemu. Choć właściwie nie byłem sam – przyjaciele pilnowali, żebym się przypadkiem nie smucił.
„Oblewaliśmy” dyplom przez cały miesiąc. Dołączył Staszek, który musiał przerwać studia, ale cieszył się jakby obronił własną pracę. To on, zainspirowany „Grekiem Zorbą”, nauczył nas tańca zwycięzców: cztery splecione ramiona, kilka kroków w lewo i w prawo, rozkrzyczane gardła, młodość, która wierzyła, że może wszystko.

A potem przyszła codzienność.
Ulica Warszawska 6 – biura Centralnego Związku Spółdzielni Budownictwa Mieszkaniowego. Moje pierwsze miejsce pracy. I pierwsze rozczarowanie.
Referent w Wydziale Przygotowania Inwestycji – brzmi dumnie, ale w praktyce oznaczało siedzenie nad regulaminami i przepisami, których nie rozumieli nawet ci, którzy je pisali. Miałem dyplom inżyniera budownictwa, a wystarczyłaby matura i cierpliwość. Wiedziałem, że długo tu nie wytrzymam, ale musiałem odpracować stypendium.

Po Nowym Roku wróciliśmy z Irenką do Katowic, znowu do babci. Marzyliśmy o własnym mieszkaniu. Dyrektor CZSBM-u obiecał, że wkrótce dostanę przydział na M-2, a jego sekretarka dodała szeptem:
– Panie magistrze, gdyby się okazało, że pańska żona jest w ciąży, poszłoby szybciej.

Wiedzieliśmy, co to znaczy.
– Irenka, pojedź do Nysy, załatw zaświadczenie u doktora Śliwy.
– Po co do Nysy? W Bytomiu znam doktor K., wystarczy.

Po paru dniach wróciła.
– Jestem w ciąży – powiedziała.
– Fantastycznie! Ile cię to kosztowało?
– Naprawdę jestem w ciąży!

Spoważniałem. Dziecko planowaliśmy dopiero po jej egzaminach, ale skoro tak… Cieszyłem się. Wziąłem ją w ramiona.
– No to teraz będzie nas troje. Co chcesz – chłopca czy dziewczynkę?
– A ty?
– Oczywiście chłopca!
– Jak się postarałeś, tak będziesz miał.

Śmialiśmy się. Świętowaliśmy szampanem i… radiem.
W sklepie na 3 Maja przywieźli właśnie Turandoty. Poleciałem po pieniądze, kupiłem jedno z ostatnich.
– Nastaw na „Luksemburg”! – powiedziałem, podłączając kabel.
– Zostaw, to są Beatlesi!
– „Michaelis… Michaelis…”
– No to zdrowie Michała!
– Jakiego Michała?
– Naszego syna!

W papierach poszło szybko. CZSBM wysłał pismo do Spółdzielni, zapewniając nam pierwszeństwo.
Był tylko jeden warunek – trzeba wnieść wkład mieszkaniowy. A na to nie mieliśmy grosza.
Teść pomagał drobniej, ale o większej sumie nie było mowy. Moi rodzice – żadnych oszczędności, za to dwa samochody.
– W zasadzie chcieliśmy, żebyś jeździł starą warszawą – powiedział ojciec. – Ale mieszkanie ważniejsze. Sprzedaj auto.

Żal mi było, ale trudno. Zaprosiłem Jacka, Pawła i Staszka na pożegnalny wypad do Zakopanego, po czym wywiozłem staruszkę na giełdę. Sprzedała się szybko.

Trzynaste piętro. Zapach świeżego tynku, farby i betonu. Długi balkon z widokiem na park, ZOO i stadion. W oddali błyszczała kopuła planetarium. Z Wesołego Miasteczka dochodził gwar – jak zapowiedź życia, które miało się dopiero zacząć.

Dwa pokoje: jeden maleńki, z ledwie mieszczącym się tapczanem i szafą, drugi jasny, połączony z korytarzem, a w nim kącik kuchenny z witryną, przez którą można było podawać posiłki prosto na stół.

Nie miałem czasu upajać się radością. Każdą chwilę zajmowało urządzanie gniazdka, poprawki, malowanie. Irenka wniosła w posagu ładny, niebieski komplet, ale kuchnia i łazienka świeciły pustkami.
Z pomocą przyszli rodzice. Niecierpliwie czekali na pierwszego wnuka, a razem z nim – na swoje miejsce w naszym życiu.

Dzięki nim wkrótce mieliśmy wszystko.
„Wszystko” – to znaczy: łóżko, stół, krzesełka i dziecięce łóżeczko. Reszta mogła poczekać.

Nie wiedziałem jeszcze, że to M-2, o które walczyliśmy z takim zapałem, będzie zarazem naszym pierwszym niebem – i pierwszym więzieniem.

Żywe srebro

Dom rodzinny był zawsze pełen gości. Najczęściej odwiedzała nas ciocia Bumcia.
W okresie lwowskim pani Bernadeta mieszkała obok rodziców, w bliźniaczej willi, i z biegiem czasu ich stosunki sąsiedzkie przerodziły się w rodzinne.
Owdowiała jeszcze podczas wojny, po tragicznym wypadku męża-lotnika, a potem, w nowej politycznej i gospodarczej rzeczywistości, nie mogła znaleźć miejsca.

Tę naszą przyszywaną ciocię gościliśmy miesiącami, wykorzystując przy okazji jej krawiecki kunszt.
Bumcia potrafiła szyć ładnie i bardzo dokładnie. Kiedy jednak w czasie pracy została przez kogoś zagadnięta, igła nieruchomiała, grube okulary opadały na nos, jej zmęczone oczy nabierały blasku — i rozpoczynała się opowieść, trwająca nieraz długie godziny.
A że robiła to w sposób interesujący, nikt nie miał odwagi przerywać tych, wypełnionych życiową mądrością, historii.
Wyjątek stanowiły sytuacje, w których coś musiało być gotowe na wczoraj; wtedy wszyscy uważali, by jakimś, nawet nieistotnym pytaniem, nie odwrócić uwagi cioci od szycia.

Ciocia Marysia, z linii mamy, bywała u nas równie często.
Każdą czynność wykonywała w sposób pedantyczny.
Nie zapomnę, jak uczyła mnie składać różki pościeli przygotowywanej do maglowania.

Mój zeszyt, który miał być graficzną ilustracją przeczytanych lektur, świecił pustkami.
Pewnego wieczoru na białych jego kartkach ręka cioci Marysi zaczęła wyczarowywać literackie postacie.
Dołączył się również ojciec.
Powstało dzieło, które jednak nie mogło przekonać nauczyciela o pełnym zrozumieniu przeczytanych przeze mnie lektur.

Zdarzało się, że przebywały u nas jednocześnie dwie ciocie.
Zazwyczaj rodzice wtedy gdzieś wyjeżdżali — czyli hulaj dusza!

W gabinecie ojca znalazłem uszkodzony ciśnieniomierz.
Na dnie skrzynki połyskiwały kulki rtęci, które w zależności od sytuacji rozdrabniały się lub łączyły w całość.
O złapaniu w palce tego żywego srebra nie było mowy.
Zdemontowałem resztkę rozbitej rurki i przy jej pomocy, wciągając powietrze, wsysałem tańczące kulki, przenosząc je tym sposobem do małej buteleczki.
Pod koniec zabawy poczułem coś w ustach.
Nie było mowy o wykrztuszeniu — poleciało dalej.

Zdecydowałem się przyznać cioci Bumci.
Zareagowała energicznie, choć bez paniki i krzyków.
Zdawało mi się nawet, że jej oczy uśmiechały się, jakby mówiły:
— Co ty jeszcze, Andrzejku, potrafisz wymyślić?

Poszliśmy natychmiast do szpitala. Byłem tam ogólnie znany.
Siostra Aurelia położyła mnie na stole, przykryła to, co w przyszłości miało spełniać rolę męskich części, ołowianym fartuszkiem i nakazała przez parę sekund się nie ruszać.

Pokazując cioci Bumci świeżo wywołane, jeszcze mokre rentgenowskie zdjęcie, wskazała mały czarny punkt i uspokoiła:
— Ach, to jest drobnostka, nic mu nie będzie. Tydzień temu, proszę pani, jeden wariat zjadł cały termometr i jest zdrowy.

Więcej do sprawy nie wracano.
Uszkodzony ciśnieniomierz też zniknął.

« Ältere Beiträge Neuere Beiträge »

© 2026 Wojciech Rosyk

Theme von Anders NorénHoch ↑