Kategorie: Czerwona gondola (Seite 1 von 2)

Gondolier

Zieloną przestrzeń przed domem przecinał głęboki rów — granica dziecięcego świata. Rozciągał się w poprzek szerokiej łąki, wyznaczając teren naszych zabaw. Nigdy nie myślałem, kto go wykopał ani czyje czołgi miały w nim ugrzęznąć. Wiedziałem tylko jedno: każde zbliżenie do brzegu mogło skończyć się laniem.

Ale ileż pokus było silniejszych niż strach przed karą!

Zimą, gdy woda zamarzała, nasz świat tajemniczych wypraw stawał się bezkresny. Wracając ze szkoły, wystarczyło przykręcić łyżwy wyciągnięte z tornistra i już mogliśmy pędzić po lodzie, aż do zmierzchu. Śnieg gasił pragnienie, chłodził rozpalone policzki i przypominał, że w domu czeka nieuchronna kara. Doskonale opanowałem sztukę obrony przed paskiem — tylko raz poniosłem klęskę.

Zaskoczony na środku pokoju, usłyszałem świst cienkiej, biało-niebieskiej plecionki w ręku mamy. Nie miałem szans. W ostatnim odruchu wskoczyłem pod dywan — i przez chwilę byłem dumny z własnego geniuszu. Dumę zagłuszył kurz, który wzbijał się w powietrze niczym mgła.

Mama wpadła w furię. Nie wiedziałem, że ma w sobie tyle siły. W pokoju zakotłowało się — jej krzyk mieszał się z łoskotem przewracanych krzeseł. Próbowałem jeszcze wpełznąć głębiej pod ciężkie fałdy dywanu, ale na próżno.

Marsz do łazienki był triumfem jej cierpliwości. A moja tylna część ciała — wyjątkowo czysta — lśniła od odkurzonych miejsc.

Wiosną łąkę — od ogrodu aż po rów przeciwczołgowy — zalewała woda. Rodzice twierdzili, że to efekt źle działającej kanalizacji całego zespołu szpitalnych budynków.
Dla nich to było bajoro, dla nas — morze fantazji.

Z altany wynosiliśmy stare drzwi, które stawały się statkami, tratwami i okrętami wojennymi. Godzinami potrafiliśmy dryfować po zalewie dziecięcych marzeń, prowadzić bitwy i zdobywać nieznane lądy.

W tych wyprawach towarzyszył mi Staś — syn woźnicy zatrudnionego w szpitalu. Razem szukaliśmy morskich skarbów, pirackich łupów i nieistniejących wysp. Często przychodził pod okna z przygotowaną żerdzią, naszą liną cumowniczą i zaproszeniem do przygody. Rodzice nie byli zachwyceni tymi wyprawami na gnojówkę, ale przymykali oko.

— Gondolier na ciebie czeka! — zawołała mama.

Grałem właśnie z Krysią w wojnę i przegrywałem, więc bez żalu porzuciłem karty. Spadły na podłogę, a ja wybiegłem z pokoju, słysząc za sobą pisk młodszej siostry:

— Gondolier! Gondolier! Gondolier!

Nie przejmowałem się jej wrzaskami. Lubiłem się z nią droczyć. Ale Stasia to słowo ugodziło jak kamień — poczerwieniał, zaciśnięte usta wykrzywiły mu się w gniewnym grymasie.

— Nie jestem żadnym gondolierem! — wycedził przez zęby.

Czy mógł wiedzieć, czym jest odległa Wenecja i jej wąskie kanały? A jednak obraził się śmiertelnie.

Do dziś, gdy zdarza mi się płynąć po Canal Grande, myślę o Stasiu. O brudnej wodzie, która potrafiła rozbudzić wyobraźnię mocniej niż jakiekolwiek morze. O chłopięcych wyprawach, które były początkiem wszystkiego.

Na Szajbie

Nie były to mury Carcassonne — proste, bez baszt i wykuszy, nie broniły przed wtargnięciem do środka, lecz uniemożliwiały wyjście na zewnątrz. Więzienie? Nie. Zakład dla obłąkanych.

Szpital na Szajbie, odcięty od miasta i wsi, tworzył osobne miasteczko — z własnym rytmem i zasadami. Dyrektorem był ksiądz. Mieszkał nad nami, na pierwszym piętrze. Żyliśmy w zgodzie. Do dziś pamiętam zapach anyżowych ciasteczek, którymi nas częstował — ten aromat ciągnie się za mną przez całe życie.

Z biegiem lat szpital zmieniał charakter. Stawał się bardziej otwarty, pojawiały się nowe oddziały, a ojciec objął chirurgię. Tylko jeden element pozostał niezmienny — siostry zakonne. Były wszędzie. W habitach, jednakowo skupione i poważne, opatrywały chorych, sprzątały sale, prowadziły laboratorium, a potem z tą samą godnością piekły chleb lub karmiły świnie. Nigdy nie widziałem ich odpoczywających. Ja za to miałem aż za dużo czasu i wciąż odkrywałem zakazane zakamarki. Nic dziwnego, że często wpadaliśmy na siebie. Niemiecki porządek nie przewidywał miejsca dla takiego rozbrykanego chłopca.

Bawiłem się kiedyś w piwnicy maszyną do szatkowania kapusty. Przyłapała mnie siostra Gertruda.
— Poobcinasz sobie palce! — krzyczała, ciągnąc mnie za ucho.
— No to co! Tato mi je przyszyje.

Po kilku takich wybrykach mama przywiązała mnie sznurem do barierki przy drzwiach wejściowych. Swoboda ograniczona została do dziesięciu metrów konopnego splotu, który — jakimś cudem — po paru godzinach zniknął.

Andrzej — o rok starszy ode mnie towarzysz podwórkowych wypraw — górował nade mną nie tylko wiekiem. Razem psociliśmy, lecz kary spadały głównie na mnie. Nie miałem pojęcia, czym są pieniądze, gdy on już ciągnął mnie na swoje „zarobkowe wyprawy”.

Najczęściej wybieraliśmy się do wielkiej powozowni. Za każdym razem naszym łupem stawały się drobniaki porozrzucane po siedzeniach lub podłogach bryczek i karet. Skąd się brały w tym mrocznym, cichym miejscu — nie miałem pojęcia. Andrzej natomiast poruszał się tam jak zawodowiec, wiedział, kiedy i gdzie szukać.

Pewnego wieczoru postanowiłem spróbować sam. Wślizgnąłem się przez uchyloną bramę, z sercem bijącym aż w gardle. Z wnętrza rozkołysanej bryczki dobiegały dziwnie przytłumione głosy. Nagle kobiecy krzyk przeciął ciszę. Sparaliżowany ze strachu, rzuciłem się do ucieczki.

Następnego dnia czatowałem przed powozownią, gdy Andrzej znów zniknął w środku. Po chwili wyszedł, a złożone dłonie zabrzęczały dźwiękiem monet. Spod przymrużonych powiek sączyło się szyderstwo.

Podziwiałem go — był odważniejszy, sprytniejszy, zawsze o krok przede mną.


Dyrekcja szpitala przeznaczyła Pawilon Ogrodowy, w którym mieszkaliśmy, na oddział zakaźny. Musieliśmy się przenieść do budynku poza terenem szpitala — dawnego domu sióstr zakonnych. I znów ksiądz mieszkał nad nami, a Andrzej z rodzicami na parterze.

Nowe miejsce miało nieskończoną ilość zakamarków. Mieszkałem tam tylko ciałem — myślami byłem ciągle w ogrodzie. W domu bywałem jedynie na posiłkach i podczas snu.

Do naszego nowego domu przylegał ogromny ogród z altaną pośrodku. Dalej prowadziły wąskie, nieodkryte dróżki wśród gęstych krzaków i drzew. Na końcu wznosiła się skarpa, na którą wchodziło się ścieżką z kamiennych płyt. Furtka na jej szczycie była zawsze zamknięta — jakby prowadziła do innego świata.

Budynek gospodarczy wypełniało świeżo pachnące siano. Na jego płaski dach wdrapywaliśmy się po starym drzewie. W piwnicach natomiast zalegały rzeczy ludzi, którzy musieli w pośpiechu opuścić swoje domy. Stosy walizek, garnków, ram i książek sięgały po sufit. Najwięcej było książek — z literami o dziwnych kształtach. Nie rozumiałem ich. Szukałem tylko obrazków. Wszystko wydawało się odległe, nierealne, jak przeszłość o zapachu stęchlizny.

W prawej części piwnicznego korytarza stał stary piec do wypieku chleba. Spenetrowaliśmy go nie raz, szukając skarbów — lecz poza popiołem nie znaleźliśmy niczego.

Pewnego dnia Andrzej znów namówił mnie na poszukiwania. Miał w oczach przekonanie proroka, jakby coś przeczuwał. Sam został przy drzwiach, skrzypiących od rdzy, a ja ochoczo zabrałem się za przekopywanie popiołu. Po chwili natrafiłem w rogu na małe, zakurzone pudełko po zapałkach. W środku leżały starannie poskładane, zielone banknoty.

Radość trwała krótko. Andrzej tylko wzruszył ramionami i stwierdził, że to bezwartościowe papierki. Zabrał mi je z uśmiechem cwaniaka i pobiegł do domu.

Stałem oszołomiony, otrzepując z popiołu portki. Z koszuli nie mogłem zetrzeć sadzy i wiedziałem, że tym razem naprawdę oberwę.

Pomyliłem się jednak. Mama zamiast krzyczeć, zaczęła mnie wypytywać z niepokojem, gdzie się tak wybrudziłem. Nie umiałem kłamać — ślady jednoznacznie wskazywały piec. W końcu zapytała, czy niczego tam nie znalazłem. Zacząłem mętnie tłumaczyć, że była jakaś stara paczka i pieniądze, które zabrał Andrzej.

Wtedy w domu zapadło napięcie, jakiego dotąd nie znałem. Ojciec chodził po pokoju, paląc papierosa za papierosem. Mama zniknęła za drzwiami z matką Wojtka. Kiedy wróciła, trzymała w dłoni znajome pudełko po zapałkach.

Rodzice zamknęli się w gabinecie. Wiedziałem, że jeśli tym razem dostanę lanie, zapamiętam je na długo. Ale los był łaskawy — zamiast krzyków odbyła się poważna rozmowa.

Dopuszczono mnie do tajemnicy. Powiedzieli, że znalezione pieniądze są prawdziwe, ale samo ich posiadanie mogłoby sprowadzić na nas kłopoty, nawet więzienie. Trzeba je będzie dobrze ukryć — i, co najważniejsze, nikomu o tym nie mówić.

Słuchałem bez większego zrozumienia. Świat dorosłych był dla mnie równie odległy, jak te dziwne litery w piwnicznych książkach. Czułem tylko rozczarowanie — nie z powodu pieniędzy, lecz przez Wojtka. Mój najlepszy kumpel okazał się kłamcą i zdrajcą.

Te same zielone papierki odnaleziono wiele lat później, podczas strojenia pianina. W pożółkłej kopercie, ukrytej w skrzyni instrumentu, leżało dwadzieścia kanadyjskich dolarów. Rodzice przysięgali, że nie wiedzą, kto je tam schował.

Jurandów

Z letnich wakacji nad morzem wróciliśmy rozszumiani i rozbiegani — rozsadzała nas energia, a stare kąty nagle stały się za ciasne. I wtedy przyszło coś, czego się nie spodziewałem: osamotnienie.

Zabrakło towarzysza zabaw — Andrzej poszedł do szkoły. Nie wiedziałem, co ze sobą zrobić.

Przypętał się do mnie szczeniak, ledwo stojący na nogach. Nosiłem go na rękach, wałęsaliśmy się razem po okolicy. Pewnego dnia zawędrowałem pod szkołę. Przykleiłem nos do szyby i z zazdrością patrzyłem na Andrzeja. Siedział w trzeciej ławce, pochylony nad zeszytem, zupełnie obojętny na moją obecność.

Przychodziłem tam codziennie. W oczekiwaniu na niego tuliłem szczeniaka, który w końcu zasypiał w moich ramionach. Wracaliśmy razem do domu, jak dwaj wyrzutkowie.

Któregoś dnia nauczyciel otworzył okno. Przestraszyłem się — myślałem, że mnie przegoni. Już miałem uciekać, gdy zawołał:
— Jak masz ochotę, wejdź do środka i usiądź w ławce!

Bez wahania wskoczyłem przez okno. Wszyscy wybuchnęli śmiechem, a nauczyciel tylko podkręcił wąsa. Usiadłem przed dużą tablicą, dumny jak król. Nie wiedziałem wtedy, że tym jednym gestem zalegalizowałem koniec swojej wolności.

Zamiast szczeniaka zacząłem nosić tornister.

Z pierwszej klasy pamiętam głównie księdza-katechetę. Nie potrafił po bożemu przekonać mnie do nauki, więc często obrywałem linijką po rękach. Każdy rok w jurandowskiej szkole przynosił jakieś wydarzenie, które zostawało w pamięci.

Druga klasa — uczyła nas pani Pawłowska, spokojna, opanowana, z ciepłym spojrzeniem i tonem, który nie znosił pośpiechu.

Pewnego dnia nie odrobiłem zadania domowego.
— Gdzie masz zeszyt? — zapytała.
— Mam… tylko tornistra nie mogę otworzyć — odpowiedziałem z powagą.

Pod ławką z całej siły związywałem sznurówką zamknięcie.
— Daj tutaj, to rozwiążę — powiedziała łagodnie.
Pomyślałem, że jeśli przetnie sznurówkę, będę wracał do domu w jednym bucie, ale jak chce próbować — niech próbuje!

Podałem tornister. Pani Pawłowska, jakby nie widząc całej misternie splecionej konstrukcji, spokojnie prowadziła dalej lekcję. Obserwowałem jej palce z rosnącym napięciem. Po kilku minutach oddała mi tornister i sznurówkę. Nie powiedziała ani słowa o zadaniu.

Nie sądzę, by chciała w ten sposób pochwalić się cierpliwością — a jednak właśnie to najbardziej utkwiło mi w pamięci.

W czasie przerwy bawiliśmy się w ciuciubabkę. Lubiłem szukać po omacku; zawsze było na co trafić, bo dziewczyny stanowiły większość w klasie. Już któryś raz nie mogłem rozpoznać, kogo łapię, gdy poczułem bliskość Marysi. Skok — i nagły trzask! Cisza. W ustach poczułem smak krwi. Opaska spadła. Na podłodze leżał mój ząb.

Pani Pawłowska natychmiast wysłała mnie z Andrzejem do domu. Szedłem ze spuszczoną głową, a on niósł w kieszeni moją jedynkę, wypalcowaną przez ciekawskich kolegów.

Na chirurgii wszyscy nas znali. Ojciec tylko pokiwał głową i zaprowadził mnie na salę operacyjną. Jedynka wylądowała w soli fizjologicznej, ja na stole. Po chwili tatuś, z wprawą chirurga, wsadził mi ząb na miejsce. Nie pisnąłem ani słowa.

Trzymał się sześć lat — mógłby dłużej, ale to już historia innej klasy.

Na początku trzeciej klasy pani Pawłowska zachorowała. Jej miejsce zajął mąż — pan Pawłowski. Ojciec, jako lekarz, odwiedzał chorą nauczycielkę w domu. Z czasem wizyty zaczęły przybierać coraz bardziej towarzyski charakter, a ja kilka razy mu towarzyszyłem.

Siedziałem grzecznie na krześle, starając się wyglądać jak wzorowy syn z dobrego domu. Prowadzono poważne rozmowy, w których każde zdanie brzmiało jak urzędowy protokół — powoli, z godnością, z obowiązkowym „panem” i „panią”. Do „pana doktora” i „pani doktorowej” byłem już przyzwyczajony, słyszałem to niemal codziennie, ale gdy ojciec zwracał się do Pawłowskich, ludzi, którzy na co dzień użerali się z rozbrykanymi dzieciakami ze wsi, per „panie profesorze” i „pani profesorowo” — brzmiało to dla mnie jak …

Na ostatniej lekcji z polskiego mieliśmy dyktando. Pan Pawłowski przechadzał się między ławkami, spoglądając przez okulary na nasze zeszyty. Gdy dotarł do mojego, zatrzymał się. Wziął go do ręki, pochylił głowę, a jego brwi uniosły się powoli w niemym zdziwieniu. W oczach, za szkłami okularów, pojawiła się mieszanina rozbawienia i niedowierzania. Nie powiedział jednak ani słowa.

Usiadł przy biurku, wertował kartki, aż w końcu rozległ się dzwonek kończący lekcję.

Wybiegłem z klasy razem z innymi — szczęśliwy, że koniec dnia. Ale nagle ktoś chwycił mnie za ramię. Odwróciłem się gwałtownie. Stał za mną pan Pawłowski.
— Proszę pana, ja nic nie zrobiłem! — wyrzuciłem z siebie natychmiast, zanim zdążył cokolwiek powiedzieć.

Nauczyciel nie odpowiedział. Spojrzał na mnie tylko i cicho polecił, żebym zaczekał pod oknem. Stałem więc na zewnątrz, z zazdrością patrząc, jak koledzy wybiegają z krzykiem w drogę do domu. W końcu usłyszałem lekkie stukanie w szybę. Okno się uchyliło. Ręką dał znak, żebym wszedł z powrotem do środka.

Z trudem wspiąłem się do klasy. W ciszy, jaka tam panowała, każde moje stąpnięcie odbijało się echem. Na ławce leżał mój zeszyt. Pan Pawłowski trzymał w dłoni wyrwaną kartkę — całą pokrytą czerwonymi znakami. Było ich więcej niż moich liter.
— Usiądź — powiedział spokojnie. — Spróbujemy jeszcze raz.

I tak, pod jego wzrokiem, przepisywałem wszystko od początku. Każda literka musiała być dokładnie taka, jaką dyktował. Każda próba samodzielności kończyła się cichym, lecz nieznoszącym sprzeciwu:
— Nie tak.

Czułem się jak w konfesjonale — z piórem zamiast różańca.

Kiedy skończyłem, zamknął zeszyt i skinął głową w stronę okna. Wyszedłem tą samą drogą, którą wszedłem. Na pożegnanie rzucił tylko:
— O tym, że tu byłeś, nie muszą wiedzieć nawet rodzice.

Wróciłem do domu w milczeniu, z uczuciem, że coś ważnego wydarzyło się w moim życiu — choć nie umiałem wtedy jeszcze powiedzieć co.

Do szkoły chodziłem różnymi drogami — między wiejskimi chałupami, wśród pól i pagórków. Świat robił się coraz większy, a ja poznawałem nowych kolegów, często zupełnie innych ode mnie. Wracaliśmy razem, z hałasem i śmiechem, przez jar, wzdłuż potoku, aż do rzeki. Szum wody prowadził nas aż pod szpitalny sad. Po sforsowaniu zamkniętej bramy rzucaliśmy się między drzewa — tam zawsze wybuchała wojna na jabłka.

Pewnej niedzieli wyruszyliśmy z Andrzejem na prawdziwą wyprawę. Za rzeką, tuż pod lasem, czekali na nas koledzy z klasy — ci, którzy „znali teren”. Na skraju zielonej polany wskazali miejsce, gdzie mieliśmy kopać.
— Wy szukajcie tu, my przy tamtych drzewach — polecił jeden z nich, z miną doświadczonego sapera.

Z zapałem rozgarnialiśmy patykami leśne poszycie. Już po chwili spod igliwia i piachu zaczęły wyłaniać się naboje karabinowe, łuski, a nawet pociski do dział. Metal błyszczał w słońcu jak skarb.

Andrzej, zawsze pewny siebie, wziął jeden z nabojów do ręki i zaczął tłumaczyć z przejęciem:
— Kulkę kładziesz na jednym kamieniu, łuskę na drugim… a tu, w środku, jak uderzysz w spłonkę — wybuchnie!

Pokazał, jak to robić. Zamarłem, gdy nabój lekko drgnął. Nikt się jednak nie bał — przeciwnie, czuliśmy dreszcz ekscytacji, jakbyśmy dotykali tajemnicy wojny.

Najbardziej błyszczące kulki braliśmy w całości. Z pozostałych wysypywaliśmy proch, czarny i sypki jak pył wulkaniczny.

Wieczorem rozpaliliśmy ognisko. Kiedy żar zrobił się mocny, wrzuciliśmy do środka puste łuski i przysiedliśmy z daleka. Każdy trzask, każdy błysk w ciemności sprawiał, że śmialiśmy się coraz głośniej. Gdy strzały zaczęły iść seriami, siedzieliśmy już w pełnym zachwycie, wśród iskier i świszczących spłonek, które tańczyły w powietrzu jak świetliki.

W końcu ognisko rozsypało się pod naporem wybuchów. Przesiąknięci dymem, z dzwonieniem w uszach, wróciliśmy do domu.

Zdobycz ukryliśmy w altanie — dopiero teraz miała się zacząć prawdziwa zabawa, ta, o której dorośli nie mogli się dowiedzieć. Bo im bardziej coś było zakazane, tym bardziej nas kusiło.

Ojciec często opowiadał o dzieciach, którym opatrywał poranione dłonie — po eksplozjach niewypałów, po zabawach z prochem. Słuchałem tych historii z pozornym spokojem, ale nie przestawałem myśleć o naszej altanie. Miałem sporo szczęścia. I chyba trochę rozumu.

Z czasem samo wrzucanie łusek przestało nas wystarczać — zaczęliśmy budować samopały. Najtrudniej było znaleźć odpowiednią rurkę; wystarczyła cienka, sklepana na ko          ncu przez szpitalnego kowala, którą można było dopasować do wystruganej kolby z kawałka drewna. Wypiłowanie małego otworu do podpalania i dopasowanie wszystko kończyło.

Do lufy wsypywałem proch, potem, owiniętą w papier kulkę, wpychałem patykiem albo ołówkiem. Krótka zapałka, syk i puuuff — a lufa ryczała. Zabawa nie polegała tylko na huku; samopał, choć prymitywny, potrafił trafić cel.

To już była piąta klasa. Pewnego deszczowego dnia, podczas długiej przerwy, któryś z kolegów chwalił się, że przymierzy ze swojej spluwy ptaka na drzewie. Nikt nie wierzył — więc udowodnił to, otwierając okno i palnął. Wróbel osypał się w puchu pierza.

Musiałem spróbować. Wyciągnąłem swój samopał, nabity wcześniej, stanąłem w oknie, zapaliłem — syk — i zamiast jednego strzału posypała się cała salwa. W oknach pierwszego piętra stanęli wszyscy chłopcy z dymiącymi lufami.

Gdy wrócił nauczyciel z dyrektorem, w ławkach panowała cisza. Woźny przeszedł między rzędami z wiadrem — jak przy kolekcie — i każdy, z ciężkim sercem, wrzucił broń. Na rodziców czekało zebranie następnego dnia.

Kara była surowa — tę pamiętam długo: kilka dodatkowych obowiązków, a mama zrobiła rewizję mojego pokoju. Znalazła prawdziwy pistolet. Jak do tego doszło — to już inna historia.

Kolumna wojska wracała z manewrów i zatrzymała się na górce. Weseli żołnierze rozprostowywali nogi, naprawiali rzeczy, śmiali się głośno. Artur, zawsze gotów zabłysnąć wiedzą szkolną, kręcił się wśród nich z rozbrajającym zachwytem.

Dwóch wojaków rozbierało koło ciężarówki i łatało uszkodzoną dętkę. Chcąc zaimponować Arturowi, podszedłem bliżej i przemądrzale oznajmiłem:
— Wiem, jak to się robi — mój tata też tak łata dętki.

Jeden z nich roześmiał się szyderczo:
— Pewnie twojej mamie też, co?

Kolejna salwa śmiechu przeszła po pagórku. Czułem, jak mnie pali w twarz. Wtedy żołnierz podniósł dłoń i, bezceremonialnie, wyciągnął spod siedzenia prawdziwy pistolet.
— Masz, jest dobry, tylko brak mu zamka — powiedział, wskazując na Artura.

Artur chwycił broń, a ja patrzyłem na nią z mieszaniną zachwytu i zazdrości. Pistolet błyszczał w jego rękach jak skarb. Zazdrość rozlała się po mnie gorącem.

Nie mogłem przestać o tym myśleć. Artur nosił pistolet przy sobie, chwalił się nim przed kolegami, a gdy pytali, tylko się uśmiechał i milczał. Czasem pozwalał mi na niego popatrzeć — nigdy jednak dotknąć.

W końcu postanowiłem działać. Z altany przyniosłem pudełko z prochem i garść ołowianych kulek. Poszedłem do niego.
— Dam ci wszystko — powiedziałem. — Proch, kulki, ile chcesz. W zamian za pistolet.

Najpierw się zaśmiał. Potem spoważniał.
— Na zawsze? — zapytał.
— Na zawsze — odpowiedziałem.

Patrzył przez chwilę, po czym skinął głową. Oddałem mu cały proch i wszystkie kulki, a on — jakby z ulgą — podał mi broń.

Pistolet był ciężki, chłodny, prawdziwy. Poczułem dreszcz, jakiego nie dała mi żadna dziecięca zabawka. Wiedziałem, że nie wolno mi się nim chwalić — i że od tej chwili jest mój.

Wieczorem bawiłem się nim po kryjomu, w cieniu lampy nocnej. Kładłem na dłoni, celowałem w ścianę, w cień na firance. Potem schowałem pod materac, jak największy skarb.

Odkrycie broni przeraziło mamę. Nie chodziło nawet o sam pistolet — raczej o to, że ktoś mógł go zobaczyć, że mogłoby się to źle skończyć.

W panice rodzice pojechali do domu Artura, żeby dowiedzieć się, skąd wzięła się ta zabawka o tak dorosłym ciężarze. Wrócili późno. Ojciec milczał, mama płakała.

Następnego dnia, jeszcze przed świtem, ojciec zabrał pistolet. Owinął go bandażem, jakby chciał uleczyć jego winę i wyszedł z domu. Patrzyłem z okna, jak idzie w stronę rowu przeciwczołgowego. Nie odwrócił się ani razu.

Nie mówiłem nic. Wiedziałem tylko, że odtąd będę musiał szukać innych przygód.


Zosia

Mamę całkowicie pochłaniał dom, ojca — szpital. Dzieciom nie poświęcali wiele czasu. Dopiero, gdy pojawiła się Zosia, w domu na dobre zadomowiła się rodzinna atmosfera.

Była najmłodsza i od razu zwróciła na siebie uwagę. Mała, świetlana, leżała najczęściej w łóżeczku, machając nogami i rękami, jakby próbowała dogonić resztę świata.
Krysia, młodsza ode mnie, nie rwała się do pomocy. Na widok pieluszki krzywiła się i chowała za drzwi, jakby nagle przypomniała sobie o czymś innym. A kiedy nie miała wyjścia, niosła ją w dwóch palcach wyciągniętej ręki do śmieci.

Ja z kolei zaglądałem do łóżeczka, mówiłem coś po swojemu, czasem podawałem grzechotkę, ale Zosia tylko patrzyła, jakby chciała mnie zapamiętać.

Mama, choć wiecznie zmęczona, odnajdywała przy niej cierpliwość, jakiej wcześniej nikt nie widział. Ojciec, wracając po dyżurach, nie szukał już fotela i gazety, tylko Zosi. Potrafili spędzać razem długie chwile — chociaż ona mówiła więcej, po swojemu.

Ojciec przebywał teraz częściej z nami, a mama, po przyjęciu do prac domowych siedemnastoletniej Helenki, mogła poświęcać więcej czasu swoim pociechom.
Na pierwszym planie była Zosia — nie licząc oczywiście ojca, który, dotąd tak surowy, coraz częściej przymykał oko na wybryki najmłodszej córki.
Od niego się zaczęło — potem wszyscy na wszystko jej pozwalali.
Kto pierwszy nazwał ją „świętym dzieckiem”, trudno powiedzieć, niemniej określenie to przylgnęło do niej na całe życie.

Święte dziecko szczęśliwie przeszło ciężką chorobę, po której kochano je i rozpuszczano w sposób już bezprzykładny.

Nie przyszło mi nigdy do głowy być zazdrosnym o uczucie, jakim darzono Zosię. Wręcz przeciwnie — pogodny, rodzinny nastrój wytworzył atmosferę, dzięki której zacząłem mniej obrywać.

Zupełnie niespodziewanie wysłano nas do prewentorium. Trochę osobistych rzeczy, parę książek w tornistrze. Obce miejsce — pierwsze dramatyczne przejście w życiu. Świat dzieci po chorobach, powracających do zdrowia. Rygor, w którym nie było miejsca na jakiekolwiek uczucie. Rozkazy wychowawczyń, nietolerujących indywidualności.

Najmilej wspominam zapach jesiennych liści w parku pełnym wysokich drzew, gdzie graliśmy w piłkę.
Najgorzej — ciszę poobiednią: na wyciągniętych na środek sali gimnastycznej siennikach musieliśmy leżeć w milczeniu przez półtorej godziny. Nie było mowy o wyjściu do ubikacji. Zdarzało się więc, że ciągnięty z powrotem siennik pozostawiał na podłodze mokry ślad.

Tak samo niespodziewanie, jak nas tam zawieziono, zabrano nas z powrotem

Tylko Kilka miesięcy minęło — i niby wszystko było po staremu.

Żywe srebro

Dom rodzinny był zawsze pełen gości. Najczęściej odwiedzała nas ciocia Bumcia.
W okresie lwowskim pani Bernadeta mieszkała obok rodziców, w bliźniaczej willi, i z biegiem czasu ich stosunki sąsiedzkie przerodziły się w rodzinne.
Owdowiała jeszcze podczas wojny, po tragicznym wypadku męża-lotnika, a potem, w nowej politycznej i gospodarczej rzeczywistości, nie mogła znaleźć miejsca.

Tę naszą przyszywaną ciocię gościliśmy miesiącami, wykorzystując przy okazji jej krawiecki kunszt.
Bumcia potrafiła szyć ładnie i bardzo dokładnie. Kiedy jednak w czasie pracy została przez kogoś zagadnięta, igła nieruchomiała, grube okulary opadały na nos, jej zmęczone oczy nabierały blasku — i rozpoczynała się opowieść, trwająca nieraz długie godziny.
A że robiła to w sposób interesujący, nikt nie miał odwagi przerywać tych, wypełnionych życiową mądrością, historii.
Wyjątek stanowiły sytuacje, w których coś musiało być gotowe na wczoraj; wtedy wszyscy uważali, by jakimś, nawet nieistotnym pytaniem, nie odwrócić uwagi cioci od szycia.

Ciocia Marysia, z linii mamy, bywała u nas równie często.
Każdą czynność wykonywała w sposób pedantyczny.
Nie zapomnę, jak uczyła mnie składać różki pościeli przygotowywanej do maglowania.

Mój zeszyt, który miał być graficzną ilustracją przeczytanych lektur, świecił pustkami.
Pewnego wieczoru na białych jego kartkach ręka cioci Marysi zaczęła wyczarowywać literackie postacie.
Dołączył się również ojciec.
Powstało dzieło, które jednak nie mogło przekonać nauczyciela o pełnym zrozumieniu przeczytanych przeze mnie lektur.

Zdarzało się, że przebywały u nas jednocześnie dwie ciocie.
Zazwyczaj rodzice wtedy gdzieś wyjeżdżali — czyli hulaj dusza!

W gabinecie ojca znalazłem uszkodzony ciśnieniomierz.
Na dnie skrzynki połyskiwały kulki rtęci, które w zależności od sytuacji rozdrabniały się lub łączyły w całość.
O złapaniu w palce tego żywego srebra nie było mowy.
Zdemontowałem resztkę rozbitej rurki i przy jej pomocy, wciągając powietrze, wsysałem tańczące kulki, przenosząc je tym sposobem do małej buteleczki.
Pod koniec zabawy poczułem coś w ustach.
Nie było mowy o wykrztuszeniu — poleciało dalej.

Zdecydowałem się przyznać cioci Bumci.
Zareagowała energicznie, choć bez paniki i krzyków.
Zdawało mi się nawet, że jej oczy uśmiechały się, jakby mówiły:
— Co ty jeszcze, Andrzejku, potrafisz wymyślić?

Poszliśmy natychmiast do szpitala. Byłem tam ogólnie znany.
Siostra Aurelia położyła mnie na stole, przykryła to, co w przyszłości miało spełniać rolę męskich części, ołowianym fartuszkiem i nakazała przez parę sekund się nie ruszać.

Pokazując cioci Bumci świeżo wywołane, jeszcze mokre rentgenowskie zdjęcie, wskazała mały czarny punkt i uspokoiła:
— Ach, to jest drobnostka, nic mu nie będzie. Tydzień temu, proszę pani, jeden wariat zjadł cały termometr i jest zdrowy.

Więcej do sprawy nie wracano.
Uszkodzony ciśnieniomierz też zniknął.

Babci pieróg

Bolał mnie ząb. Z dentystą nie miałem nigdy nic do czynienia, gdyż wszystko, co było związane ze zdrowiem rodziny, leżało w rękach ojca.

— Chcesz cały czas trzymać się za policzek i jęczeć, czy pójdziesz do szpitala, żeby ojciec wyrwał ząb? — zapytała mama.

Oczywiście byłem bohaterem, zresztą innej możliwości nie miałem.

Siedząc na walizce w zatłoczonym korytarzu wagonu drugiej klasy, nadal trzymałem się za policzek. Sama satysfakcja, że nie pisnąłem w czasie zabiegu, nie uśmierzała bólu po wyrwanym „na żywo” zębie. Istniał inny powód zmuszający mnie do godnego zachowania — jechaliśmy na pogrzeb dziadka.

Była noc, pociąg kołysał. Przechodzący ludzie potrącali mnie, uniemożliwiając drzemkę. Czułem głęboki smutek, choć mało znałem dziadka. Przebywał u nas krótko, chorował na żołądek. W jego postaci najbardziej uderzała twarz: szczupła, wydłużona, siwa broda rozładowywana była przez duży, sumiasty wąs.

Lubił przechadzać się po ogrodzie, unikając rozhukanego wnuka. O jego dramacie dowiedziałem się wiele, wiele lat później i chyba dopiero wtedy stał mi się bliższy.

W czasie stypy zebrana rodzina wspominała nie tylko zmarłego. Skończyłem posiłek, a dorośli zasiedli do herbaty. Na biurku leżała, niedokończona przez dziadka, kopystka. Szpic i przyległe gałązki świątecznej choinki pedantycznie zostały obcięte, w niektórych miejscach pozostały resztki niezdrapanej kory. Wziąłem kuchenny nóż i z godnością przystąpiłem do kończenia rozpoczętej roboty. Wrzawa podniosła się natychmiast — cała rodzina wsiadła na mnie za bezczeszczenie pamiątki. Takiego bólu się nie zapomina — oddawałem przecież, na swój sposób, ostatnią przysługę dziadkowi.

Jedynie ciocia Cesia nic nie powiedziała, chociaż to właśnie ona najbardziej uczuciowo związana była z dziadkiem. Zawsze miała oczy pełne dobroci i miłości.

Dziadek spoczął w Bielsku, a grób jego stał się miejscem tradycyjnych spotkań rodzinnych. Co roku więc, w Dniu Wszystkich Świętych, jeździliśmy autem na Śląsk. Pierwszy odcinek drogi, najdłuższy i bardzo męczący, prowadził nas do Katowic, do miejsca zamieszkania babci Oli. Stamtąd, już wszyscy razem, udawaliśmy się do Bielska, gdzie na miejskim cmentarzu oczekiwali nas Cesia z Władkiem.

Składaniu kwiatów i krótkiej modlitwie, połączonej z medytacją, zawsze towarzyszył dotkliwy chłód. Wszyscy, zazwyczaj mocno przemarznięci i zgłodniali, wracali do babci na przyjęcie. Na stół, prosto z piekarnika, wjeżdżała blacha pachnącego ciasta. To był słynny pieróg z kapustą babci Oli! Filiżanka bulionu podkreślała jeszcze bardziej jego niezapomniany smak. Spożywanie pierogu stało się po prostu obrzędem, który wszyscy jego uczestnicy wspominali przez cały rok. Przekonać się mogłem dopiero po latach, że z kieliszkiem czystej wódki był jeszcze lepszy.

W mieszkaniu babci Oli, w rogu pokoju, stała duża szafa wypełniona po brzegi różnymi drobiazgami. Mimo iż były ich nieprawdopodobne ilości, babcia zawsze dobrze wiedziała, gdzie co się kryje. Gdy decydowała się znaleźć coś konkretnego, robiła to w sposób bardzo energiczny, tak aby zapach naftaliny nie wywołał ataku astmy.

Miałem już chyba przekroczony dziesiąty rok życia. Obserwowałem, jak babcia z tajemniczą miną zaczęła dokopywać się do dna szafy. Po chwili, łapiąc z trudem powietrze, wydobyła jakiś długi przedmiot, zawinięty w stary papier.

— Już jesteś na tyle dorosły, że mogę sprezentować ci tę wiatrówkę — powiedziała.

Nie muszę chyba zaznaczać, jak bardzo zostałem zaskoczony. Do strzelania zamiast śrutu, którego babcia nie miała (a jakby miała, to i tak bym nie dostał), użyłem zapałek. Posługiwanie się tą bronią, pamiętającą bardzo dawne czasy, wyglądało dosyć skomplikowanie. Najpierw trzeba było „złamać lufę”, wsadzić nabój, następnie zatrzasnąć lufę i wreszcie naciągnąć długą dźwignię. Ta ostatnia czynność wymagała dużej siły, a efekt końcowy — kiedy zapałka leciała zaledwie na odległość paru metrów — zniechęcał do dłuższej zabawy.

Krysi nie podobało się to, co robiłem, a do tego była zła, bo nie dostała żadnego prezentu. Aby poprawić wnuczki humory, babcia zanurzyła się ponownie w szafie, po czym wyciągnęła lalkę — ulubioną lalkę naszej mamy. Nie poczułem do niej sympatii, a Krysiunia promieniowała ze szczęścia. Radość jej nie trwała jednak długo; przypadkowo odłożyłem wiatrówkę na tapczan i — co za pech — lufa wylądowała na porcelanowej głowie lalki.

Krysia wyła, mamie zakręciła się łza w oku, a babcia mruknęła z rezygnacją:

— Nie mogło to być choć raz, Andrzejusienku, żebyś czegoś nie zmajstrował?

Siadłem przygnębiony w kącie, a dorośli zaczęli przypominać najdawniejsze moje wybryki:
— Jak to, nie umiejąc jeszcze dobrze chodzić, ściągnąłem z kuchenki prosto na swoją głowę garnek gorącego mleka.
— Jak to na korytarzu urządziłem ślizgawkę z nielubianego krupniku.
— Jak to kiedyś oświadczyłem zdziwionej mamie, że chciałbym mieć siostrzyczkę.

— Dlaczego? — spytała zdziwiona mama.
— Chcę zobaczyć, jak babcia będzie się wieszała.
— Co ty pleciesz?
— Przecież babcia powiedziała, że się powiesi, jakbyś miała jeszcze jedno dziecko.

Niepostrzeżenie zacząłem wynosić z pokoju wiatrówkę; nie byłem pewny, czy babcia nie zmieni zdania.

Droga powrotna, zresztą jak zawsze, strasznie się dłużyła. Siedziałem na tylnym siedzeniu naszego opelka i bawiłem się naciągniętą wiatrówką. Po pewnym czasie, z nudy i — jak zwykle — z ciekawości, zacząłem ją rozkręcać. Śruby nie stawiały oporu i nagle — trach! Coś z niesamowitą siłą wyleciało w górę. Część przytrzymująca napiętą sprężynę, kawał ciężkiego metalu, strzeliła w dach samochodu, po czym wylądowała pod kierownicą.

W potężny dźwięk ojcowskiego „Jezusmariaaa!” wtopił się paniczny krzyk matki. Zdawałem sobie sprawę, co się stało — i co mogłoby się stać, gdybym trzymał wiatrówkę w innej pozycji, bliżej głowy kierowcy.

Nieposkładana broń ponownie znalazła miejsce na dnie szafy i już nigdy nie udało mi się jej użyć.
Rodzice również nie kwapili się z oddaniem jej do naprawy.

Po wielu latach zapytałem mamę, co się stało z babciną wiatrówką.
Ani ona, ani nikt z domowników nie potrafił udzielić odpowiedzi.
Jakby nigdy nie istniała.

 2x + 3 = 5

Mała górka oddzielała od szkoły nieduży kawałek nierównej łąki. Cóż nam było trzeba więcej do kopania piłki? Dwa tornistry, położone w odległości pięciu kroków, stanowiły bramkę, linię autową wyznaczał z jednej strony drut kolczasty, z drugiej — rów przy szosie. Po lekcjach zawsze kilku chłopców miało ochotę na bieganie za piłką; zdarzało się to również zimą, na śniegu. Szaleliśmy w rękawiczkach i z czapkami naciągniętymi na uszy — było w tym więcej zabawy niż prawdziwej gry.

Zakończenie jednego z takich spotkań miało dość nieprzyjemne konsekwencje.
Pędziłem na bramkę. W czasie strzału, zamiast piłki, Janek złapał mój but. W pierwszej chwili nie poczułem bólu. Wszyscy śmiali się z koziołka, jakiego wywinąłem, a ja nie mogłem stanąć. Kolano strasznie bolało.

Artur skombinował sanki, na których zawiózł mnie do domu. Na szczęście nie było złamania, ale nogę trzeba było unieruchomić.
Na chirurgii specjalistą od gipsów był pan Pawełek. W zachwycie oglądałem, jak z mokrych bandaży i białej mazi wyłaniał się nowy kształt mojej nogi. Wkrótce dzieło zostało skończone — musiałem tylko poczekać, aż stwardnieje.

Dumny z nowego przeżycia, delektowałem się perspektywą dwutygodniowych wakacji. Jednakże miły nastrój nieróbstwa po paru dniach został zakłócony. Pod gipsem zaczęło mnie coś swędzieć; palce były za krótkie, należało użyć czegoś innego.

Ciocia Marysia wyszukała w kuchni warząchew z długą rączką. Przyrządem tym mogłem teraz dochodzić pod białą skorupą do najdalszych miejsc. Nadeszła jednak chwila, że zbawczy drewniany patyk nie mógł już uśmierzyć swędzenia. Pozostawała tylko jedna rzecz, od początku chodząca po głowie — woda. Zimna woda!

Gdy w szczelinę między gipsem a nogą wpłynęła zawartość litrowego dzbanka, zrobiło mi się niesamowicie dobrze. Ulgę czułem przez jeden dzień i drugi, po czym w miejscach, gdzie swędziało, poczułem pieczenie. Ojciec przedwcześnie ściągnął gips. Na zagojenie odleżyn pod kolanem musiałem jednak trochę poczekać.

Gdy, kuśtykając, szedłem ponownie do szkoły, mama zapytała:

— Jaki będzie twój następny wyczyn?

Nie musiała długo czekać. Na szkolnej zabawie dostałem przypadkowo, ale skutecznie, w zęby; jedynka, która już raz była na zewnątrz, pożegnała się ze mną ostatecznie.

Do zakończenia szkoły podstawowej pozostało niewiele czasu, a dyrektor zupełnie nie kwapił się z umieszczeniem mnie na liście uczniów idących do gimnazjum. Nie chodziło tylko o dzwonek, którym za mną rzucał.
Dyrektor uczył nas rosyjskiego i rachunków, a właśnie w tych przedmiotach nie byłem orłem. Rosyjski świadomie odpuścił, zdając sobie sprawę, że nieuczenie się tego języka należało do dobrego tonu.

Natomiast z rachunków otrzymałem ostatnią szansę — przy tablicy miałem rozwiązać równanie: 2x + 3 = 5.
Marysia błyskawicznie podała ściągawkę. Kończąc zapinanie sandała, pewnie ująłem kredę. Chwila zastanowienia — i bez problemu zadanie rozwiązałem.

Dyrektor z zadowoleniem pokiwał głową. Chciałem już odejść, gdy usłyszałem:

— Sprawdź jeszcze to równanie.

Zaskoczony, nie słyszałem nawet podpowiedzi.

Mieszkanie, zamieszkiwane uprzednio przez rodziców Andrzeja, zajęli nowi sąsiedzi — młode małżeństwo, para tryskająca polotem i energią, przyjechała bezpośrednio po studiach, pracować w szpitalnym laboratorium. Od początku nasze wzajemne stosunki stały się bliskie, przyjacielskie.

Pan magister, pieszczotliwie przechrzczony przez własną żonę z Janka na „Dziubdziulka”, postanowił zająć się moją edukacją.

Panowała słoneczna wiosna. Do ogrodowej altanki dochodził świergot ptaków, a rozkołysane, młode gałązki rzucały uspakajający cień. Przekonany byłem, że miejsce to nadaje się do wszystkiego, tylko nie do nauki.
I aż dziw, że w tak niekonwencjonalnych warunkach pan Janek potrafił bardzo szybko wytłumaczyć to, co nie docierało do mnie przez tyle szkolnych lat:

„Rachunki to nie liczenie, lecz myślenie.”

Miasto

Stara sanitarka wojskowa, przerobiona na prymitywny środek transportu, przywoziła rano do pracy w szpitalu ludzi z miasta. W drodze powrotnej wykorzystywałem jej jałowy kurs, żeby dostać się do gimnazjum.
Chodziłem do 8b. Czułem się obco w miejskim otoczeniu — wszystko było inne, i tylko Artur przypominał utracone królestwo rozległych łąk.
Poznawałem „nowe” i coraz dotkliwiej odczuwałem jego ciężar. Nie wychodziłem jednak ze świata dziecięcych marzeń. Pogoń za nieograniczoną przestrzenią będzie się zresztą wlec za mną przez całe życie.
A szkoła, niestety, nie miała w programie lekcji z marzeń.

Odkryłem sport — i wbrew pozorom tego olśnienia nie doznałem dzięki kolegom. Zamiłowanie do koszykówki, lekkoatletyki i gimnastyki zawdzięczałem niezapomnianemu profesorowi wychowania fizycznego, panu Mrozkowi. To dzięki niemu zrozumiałem, że tylko to, co się robi z sercem, robi się naprawdę dobrze.
W tamtych czasach, pochłonięty sportem, zabawą i rozrabianiem, nie miałem czasu na analizowanie podobnych mądrości. Przypuszczalnie z tego powodu parę razy dostałem od kolegów w zęby — co, rzecz jasna, nie miało wpływu na mój gimnazjalny poziom, a jedynie wywołało niezrozumiałe rozżalenie.

Duża przerwa, korytarz z wyfroterowanym linoleum. Koledzy zaczepiają dziewczyny, a ja ślizgam się na filcowych pantoflach. Czyjaś wystawiona noga kończy szaleństwo. Podnosząc się z podłogi, widzę dziwnie wykrzywioną rękę.

Na stole zabiegowym leży, owinięty bandażem, drewniany klocek — przyrząd o trójkątnym przekroju, którym ojciec prostuje moje przedramię.
Ojciec był fachowcem — nawet gdy chodziło o własnego syna, potrafił zachować spokój. Znieczulenie nie wchodziło w grę, lecz w końcu był to zabieg rodzinny.
Cykl formowania moich kości powtórzył parokrotnie. Gdy w końcu uzyskał idealną linię, odpowiadającą wymogom anatomii, pan Pawełek mógł założyć gips.

Na nieszczęście dla kolegów, z usztywnioną ręką mogłem chodzić do „budy”. Odwdzięczałem się więc za wszystkie razy i kuksańce. Biały opatrunek był wystarczająco twardy, by skutecznie wyrównywać rachunki.

Dziewiąta klasa to już ostra nauka. Polski szedł mi koślawo — boleśnie odczuwałem skutki podstawówki. Popełniałem straszne błędy ortograficzne, a pan profesor Skórny nie miał ochoty korygować ich okiennym sposobem.
W rezultacie nie przeszedłem do następnej klasy. Rodzice zrobili tragedię, nie wiedząc, że wyjdzie mi to na dobre.

Bez względu na wszystko pojechaliśmy nad morze — na tradycyjne, dwumiesięczne wakacje.
Jedyne miasto, które znałem, to Sopot; spędzaliśmy w nim zawsze letnie dni pełne swobody, słońca i morza.

Sierpień zbliżał się ku końcowi. Skóra nie reagowała już na promienie lejące się z błękitnego nieba, w Operze Leśnej ucichła muzyczna wrzawa.
Nie było mi jednak smutno, jak zazwyczaj przy pożegnaniu lata. Wręcz przeciwnie — włoskie lody zaczęły inaczej smakować, plaża i molo przybrały odświętny wygląd, a rzeczy dookoła stały się radośnie kolorowe. Miały zapach olejku, jakiego używała Ania.
Siedziała z matką w sąsiednim grajdołku, wesoło potrząsając mokrymi kucykami.

— Lody! Lody dla ochłody! Lody, pingwin, lody pingwin!

Byłem pierwszy przy białej skrzynce niesionej przez faceta w podkasanych spodniach. Za moimi plecami ustawiła się kolejka.

— Chyba byłam przed tobą? — usłyszałem.

Kokieteryjny uśmiech dziewczyny, pogłębiony dołeczkami w policzkach, usprawiedliwiał rozpychające się biodra. Krople morskiej wody kapały jej z nosa.

— Jak masz na imię? Ja jestem Ania.

Wolno zbliżaliśmy się do grajdołków.

— Co się tak gapisz na mnie? Jedz lepiej lody — zobacz, topią się.

Z niebieskich oczu tryskały iskierki wesołości.

— Chodź, pójdziemy lepiej na plażę przy Grand Hotelu.

Biegliśmy po ubitym piasku, omijając wyrzucone na brzeg meduzy. Ania pociągnęła mnie za rękę do wody — dała nura, chowając się w pianie nadpływającej fali.
Lubiłem nurkować; ośmielony więc skrytością wody, zbliżyłem się bardzo blisko. A Ania, zupełnie niespeszona, śmiała się tylko wesoło, rozbryzgując wodę wokół.

— Masz kartę pływacką?

Nie wiedziałem, o co chodzi, pochłonięty czymś zupełnie innym.

— Moglibyśmy wynająć kajak — potrzebna do tego jest karta.

Nie miałem. Szliśmy więc dalej, zostawiając z tyłu wypożyczalnię.
Pod molem było zawsze półmroczno i chłodno; spokój zakłócały tylko kroki spacerujących górą wczasowiczów.
Nagle uśmiech Ani przybrał odcień tajemniczy. Jej pocałunek sparaliżował mnie całkowicie. Zbliżenie trwało krótko, a gdy po tej wspaniałej chwili oprzytomniałem, zobaczyłem już tylko w oddali, w promieniach słońca, falujące figlarnie kucyki dziewczyny.

Czy to była moja pierwsza miłość? Na pewno tak. Zrobiłbym dla niej wszystko — o czym, jak przypuszczam, doskonale wiedziała.
Nadszedł jednak dzień, w którym grajdołek Ani pozostał pusty. Szkoda, że zabrakło nam czasu.

Babcia Ola, odkąd ją pamiętam, była niezależną kobietą. Nie przelewało się jej, ale też nigdy nie miała problemów finansowych. Uczyła w Technikum Zawodowym języka rosyjskiego — i posługiwała się nim bieglej niż polskim.
Wychowana w Petersburgu, gdzie chodziła do szkół, z uwielbieniem wspominała czasy carskie. Wypływało to z koligacji i funkcji jej dziadka oraz ojca na dworze panującym — do czego w Polsce Ludowej, rzecz jasna, przyznać się nie mogła.
Do naszego prowincjonalnego życia odnosiła się z pobłażliwym dystansem, co mimo wszystko nie uchroniło jej przed częstymi starciami z ojcem.

Od babci dostałem na piętnaste urodziny pół roweru — całe pięćset złotych.
Z dołożeniem drugiej połowy nie kwapili się rodzice, by w końcu wymyślić warunek wprost nie do spełnienia: „Dostaniesz rower, jak będziesz ważył sześćdziesiąt kilogramów!”.
Nie byłem szczupły, ale do wyznaczonej granicy sporo brakowało. Z entuzjazmem zabrałem się jednak za jedzenie.
Mijały tygodnie, kończyło się lato, a waga wciąż niebezpiecznie daleka była od wymaganej. Zdawałem sobie sprawę, że jeśli nie uporam się szybko z tym problemem, rodzice mogą zimą zapomnieć o obietnicy.
Cóż jednak zrobić, żeby zatrzymać w sobie zjadane kilogramy? Odpowiedzią — jak zwykle prostą — był węgiel.
Zjadane przez trzy dni między posiłkami czarne tabletki poskutkowały. Obciążony wewnętrznie aż po granice wytrzymałości, dociążyłem kieszenie czym tylko się dało i poszedłem na wagę.
Nauka fizyki w praktyce: masa, ciężar i nadzieja w jednym ciele.
W Miejskiej Przychodni Zdrowia, gdzie po południu pracował ojciec, rolę arbitra przejęła pielęgniarka. Zważyła mnie bez nakazu rozbierania.
Choć brakowało jeszcze pół kilograma, wynik został naciągnięty — i przez ojca zaliczony.

O „faworycie” z przerzutką nie mogłem nawet marzyć — za dużo kosztował. Ale co tam! Czerwona „wolnobieżka” ze sportową kierownicą też była wspaniała.
Stała w moim pokoju przy łóżku, a zapach jej świeżego lakieru i smaru pamiętam do dziś.

Pierwsza wycieczka do Polanicy. Upajający pęd, długi zjazd z szalejowskiej górki, park zdrojowy, woda o smaku zgniłych jaj, nogi jak galareta — i nieustanne drżenie z emocji.

Szeroka aleja wysadzana klonami, stare budownictwo, wysokie sufity. Mieszkający tu doktor Linder wyjechał do Izraela, pozostawiając mojemu ojcu praktykę lekarską wraz z mieszkaniem.
Nie tęskniłem za miastem, ale zaczynałem doceniać jego zalety. Żyłem wśród gimnazjalnych kolegów, a do szkoły miałem ledwie pięć minut.

W nowej klasie poczułem się pewnie — wszystko już znałem. Polubiłem nawet język polski, prowadzony przez profesora Krzyka, a stało się to dzięki kierowniczce Domu Kultury.
Atrakcyjna kobieta, przyjaciółka młodego poety, uczyła mnie w czasie domowych korepetycji precyzji, a zarazem lekkości w formułowaniu myśli.

Tylko łacina pozostała zmorą. Nie potrafiłem przemóc się do pamięciowego kucia.
Do całkowitej tragedii dochodziło, gdy ojciec oferował pomoc w tym przedmiocie. Przypominał sobie wtedy słówka, deklinacje, koniugacje — i strasznie się denerwował, że mój poziom tak bardzo odbiega od ucznia z przedwojennego, humanistycznego gimnazjum.

Natomiast sport pozostał na pierwszym miejscu — w szkole i poza nią.
Należałem do dwóch drużyn: gimnastycznej i koszykówki, często biorących udział w zawodach międzyszkolnych i wojewódzkich.
W sumie czas mój podzielony był między naukę, sport i… Irenkę.

Kruczowłosa dziewczyna, do której cały czas zalecał się jasnowłosy Jasiu, denerwowała mnie od początku nienagannością prymuski. Wyglądało to tak, jakby chciała popisywać się erudycją i inteligencją.
Z czasem jednak odkryłem, że koński ogon nie musi służyć wyłącznie do pociągania, a w czerni jej oczu można dostrzec coś z chwili spędzonej pod sopockim molem.

Na stadionie „Spójni” często odbywały się lekcje wychowania fizycznego. W czasie jednej z nich postanowiłem zaprezentować mój nowy rower. Mało było takich szczęśliwców.

— Daj się przejechać.
— Nie dasz rady na tej wyścigówce, ale jak chcesz, mogę cię przewieźć.

Irenka wsiadła na ramę, a dwie rundy wokół boiska wystarczyły, by wyzwolić gorące uczucie.

Historia gimnazjum nie zanotowała tak zakochanej pary. Zawsze byliśmy razem — w klasie i poza nią, w kinie i na wycieczce, latem i zimą.
Moje życie nabrało innego wymiaru; zaczęło bić specyficznym rytmem. Rytmem, w którym najgłośniej pulsowała młodzieńcza namiętność.
Na szczęście serce miało kondycję sportowca.

Auto

Rodzic mój nie miał nigdy roweru, a co dziwniejsze – nigdy nie nauczył się jeździć na dwóch kółkach. Jego wielką namiętnością była woda. W czasie dalekich podróży, pływając po morzach i oceanach, chciał docierać do nieznanych brzegów.
Służbę w Marynarce Wojennej przerwał dramatyczny wypadek, zakończony trepanacją czaszki. Potem, z przyjaciółmi, wybudował potężny, pełnomorski jacht, na którym – z przyczyn finansowych – do wielkiej przygody nigdy nie doszło.
Pozostały mu tylko fale marzeń, które całą życiową pasję skierowały na tory czterech kółek.

Pierwszymi były szprychowe, z fabryki Audi – przemierzały przedwojenne, polskie bezdroża.
Zaraz po wojnie kupił opla-olimpię: poniemiecki, zdewastowany gruchot, na którym nieprzerwanie wyżywali się znajomi mechanicy.
Auto, mimo wszystkich wad, jeździło – a dzięki temu cała rodzina przeżywała niezapomniane, czasem bardzo mocne wrażenia.
Zresztą samochód w tamtych czasach stanowił rzadkość, a samo poruszanie się było obwarowane tyloma przepisami, że trzeba było mieć w sobie sporo fantazji, by w ogóle gdzieś pojechać.

Pewnego wieczoru wracaliśmy z meczu bokserskiego w Ołdrzychowicach, gdzie ojciec, dorywczo, pełnił funkcję lekarza sportowego.
Zatrzymało nas dwóch milicjantów – zażądali okazania dokumentów.
Podany im przedwojenny, mocno zniszczony, pożółkły papier obracali ze zdziwieniem na wszystkie strony.

– Obywatel nieupoważniony jest do prowadzenia pojazdu! To prawo jazdy jest nieważne!

Ojciec zaczął tłumaczyć, że nie wiedział, że nie przypuszczał, ale na milicjantach nie robiło to żadnego wrażenia.
Ich twarze twardniały z każdą chwilą.

– Może panowie pojedziecie ze mną do domu i tam wyjaśnimy tę sprawę – zaproponował ojciec.

Mundurowi wyrazili zgodę i wsiedli do auta, szybko zmieniając temat rozmowy na mniej oficjalny.

Mama błyskawicznie przygotowała uroczystą kolację.
Spiżarnia nigdy nie świeciła u nas pustkami – wdzięczni pacjenci rewanżowali się w naturze, a w okresie świąt wielkanocnych półki uginały się pod zapasami.
Stół ugiął się teraz pod półmiskami z szynką, polędwicą, kiełbasami, sosami i przyprawami.
Nie zabrakło oczywiście kieliszków. Goście zajadali z apetytem, ani na chwilę nie zapominając o toastach wznoszonych na cześć zdrowia.
Na koniec ojciec pomógł biesiadnikom wsiąść do samochodu, a mama przygotowała pożegnalny kosz – wypchany wędlinami i makownikami własnego wypieku.

Na taką wyrozumiałość stróżów porządku nie zawsze mogliśmy liczyć, choć gościnność pielęgnowano w naszym domu nieustannie.

Chcąc pojechać autem do innego województwa, trzeba było załatwić specjalne pozwolenie z przydziałem kilometrów. Urzędnik dokładnie określał trasę, a podróż należało odbyć w najkrótszy możliwy sposób.
Na specjalnym formularzu trzeba było prowadzić zapis pokonanego dystansu.
A cóż zrobić, jeśli chciało się zobaczyć coś, co nie leżało na oficjalnej marszrucie?
Całkiem proste – trzeba było mieć zapas kilometrów.

Ojciec miał na to dwa sposoby.
Przy planowanym wypadzie – odkręcaliśmy linkę szybkościomierza.
Gdy jednak spontanicznie zjeżdżaliśmy z trasy, trzeba było później cofać licznik.
Tę żmudną pracę, po wymontowaniu mechanizmu, najlepiej wykonywało koło zamachowe maszyny do szycia – ręczne kręcenie trybikami do tyłu trwałoby wiecznie.

W jednym i drugim przypadku ojciec musiał jednak prowadzić urzędowe formularze. Była to czynność, której szczerze nie znosił; gdy w wydrapywanej rubryce wypadała dziura, nie pozostawało nic innego, jak podklejanie i mozolne poprawianie.

W drodze powrotnej znad morza dokument ten wyglądał już jak ofiara losu.
Na Śląsku, w okolicach Mikołowa, zatrzymał nas milicjant. Sprawdził papiery, po czym, z ironicznym uśmiechem, przystąpił do kontroli przejechanych kilometrów.
Wyjął kredę i na dachu naszego auta zaczął podsumowywać kolumny cyfr.
Wynik zgadzał się ze stanem licznika, a limit, uwzględniający odległość do domu, nie został przekroczony.
Milicjant zmazał obliczenia rękawem i rzucił z pobłażliwym rozbawieniem:

– Oj… cwanyś, doktorku, cwanyś!

Mogliśmy jechać dalej. I jeździliśmy tak dalej.

Targi Poznańskie były w tamtych latach oknem na świat – świat odgrodzony od zachodu, a zarazem wymarzonym pretekstem do podróży.
Czerwiec, miesiąc rodzinnych urodzin, kojarzył się głównie z tą wyprawą.
W czasie jednej z pierwszych podróży nic nie zakłócało wspaniałego nastroju.
Opelek spisywał się dzielnie – na początku drogi wykazał się wręcz wybitną formą: dojechał na trójce aż do połowy jurandowskiej górki.
To miejsce, oznaczone kamienną studzienką, było zawsze miernikiem kondycji samochodu.

Ojciec nie miał powodów do zmartwień, mama żadnego czarnego kota na horyzoncie – mogliśmy więc z Krysią rozrabiać do woli na tylnym siedzeniu.
Do Poznania pozostawało kilka kilometrów. Poranna mgła jeszcze się nie rozproszyła.
W perspektywie klonowej alei, tuż za zakrętem, widać było zmianę nawierzchni: asfalt przechodził w kostkę.

Za chwilę powietrze przeciął gardłowy, przerażająco głośny okrzyk:

– Jezusmaria!

Opelek wpadł w poślizg. Ojciec gwałtownie kręcił kierownicą; lecieliśmy raz na drzewo z prawej, raz z lewej strony.
Czułem już bezwładny ruch pojazdu i wiedziałem, że spotkanie z kolejnym klonem jest nieuniknione.
Na szczęście tylko się o niego otarliśmy. Za nami została obdarta kora drzewa, a na nas wylądowała zawartość bagażnika.

Jesteśmy w rowie. Czuć zapach benzyny. Widzę zalaną krwią twarz mamy.
Panuje przerażająca cisza. Ojciec próbuje złapać powietrze.
Jacyś ludzie podbiegają, podnoszą samochód, pomagają nam wyjść.
Wychodzę przez rozbitą szybę.

Przygodni podróżni zabierają rodziców i odjeżdżają.
Siedzimy z Krysią na trawie, rozcieramy obolałe miejsca, a z naszych gardeł nie może wydobyć się nawet łkanie.
Siedzimy tak długo, strasznie długo.

W hotelu byli już rodzice – mama z opatrzonym nosem, ojciec z zabandażowanymi żebrami.
Wpadliśmy sobie w ramiona; nie przeżyłem dotąd równie serdecznego powitania.

Następnego dnia, na terenach targowych, oglądaliśmy wspaniałe samochody.
Przy amerykańskich krążownikach można było tylko wzdychać, ale przy czeskiej skodzie ojciec zatrzymał się dłużej, zamyślony, z tym swoim półuśmiechem i melancholią w oczach.
– Nie chciałbym żyć, gdybym nie mógł jeździć takim autem – wyszeptał.

Przypuszczam, że nie ma chłopców, którzy nie marzą o prowadzeniu samochodu.
Jedni, z różnych powodów, nigdy tego marzenia nie spełniają.
Ja należałem do tych szczęśliwych, którzy – choć nie bez trudności – zrobili to wcześnie.

Nie zaczynałem jak inni, na kolanach ojca. Rodzic mój był na to zbyt dumny, choć w tym wypadku usprawiedliwiony: między jego brzuchem a kierownicą nie zmieściłaby się nawet sprzączka od paska.

Na Szajbie samochód stał w garażu, a w mieście – odpoczywał pod chmurką, przed domem.
Włączenie zapłonu nie stanowiło problemu: od zawsze zamiast kluczyka używano śrubokrętu.
Któregoś popołudnia, znudzony udawaniem kierowcy, zapragnąłem usłyszeć prawdziwy warkot silnika.
Załączyłem stacyjkę, nacisnąłem starter – i oto, jakże proste: motor zadrżał.
Sprzęgło, pierwszy bieg – i samochód ruszył.
Ogarnęło mnie uczucie triumfu. Od tej chwili żadna okazja nie mogła się zmarnować: dziesięć metrów do przodu, dziesięć do tyłu.
W nieskończoność.

Robiłem to w pełnej tajemnicy przed rodzicami.
Po jakimś czasie zmartwiony ojciec stwierdził, że trzeba oddać motor do remontu – spalał „niesamowite ilości” benzyny.
Nie było wyjścia: musiałem ograniczyć samokształcenie.

Jedną z pasji profesora Maleckiego, który uczył nas przysposobienia wojskowego, były samochody.
Doprowadził do stanu używalności starego jeepa pamiętającego czasy wojny, i jeżdżąc nim, wzbudzał zachwyt wszystkich chłopców.
Nie wiem, ile było w tym dydaktycznego zamysłu, a ile czystej przyjemności, w każdym razie zorganizował kurs prawa jazdy, który sam poprowadził.
Nauka była niemal bezpłatna – rodzice płacili tylko za benzynę, a państwowy egzamin kosztował symboliczne kilka złotych.

Jazda samochodem i motorem nie sprawiała trudności.
Z przepisami ruchu radziliśmy sobie świetnie, ale prawdziwą satysfakcję dawała znajomość budowy pojazdu.
Tu stawaliśmy się ekspertami – nie tylko w teorii.
Pomagał nam w tym wyjątkowy eksponat: stojący na ostatnim piętrze gimnazjum, skonstruowany przez samego profesora, ażurowy samochód.
Każdy zespół – od silnika po most napędowy – można było obserwować jak w zegarku.

Nikt spośród uczestników kursu nie miał takich podwórkowych możliwości jak ja.
Dzięki temu za kierownicą czułem się pewnie.
Zauważył to sam profesor i postanowił mnie wyróżnić w sposób nietypowy.

Do gimnazjum przyjechały praktykantki po studiach, więc pan Malecki, z właściwą sobie energią, zorganizował wycieczkę po Kotlinie Kłodzkiej.
Dysponował warszawą i jeepem, lecz spośród całego grona nauczycielskiego tylko on miał prawo jazdy.
I właśnie w tej sytuacji to ja zostałem wytypowany na drugiego kierowcę.

Nie muszę mówić, z jaką satysfakcją w pogodny, niedzielny ranek usiadłem za kierownicą jeepa.
Przodem jechał profesor ze starszą częścią wycieczki, a ja z pozostałymi miałem podążać „krok w krok”.
Posłuszny nakazowi, upajałem się jazdą.
Jeep jednak pracował na pół gwizdka, bo warszawa – wioząc na swoich barkach ciężar odpowiedzialności – poruszała się jakby na zwolnionym filmie.
Wpadłem więc na pomysł: z górki zjeżdżać wolniej, a potem, gdy prowadzący zniknie za zakrętem, naciskać gaz do dechy.

Jakież to było wspaniałe!
Jeep wył, koła podskakiwały na kamieniach, a wiatr smagał twarz.
Powtarzające się szaleństwo przerwał dopiero postój.
Blada część załogi, którą wiozłem, nie doceniła moich rajdowych umiejętności, a profesor – z nieodłączną ironią – nakazał „utrzymywać dystans”.

Wszyscy uczestnicy gimnazjalnego kursu, w tym moja mama, zdali egzamin bez problemu.
Prowadziliśmy doskonale, z przepisów moglibyśmy zagiąć każdego milicjanta, a w kwestii mechaniki – spokojnie podjęlibyśmy pracę w warsztacie samochodowym.
Największym perfekcjonistą był Jacek – on we wszystkim nie miał sobie równych. Jazdę na swojej jawie, czeskim motorze z charakterem, doprowadził do cyrkowej precyzji. Gdy blokował przedni hamulec, jego kółko miało idealny kształt, a na asfalcie zostawał czarny, okrągły ślad – jakby odciśnięty stempelek z napisem: tu panował Jacek.

W szesnastym roku życia otrzymałem prawo jazdy.
Do pełnoletniości rodzice odpowiadali za moje czyny, co nadawało całej sytuacji osobliwy urok.
Posiadanie prawa jazdy nie oznaczało jednak, że mogłem prowadzić samochód ojca.
Taka przyjemność wymagała cierpliwości, próśb, podchodów i – przede wszystkim – dyplomacji.
Zdarzało się to rzadko, a przyjętą formą podziękowania było ucałowanie rodzica w rękę.

Profesor medycyny Krass, dawny przełożony ojca z Akademii Lwowskiej i Katowickiej, lubił odwiedzać swojego byłego asystenta.
Pewnego razu przyjechał nową warszawą i zabrał nas na wycieczkę.
Niby drobiazg, ale to właśnie wtedy na poczciwego opelka został wydany wyrok.

W tamtych czasach, by kupić samochód, nie wystarczyło mieć pieniądze.
Trzeba było uzyskać przydział, a do tego – znajomości.
Rodzicom udało się jedno i drugie.
W deszczowy, jesienny dzień odbieraliśmy prosto z Żerania wymarzoną warszawę.
Wszystko pachniało świeżością, silnik pracował majestatycznie.
Po błyszczącej, jasno-beżowej powierzchni lakieru ślizgały się krople deszczu.
Siedzieliśmy we troje na przedniej kanapie, komfortowo, w ciszy przerywanej tylko szumem kół rozbryzgujących wodę.
Czułem się, jakbyśmy naprawdę szybowała w powietrzu.

Opelek – nasz kochany maluch – potrafił jeździć bez oleju, a luzy w panewkach korygowały żyletki.
Zasług nie można mu było odebrać, ale nie wytrzymał konkurencji z nową warszawą.

Za tylną szybą zapomnienia oddalał się stary samochód, a z nim odchodziło moje dzieciństwo.

Nowy Rok

Od dzieciństwa lubiłem towarzyszyć dorosłym przy brydżu, ale dopiero wujek Wilu pokazał mi, co znaczy prawdziwa namiętność gry w karty.

Na Święta Bożego Narodzenia i Nowy Rok zjeżdżała do nas cała rodzina. Główną postacią był wujo Wilu – człowiek, który wszystkim potrafił udzielić swojej pasji. W Czerniowcach odnosił sukcesy jako piłkarz, później oczarowywał kobiety ogładą salonową i wytwornym tańcem. W małżeńskie sidła nigdy się nie dał złapać, a mimo życia w samotności nie nabrał cech starego kawalera.

Oczekiwane przez wszystkich wyjście wuja z łazienki – ogolonego, pachnącego wodą kolońską – było sygnałem do rozpoczęcia karcianego maratonu. Graliśmy do późnego wieczora, przerywając jedynie na posiłki.
Rano obowiązkowo kierki, i to zawsze na pieniądze. Ustalona przez wuja stawka młodzieżowa wynosiła dziesięć groszy. W jednej partii, przy wyjątkowym pechu, można było przegrać nawet osiem złotych – kwotę stanowiącą niemałą część mojego szczupłego budżetu.

Wujek, urodzony hazardzista, traktował grę z pełną powagą i tego samego wymagał od innych.
Karta stół! – krzyczał, a po takim ostrzeżeniu nie pozwalał już na cofnięcie ruchu, choćby chodziło o błahostkę. Napięcie, które potrafił wprowadzić, rozładowywał zaraz potem dowcipem lub powiedzonkiem.

W Pińczowie dnieje! – wołał, gdy ponaglana Krysia nie mogła zdecydować się, jaką kartę zagrać, i w końcu wyrzucała na chybił trafił jakąś blotkę.
Zagrałaś jak Mendelssohn! – dorzucał z satysfakcją, a policzki siostry natychmiast pokrywał rumieniec.

Tylko ciocia Bumcia potrafiła zachować zimną krew i ripostować z godnością.
– Wilu, nie cygań! Przecież wiem, że masz jeszcze jednego pika.

A Wilu jednego nie znosił – przegrywać.
W takich chwilach jego sportowa przeszłość ustępowała miejsca charakterowi prawdziwego hazardzisty.
– Bumka!… Przestań nareszcie zaglądać w karty! Idź lepiej do kuchni, coś pomóc!
– Dobrze, dobrze… Połóż tylko tę dziewiątkę pik – odpowiadała z udawaną uległością.

Po obiedzie do gry zasiadali już wszyscy domownicy. Nieraz karty rozdawano przy dwóch stolikach. Najczęściej gościł na nich brydż, a gdy brakowało „wykwalifikowanej” czwórki – przechodziliśmy na kierki. W ostateczności wujek stawiał pasjansa albo przygotowywał nas do labeta.

Największa uroczystość rodzinna przypadała na pierwszy dzień stycznia. Nowy Rok łączył się nierozerwalnie z imieninami ojca. Tego dnia dom pękał w szwach – zjeżdżała bliższa i dalsza rodzina, przyjaciele, znajomi. Zgodnie z tradycją wszyscy zasiadali do dużego stołu, którego ustawienie w obrębie dwóch pokoi przysparzało zawsze niemałych trudności. Jeszcze większym wyzwaniem było usadzenie gości, bo rodzice przywiązywali wagę do wieku, stanowiska i – nie da się ukryć – majętności.

Jadło się obficie. Stół uginał się pod kiełbasami, szynkami, pieczeniami, domowym pasztetem. Powietrze wypełniał zapach polędwicy w sosie własnym i gołąbków ze skwarkami. Na przystawkę obowiązkowo zimne nóżki, po północy bigos i czerwony barszcz.
Piło się jeszcze więcej – rzeka wódki płynęła szeroko, z drobnymi dopływami koniaku i dżinu. Coraz dostojniejsi goście wznosili coraz wspanialsze toasty, coraz częściej rozbrzmiewało „Sto lat”, coraz szybciej kursowała mama między kuchnią a pokojami, a rumieniec na twarzy solenizanta stawał się coraz intensywniejszy.

Promień szczęścia ogarniał także mnie – i nie było już ważne, że nie dostanę wymarzonych butów narciarskich.
Za to raz, po sprzedaniu wszystkich pustych butelek, kupiłem sobie tenisową rakietę – pierwsze prawdziwe trofeum noworocznej gorączki.

Pierwszy telewizor

Jedenasta klasa – niedaleko już do egzaminu dojrzałości. Wiele sobie po nim obiecuję, choć wiem, że nie od razu nastąpi zmiana w moim „dorosłym życiu”.
Czuję się pewny – należę do najlepszych uczniów. Fizyka, wykładana przez pełnego zapału profesora Bożka, wciągnęła mnie tak bardzo, że wybieram ją jako dodatkowy przedmiot maturalny.

Co jednak będę robić dalej? Rzadko zadaję sobie to pytanie, może dlatego, że nie znam odpowiedzi.
Mama strasznie chce, żebym poszedł na medycynę – kategorycznie odrzucam ten wybór; szkoda mojej „matematycznej głowy”. Mam nawet obiecanego „Mikrusa” w nagrodę za pójście w ślady ojca. Ale młodzieńczy idealizm nie wie jeszcze, co to konformizm – choć przyznam, że wizja własnego samochodu rozpala wyobraźnię.
Ojciec daje mi całkowicie wolny wybór, nie pozostawiając jednak cienia wątpliwości, że studia skończyć muszę.

Od dawna pociąga mnie majsterkowanie, lecz marzenie o Wydziale Mechanicznym upada szybko – mama stanowczo oświadcza:
– Nie będziesz całe życie chodził z brudnymi rękami!

Młodzieńcze marzenie o konstruowaniu statków również spala na panewce:
– Na Politechnikę Szczecińską? Na drugi koniec Polski!? Nie! To za daleko od domu!

Za daleko… albo po prostu zbyt blisko, bo właśnie tam, na Akademii Medycznej, planowała studiować Irenka.

Szkoła Filmowa w Łodzi? – też nie wchodzi w grę.
Cóż więc mogłem robić? Samo dostanie się na studia, przy braku „punktów za pochodzenie”, stanowiło problem. Na stypendium czy akademik nie miałem co liczyć – studia zależały całkowicie od materialnej pomocy rodziców, a więc z ich zdaniem musiałem się liczyć.

– Architekt – to brzmi nieźle. Między projektowaniem domów a konstruowaniem statków jest różnica, ale dlaczego nie?
Tylko czy ja w ogóle umiem rysować?

Starszy artysta-plastyk, człowiek o ascetycznej twarzy, rozpoczął naukę od pokazania mi, jak trzymać ołówek – to zrozumiałem od razu. Martwa natura zajęła mi długie godziny i szło mi nawet nieźle, ale… brakowało w tym pasji. W końcu doszedłem do wniosku, że moje zdolności artystyczne stoją daleko w tyle za matematyczno-fizycznymi.

Nie miałem więc pojęcia, na jakie studia pójdę. Było to jednak zmartwienie drugoplanowe – czas miał rozwiązać tę zagadkę.
Przede mną była matura i… studniówka.

Pewnego popołudnia, gdy siedziałem nad książką, usłyszałem uroczysty głos mamy:
– Andrzeju, chcemy kupić telewizor… ale musisz przyrzec, że nie wpłynie to ujemnie na twoją naukę przed egzaminami.

W jadalni, na honorowym miejscu, stanęła ciężka skrzynka z płaską szybą. „ORION” – gwiaździsty napis gwarantował najwyższą jakość. I faktycznie – ten węgierski telewizor nigdy nas nie zawiódł.

Z zaciekawieniem oglądałem pierwsze programy. To nowe osiągnięcie techniki wzbudzało niekłamany zachwyt.
A jednak, mimo nowego „okna na świat”, wolny czas spędzałem jak dawniej – na sporcie i… z Irenką.
A co do nauki przedmaturalnej? Nikt by nie uwierzył: nauka na tym skorzystała.

Teraz nikt już wieczorem nie zasiadał przy okrągłym stoliku przykrytym kocykiem. Nikt nie tracił czasu na choćby jednego, małego roberka.

Czerń i biel

Wiele barwnych postaci przewijało się przez nasz dom. Do czarnej sutanny przyzwyczajałem się od najmłodszych lat.

I tak – przez wszystkie lata pobytu na Szajbie sąsiadowaliśmy z księdzem Olepikiem. Codzienne kontakty, nawet te przyjemne, jak częstowanie anyżkowymi ciasteczkami, nie zbliżyły mnie nigdy do niego; po prostu nie rozumiałem jego słów.
Ksiądz Olepik miał wrodzoną wadę wymowy – ciężko, przez nos, z dużym wysiłkiem, wycedzał pojedyncze wyrazy.
Na co dzień unikałem go – inaczej wyglądała sprawa w niedzielę. Na kościelnym balkonie, gdzie wchodziliśmy bezpośrednio z budynku szpitalnego, długie minuty jego kazania stanowiły katusze. Nie dość, że nie docierało do mnie słowo Boże, to w tym czasie nie mogłem huśtać się na dechach napędzających miechy organów.

Ksiądz Olepik, poza tym, uosabiał całkowitą nieistotność spraw doczesnych.
Gdy w czasie procesji Bożego Ciała Krysia sypała kwiatki, ja z przejęciem wpatrywałem się w jego postać. Duchowny, przyozdobiony złotym, bogato haftowanym ornatem, widzący jedynie hostię, prowadzony pod baldachimem przez dwóch szpitalnych ordynatorów, wyglądał, jakby tylko przez przypadek dotykał ziemi.

Po przeprowadzce do miasta kontakt z księdzem Olepikiem ograniczył się do spotkań podczas wielkich uroczystości rodzinnych. W naszym domu pojawiła się natomiast nowa, tym razem biała sutanna – osoba duchowna o zupełnie innym temperamencie.
Ojciec Piotr, młody i pełen energii, nie przypominał w niczym znanego nam proboszcza. Należał do zakonu Sercanów – nic, co ludzkie, nie było mu obce. Wpadał często na małą kawkę, zostawał godzinami, uczestniczył w rozmowach i posiłkach. Skupiał na sobie uwagę wszystkich – pachniał dużym światem, bez wysiłku nawiązywał kontakt z ludźmi.
W moim przypadku uzupełniał lukę w edukacji rodzicielskiej, dotyczącej tematów wstydliwych – stał się powiernikiem najintymniejszych spraw. Nastolatkowi, czującemu już „wolę Bożą”, potrafił w sposób prosty wyjaśnić problemy związane z dojrzewaniem. Nie groził piekłem; sprowadzał te sprawy, o których tyle słyszałem na religii, nie do grzechu, lecz do zwyczajnej potrzeby fizjologicznej.

Na lekcje religii, prowadzone w małej salce przykościelnej, Artur przynosił wór ironicznych wątpliwości. Ksiądz katecheta, z którego warg nie znikały nigdy ślady zgęstniałej śliny, nie dawał sobie z nimi rady.
Wszyscy lubiliśmy te polemiczne dyskusje, bo dzięki nim ulatywał w zapomnienie temat lekcji. Nie rozumiałem tylko jednego – dlaczego ksiądz poświęca Arturowi tyle czasu i energii, zamiast wyrzucić go po prostu za drzwi?
Zapytałem o to Ojca Piotra, a w odpowiedzi usłyszałem:
– Kościół ma większy pożytek z jednego nawróconego niż z całego zastępu pobożnych.

Dopiero po latach zrozumiałem wagę tej mądrości. Póki co, byłem wdzięczny Arturowi za nauczenie nas modlitwy, którą witaliśmy katechetę wchodzącego do sali:

Boże, mój ty Boże,
Kiedy ja se włożę?

Gdy ksiądz wznosił zgorszone oczy, kończyliśmy:

Dukata do kasy,
Na te ciężkie czasy!

Pewnego razu, przy niedzielnym obiedzie, w którym uczestniczył Ojciec Piotr, mama – pod wpływem kazania – poruszyła temat wyglądu Boga. Jej wizja, wyniesiona z domu rodzinnego, brzmiała krótko:
„Pogodny staruszek z siwą, długą brodą.”

Ze zdziwieniem zauważyłem, że Ojciec Piotr nie oponował. Przecież tyle razy dyskutowaliśmy o Bogu, utożsamiając Go z nieskończonością, wielkością, dobrocią – ale nigdy z uśmiechniętym „diadiuszką”.
Nie zabrałem głosu, a potem, na osobności, zapytałem Ojca Piotra:

– Jak to możliwe? Przecież mama nie wyrosła z dziecięcej wiary. Powinien Ojciec spróbować zmienić te śmieszne poglądy małej dziewczynki, a nie utwierdzać ją w nich.
– Nie, nie – odpowiedział z uśmiechem. – Właśnie dzięki takiej wierze twoja matka jest szczęśliwa.

Coś mi się nie zgadzało. Wierzyć, byle wierzyć – nieważne w co?
Dłuższe siedzenie okrakiem na barykadzie stawało się niewygodne; nie wiedziałem tylko, którą nogę mam przełożyć.

Polonez

Na czas wkuwania przedmaturalnego ojciec udostępnił mi swój gabinet. Takiego komfortu jeszcze nigdy nie zaznałem.
W przestronnym pokoju, wszędzie – na biurku, stoliku, fotelach – leżały książki, zeszyty, mapy. Z biblioteki wyciągnąłem nawet przedwojenne podręczniki.
Podczas nauki historii, przedmiotu, do którego zawsze podchodziłem z dużymi oporami, nastąpiło dziwne olśnienie. Z suchej wiedzy, rozciągniętej na trudną do ogarnięcia przestrzeń dziejową, zaczął wyłaniać się jasny obraz.
Zacząłem sprowadzać wydarzenia z różnych, odległych miejsc do jednej płaszczyzny czasowej. Dziwiłem się, dlaczego nikt wcześniej nie nauczył mnie tego w szkołach.

Mijały godziny, długie wieczory; zapominałem o posiłkach przynoszonych przez zachwyconą moją pilnością mamę. Z coraz większą satysfakcją wnikałem w detale odległych zdarzeń.
To już nie była nauka w celu zdania matury, ani chęć otrzymania celującej oceny.
Dzięki tym chwilom historia stała się czymś więcej niż szkolnym przedmiotem – stała się żywą opowieścią o losach ludzi.

„Poloneza czas zacząć” – ambicje naszej polonistki miały urzeczywistnić słowa wieszcza. Tańcem musieliśmy rozpocząć studniówkę.
Nie mógł to być polonez à la Andrzejewski; wystąpić należało w ciemnych garniturach, białych koszulach i muszkach.
Do tego stopnia potraktowano występ poważnie, że nawet na prywatkach ćwiczyliśmy majestatyczny krok.

Sto dni do matury. Biel bluzek naszych koleżanek kontrastuje z czernią spódniczek.
Dostojnie, parami, w ustalonej kolejności, wchodzimy do auli – z przejęcia nie słyszę orkiestry; niepokoi mnie dramatyczność pożegnalnego pląsu.

Zabawę przeciągamy do świtu.
Pustymi ulicami odprowadzam Irenkę do domu; namiętność gorących pocałunków zakłóca dziwny smutek.
Wiszący nad rzeką most, zwykle wesoło rozkołysany rytmem naszych kroków, teraz drży niespokojnie.
Jest cholernie cicho.

Trzymam Irenkę w objęciach. Chcę cofnąć czas, odepchnąć żal.
Widok łez w jej oczach – wyrażających dramat utraty czegoś, na co nie jesteśmy przygotowani – wstrzymuje oddech.
Unosząca się nad wodą mgła nie zagłusza naszego łkania.

Matura

Jurek Cyganowski dojeżdżał codziennie pociągiem z Dusznik do „budy” – chodził do XI a.
Choć był dobrze sytuowany – rodzice prowadzili aptekę – złapał gruźlicę. Nasi starzy znali się i ustalili, że do matury zamieszka ze mną.

Zaprzyjaźniliśmy się. Jurek miał sprecyzowane poglądy – wybierał się na prawo. Nie chodził z żadną dziewczyną, ale postanowił, że jego przyszła żona nie może mieć wyższego wykształcenia. Codziennie robił sobie zastrzyki ze streptomycyny – czasami go w tym wyręczałem.

Tuż przed maturą zaprosił mnie na imieniny do Dusznik.
Wchodząc do lokalu, czuliśmy się pewni siebie i bardzo dorośli. Fajne dziewczyny i wino – cóż trzeba było więcej!
Nasze tańce i swawole nie przypadły jednak do gustu miejscowym chłopakom. Poprosili nas „na zewnątrz”. Pełni animuszu stanęliśmy przed napastnikami i pewnie nie skończyłoby się to dobrze, gdyby nie przypadek – dobrze zbudowany przechodzień.

– Pokaż, co tam zaciskasz w pięści!
Posłusznie wyprostowałem palce – z dłoni wyłoniła się plastikowa portmonetka.
– Wsadź to z powrotem do kieszeni i grzecznie maszerujcie do domu! A wy!… zostawcie ich w spokoju!

Oddalaliśmy się pełni godności – nasze koszule pozostały śnieżno białe, podobnie jak nasz honor.
Na opustoszałej ulicy, by podkreślić dobry nastrój i zakończyć imieninową imprezę, strzeliłem dwa salta.

Nocą śniły mi się dziewczyny z restauracji; w tańcu przyciskałem je mocno. W upajaniu się jędrnymi piersiami przeszkadzał tylko portfel. Wsadziłem więc go do tylnej kieszeni spodni i dalej podniecałem się okrągłymi kształtami.
Rano, z niedowierzaniem stwierdziłem, że ani w spodniach, ani w marynarce portfela nie było. Cóż się stało? Przecież nikt mi go nie wyciągnął!

Bez wiary w odnalezienie poszliśmy do Dzielnicowego Komisariatu MO.
Ze zdziwieniem i ulgą dowiedzieliśmy się, że w nocy znaleziono na chodniku portfel. Zatroskany milicjant zapytał, czy czegoś z niego nie ubyło.
Było wszystko – oprócz pieniędzy.

Zbliżała się pisemna matura. Nie tylko nam zależało na pomyślnym zdaniu – nauczycielom również.
Nie wiadomo, jakim cudem, polonistce udało się zdobyć w kuratorium tematy, które dopiero w dniu egzaminu, w zapieczętowanej kopercie, miały trafić na komisyjny stół.
Wszystkich obowiązywała tajemnica – jeden drugiemu przekazywał ją „w zaufaniu”.

Podczas biegu wiatr w plecy jest ułatwieniem; czy nam był jednak potrzebny? Trudno powiedzieć – niemniej wszyscy zawodnicy w dobrej formie dotarli do mety i stanęli przed ustnym egzaminem.
Tam sytuacja się powtórzyła: każdy opracowywał trzy pytania, z góry znając numer, który miał „wylosować”.

Tylko jednej rzeczy nie mogłem przełknąć – tak zwanych „śniadań dla komisji egzaminacyjnej”.

Mama należała do komitetu rodzicielskiego, którego odwieczną tradycją było urządzanie codziennych bankietów dla nauczycieli. Przez wszystkie dni trwania matury rozgorączkowane matki prześcigały się w kulinarnej sztuce, aby zaspokoić podniebienia wysokiej komisji, ponosząc oczywiście pełne koszty tego przedsięwzięcia.

Długo nie dawała mi spokoju ta „nieuczciwość”, ale trzeba przyznać – jakież to było fajne: rumieniec belfra, biesiadny nastrój, koleżeński ton.
Egzamin dobiegł końca, wszyscy byli zadowoleni.
Nawet Artur się nie martwił – źle odpowiedział tylko na jedno pytanie z historii. Nie wiedział, że wielki ludowy bohater Kościuszko miał pochodzenie szlacheckie.
Nie tylko zresztą on jeden – innej wersji nie dopuszczało nasze socjalistyczne wychowanie.

Autostop

Najwyższa pora wybrać kierunek studiów.
Wydaje mi się, że najbliżej architektury znajduje się budownictwo – a dziwnym zbiegiem okoliczności Artur wybiera się na ten sam wydział. Choćby jedna przyjazna dusza w obcym mieście! Niewielu naszych kolegów myśli o dalszej nauce.

Niedługo po urodzinach przyszło zawiadomienie z Politechniki Wrocławskiej: zostałem dopuszczony do wstępnego egzaminu na Wydziale Budownictwa Lądowego. Egzamin miał się odbyć drugiego lipca – zostało więc całe trzydzieści dni na przygotowanie.
Bez względu na jego wynik zaplanowaliśmy z Arturem, niezależnie od zamierzeń rodziców, samodzielne wakacje.

Zamiast punktów za pochodzenie trzeba było znaleźć jakieś poparcie.
Akademia Medyczna to nie Politechnika, ale prof. Krass miał znajomości wszędzie i, pamiętając o lwowsko-rodzinnych powiązaniach, obiecał rodzicom, że je wykorzysta.
Byłem dosyć pewny wyniku, choć pojęcia nie miałem, na jakie studia naprawdę idę.

Egzamin pisemny przeszedł bezproblemowo, podobnie ustny – dopóki nie pojawiła się mgr Smutkowska.
Rozlało się morze pytań; wzburzone fale pozwalały utrzymać się na powierzchni tylko pierwszym słowom odpowiedzi. W podobnym sztormie znalazła się jeszcze jedna kandydatka.
Wyłożyłem się – a raczej zostałem zatopiony – przez fale radiowe. Pokręciłem długości i zakresy, a przy precyzowaniu częstotliwości stacji nadawczych spod wody wychodziły już tylko bąbelki.

Na korytarzu z niecierpliwością oczekiwaliśmy na rezultat.
Do gabinetu wezwano nas razem. Stanęliśmy przed obliczem mgr Smutkowskiej – i wtedy okazało się, że to właśnie ona jest naszą protektorką. Niedwuznacznie dała do zrozumienia, że z pobłażaniem popatrzy na egzamin wstępny, ale za to w czasie studiów szczególnie się nami „zaopiekuje”.

Cholera! Tak lubiłem fizykę – i właśnie to musiało mi się przydarzyć. Ale niech tam… dostałem się na studia, Artur też. Zatem można wyruszać w Polskę!


„Szarotka” – ostatni cud polskiego przemysłu radiofonicznego – z nowoczesną elektroniką nie miała nic wspólnego, ale była zminiaturyzowana i mogła działać na baterie, co stanowiło o jej sensacyjności.
W prezencie maturalno-urodzinowym dostałem właśnie „Szarotkę”. Spacerując z nią po ulicach wzbudzałem powszechne zainteresowanie.

Rok wcześniej Andrzej, dawny kumpel dziecięcych zabaw, zdał maturę i wraz z kolegą przyjechał autostopem nas odwiedzić. Teraz my postanowiliśmy złożyć rewizytę.
Planowaliśmy z Arturem, w oparciu o harcerskie doświadczenia biwakowe, wielką autostopową rajzę.
Podniecaliśmy się przyszłą niezależnością. Któż nie marzy o wolności! A jaką świeżością pachnie to uczucie, gdy ma się osiemnaście lat!

A więc – worek na plecy i przed siebie!


Za Wrocławiem zastał nas wieczór i nic nie zapowiadało pojawienia się na opustoszałej szosie jakiegokolwiek pojazdu.
Na spanie było za wcześnie, nogom nie chciało się już iść, a rosa nie zachęcała do odpoczynku w rowie.
Przydrożne drzewa tworzyły aleję-tunel. Wdrapaliśmy się z chłopięcym animuszem na konar starej lipy – rozłożyste gałęzie romantycznie nas bujały.
Zapadła noc.

Nagle coś zakłóciło ciszę – nie było to auto; powolny stukot upewniał nas o zbliżającej się szkapie.
– A może spróbować by tak „wozostopu”?

W oddali majaczyła, podświetlona lampą naftową, śpiąca sylwetka woźnicy.
Obudzić kogoś muzyką to chyba najłagodniejszy sposób – podkręciłem potencjometr „Szarotki”.
Gdy chłop się ocknął, Artur zahuczał basem:
– Dobry człowieku… może byś nas zabrał?

Gwałtowny świst bata i przeraźliwy krzyk wieśniaka poderwały do galopu chabetę.
Rechocząc zeszliśmy z drzewa – przydrożną kopą siana aż do późna w nocy wstrząsały salwy śmiechu.


Do Szczecina dotarliśmy w nienajlepszej formie.
Tylko dwa razy udało się nam jechać osobowym autem – zazwyczaj zatrzymywały się ciężarówki.
Niezapomniany pozostał „Star”, który zwolnił na tyle, byśmy mogli wskoczyć na jego pakę. Dopiero wtedy okazało się, że wylądowaliśmy dosłownie w gównie: ciężarówka wracała z rzeźni po dowiezieniu transportu świń.

Na miejscu Andrzej najpierw zaproponował kąpiel. Udało się doprowadzić wszystko do stanu używalności – oprócz pionierek. Wyrzuciłem je; może po roku by wywietrzały.


Nie tylko spotkanie ze starym kumplem Andrzejem wyznaczyło kierunek autostopowej marszruty.
Również przebywająca w Szczecinie Irenka miała na to wpływ – i to jaki wpływ!
Przygotowywała się do eskulapowego zawodu, a nasze spotkania w małym stopniu pomagały jej w nauce, choć sporo miały wspólnego z anatomią.

Zaciszne miejsce nad jeziorem, kochana dziewczyna, słońce, wolność, dojrzałość… Chrupiąca bułka i pomidor.
Nie wiem, jak to się stało, że właśnie wtedy – przy tak jednoznacznym zainteresowaniu, pochłaniającym w pełni moje zmysły i energię – narodziła się inna życiowa pasja.

Andrzej posiadał wspaniały aparat fotograficzny – nowość w dziedzinie lustrzanek małoobrazkowych – Praktinę.
Nie tylko cykał zdjęcia, ale sam wywoływał filmy i robił powiększenia. Pomagałem mu w tym, nie przypuszczając, że czerwone światło ciemni wywoła we mnie niegasnącą namiętność.

Zakosztowałem także innego rodzaju przyjemności. Matka Andrzeja rozpieszczała swojego jedynaka po królewsku.
Nie potrafiła, w czasie naszego pobytu, przestać okazywać troskliwości i serdeczności – wszystkie urocze gesty docierały również do nas.
Smak podawanych wieczorem pierniczków w czekoladzie, smakołyków, jakich nie jadałem nawet w święta, czuję do dziś.

Szalony czas, wypełniony samymi przyjemnościami, minął błyskawicznie.
Nadszedł dzień rozstania. Musiałem zdążyć na spotkanie z rodzicami w Sopocie.
Pożegnanie z Irenką nie miało filmowego dramatyzmu – a czemu szczęście szczecińskie nie chciało nam więcej towarzyszyć, pozostanie tajemnicą.


Na szlaku autostopowym Andrzej z Jurkiem i ja z Arturem stanowiliśmy silną grupę – bez problemu dotarliśmy do Trójmiasta.
Pani Remiszewska mieszkała w zacisznym domku niedaleko Opery Leśnej. U niej, tradycyjnie w czasie urlopu, rodzice wynajmowali pokoje.

Najsympatyczniejszy był okrągły balkon – spędzaliśmy tam większość czasu. Mankament stanowiły tylko osy, które pod wysokim sufitem zrobiły gniazdo.
Żaden kij nie mógł ich przepędzić, zadomowiły się na dobre w szczelinie między deskami.
Wpadłem na pomysł zaklejenia otworu gipsem – ulepiłem kulki i nimi rozpocząłem atak.
Wszyscy z podniesionymi głowami obserwowali moje poczynania, ale trafić precyzyjnie nie było łatwo.
Nagle usłyszałem krzyk ojca! Jedna z kulek przeleciała nad celem i spadając zakleiła mu oko.

Nikt nie zdawał sobie sprawy z powagi sytuacji – wszyscy ryknęli śmiechem.
Po dziesięciu minutach ojciec, z zaczerwienionym okiem, wrócił z łazienki.
W zasadzie miał pretensje nie tyle do mnie, co do reszty rodziny – za niepoważne zachowanie.
A szczęśliwe osy mogły nam towarzyszyć dalej przy posiłkach.


Trudno, żeby pełnoletniości nie uczcić alkoholem.
Wino patykiem pisane – popularny „jabcok” – jako boski napój niesiemy do Opery Leśnej.
Cztery butelki, czyli po jednej na łebka! Korki posłusznie ustępują po fachowym uderzeniu w denko i rozpoczyna się uczta Bachusa.

Nie tak dawno, na osiemnaste urodziny, ojciec z lekkim zażenowaniem poczęstował mnie lampką wina, wznosząc toast za zdrowie „dojrzałego” syna.
Teraz szlachetny płyn, bezpośrednio z butelki, spływa do gardła.
Jak bardzo jesteśmy wolni, z jakim fantastycznym dźwiękiem rozbijają się flaszki, jak lekko unoszą nas nogi!
Brykają gwiazdy w walczyku szalonym, ziemia faluje w rytmie Bałtyku, a koc, którym przykrywa mnie mama, ma czułość filmu drobnoziarnistego.

« Ältere Beiträge

© 2026 Wojciech Rosyk

Theme von Anders NorénHoch ↑