Kategorie: Czerwona gondola (Seite 2 von 2)

 Rozstanie

Wrocław, willowa dzielnica, jednorodzinny domek, pierwsze piętro, mały pokoik – to moja prywatna kwatera. Właścicielka, jeszcze całkiem atrakcyjna wdowa, zajmuje parter; piętro i poddasze wypełniają studenci.
Obrotny Ojciec Piotr dopomógł w odświeżeniu pokoiku – oczywiście nie sam; wydelegował młodszego kolegę. Pomalowaliśmy ściany dwukolorowo: zielony groszek kontrastuje z wyblakłą pomarańczą. Jest czysto, jasno i… samotnie, choć z poddasza dobiega beztroski gwar studentów prawa.

Czterysta złotych miesięcznie kosztuje ta przyjemność – dużo, zważywszy, że cały budżet muszę zmieścić w 1200 zł. Ale co zrobić – innej możliwości nie mam. Zazdroszczę Arturowi; mieszka w akademiku. Ze względu na pochodzenie nie mogę nawet marzyć o wspólnym lokum z kolegami.

Zagubiony w obcym mieście szamoczę się strasznie. Wrocław jest śliczny, ale nikogo tu nie znam. Goniąc czas, kursuję bez końca na trasie Plac Grunwaldzki – Biskupin. W ciągłym stresie nie potrafię zorganizować ani normalnego życia, ani nauki… a tyle naiwnej pewności przywiozłem z prowincji.
W odróżnieniu od większości kolegów po technikum nie mam pojęcia o rysunku i piśmie technicznym – tracę na to niesamowitą ilość energii. Czuję się niepewnie i samotnie, a przez presję rodziców nie mogę myśleć o przerwaniu studiów.

Mimo wszystko znajduję trochę czasu na hobby. Pożyczoną od Ojca Piotra „Zorką” na statywie cykam zdjęcia. Nade mną mieszka Wojtek – pasjonuje się fotografią, głównie aktem. Czasem zamienia swój mały pokoik w laboratorium; w czerwonym świetle ciemni wychodzą na jaw kształty dziewczyn, których imiona starannie wypisane zostały na wezgłowiu jego łóżka. Dwie przyjemności połączył w jedną.
Moje drugie hobby to listy. Uczucia ujmuję w język wyższej matematyki, co Irenka wyśmiewa jako dziecinadę.

Poza matematyką niewiele mnie pociąga. Sport pozostaje sportem; obok lekkiej atletyki trenuję wioślarstwo – czwórkę ze sternikiem. W końcu zaliczam pierwszy semestr, ale daleko mi do zadowolenia. Po egzaminie z chemii koledzy czekający pod drzwiami dziwią się mojej wypowiedzi:
– No co… zdałeś?
– Tak, ale nie mam satysfakcji.
– Wygłupiasz się, co to ma za znaczenie! – komentuje Stefa.

Na drugim semestrze dochodzi fizyka. Mgr Smutkowska dotrzymuje przyrzeczenia – obrzydza mi ulubiony przedmiot, przekreślając marzenia o przyszłej drodze w tym kierunku. Nie tylko ona ponosi za to winę.
Mam dziewiętnaście lat, czuję przemożną „wolę bożą”, strasznie chcę być kochany, a doskwiera mi potworna samotność. Na petit l’amour nie mam pieniędzy, a nieśmiałość nie pozwala szukać miłości po akademikach.
Odległość między mną a Irenką rośnie; nie chodzi tylko o kilometry. Marzę o kobiecie, jej ciele i szalonych przeżyciach. Ciepłe listy i platoniczne uczucie nie wystarczają – czuję bezsens takiego związku.

Jesiennym popołudniem kłodzki stadion „Gwardii” świeci pustkami. Pierwszy raz, jeszcze jako przedszkolak w stroju KS „Unia”, po pierwszomajowym przemarszu kopałem piłkę na jego zielonej murawie. Teraz wygląda smutno, wiatr roznosi opadłe liście.
Irenka przychodzi punktualnie.
– Źle wyglądasz w tej spódniczce.
– Zawsze podobały ci się moje rzeczy.
– No właśnie, mogłaś ubrać coś innego.
– Myślę, że nie chodzi ci o ubiór.

Tak banalnie wygląda koniec pierwszej, wielkiej miłości. Bez wzniosłych słów, bez oskarżeń i usprawiedliwień rozstajemy się w bolesnym milczeniu.

Przegrany wracam do Wrocławia. Na uczelni z desperacją walczę do końca; fizyki jednak nie przeskakuję – muszę powtórzyć pierwszy rok. Bolesna porażka zostawia kompleksy na długie lata… A jednak po niej następuje istotny zwrot w moim życiu.

Skuter

Podejrzewałem, choć nigdy o tym się nie mówiło, że przeprowadzka do Nysy miała związek z dużą konkurencją panującą w kłodzkim świecie lekarskim.
Warunki umowy, związanej z objęciem przez ojca szefostwa oddziału chirurgicznego, gwarantowały zamieszkanie w przeuroczej willi.
Jednorodzinny, piętrowy domek ze spadzistym dachem, pokrytym czerwoną dachówką, zajmowany wcześniej przez poprzedniego ordynatora, oczarował całą rodzinę.
Zachwycały nas przestronne pokoje, urzekająca weranda, słoneczny taras, ogród pełen ścieżek i klombów kwiatów, zaciszny zakątek oddalony od centrum zaledwie o kilka kroków.

Idylla nie trwała jednak długo.
Pierwszy Sekretarz ZWM, wraz z rodziną, wprowadził się na pierwsze piętro i nikt, mimo protestów, nie mógł tego zmienić.


Na urlop dziekański przyjeżdżam do obcego miasta.
Pomimo czystości i starannie odbudowanej starówki, Nysa pachnie wsią.
Rodzicom to nie przeszkadza – czują się dobrze, ponownie zanurzają się głęboko w światek pań doktorowych, sędziostwa i duchownych.

Bez problemu znajduję zatrudnienie w Wydziale Geodezji Miejskiej Rady Narodowej.
Dostaję się do młodego, zgranego zespołu. Praca nie jest skomplikowana – w głównej mierze polega na ustalaniu granic gruntów.
Pensję mam skromną, ale życie wesołe.
Nie zdarza się, aby chłop podczas pomiarów nie postawił na stół pół litra z zakąską. Dla nas to dopiero początek – po pracy siedzimy w knajpie do późna w nocy.
I tak w kółko – każdy dzień podobny do poprzedniego.

Utrzymanie nic mnie nie kosztuje, więc bez trudu odkładam parę pensji.
Moim marzeniem jest „Osa”, bo – jak głosi fama – dziewczyny najłatwiej podrywają się na skuter.
Biorę kredyt w banku, resztę pożyczają rodzice i wkrótce mogę odebrać pojazd.

W opolskim Motozbycie formalności trwają krótko. „Osa” prezentuje się wspaniale – motor o pojemności 175 cm³ wydaje przyjemny, metaliczny pomruk, lakier połyskuje nadzieją, a mieszanka benzyny i oleju pachnie przygodą.
W drodze powrotnej upajam się jazdą, a ojciec dumnie siedzi na tylnym siedzeniu. Rzadko mu się zdarza być zadowolonym z moich poczynań.


Całkowicie beztroski okres zakłócał jedynie codzienny, ordynarny kac.
Nigdy w życiu nie wypiłem tylu litrów kwaśnego mleka.
Zaprzyjaźniłem się z dwoma Jurkami, kolegami z pracy.
Jeden miał identyczny skuter – wspólnie szukaliśmy szczęścia w sąsiednich wioskach.
Drugi jeździł „jawą” i miał dziewczynę, ta z kolei przyjaciółkę Helenkę.
Helenka miała wszystko na swoim miejscu: ładną buzię, wesołe oczy, kruczoczarne włosy i ochotę do spotkań ze mną.

Stanowiliśmy niemożliwą paczkę – ile to knajp od Nysy po Zakopane nas znało!
Knajp, przygodnych pokoi, domków letniskowych, a nawet zwyczajnych szop z sianem.
Paczkę uzupełniał jeszcze jeden Jurek – taksówkarz.
W najbardziej beznadziejnej sytuacji potrafił wykombinować pół litra albo rozwozić do domów kompletnie zalane towarzystwo.

Najczęściej bawiliśmy się w „Opolance”.
Nad tym lokalem Helena miała mieszkanie.
Po dansingu, już tylko we dwoje, przenosiliśmy się na górę – do pokoju, w którym przeżywałem szaloną, młodzieńczą miłość.


W sobotnie popołudnie jedna z licznych imprez w Wydziale Geodezji dobiegała końca.
Zastępca szefa poprosił mnie, abym odwiózł Janeczkę, koleżankę z „finansowego”, na prywatkę – sam miał dojechać jakąś okazją.

Wąska sukienka nie pozwala Jance wsiąść na skuter; podkasuje więc ją bez ceregieli.
Jadę polną drogą, dziewczyna nuci cza… cza… cza…, a jej podniecające kształty wtulają się we mnie bezpardonowo.
Gwałtownie opuszcza mnie lojalność wobec przełożonego.
Zatrzymuję skuter.

– Poczekamy tu na Kazika.

Do skraju polanki kilka kroków.
Pachnie lasem i trawą.
Janeczka leży na miękkim podłożu, a jej biodra poruszają się w takt nieprzerwanego cza… cza… cza…
Nie wyczuwam pod cienkim materiałem sukienki żadnych przeszkód – zanurzam się w głębię rozkoszy bez słowa.
Janeczki cza, cza, cza staje się coraz szybsze – i nagle cichnie.
Dziewczyna patrzy tak, jakby mnie widziała pierwszy raz. Uwalnia się z uścisku, wstaje nade mną.

– Chodź… pojedźmy stąd gdzieś!

Biodra dziewczyny unoszą się wysoko – chce mi się wyć z niedosytu, ale Janka już siedzi na skuterze i uśmiecha się, a jej uśmiech obiecuje: Chodź, chłopcze, ja cię uczyć każę.

Jadę jak nieprzytomny.
Z czasem jednak nie tyle pęd powietrza, co niewypowiedziane zadowolenie, uspokaja mnie.
Co się stało? Dlaczego jest tak dobrze?
Usta dziewczyny muskają moje ucho – zaczynam zwalniać.

Droga prowadzi do Kłodzka – dlaczego właśnie tam?
Szyderstwo losu. Do miasta pierwszej miłości wiozę to, czego w niej brakowało.

Wojtek, dawny kolega z ławki gimnazjalnej, daje mi klucz od domku na działce. Nie odmawia przysługi, ale widzę, że jest zazdrosny – i o dziewczynę, i o skuter.
Pospiesznie otwieram drzwi. Zamiast cza, cza, cza odzywają się sprężyny metalowego łóżka.
Do dyspozycji mamy całą noc.
Nie pomyliłem się – uśmiech Janki nie kłamał.

rozpalała wilgotnymi wargami
moje ciało dreszczem zachwytu
falowaniem nagości, gwałtownym
drganiem piersi gotowa do krzyku
rytmem bioder i ramion
unoszących w przestworza
mą namiętność i pasję
bliskość, którą zachowam

Prozaiczny ranek obudził znieczuloną rzeczywistość.
Janka musiała wracać do Nysy.
Na dworcu autobusowym zdążyliśmy wypić tylko szklankę letniej herbaty.

 Arek

Wracam do Wrocławia na dalszy ciąg studiów. Towarzyszy mi skuter – nierozłączny kumpel minionych przeżyć.
Znajduję kwaterę o sto złotych tańszą od dotychczasowej. Mieszkam teraz u starszej pani, która wynajmując pokoje, powiększa skromną pensję męża-buchaltera. Do grona lokatorów należy Kasia – studentka medycyny. W rodzinnej atmosferze korzystamy ze wspólnej łazienki i kuchni, a cicha ulica domków jednorodzinnych sprzyja nauce i snu.

Trudno powiedzieć, jak doszło do przyjaźni z Arkiem. Byliśmy trochę inni niż większość kolegów z wydziału – o tym decydowały nasze domy rodzinne. Pochodziliśmy, jak to się mówiło, z inteligencji pracującej. Ojciec Arka, po powrocie z Syberii, osiadł we Wrocławiu i prowadził prywatne biuro tłumacza przysięgłego.
Arek, przystojny brunet, tryskał humorem i niewyczerpaną energią. Rozpuszczony powodzeniem u kobiet, umiejętnie z niego korzystał – choć jego dziewczynie, atrakcyjnej blondynce, niczego zarzucić nie można było.

Wokół nas utworzyła się grupa studentów spoza akademików. Podstawowym lekarstwem na nadmiar wykładów i ćwiczeń były karty. Brydż i poker straciły atrakcyjność, gdy nauczyłem towarzystwo innej, namiętnej gry – „labeta” wuja Wila. Niejeden świt nas przy niej zastał. Graliśmy do upadłego i nie wiadomo, do czego doprowadziłby nas ten hazard, gdyby nie tragiczny wypadek.

Edek, jeden z naszej paczki, często uczestniczył w nocnych maratonach, ale zazwyczaj tylko kibicował. Siadał opanowany przy stoliku i w milczeniu trwał do ostatniego rozdania. Na uczelni wiodło mu się różnie – raz na wozie, raz pod wozem. Chodził własnymi ścieżkami. Nikt nie wiedział, kiedy i dlaczego wyruszył na ostatnią.
Pewnego dnia, osłupiały, przeczytałem przyklejoną do ściany przy dziekanacie klepsydrę.
Szokująca śmierć Edka dotknęła nas wszystkich. Podobny wypadek przeżyłem jeszcze w gimnazjum, ale wtedy zapamiętałem tylko niemieckie brzmienie nazwiska tragicznie zmarłej koleżanki. Teraz boleśnie docierało do mnie, jak bardzo Edek musiał być zagubiony, skoro odważył się na ten ostateczny krok.

Zimową przerwę międzysemestralną postanowiliśmy z Arkiem spędzić w górach. Z tej okazji kupiłem pierwsze w życiu buty narciarskie, a do nart kanty, które znajomy stolarz poprzykręcał w wyfrezowanych uprzednio rowkach.
Wyregulowanie „kandaharów” nie przedstawiało problemu, i z zachwytem oglądałem, jak sprężyna wiązania dokładnie siada w rowku obcasa nowego buta.

Wylądowaliśmy w schronisku Bronka Czecha. Otoczyła nas nieskończona biel i spokój. Kominek promieniował ciepłem, wypełniając powietrze żywicznym zapachem drewnianych ścian.
Sąsiedni pokój na naszym piętrze zajmowali studenci medycyny – trzech facetów i dziewczyna. Słaba płeć nie jeździła na nartach, zadowolona z obecności „u swego boku” któregoś z kolegów. Tak było w ciągu dnia, a wieczorem rozpoczynali przedziwną grę.
Z naszego pokoju słychać było chichot dziewczyny i – przeplatane salwami śmiechu – odgłosy kibicowania. Erotyzm wisiał w powietrzu. Ale jakiego rodzaju?

Arek nie wytrzymał. Scyzorykiem wydłubał sęk z deski, przywarł do otworu i z zapartym tchem trwał w nieruchomej pozycji. Spodziewałem się komentarza mniej więcej takiego:

– Kuuurwa… ale ją pieprzą!

A tu nic. Po chwili, z głębokim westchnieniem, udostępnił mi punkt obserwacyjny.

– Kuuurwa… ja bym nie wytrzymał!

Podniecony przycisnąłem głowę do ściany. Na połączonych łóżkach leżała rozebrana czwórka. Skrajne miejsca zajmowali kibice, a na środku toczyła się gra – zakład. Dziewczyna mogła wprowadzić do gry każdą część swojego ciała – zakazane było tylko dotknięcie czymkolwiek męskiego członka.
Bujne kształty, poruszane harmonijnie, znęcały się nad przeciwnikiem, który musiał okazać opanowanie. Rozpuszczone włosy gładziły napięte ramiona, sutki dotykały zaciśniętych warg, rozchylone usta zostawiały ślady na udach, język wwiercał się w małżowinę uszną, a biodra, rozkołysane namiętnym tańcem, rozsiewały zapach intymności.

Faktycznie – ja też bym nie wytrzymał. I nie wytrzymałem.
Natomiast męskość kolegi zza ściany nie podniosła się nawet na centymetr.
Stawka zakładu z góry była ustalona: kto przegra, następnego dnia nie jeździ na nartach.

My zaś, ostudzając w śniegu nocne emocje, szaleliśmy do upadłego. Zjazdy długimi, pustymi szlakami, zmęczenie przy jeszcze dłuższych podejściach, próby slalomu między powbijanymi przy schronisku gałęziami świerków – i na zakończenie kufel zimnego piwa.
O wyciągach i rozgorączkowanym towarzystwie przy nich nikt jeszcze nie marzył. Panował spokój, a biały puch zagłuszał nawet stąpanie.

Śledź

Oprócz ordynatury w nyskim szpitalu ojciec dostał posadę na kolei. Dzięki temu, że codziennie pracował parę godzin w przychodni PKP, leciała ekstra pensja, a cała rodzina mogła korzystać z dodatkowych świadczeń.
Dla mnie, na przykład, osiemdziesięcioprocentowa zniżka przy zakupie biletu stanowiła istotną ulgę, jednak dopiero wyjazd na wczasy pracownicze pokazał, jak atrakcyjny był ten etat.

Na bocznicy kolejowej w Jastarni stoją stare wagony zamienione na domki letniskowe. Sceneria dość dworcowa, ale cóż nam trzeba więcej – słońce i morze, a jaki dach przysłania lipcowe, nocne niebo, nie ma znaczenia.
Jesteśmy tu z mamą na wczasach; przeważa młodzież, tworzą się mieszane grupki.

Monika od razu wpadła mi w oko – nie tylko zresztą mnie. Chłopcy podrywali ją bez przerwy.
Spośród grona ładnych i zgrabnych blondynek wyróżniał ją pogodny, jasny wyraz oczu i delikatny uśmiech. Miała w sobie coś odmiennego, subtelnego, coś bardzo świeżego. Nie zadzierała nosa, choć jej ojciec piastował wysokie stanowisko w poznańskiej DOKP.
Wdzięk jej dziewczęcej naturalności pociągał, lecz jednocześnie przekreślał myśl o łóżku.

Powstawały już pierwsze zakochane pary, a z Moniką nie mogłem się umówić.
Opanował mnie namiętny upór – tam, gdzie była Monika, byłem i ja.
Po paru dniach zaczęliśmy chodzić ze sobą. Jako student z pewnością imponowałem gimnazjalistce, ale istniało jeszcze kilka innych, ładnych powodów „miania się ku sobie”.
W oprawie opalonych rumieńców padły pierwsze wyznania miłości, pierwsze zakłopotane dotknięcia ust. Wakacje mijały beztrosko w słońcu i zabawie. Dni biegły szybko i nadszedł ten, w którym wymieniliśmy adresy.
Monika jechała dalej – na kolonie nad jeziora. Po nas przyjechał ojciec; wybieraliśmy się w góry, do Szczawnicy.

Natychmiast rozpoczęła się gorąca korespondencja.
W jednym z pierwszych listów Monika opisywała swój sukces estradowy – śpiewała na wieczorku zapoznawczym i tak się podobała, że nazwano ją Catarina Valente. Wszyscy ją znali pod tym pseudonimem, więc prosiła, bym korespondencję tak właśnie adresował.
Dostałem potem jeszcze jeden list i… zapanowała cisza.

Nasz urlop nad Dunajcem kończył się, czekała mnie znowu uczelnia i nauka.
We Wrocławiu jednak, w pierwszej kolejności, wywołałem wakacyjne filmy i zrobiłem mnóstwo powiększeń Moniki.
W pierwszą niedzielę wsiadłem w pociąg i pojechałem do Poznania. W drodze towarzyszył mi Arek – nie musiałem długo go namawiać, wystarczyło wspomnieć, że Monika ma ładną siostrę.

Taksówkarz podwiózł nas pod dom. Z bijącym sercem nacisnąłem dzwonek – cisza. Usiedliśmy więc na schodach. Przy kartach niepostrzeżenie mijał czas.

– Co ty tu robisz? – nagle usłyszałem znajomy głos. Przede mną stała Monika.
– Czemu nie odpisujesz na moje listy?
– Jakie listy? To ty przestałeś pisać!

Na szczęście między nami było wszystko po staremu. A że ja przekręciłem imię słynnej, lecz zupełnie nieznanej mi piosenkarki, to już inna sprawa.

Gdzie można spędzać czas sam na sam z dziewczyną i nie podpadać? Wiadomo – w kinie!
Arek z Hanką poszli na balkon, ja z Moniką na parter. Szkarłatny Pirat szalał na ekranie, a my, przejęci jego przygodami, szeleściliśmy papierkami z „Wedlowskiej Mieszanki”, krzyżując zakochane spojrzenia.
Jak się później dowiedziałem, Arka dużo mniej interesowała akcja filmu, niemniej również przeżywał bardzo emocjonalne przygody.

Odprowadziwszy dziewczyny do domu, wstąpiliśmy jeszcze na chwilę do ich mieszkania. Dla rozładowania sztywnej atmosfery Hanka opowiedziała kawał:

– Ulicą idzie kobieta. W papierowej torbie niesie pomarańcze. Roztargniony przechodzień potrąca ją. Owoce rozsypują się! Zmieszany jegomość przeprasza: pardon… pardon… pardon…
Zdenerwowana kobieta nie wytrzymuje: ty tu nie pierdol, tylko zbieraj pomarańcze!

Arkowi tylko tego było trzeba. Skoro w takim porządnym domu słyszy się coś podobnego, można sobie pozwolić na pikantniejszą historię:

– Na wieś do rodziny przyjeżdża wujek z miasta. Po kolacji wszyscy kładą się spać, tylko niespokojny Jasiu podgląda. Widzi, jak wujek dobiera się do mamy. Załatwił numer z mamą – poszedł do Marysi. Po numerze z Marysią zachciało mu się siusiać.
Wyszedł więc na podwórko. Nieopodal stała kołowa ostrzałka. Aby nikogo nie obudzić, zaczął kręcić korbą, jednocześnie sikając na kamień. Zdenerwowany Jasiu budzi ojca:
– Tato… tato! Wstawaj! Wujek zerżnął matkę, zerżnął siostrę, a teraz na nas chuja ostrzy!

W pokoju zapanowała konsternacja. Niebawem, zupełnie przypadkowo, pojawiła się matka i poprosiła swoje dziewczynki, żeby pożegnały panów – „bo mają coś jeszcze ważnego do załatwienia”.

W niedalekiej przyszłości dowiedziałem się, że w poznańskiem „nie pierdol” to popularny, niewinny zwrot.

Kończył się karnawał. Postanowiliśmy z Arkiem zrobić prywatkę.
W imprezie brali udział: Krysia, która po dostaniu się na medycynę czasowo mieszkała wspólnie ze mną, sąsiadka Kasia ze swoim chłopakiem i kolegą z uczelni. Nam towarzyszyły dwie „koleżanki” – studentki ekonomii.
Ściągnąłem z butli gospodyni trochę domowego wina, resztę – wyżej procentowego – zorganizowaliśmy wspólnymi siłami. Na zagrychę dziewczyny zrobiły kanapki. Włączyliśmy magnetofon i rozpoczął się ubaw.
Wymieszane trunki pobudzały humor i swobodę tańca. Dla ochłody od czasu do czasu wyskakiwaliśmy na zewnątrz – zakopcić.

W pewnej chwili do pokoju wpada Kasia z krzykiem:
– Na pomoc! Staszka biją!
Błyskawicznie wybiegamy. Kumpel Kasi szamocze się z jakimś nieznajomym – ten, spostrzegłszy nas, zaczyna uciekać. My za nim!
Staszek po drodze się wykłada; z rozbitym nosem zostaje w tyle.
Z Arkiem doganiamy faceta, panicznie krzyczącego: Mamo, mamo!
Otwierają się jakieś drzwi wejściowe. Na drodze Arka staje pokaźna jejmość. Nieznajomy, obrywając parę razy, wpada do środka. Wycofujemy się.

Po powrocie zastajemy Staszka z opatrunkiem na twarzy w pokoju Kasi.
Okazało się, że ten facet, nic sobie nie robiąc z obecności Stasia, ordynarnie zaczął przystawiać się do Kaśki.

Artur stwierdził, że „ktoś tam, coś tam oberwał”, więc byłoby lepiej – na wypadek, gdyby zjawiła się milicja – „zmyć się”.
Do przeczekania wybraliśmy pobliskie chaszcze, gdzie z rozpoczętą półlitrówką, zachowując pewną ostrożność, obserwowaliśmy, co dzieje się przed domem.
Po pewnym czasie Artur odwołał akcję. Gdy po paru kieliszkach zapomnieliśmy o wszystkim i zabawa znów się rozkręciła, do pokoju wkroczyła milicja.

Przez uśpione ulice Wrocławia wiózł nas gazik. Koledzy niedoli siedzieli pokornie, mnie natomiast rozrywała bezsilność.
Ryczałem na cały głos:
– Wy jeszcze zobaczycie, kto to jest Phawros!!!
Milicjanci nie robiąc sobie nic z pogróżek, odstawili nas do aresztu.

Reszta nocy to koszmar. Trzeźwiałem, a pragnienie doprowadzało mnie do szału. Dyżurny oficer podał herbatę – po przełknięciu paru łyków ciepłego płynu puściłem pawia.
Wręczono mi wiadro ze szmatą; pokornie zabrałem się do sprzątania. W głowie stukały tysiące młotków, a skurcz wykręcał żołądek na drugą stronę.

Rano, w czasie konfrontacji, paniusia z syneczkiem palcem wskazała na mnie i Artura. Kolega Kasi został zwolniony, a nas bezzwłocznie przewieziono do więzienia.
W rozdzielczej sali-celi panowała niemiłosierna ciasnota i paraliżujący zaduch. Dziesiątki zatrzymanych, ściśniętych jak śledzie, bezskutecznie próbowały dostać się do poziomych desek zamontowanych przy ścianach – tylko pierwsi znaleźli tam miejsce i z wyższością, w pozycji leżącej, obserwowali stłoczoną ciżbę.

Zaalarmowana przez dziewczyny rodzina Artura zorganizowała bułki z kiełbasą i dukaty.
Pomału zaczynałem uświadamiać sobie, co się stało, gdzie jestem.
Zamiast zakłopotania poczułem dziwne zadowolenie – stałem na progu niecodziennej przygody.

Kolejna noc, już na deskach, minęła spokojnie. Nastał ranek i przydział do cel.
Przede mną otwierały się bramy więzienia – wkraczałem w nie dumny i zachwycony.
Zachwycony, bo mogłem przeżyć coś mocnego, widzianego dotąd tylko w kinie.
Dumny – bo czułem się niewinny i przekonany, że po paru dniach wyjdę.

Do celi wszedłem jako ostatni, czyli czwarty pensjonariusz.
Malutkie pomieszczenie: dwa piętrowe, metalowe łóżka, obok kibla spiralny grzejnik, stanowiący jednocześnie podstawę miednicy, mały stolik, półka i krzesło.
Nie przechodziłem jeszcze „przez ręcznik”, ale musiałem dostosować się do dyscypliny i używać klangu.
Po celi albo maszerowało się ustalonym krokiem, albo leżało na pryczy.
Raz w tygodniu – łaźnia, trzy razy dziennie – posiłek. Rano każdy dostawał pół razowca, który jako podstawowe wyżywienie musiał wystarczyć na cały dzień.
Do picia – woda ze stojącego przy kiblu wiadra.
Na obiad czasami kasza, częściej letnia ciecz.

Chodziłem głodny, potwornie głodny – jak wszyscy.
Przypuszczam, że nigdy już nie zaznam takiej błogości jak wtedy, w czasie chciwego jedzenia kawałka czarnego chleba.

Głód mogłem jednak pokonać – gorzej było z poranną toaletą.
Porcja wody w miednicy musiała wystarczyć wszystkim.
Ostatni przyszedłem, więc ostatni musiałem się myć.
Z obrzydzeniem zanurzałem ręce w szarej zupie, ale cóż mogłem robić innego?
Pospiesznie spryskiwałem twarz, histerycznie zaciskając oczy i usta, czując skurcz pośladków.

Zjawił się nareszcie adwokat – wyczekiwany kontakt w beznadziejnej niepewności.
Sprawa nie wyglądała wesoło: chciano nam zrobić popisowy proces – proces „złotej młodzieży inteligenckiej”.
Do rozprawy pozostały dwa tygodnie.
Koledzy z celi pocieszali mnie:

– Jak masz już wyznaczony termin, to dobrze. Jak uniewinnią – świetnie. Jak skażą – też nieźle, bo przeniosą cię do lepszej celi i będzie lepsze żarcie.

Na szczęście nie musiałem przekonywać się, jak wygląda „lepsze życie w pierdlu”.
Adwokat podważył wiarygodność oskarżenia: świadkowie mówili o trzech napastnikach, a na ławie oskarżonych znalazło się dwóch.
Nikt nie wiedział, że w czasie, gdy milicja wyprowadzała nas z mieszkania, Staszek – z kompresem na rozwalonym nosie – leżał na łóżku w pokoju Kasi.
Adwokat przekonał też sąd i prokuratora, że w nocnych ciemnościach niemożliwe jest zapamiętanie szczegółów twarzy i ubrania.

Nie przyznawaliśmy się do niczego, a gospodyni – właścicielka mieszkania i główny świadek – zeznała, że nikt w czasie zabawy nie opuszczał lokalu.

Zostaliśmy uniewinnieni.
Niepewnie stanąłem na wrocławskim chodniku w chłodny, ponury dzień. Wymięty jak wymięty był otulający mnie płaszczyk-miś o odrażającym zapachu naftaliny.
Za mną zamykała się brama więzienia. Po drugiej stronie jezdni czekała mama.

Co roku, na „śledzia”, Arek przysyła mi pozdrowienia.
Na kartce pocztowej widnieją czarne pręty kraty wypełniające małe, więzienne okienko.

Katowice

Wsiadający ludzie przerywają poranną drzemkę; wagon kołysze na nierównych szynach i licznych rozjazdach. Oddech wraca do rytmu dopiero pod zamkniętym semaforem. Na gliwickim dworcu czeka kufel grzanego piwa — po nim trudno wytrzymać do końca pierwszego wykładu.

Z entuzjazmem dopasowuję się do śląskiego środowiska i nowych kolegów. Rodzice doszli do wniosku, że dolnośląskie powietrze wyraźnie mi nie służy; co prawda bez problemu zaliczyłem drugi rok, ale Wrocław łączył się ze zbyt wieloma niepowodzeniami. Radośnie przyjmuję ofertę babci, która zaproponowała, bym schował się pod jej skrzydła — miałem już dość samotności i niezależności.

W zasadzie nie rozumiem, czemu od razu nie starałem się o Politechnikę Śląską — sprawa protekcji przy egzaminie wstępnym została mocno przeceniona. W Katowicach, oprócz babci, mieszkało jeszcze kilka bliskich osób z rodziny i najpewniej dzięki nim zderzenie z dużym miastem, po opuszczeniu prowincji, byłoby mniej bolesne. Zapłaciłem przesadnie wysoką cenę za szamotaninę z bezmiarem problemów: adaptacją do nieznanych warunków i samotnością. Jestem przekonany, że taka góra kłopotów, jaką zostawiłem za sobą, już nigdy w życiu nie stanie mi na drodze.

Z ostatnich wakacji przywożę moc wspomnień i sporo filmów. Zdjęcia cykałem wymarzonym aparatem — dostałem go jeszcze podczas wrocławskich studiów. W jedną z wiosennych niedziel, po powrocie do domu, na klamce sypialnianych drzwi wisiała nowiutka Praktina! Szalałem ze szczęścia. Powodów do radości było zresztą więcej. Najważniejszy: planowana przez ojca wycieczka do Jugosławii. Realizacja wymagała jednak nie lada zachodu.

Wyjazd nad Adriatyk zależał przede wszystkim od Narodowego Banku. Choć Jugosławia należała do obozu socjalistycznego, Tito maszerował na zachód. Kto chciał zobaczyć dalmatyńskie wybrzeże, musiał mieć dolary — z legalnego źródła. Z tym papierem szło się do odpowiedniego wydziału MO po wkładkę paszportową. Z powodu ograniczeń ekonomicznych bank limitował dewizy. W praktyce więc od dyrektora tej instytucji — do którego próbowali dotrzeć rodzice — zależało, czy wkładkę dostaniemy. Bank sprzedawał dolary taniej; ich realna cena rosła jednak o koszt dotarcia do „właściwych ludzi”.

Przejście graniczne Kudowa–Słone. Poczciwa warszawa wypchana po brzegi: na dachu walizki, namiot, materace; pod siedzeniami mnóstwo puszek z mielonką. Celnicy mają czas — zaglądają wszędzie.
Budapeszt — ciepło, południowy nastrój, na Wzgórzu Gellérta pachnie prażonym kasztanem, a od Dunaju bije wilgoć i zapach metalu. Na nabrzeżu turyści fotografują Parlament, ktoś gra na skrzypcach w cieniu lip. Piekący gulasz, chłodne piwo i pierwsze poczucie, że naprawdę zaczynają się wakacje.

Potem coraz bardziej upalnie. Za oknami zapach lasów piniowych, szum cykad, błyski morza między skałami. Nowy most pod Maslenicą, prom pod Šibenikiem, powietrze drży od żaru. Gdzieś daleko błyska Adriatyk — oślepiający, gęsty od słońca. Split – Obala, palmy i czerwone wino na nadbrzeżu; gwar rozmów miesza się z muzyką i z brzękiem szkła, dzieci biegają między stolikami.

Na południe — nadmorska magistrala w budowie, kurz, skały i powolne serpentyny z Makarskiej do Dubrownika. Warszawa, rozgrzana do czerwoności, wspina się po kamienistej drodze lepiej niż niemieckie limuzyny.
Dubrownik — tłum turystów i biały marmur błyszczący jak sól. Herceg Novi, zatoka Kotorska — kilka dni odpoczynku, morze ciche jak szkło, zapach kawy z maleńkich knajpek, śmiech kobiet z werandy.
W drodze powrotnej kanion Neretwy, Sarajewo, wąska droga nad przepaścią — warszawa przytula się do skały, przepuszczając autobus, którego tylne koła toczą się niemal w powietrzu.

Z wyprawy przywożę mokasyny, koszulkę polo i pleksiglasową osłonę do Osy. Rodzinny budżet z trudem znosi nasze zachcianki. Najdłużej przetrwał pseudonim wymyślony przez Krysię: „Dyzio–pleksi–polo”.

Wśród moich politechnicznych kolegów nikt nie wyjeżdżał za granicę. Opowiadałem o ludziach, miastach, palmach, morzu — bez efektu. Brakowało tam chyba hoteli i restauracji, może smukłych dziewczyn na jachtach. Zamiast białego garnituru: krótkie spodenki i gliniany kubek czerwonego wina w rybackiej tawernie — to się nie równa koktajlowi z plasterkiem pomarańczy podanemu na wypolerowanej tacy.

Ulica Kordeckiego leży przy samym dworcu: przedwojenne czynszowe kamienice, drewniane stropy — przejazd każdego pociągu wprawia łóżko w drżenie. Parę tygodni wystarcza, by zrozumieć, że na dworcu też można spać.

Na trzecim piętrze kamienicy numer jeden mieszka babcia Ola: pokój, kuchnia i wspólny z panią Matuszewską korytarz. Ubikacja na półpiętrze, łazienkę zastępuje miednica pod kuchennym oknem. Kuchnia duża: między starymi meblami drewniane łóżko, wypchane pościelą i przykryte zieloną kapą ze złotą nitką — wykonane przed wojną na specjalne zamówienie. Druga, identyczna, choć z załataną dziurą po pocisku artyleryjskim, osłania skrzynie w kącie. Mojej sypialni daleko do luksusów, ale babcine serce wynagradza niedostatki. Zresztą nie ma o czym mówić: uczę się w pokoju, a na parę godzin studenckiego snu całkowicie wystarcza kuchenne łóżko. Korzystam z niego krótko — sympatyczni emeryci, sąsiedzi babci, wynajmują mi duży, przejściowy pokój. Nie dorównuje jednak kuchnio-łazience babci; brakuje mi tamtej atmosfery, widoku na dachy kamienic i nawet zapachu po gazowym piecyku. W przyszłości nieraz wykorzystam to miejsce do celów niekoniecznie związanych ze spaniem — ale to już inna historia.

Asia miała figlarne spojrzenie, tajemniczy uśmiech i życiorys o dwa lata krótszy od mojego. Miła, zgrabna, miała chłopca — nie sądziłem, że tak szybko znów wyląduję w kuchennym łóżku. Studiowała ekonomię w Katowicach, mieszkała w Tychach. Jej matka i babcia Ola uczyły w szkole zawodowej; porozumiały się i Asia na parę zimowych miesięcy zamieszkała u nas.

Mój wynajęty pokój oddzielała od babcinego cienka ściana. Dzięki temu dokładnie wiedziałem, kiedy po ostatniej inhalacji babcia kładzie się spać. Gdy wyczułem moment, odczekałem chwilę i poszedłem do kuchni.

– Muszę się czegoś napić, mam pragnienie.
– Wiedziałam, że przyjdziesz.
– Ale ja tylko…?
– Daj spokój i chyżo wskakuj pod pierzynę.

Wskoczyłem i nie musiałem się zmuszać do dłuższego pobytu. Asia dobrze wiedziała, czego chce. Pełen wrażeń, dopiero grubo po północy wróciłem do siebie. Następnego dnia babcia udawała, że nie słyszała, co w nocy było grane — mogłem tylko domyślać się powodu milczenia. Nie zastanawiałem się nigdy — Asia również nie poruszała tego tematu — w jakim stopniu łóżko łączy czy zobowiązuje. Zostaliśmy kumplami, niczego sobie nie obiecując.

Jacek z Pawłem, kumple od podstawówki, mieszkali na Koszutce; tak jak ja codziennie dojeżdżali do Gliwic na Wydział Budownictwa Przemysłowego i Ogólnego. Każdy z nas był z innej gliny, z innym bagażem doświadczeń, ale stworzyliśmy zgraną paczkę: uczyliśmy się, piliśmy, graliśmy w karty. Rozwinęliśmy nawet „specjalizację” przy odrabianiu ćwiczeń. W skrócie: Jacek odpowiadał za stal, Paweł za żelbet, a ja za architekturę. Projekt naziemnej części kopalni nie wymagał skomplikowanych obliczeń, za to pożerał czas. A ja — zgodnie z podziałem — siedziałem jednocześnie nad trzema tematami. Co tydzień konsultacje; nieraz trzeba było wiele zmieniać, ale lubiłem to zajęcie, zostawiało sporo miejsca na indywidualne rozwiązania. Niewykluczone, że również dzięki Asi lubiłem te projekty. Ileż to nocy spędziła ze mną nad kalką i brystolem, zostawiając swój ślad na elewacjach i zieleni wpisanej w śląski pejzaż.

Na Wielkanoc jadę z babcią do Nysy. W domu brakuje świątecznego nastroju: nie ma cioci Cesi, wujek Wilu też nie przyjechał. Nie mam ochoty odwiedzać znajomych z Wydziału Geodezji, a do Heleny brak mi odwagi.

Krysia od pewnego czasu chodzi z Jurkiem — urządzają u niego prywatkę. Serdecznie zaproszony, decyduję się pójść, choć prawie nikogo nie znam. Podnieca mnie jednak spotkanie z siostrą Jurka — podobno super babką w moim wieku.

Trafiam na fantastyczną atmosferę. W dużym jadalnym pokoju, zamienionym na salę balową, panuje obiecujący półmrok. Pan domu — przystojny, wysoki, tryskający humorem i energią — gra rolę wodzireja. Pani domu biega z półmiskami pełnymi wspaniałości, wręcz zmuszając do obżarstwa. Zmysłowa blondynka, wyróżniająca się na parkiecie, wyraźnie mnie podrywa. W ogóle czuję się jak honorowy gość — z uśmiechem wita mnie nawet sędziwa jejmość.

Jurek przedstawia mnie swojej siostrze. Irenka jest czarująca. Porzuca partnera, który nie mógł oderwać wzroku od jej dekoltu (zmuszony do tego zresztą wzrostem), i zaczyna tańczyć ze mną. Falujące blond włosy, kokieteryjnie opadające na prawe, odsłonięte ramię, muskają mi policzek, a rozmarzone, niebieskie oczy zdają się mówić: „Książę, całe życie na ciebie czekałam”.

By zajrzeć w głębię tych błękitnych marzeń, muszę trzymać dobrze wyprostowaną głowę. Drobiazg — dziewczyna jest ładna i postawna. Co tam dziewczyna — kobieta! W tańcu zachowuje konwencjonalny dystans, lecz gdy się przytula, zapowiedź namiętnych rozkoszy przewyższa wyobraźnię.

Studiuje medycynę, jest na ostatnim roku — w zasadzie brakuje jej tylko kilku egzaminów. Mieszka we Wrocławiu na prywatce u profesora weterynarii, którego asystentem był jej ojciec. Od pierwszego spojrzenia jestem zakochany. Na mojej drodze stanęło prawdziwe szczęście.

Irenka pasjonuje się literaturą; uwielbia Iwaszkiewicza, zna na pamięć wiele jego wierszy. Zaprasza mnie do swojego pokoju, chwali się biblioteczką. Bierze do ręki ulubiony tomik, siadamy na tapczanie — zaczyna się uczta duchowa, która z upływem zwrotek przechodzi w cielesną. Jestem trochę zażenowany: zza ściany dochodzą odgłosy bawiącego się towarzystwa, a my… Ktoś mógłby wejść. Irenka jest jednak pewna, uspokaja mnie. Nic, co ludzkie, nie jest jej obce. Szalony ze szczęścia wracam do domu. Jutro będziemy już sami.

Rodzice nie są zachwyceni znajomością Krysi z Jurkiem. Uważają, że to nie jest dobra partia. Mają coś przeciw „lewym pieniądzom”, jakie bierze pan M., i przeciw — rzekomo „nie całkiem zrównoważonej” — pani M. Poza tym, wśród najbliższych znajomych, o państwu M. mówi się nie najlepiej.

Nie wytrzymuję nerwowo. Robię rodzicom scenę: co za bzdury! Czy mają pojęcie, jaka rodzinna atmosfera panuje w domu państwa M., jak daleko my odbiegamy od tego wzoru, jak oni się kochają, jacy są szczęśliwi, jakie porozumienie mają z dziećmi? Ludzie zawsze wymyślają złośliwe historie — z zazdrości. Państwo M. przewyższają pod każdym względem ich prowincjonalne towarzystwo. Rodzice nie zapomną mi nigdy tych słów. Od Krysi kategorycznie żądają zerwania z Jurkiem.

Krysia pozwoliła sobie wybić z głowy wybrańca — w odwodzie miała jeszcze kilku kandydatów. Ja byłem zbyt „silny”, by zrezygnować z takiego szczęścia. Każdy kolejny dzień mnie w tym utwierdzał. Wszystko układało się harmonijnie. Czas mijał wartko w wzniosło-miłosnym upojeniu.

Z wycieczki do Sokołówki — gdzie przedstawiłem Ojcu Piotrowi moją wybraną — przywiozłem jeszcze jeden, niepodważalny argument: mój duchowy opiekun uważał (za mało powiedziane — był święcie przekonany), że Irenka jest moim przeznaczeniem.

Jaśniał przede mną, niczym nieprzysłonięty, życiowy cel: M A Ł Ż E Ń S T W O!!!

Zaręczyny

W zaistniałej sytuacji nie mogłem pozwolić sobie w czasie studiów na jakiekolwiek potknięcie, a dusza z ciałem rwały się do „lekareczki”. Zabrałem się jednak ostro za naukę i aż dziw, że na uczelni szło mi wszystko jak po maśle.
Irenka posiadała poetycko romantyczną duszę; umówiliśmy się intensywnie o sobie myśleć każdego dnia o godzinie osiemnastej. Czułem w tym dziecinadę, ale czego się nie robi dla ukochanej? Poza tym w soboty i niedziele spotykaliśmy się, jak nie w Nysie to we Wrocławiu. Wykorzystywałem w pełni rodzinną legitymację kolejową.

Trwająca wiosna wyzwalała nieposkromione namiętności.
Na początku dopiero co rozpoczętego tygodnia, gdy liczyłem niecierpliwie dni do jego zakończenia, w Katowicach nagle zjawiła się Irenka. W bagażu przywiozła tylko delikatną, różową piżamkę.
Jestem przekonany, że babcine, kuchenne łóżko nie przeżyło nigdy takich gwałtownych uniesień. Natomiast sama babcia okazała się tym razem mniej dyskretna. Gdy usłyszałem skrzyp otwieranych drzwi jej pokoju, zdążyłem jedynie, bez dolnej części garderoby (górnej oczywiście też nie miałem), stanąć przed kredensem i wyciągać szklankę.

– Co tu się dzieje?
– Ach nic, tylko mnie suszy.
– Tak, taaaak… uważaj tylko żebyś się nie przeziębił! – Babcia wymownie skierowała wzrok na wciąż, bezwstydnie sterczącą goliznę.

Następnego dnia moja ukochana uważając, że sytuacja jest mocno niedwuznaczna, wspominając nawet coś o pohańbieniu, pojechała do swojego ojca, który od niedawna pracował na Śląsku w Strumieniu. Przed wyjazdem jednakże „zdążyliśmy ustalić”, że należy rodzicom zakomunikować o naszych zaręczynach.
Moi rodzice przyjęli tę wiadomość z olbrzymią dezaprobatą, lecz do mnie nie docierały żadne argumenty. Stosunkowo szybko jednak zrezygnowali z prób tłumaczenia, błagania, perswazji. Zdołali jedynie przekonać mnie abym odstąpił od natychmiastowego ożenku i odczekał chociażby parę miesięcy.

„No trudno, niech już i tak będzie. W sumie mógłby trafić gorzej” – ten kompromis-aprobata, uzgodniony w czasie tajnej narady rodzinnej dotarł do mnie po pewnym czasie.
No i faktycznie – co by powiedziały panie doktorowe czy sędziostwo gdybym tak chciał się ożenić z Helą – pracownicą Cukrów Nyskich.
W zasadzie, co mi mogło grozić w wypadku gdyby rodzice nie wyrazili zgody?…. Nic! – Irenka kończyła medycynę i wkrótce miała zacząć pracować, a jej ojciec, w razie potrzeby, obiecał finansową pomoc.
W ogóle to zazdrościłem mojej ukochanej autorytetu, jakim cieszyła się w kręgu swojej rodziny. Do tego stopnia ją kochano i uwielbiano, że niedorzecznością stawała się nawet myśl by ktoś, lub coś, mogło stanąć na drodze jej szczęścia. Wszyscy z zachwytem mówili o przyszłym małżeństwie.

Irenka okazywała olbrzymie niezadowolenie z odkładania terminu stanięcia na ślubnym kobiercu. Planując, w pierwszych dniach nadchodzących wakacji uroczyste zaręczyny, oświadczyła z ironicznym uśmiechem: „Jak ty chcesz czekać, to sobie poczekasz! Ja czekać mogę.”
Nie oznaczało to jednak: „Jak kocha to poczeka” i w związku z tym nie przyjechała do Nysy na zaplanowane sobotnie spotkanie. Dodzwonić się do niej również nie mogłem. Po tygodniu, gdy spotkało mnie identyczne rozczarowanie, poprosiłem ojca (poprosiłem to najdelikatniejsze określenie; musiałem błagać i przyrzekać różne rzeczy), aby pożyczył auto.
Wieczorem pojechałem do Wrocławia. Irenki jednak nie zastałem. Zaparkowałem samochód na Wybrzeżu Wyspiańskiego tak, aby móc z pewnej odległości obserwować wejście do jej domu.
Nad Odrą przechadzały się zakochane pary, robiło się coraz ciemniej, a ja czekałem w napięciu. Chciałem już jechać do Jurka, mógł przecież coś o siostrze wiedzieć, może zostawiła mu jakąś wiadomość, gdy niespodziewanie zobaczyłem nadchodzącą z wolna ukochaną. Wybuch radości stłumił widok wysokiego faceta, który jej towarzyszył. Przed drzwiami wejściowymi pożegnalny pocałunek przedłużał się, po czym moja ukochana, ze zwiewną lekkością rozpłynęła się w ciemnościach korytarza.
W pierwszej chwili chciałem pobiec za jegomościem. Szybko doszedłem jednak do wniosku, że konwersacja, przy tak różnych fizycznych warunkach, nie mogłaby przebiegać według mojego scenariusza. Pozostawało oczekiwanie na wyjaśnienia Irenki.

– Przygotowywałam się, wspólnie z kolegą, do egzaminu z interny. Wiesz, że za niecały tydzień mam termin.

Pozostałe wątpliwości rozwiane zostały namiętnymi pocałunkami i harmonijnym falowaniem sprężynowych materacy. Na noc nie mogłem jednak pozostać. Co by pomyślała właścicielka mieszkania – siostra profesora? Poszedłem więc przespać się do Jurka.
Jurek mieszkał wspólnie ze swoim starszym bratem Zbyszkiem. Jeden studiował na AWF-ie, drugi na Politechnice. Jurek od początku okazał się wspaniałym kumplem, z czego zrodziła się później głęboka przyjaźń, natomiast Zbyszek utrzymywał zawsze pewien dystans. Zaskoczyła mnie jego bezpośredniość przy pierwszym spotkaniu: „Nic nie mam przeciwko tobie, ale uważam, że ty i moja siostra to niedobry pomysł.”
Nie rozumiałem o co mu chodzi i nie chciałem zrozumieć, bo w sumie, mało obchodziło mnie co myślał ten mój przyszły szwagier.

Naiwność czy głupota.

Na czwartym roku mówi się: To już z górki. Przedmioty są konkretne, wyraźnie kształtują osobowość przyszłego inżyniera. Wybieram specjalizację związaną ze Śląskiem, czyli Budownictwo Górnicze, podobnie zresztą jak Paweł i Jacek. Profesorzy i asystenci widzą już w nas fachowców. Kończy się nauka „na zaliczenie”, solennie podchodzimy do każdego przedmiotu.

Pomimo przeżyć wakacyjnych poważnie myślę o małżeństwie. Wierzę, że nasze współżycie może ułożyć się szczęśliwie. Przecież Irenka jest bardzo atrakcyjną dziewczyną, pełną seksu, którego ostatnio, na skutek ograniczenia kontaktów, spowodowanych nadmiarem nauki, strasznie mi brakuje.
Na drugi dzień świąt Bożego Narodzenia wyznaczamy termin ślubu.
Oprócz normalnych cywilno-kościelnych formalności jest kilka rzeczy do załatwienia.
Irence bardzo zależy, aby uroczystość, która ma się odbyć w jej domu, wypadła jak najwspanialej i aby dosłownie wszystko się świeciło. Wspólnie ze Zbyszkiem załatwiamy wiele spraw. Na koniec pozostaje nam do odrestaurowania blat okrągłego stoliczka z zatartym wzorem ciekawej intarsji. Postanawiamy go przeszlifować i pociągnąć bezbarwnym lakierem.
W trakcie zaawansowanej roboty, przyszły szwagier wyskakuje z propozycją:

– Tyle tu kurzu, wypadałoby przepłukać gardło.
– Jak masz coś do dawaj, nie powiem nie.

Na stoliku ląduje półlitrówka. Po pierwszym kieliszku następuje kolejny. – No to na drugą nogę.

W szparze uchylonych drzwi, prowadzących do przedpokoju, widzę przez chwilę głowę przyszłej teściowej.

– Zdrowie mamy! – krzyknąłem, a ciszej w stronę Zbyszka: – Zdrowie mamy do picia!

Gwałtowne pojawienie się Irenki przerywa pogodny nastrój.

– Nie będziesz pić!!!
– My nie pijemy, my kosztujemy.
– Odstaw natychmiast ten kieliszek!!!
– O co ci chodzi?
– Nie będziesz pić!!!
– Co ci przeszkadza, że napijemy się po jednym?!!
– Nie będziesz pić!!!
– Będę! Cyk! Zdrowie Zbyszku…!

W trakcie charakterystycznego ruchu, związanego z przechylaniem kieliszka, czuję gwałtowne uderzenie. Rozlana resztka wódki wyżłabia ślad w kurzu pokrywającym wyszlifowany blat. Cichnie dźwięk rozbijanego szkła.
 
Uszczypnięcia czy kuksańce bolały, ale nie miały nic wspólnego z honorem.
Nigdy, od matki ani od ojca, nie dostałem w twarz. Ojciec opowiadał, że tylko raz w życiu to go spotkało. Policzek stanowił dla mnie tego rodzaju poniżenie, po którym nastąpić mógł tylko strzał…!

– Chodź, teraz dopiero możemy się napić. Znam ją, już się nie pokaże. – Zbyszek próbował ratować sytuację, jak gdyby nie rozumiał, co się stało. To był koniec! Koniec! Koniec!

Wysiadając z pociągu, na katowickim dworcu kolejowym, usłyszałem komunikat płynący z megafonu:
„Obywatel Andrzej Phawros proszony jest o natychmiastowy powrót do Nysy w ważnej sprawie rodzinnej… Powtarzam…”
Gdybym miał połączenie, bez zastanowienia wskoczyłbym do powrotnego pociągu. Z rozkładu jazdy wynikało jednak, że nastąpić to mogło dopiero nad ranem. Idąc ulicą Kordeckiego, pogrążałem się w czarnych myślach nie znajdując logicznego rozwiązania.
Zadzwoniłem do rodziców. Bardzo zdziwił ich mój niepokój, nie wiedzieli co się mogło stać.

„A więc Irenka! Co jej mogło wpaść do głowy? Że dramatyzowała i miała skłonności do histerii, to jasne. Czy mogła jednak zachować się jak Jurek? Kto wie! A może sama inspirowała spektakl, który odegrał Jurek? Tak, tak… to by się zgadzało. Przecież Jurek był po prostu za fajny żeby taki numer odstawić. On tego nie wymyślił: Zagroził Krysi, że jak z nim zerwie to skoczy z grunwaldzkiego mostu i się utopi. Po tym, przerażona Krysia, o mało co nie zmiękła, ale ojciec, przy pomocy prostego argumentu, przekonał ją:
– Popatrz, tak się zachowuje człowiek, który chce popełnić samobójstwo? – Wskazał na Jurka siedzącego, wspólnie ze mną, przed telewizorem.
A Jureczek, jak gdyby zapomniał o otaczającym go świecie, z wypiekami na twarzy, po uszy pochłonięty akcją westernu, zaciskał nerwowo pięści. Beztroskość jego młodzieńczej duszy wypełniała cały pokój.
A więc Irenka!”

W niedługim czasie dzwonią rodzice i potwierdzają moje przypuszczenia:
Podobno z rozpaczy chciała popełnić samobójstwo zażywając tabletki nasenne. Matka jej przeszkodziła. Niemniej, niedoszła ofiara, czuje się bardzo źle. Utrzymuje, że jeżeli szybko się nie zjawię, prosząc o przebaczenie, to w ten czy inny sposób, skończy ze sobą.

To było coś więcej niż policzek — po prostu nie dało się tego cofnąć.
Ale może właśnie wtedy zaczęła się moja…

Przedpole przegranej

Na pytanie: „Dlaczego mimo wszystko doszło do małżeństwa?”, nie mogę odpowiedzieć zwykłym zwrotem: byłem młody i głupi. Wypada wspomnieć również i o próżności, i – jak to się mówi jednoznacznie, choć dosadnie – o braku jaj.
Na pewno schlebiało mi, że tak starano się o mnie, odgrywając przy tym niesamowity teatr. Sam nie byłem lepszy; trąbiłem na prawo i lewo, chwaląc się poderwaniem atrakcyjnej babki, młodej lekarki. Wśród kolegów wzbudziłem pewien rodzaj poważania, nie wspominając już o zazdrości, więc jak mogłem przyznać na koniec, że nie wyszło?
Podobny dylemat miałem z rodzicami. Gdybym się wycofał, po takiej kampanii przekonywującej ich do pełnej świadomości i dojrzałości podejmowanego kroku, traktowaliby mnie niepoważnie.
Te problemy w rzeczywistości miały drugoplanowy wpływ, minimalne oddziaływanie. Zadecydowała wiara we własne siły, optymizm na hura. Całkowicie przekonany, że się jakoś ułoży, że musi się jakoś ułożyć, odrzuciłem oczywiste przesłanki mówiące, że z tej mąki nie będzie chleba!
Kończyliśmy przecież studia. Dostałem fundowane stypendium z C.Z.S.B.M-go, co oznaczało, że w przyszłości nie powinniśmy mieć problemu z mieszkaniem. W łóżku czuliśmy się dobrze. Należało więc tylko czekać na uniezależnienie się, kiedy to – bez rodzinnych wpływów – życie wskoczy na właściwe tory.
Irenka usprawiedliwiała się, że jest przewrażliwiona, gdy ktoś pije. Powinienem przecież wiedzieć, jakie mają problemy z Bolkiem. Dałem się przekonać.

O policzku nie zapomniałem… Zapomniałem jednak, a raczej całkowicie nie zdawałem sobie sprawy, że już przed startem stałem na straconej pozycji.
Jedynie Arek mnie pocieszał: „Nie ty pierwszy i nie ostatni przyherbaciłeś się.”

Na weselisko zjechała kupa ludu z całej Polski. Większość stanowili goście Irenki, znałem tylko parę osób z tego grona. Punkt kulminacyjny, czyli ceremonia w Nyskiej Katedrze, otrzymała bogatą oprawę. Proboszcz Małecki, przygotowując dostojną uroczystość, polecił nagrać ją na taśmie magnetofonowej – wówczas szokująca nowość.

Mnóstwo ludzi, feeria świateł, czuję jak wszystkie oczy skierowane są na nas, klęczących przed ołtarzem. Jestem bardzo podenerwowany. Uważam, ażeby materiał długiej sukni ślubnej nie przykrył chociażby skrawka moich butów – wiadomo, co by to oznaczało w przyszłości.
W towarzystwie najbliższej rodziny wchodzimy po schodach ołtarza przyjąć komunię. Widzę, jak Irenka dyryguje całym rzędem. Uderza jej talent – wspaniale rozwinięty dzięki znajomości psychologii – sterowania ludzkimi zachowaniami; wybiera chwilę, w której wszyscy w obliczu Świętego Sakramentu z pokorą pozwolą się ustawić.
Nie przysięga, nie obrączki, a właśnie to zdarzenie najgłębiej utkwiło w mojej pamięci. Od samego początku dostrzegałem niezgodności naszych charakterów. Nie zdawałem sobie jednak sprawy, że tworzą one barierę nie do pokonania.

Poza tym, że zacząłem nosić obrączkę, nic się nie zmieniło w moim życiu. Dalej studiowałem, dalej spotykaliśmy się przypadkowo w Nysie, Wrocławiu czy Katowicach, dalej optymistycznie patrzyłem w przyszłość.

Na spóźnioną podróż poślubną wybieramy się do Zakopanego. Święta Wielkanocne spędzamy między Krupówkami a Halą Gąsienicową. Mieszkamy na prywatnej kwaterze u szalenie gościnnego przewodnika tatrzańskiego. Przeżywamy przemiłe chwile z pokazem slajdów i góralskimi gadkami.
Jeden wieczór przekreśla niepowtarzalny nastrój, zamieniając w niesmak cały pobyt. Wybucha gwałtowna awantura, bezmyślna i bezsensowna. Co za znaczenie miało, że usiadłem na tapczanie, może odrobinę za blisko młodej gospodyni?
Tego nie dało się już tłumaczyć zazdrością; to była, napędzana chorobliwym despotyzmem, histeria!

Zbliżało się lato. Rodzice planowali kolejną wycieczkę do Jugosławii. Tym razem jednak bez nas. Kupili nowy samochód – warszawę kombi. Auto lśniło nieskażoną świeżością, było większe i bardziej komfortowe. Nie zrobiło na mnie jednak takiego wrażenia jak poprzednie.
W skrytości ducha podejrzewałem, że stary samochód dostanę w spadku i faktycznie, rodzice sprezentowali mi go, ale nie od razu.

Wyjeżdżając za granicę pozostawili poczciwego staruszka do mojej dyspozycji. Dostałem nawet dodatkowo parę złotych na benzynę.
Wyruszyliśmy w Polskę. Nie mieliśmy prawie żadnego sprzętu campingowego – czego jednak potrzeba, gdy jest się młodym?
Ponton na dach, parę konserw, jakieś ciuchy, dwa koce i jazda nad morze.
Rodzina w Sopocie poleciła zaciszne miejsce na wybrzeżu, gwarantując, że ono nas oczaruje. Tak też się stało.
Dębki – parę domków w sosnowym lesie, miejsce na biwak, strzałka na drzewie kierująca do harcerskiego obozu, leniwe wody zamaskowanej Piaśnicy; nie wiadomo czego więcej – spokoju czy żółtego piasku.
Miejsce to pozostanie niezbezczeszczone, nie splami go, jak wiele innych, złość, zazdrość, nienawiść.
Gdy oddalimy się jednak od niego na parę kilometrów, nastąpi kolejny zgrzyt. Irenka nie może znieść, że pojechałem w lewo, a nie na prawo – tak jak ona chciała. Każe zatrzymać samochód, z furią wyskakuje na drogę.
Długie minuty w milczeniu oczekuję na jej powrót. Tym razem nie proszę: „Chodź, kochanie, nic się przecież nie stało… to nie jest powód do robienia scen… przepraszam cię… zrobimy jak chcesz.” Czekam…! W milczeniu czekam…!

Kulminacyjny punkt następuje po powrocie do Nysy.
Rodzice nie wrócili jeszcze z Jugosławii, możemy więc zamieszkać w ich domu i czuć się swobodnie.
Irenka chce jednak do mamy, ma przecież tam swój pokój.
Od słowa do słowa dochodzi do awantury. Do ordynarnych wyrażeń dołączają takie zwroty jak: „ty bandyto”, „ty hitlerowcu”. W danej chwili nie zdaję sobie sprawy z bogactwa języka, jakim dysponuje moja małżonka. Nie mam na to czasu, zostaję zaatakowany nie tylko słowami. Bronię się i uciekam. Irenka wpada w histerię.
Ile w tym było szału, a ile teatru – zastanawiać mogę się dzisiaj. Wtedy byłem śmiertelnie przerażony.
Ta, która niedawno przysięgała miłość do grobowej deski, z okrzykiem: „Ja cię zabiję!”, biegnie do kuchni. Szarpanina… szuflada z nożami, chwilowe zawahanie, wybór… atak!
Jestem przerażony – Irenka nie jest słabą istotą. Wrzeszczę na całe gardło, wzywam pomocy! Nagle uświadamiam sobie, że ramię mojej „ukochanej” nie jest uzbrojone w nóż, tylko w metalową ostrzałkę. Przestaję się bać, co wprawia ją w jeszcze większą furię. Nie mogąc dosięgnąć mnie „morderczą bronią”, porywa się na własne życie. „Ja się zabiję!!!” Szpic ostrzałki atakuje kilkakrotnie wzburzoną pierś. Bezwładna postać osuwa się na podłogę i pozostaje w bezruchu – tak jak gdyby zimna stal zatopiła się w nieszczęsnym sercu.

Wstyd, wściekłość i co najgorsze – bezradność! Tak, przeliczyłem się. Nie będę dalej brać udziału w tym marnym spektaklu i nie mam już ochoty na żadne próby.
Wsiadam do samochodu, odjeżdżam do Katowic. Przyrzekam, że tym razem to naprawdę koniec!

Konieczność odbycia praktyki budowlanej w czasie studiów to straszny niewypał, niemniej obowiązek.
Wraz z paroma kolegami dostałem skierowanie na plac budowy domu towarowego w Opolu. Kierownictwo przedsiębiorstwa, w osobie majstra, skierowało do nas podstawowe życzenie-prośbę: „Nie przeszkadzajcie! Róbcie, co chcecie. Dzienniczki wam podpiszemy. Zaświadczenie na uczelnię dostaniecie. Uważajcie, jak będziecie na budowie! A w ogóle najlepiej byłoby, gdybyście się tam jak najmniej kręcili.”

Była nas trójka. Staszek posiadał patent sternika morskiego. Ja miałem samochód. Heniek grał na gitarze. Od Jeziora Turawskiego dzieliło nas niecałe dwadzieścia kilometrów.
Ładna pogoda panowała od dłuższego czasu. Prawie codziennie, aż do późnego popołudnia, siedzieliśmy na łajbie, wieczorami zaś przy kartach.

O rozwodzie rodzice nie chcieli w ogóle słyszeć. Choć bardzo niepokoiły ich moje małżeńskie problemy, to jednak uważali, że klamka zapadła. Mentalność matki nie dopuszczała nawet myśli, aby po ślubie kościelnym móc żyć „osobno”.
Trwałem jednak nadal przy swoim postanowieniu. Na listy nie odpowiadałem, do telefonów nie podchodziłem.
Praktyka zbliżała się ku końcowi. Życie w sumie było piękne. Dochodziłem do równowagi.

Wieczór przebiegał w typowym nastroju brydżowym, gdy do pokoju wszedł teść.
Poprosił mnie o chwilę rozmowy. Odpowiedziałem, że wszystko zostało już powiedziane. Nalegał. W sumie nie miałem nic przeciwko niemu. Wyszliśmy… Na korytarzu, w postawie pełnej pokory, czekała Irenka. Zaczęła przepraszać. Teść natomiast oświadczył, że interweniuje pierwszy i ostatni raz, z czego powinniśmy w dwójkę dobrze zdawać sobie sprawę. – „Nie chcę wchodzić w szczegóły, uważam jednak, że powinniście się pogodzić. Małżeństwo to poważna sprawa wobec ludzi i Boga. Na pewno nie jest tak źle. Życiowych decyzji nie można podejmować pod wpływem chwili. Wasz związek ma dopiero parę miesięcy. Na taki krok jest zawsze czas.”

Wyraźnie miękłem. Powodem nie były wypowiedziane oczywistości, lecz zachowanie Ireny. Z przejęciem słuchała słów ojca, akceptując je bez sprzeciwu. Cała postać wyrażała skruchę i łagodność. Po prostu kobiecy ideał, o którym można śnić.
Wzorzysty kretonik letniej sukienki lekko falował, odsłaniając od czasu do czasu kolana… przylegał do ud.
Trzy tygodnie na łódce i przy kartach były piękne, ale nie zaspokajały w pełni wszystkich potrzeb.
Postanowiłem jednak być twardym.

– Wszystko zostało powiedziane, nie mamy o czym mówić!
– Chodź, tato. Bóg może pozwoli, że Andrzej zmieni zdanie.

Irena ujęła ojca pod ramię, szykując się do odejścia.
Stałem zaskoczony. Pierwszy raz widziałem, jak moja żona, nie osiągnąwszy zamierzonego celu, bez stawiania sprawy na ostrzu noża, wycofuje się.
Na koniec odezwał się teść: „Mam do ciebie, w takim razie, ostatnią prośbę: pojedźmy do Nysy i tam, w całkowitym spokoju, podejmiecie ostateczną decyzję.”
Pojechałem…!

Neuere Beiträge »

© 2026 Wojciech Rosyk

Theme von Anders NorénHoch ↑