Kategorie: powieść (Seite 6 von 6)

Zaręczyny

W zaistniałej sytuacji nie mogłem pozwolić sobie w czasie studiów na jakiekolwiek potknięcie, a dusza z ciałem rwały się do „lekareczki”. Zabrałem się jednak ostro za naukę i aż dziw, że na uczelni szło mi wszystko jak po maśle.
Irenka posiadała poetycko romantyczną duszę; umówiliśmy się intensywnie o sobie myśleć każdego dnia o godzinie osiemnastej. Czułem w tym dziecinadę, ale czego się nie robi dla ukochanej? Poza tym w soboty i niedziele spotykaliśmy się, jak nie w Nysie to we Wrocławiu. Wykorzystywałem w pełni rodzinną legitymację kolejową.

Trwająca wiosna wyzwalała nieposkromione namiętności.
Na początku dopiero co rozpoczętego tygodnia, gdy liczyłem niecierpliwie dni do jego zakończenia, w Katowicach nagle zjawiła się Irenka. W bagażu przywiozła tylko delikatną, różową piżamkę.
Jestem przekonany, że babcine, kuchenne łóżko nie przeżyło nigdy takich gwałtownych uniesień. Natomiast sama babcia okazała się tym razem mniej dyskretna. Gdy usłyszałem skrzyp otwieranych drzwi jej pokoju, zdążyłem jedynie, bez dolnej części garderoby (górnej oczywiście też nie miałem), stanąć przed kredensem i wyciągać szklankę.

– Co tu się dzieje?
– Ach nic, tylko mnie suszy.
– Tak, taaaak… uważaj tylko żebyś się nie przeziębił! – Babcia wymownie skierowała wzrok na wciąż, bezwstydnie sterczącą goliznę.

Następnego dnia moja ukochana uważając, że sytuacja jest mocno niedwuznaczna, wspominając nawet coś o pohańbieniu, pojechała do swojego ojca, który od niedawna pracował na Śląsku w Strumieniu. Przed wyjazdem jednakże „zdążyliśmy ustalić”, że należy rodzicom zakomunikować o naszych zaręczynach.
Moi rodzice przyjęli tę wiadomość z olbrzymią dezaprobatą, lecz do mnie nie docierały żadne argumenty. Stosunkowo szybko jednak zrezygnowali z prób tłumaczenia, błagania, perswazji. Zdołali jedynie przekonać mnie abym odstąpił od natychmiastowego ożenku i odczekał chociażby parę miesięcy.

„No trudno, niech już i tak będzie. W sumie mógłby trafić gorzej” – ten kompromis-aprobata, uzgodniony w czasie tajnej narady rodzinnej dotarł do mnie po pewnym czasie.
No i faktycznie – co by powiedziały panie doktorowe czy sędziostwo gdybym tak chciał się ożenić z Helą – pracownicą Cukrów Nyskich.
W zasadzie, co mi mogło grozić w wypadku gdyby rodzice nie wyrazili zgody?…. Nic! – Irenka kończyła medycynę i wkrótce miała zacząć pracować, a jej ojciec, w razie potrzeby, obiecał finansową pomoc.
W ogóle to zazdrościłem mojej ukochanej autorytetu, jakim cieszyła się w kręgu swojej rodziny. Do tego stopnia ją kochano i uwielbiano, że niedorzecznością stawała się nawet myśl by ktoś, lub coś, mogło stanąć na drodze jej szczęścia. Wszyscy z zachwytem mówili o przyszłym małżeństwie.

Irenka okazywała olbrzymie niezadowolenie z odkładania terminu stanięcia na ślubnym kobiercu. Planując, w pierwszych dniach nadchodzących wakacji uroczyste zaręczyny, oświadczyła z ironicznym uśmiechem: „Jak ty chcesz czekać, to sobie poczekasz! Ja czekać mogę.”
Nie oznaczało to jednak: „Jak kocha to poczeka” i w związku z tym nie przyjechała do Nysy na zaplanowane sobotnie spotkanie. Dodzwonić się do niej również nie mogłem. Po tygodniu, gdy spotkało mnie identyczne rozczarowanie, poprosiłem ojca (poprosiłem to najdelikatniejsze określenie; musiałem błagać i przyrzekać różne rzeczy), aby pożyczył auto.
Wieczorem pojechałem do Wrocławia. Irenki jednak nie zastałem. Zaparkowałem samochód na Wybrzeżu Wyspiańskiego tak, aby móc z pewnej odległości obserwować wejście do jej domu.
Nad Odrą przechadzały się zakochane pary, robiło się coraz ciemniej, a ja czekałem w napięciu. Chciałem już jechać do Jurka, mógł przecież coś o siostrze wiedzieć, może zostawiła mu jakąś wiadomość, gdy niespodziewanie zobaczyłem nadchodzącą z wolna ukochaną. Wybuch radości stłumił widok wysokiego faceta, który jej towarzyszył. Przed drzwiami wejściowymi pożegnalny pocałunek przedłużał się, po czym moja ukochana, ze zwiewną lekkością rozpłynęła się w ciemnościach korytarza.
W pierwszej chwili chciałem pobiec za jegomościem. Szybko doszedłem jednak do wniosku, że konwersacja, przy tak różnych fizycznych warunkach, nie mogłaby przebiegać według mojego scenariusza. Pozostawało oczekiwanie na wyjaśnienia Irenki.

– Przygotowywałam się, wspólnie z kolegą, do egzaminu z interny. Wiesz, że za niecały tydzień mam termin.

Pozostałe wątpliwości rozwiane zostały namiętnymi pocałunkami i harmonijnym falowaniem sprężynowych materacy. Na noc nie mogłem jednak pozostać. Co by pomyślała właścicielka mieszkania – siostra profesora? Poszedłem więc przespać się do Jurka.
Jurek mieszkał wspólnie ze swoim starszym bratem Zbyszkiem. Jeden studiował na AWF-ie, drugi na Politechnice. Jurek od początku okazał się wspaniałym kumplem, z czego zrodziła się później głęboka przyjaźń, natomiast Zbyszek utrzymywał zawsze pewien dystans. Zaskoczyła mnie jego bezpośredniość przy pierwszym spotkaniu: „Nic nie mam przeciwko tobie, ale uważam, że ty i moja siostra to niedobry pomysł.”
Nie rozumiałem o co mu chodzi i nie chciałem zrozumieć, bo w sumie, mało obchodziło mnie co myślał ten mój przyszły szwagier.

Naiwność czy głupota.

Na czwartym roku mówi się: To już z górki. Przedmioty są konkretne, wyraźnie kształtują osobowość przyszłego inżyniera. Wybieram specjalizację związaną ze Śląskiem, czyli Budownictwo Górnicze, podobnie zresztą jak Paweł i Jacek. Profesorzy i asystenci widzą już w nas fachowców. Kończy się nauka „na zaliczenie”, solennie podchodzimy do każdego przedmiotu.

Pomimo przeżyć wakacyjnych poważnie myślę o małżeństwie. Wierzę, że nasze współżycie może ułożyć się szczęśliwie. Przecież Irenka jest bardzo atrakcyjną dziewczyną, pełną seksu, którego ostatnio, na skutek ograniczenia kontaktów, spowodowanych nadmiarem nauki, strasznie mi brakuje.
Na drugi dzień świąt Bożego Narodzenia wyznaczamy termin ślubu.
Oprócz normalnych cywilno-kościelnych formalności jest kilka rzeczy do załatwienia.
Irence bardzo zależy, aby uroczystość, która ma się odbyć w jej domu, wypadła jak najwspanialej i aby dosłownie wszystko się świeciło. Wspólnie ze Zbyszkiem załatwiamy wiele spraw. Na koniec pozostaje nam do odrestaurowania blat okrągłego stoliczka z zatartym wzorem ciekawej intarsji. Postanawiamy go przeszlifować i pociągnąć bezbarwnym lakierem.
W trakcie zaawansowanej roboty, przyszły szwagier wyskakuje z propozycją:

– Tyle tu kurzu, wypadałoby przepłukać gardło.
– Jak masz coś do dawaj, nie powiem nie.

Na stoliku ląduje półlitrówka. Po pierwszym kieliszku następuje kolejny. – No to na drugą nogę.

W szparze uchylonych drzwi, prowadzących do przedpokoju, widzę przez chwilę głowę przyszłej teściowej.

– Zdrowie mamy! – krzyknąłem, a ciszej w stronę Zbyszka: – Zdrowie mamy do picia!

Gwałtowne pojawienie się Irenki przerywa pogodny nastrój.

– Nie będziesz pić!!!
– My nie pijemy, my kosztujemy.
– Odstaw natychmiast ten kieliszek!!!
– O co ci chodzi?
– Nie będziesz pić!!!
– Co ci przeszkadza, że napijemy się po jednym?!!
– Nie będziesz pić!!!
– Będę! Cyk! Zdrowie Zbyszku…!

W trakcie charakterystycznego ruchu, związanego z przechylaniem kieliszka, czuję gwałtowne uderzenie. Rozlana resztka wódki wyżłabia ślad w kurzu pokrywającym wyszlifowany blat. Cichnie dźwięk rozbijanego szkła.
 
Uszczypnięcia czy kuksańce bolały, ale nie miały nic wspólnego z honorem.
Nigdy, od matki ani od ojca, nie dostałem w twarz. Ojciec opowiadał, że tylko raz w życiu to go spotkało. Policzek stanowił dla mnie tego rodzaju poniżenie, po którym nastąpić mógł tylko strzał…!

– Chodź, teraz dopiero możemy się napić. Znam ją, już się nie pokaże. – Zbyszek próbował ratować sytuację, jak gdyby nie rozumiał, co się stało. To był koniec! Koniec! Koniec!

Wysiadając z pociągu, na katowickim dworcu kolejowym, usłyszałem komunikat płynący z megafonu:
„Obywatel Andrzej Phawros proszony jest o natychmiastowy powrót do Nysy w ważnej sprawie rodzinnej… Powtarzam…”
Gdybym miał połączenie, bez zastanowienia wskoczyłbym do powrotnego pociągu. Z rozkładu jazdy wynikało jednak, że nastąpić to mogło dopiero nad ranem. Idąc ulicą Kordeckiego, pogrążałem się w czarnych myślach nie znajdując logicznego rozwiązania.
Zadzwoniłem do rodziców. Bardzo zdziwił ich mój niepokój, nie wiedzieli co się mogło stać.

„A więc Irenka! Co jej mogło wpaść do głowy? Że dramatyzowała i miała skłonności do histerii, to jasne. Czy mogła jednak zachować się jak Jurek? Kto wie! A może sama inspirowała spektakl, który odegrał Jurek? Tak, tak… to by się zgadzało. Przecież Jurek był po prostu za fajny żeby taki numer odstawić. On tego nie wymyślił: Zagroził Krysi, że jak z nim zerwie to skoczy z grunwaldzkiego mostu i się utopi. Po tym, przerażona Krysia, o mało co nie zmiękła, ale ojciec, przy pomocy prostego argumentu, przekonał ją:
– Popatrz, tak się zachowuje człowiek, który chce popełnić samobójstwo? – Wskazał na Jurka siedzącego, wspólnie ze mną, przed telewizorem.
A Jureczek, jak gdyby zapomniał o otaczającym go świecie, z wypiekami na twarzy, po uszy pochłonięty akcją westernu, zaciskał nerwowo pięści. Beztroskość jego młodzieńczej duszy wypełniała cały pokój.
A więc Irenka!”

W niedługim czasie dzwonią rodzice i potwierdzają moje przypuszczenia:
Podobno z rozpaczy chciała popełnić samobójstwo zażywając tabletki nasenne. Matka jej przeszkodziła. Niemniej, niedoszła ofiara, czuje się bardzo źle. Utrzymuje, że jeżeli szybko się nie zjawię, prosząc o przebaczenie, to w ten czy inny sposób, skończy ze sobą.

To było coś więcej niż policzek — po prostu nie dało się tego cofnąć.
Ale może właśnie wtedy zaczęła się moja…

Przedpole przegranej

Na pytanie: „Dlaczego mimo wszystko doszło do małżeństwa?”, nie mogę odpowiedzieć zwykłym zwrotem: byłem młody i głupi. Wypada wspomnieć również i o próżności, i – jak to się mówi jednoznacznie, choć dosadnie – o braku jaj.
Na pewno schlebiało mi, że tak starano się o mnie, odgrywając przy tym niesamowity teatr. Sam nie byłem lepszy; trąbiłem na prawo i lewo, chwaląc się poderwaniem atrakcyjnej babki, młodej lekarki. Wśród kolegów wzbudziłem pewien rodzaj poważania, nie wspominając już o zazdrości, więc jak mogłem przyznać na koniec, że nie wyszło?
Podobny dylemat miałem z rodzicami. Gdybym się wycofał, po takiej kampanii przekonywującej ich do pełnej świadomości i dojrzałości podejmowanego kroku, traktowaliby mnie niepoważnie.
Te problemy w rzeczywistości miały drugoplanowy wpływ, minimalne oddziaływanie. Zadecydowała wiara we własne siły, optymizm na hura. Całkowicie przekonany, że się jakoś ułoży, że musi się jakoś ułożyć, odrzuciłem oczywiste przesłanki mówiące, że z tej mąki nie będzie chleba!
Kończyliśmy przecież studia. Dostałem fundowane stypendium z C.Z.S.B.M-go, co oznaczało, że w przyszłości nie powinniśmy mieć problemu z mieszkaniem. W łóżku czuliśmy się dobrze. Należało więc tylko czekać na uniezależnienie się, kiedy to – bez rodzinnych wpływów – życie wskoczy na właściwe tory.
Irenka usprawiedliwiała się, że jest przewrażliwiona, gdy ktoś pije. Powinienem przecież wiedzieć, jakie mają problemy z Bolkiem. Dałem się przekonać.

O policzku nie zapomniałem… Zapomniałem jednak, a raczej całkowicie nie zdawałem sobie sprawy, że już przed startem stałem na straconej pozycji.
Jedynie Arek mnie pocieszał: „Nie ty pierwszy i nie ostatni przyherbaciłeś się.”

Na weselisko zjechała kupa ludu z całej Polski. Większość stanowili goście Irenki, znałem tylko parę osób z tego grona. Punkt kulminacyjny, czyli ceremonia w Nyskiej Katedrze, otrzymała bogatą oprawę. Proboszcz Małecki, przygotowując dostojną uroczystość, polecił nagrać ją na taśmie magnetofonowej – wówczas szokująca nowość.

Mnóstwo ludzi, feeria świateł, czuję jak wszystkie oczy skierowane są na nas, klęczących przed ołtarzem. Jestem bardzo podenerwowany. Uważam, ażeby materiał długiej sukni ślubnej nie przykrył chociażby skrawka moich butów – wiadomo, co by to oznaczało w przyszłości.
W towarzystwie najbliższej rodziny wchodzimy po schodach ołtarza przyjąć komunię. Widzę, jak Irenka dyryguje całym rzędem. Uderza jej talent – wspaniale rozwinięty dzięki znajomości psychologii – sterowania ludzkimi zachowaniami; wybiera chwilę, w której wszyscy w obliczu Świętego Sakramentu z pokorą pozwolą się ustawić.
Nie przysięga, nie obrączki, a właśnie to zdarzenie najgłębiej utkwiło w mojej pamięci. Od samego początku dostrzegałem niezgodności naszych charakterów. Nie zdawałem sobie jednak sprawy, że tworzą one barierę nie do pokonania.

Poza tym, że zacząłem nosić obrączkę, nic się nie zmieniło w moim życiu. Dalej studiowałem, dalej spotykaliśmy się przypadkowo w Nysie, Wrocławiu czy Katowicach, dalej optymistycznie patrzyłem w przyszłość.

Na spóźnioną podróż poślubną wybieramy się do Zakopanego. Święta Wielkanocne spędzamy między Krupówkami a Halą Gąsienicową. Mieszkamy na prywatnej kwaterze u szalenie gościnnego przewodnika tatrzańskiego. Przeżywamy przemiłe chwile z pokazem slajdów i góralskimi gadkami.
Jeden wieczór przekreśla niepowtarzalny nastrój, zamieniając w niesmak cały pobyt. Wybucha gwałtowna awantura, bezmyślna i bezsensowna. Co za znaczenie miało, że usiadłem na tapczanie, może odrobinę za blisko młodej gospodyni?
Tego nie dało się już tłumaczyć zazdrością; to była, napędzana chorobliwym despotyzmem, histeria!

Zbliżało się lato. Rodzice planowali kolejną wycieczkę do Jugosławii. Tym razem jednak bez nas. Kupili nowy samochód – warszawę kombi. Auto lśniło nieskażoną świeżością, było większe i bardziej komfortowe. Nie zrobiło na mnie jednak takiego wrażenia jak poprzednie.
W skrytości ducha podejrzewałem, że stary samochód dostanę w spadku i faktycznie, rodzice sprezentowali mi go, ale nie od razu.

Wyjeżdżając za granicę pozostawili poczciwego staruszka do mojej dyspozycji. Dostałem nawet dodatkowo parę złotych na benzynę.
Wyruszyliśmy w Polskę. Nie mieliśmy prawie żadnego sprzętu campingowego – czego jednak potrzeba, gdy jest się młodym?
Ponton na dach, parę konserw, jakieś ciuchy, dwa koce i jazda nad morze.
Rodzina w Sopocie poleciła zaciszne miejsce na wybrzeżu, gwarantując, że ono nas oczaruje. Tak też się stało.
Dębki – parę domków w sosnowym lesie, miejsce na biwak, strzałka na drzewie kierująca do harcerskiego obozu, leniwe wody zamaskowanej Piaśnicy; nie wiadomo czego więcej – spokoju czy żółtego piasku.
Miejsce to pozostanie niezbezczeszczone, nie splami go, jak wiele innych, złość, zazdrość, nienawiść.
Gdy oddalimy się jednak od niego na parę kilometrów, nastąpi kolejny zgrzyt. Irenka nie może znieść, że pojechałem w lewo, a nie na prawo – tak jak ona chciała. Każe zatrzymać samochód, z furią wyskakuje na drogę.
Długie minuty w milczeniu oczekuję na jej powrót. Tym razem nie proszę: „Chodź, kochanie, nic się przecież nie stało… to nie jest powód do robienia scen… przepraszam cię… zrobimy jak chcesz.” Czekam…! W milczeniu czekam…!

Kulminacyjny punkt następuje po powrocie do Nysy.
Rodzice nie wrócili jeszcze z Jugosławii, możemy więc zamieszkać w ich domu i czuć się swobodnie.
Irenka chce jednak do mamy, ma przecież tam swój pokój.
Od słowa do słowa dochodzi do awantury. Do ordynarnych wyrażeń dołączają takie zwroty jak: „ty bandyto”, „ty hitlerowcu”. W danej chwili nie zdaję sobie sprawy z bogactwa języka, jakim dysponuje moja małżonka. Nie mam na to czasu, zostaję zaatakowany nie tylko słowami. Bronię się i uciekam. Irenka wpada w histerię.
Ile w tym było szału, a ile teatru – zastanawiać mogę się dzisiaj. Wtedy byłem śmiertelnie przerażony.
Ta, która niedawno przysięgała miłość do grobowej deski, z okrzykiem: „Ja cię zabiję!”, biegnie do kuchni. Szarpanina… szuflada z nożami, chwilowe zawahanie, wybór… atak!
Jestem przerażony – Irenka nie jest słabą istotą. Wrzeszczę na całe gardło, wzywam pomocy! Nagle uświadamiam sobie, że ramię mojej „ukochanej” nie jest uzbrojone w nóż, tylko w metalową ostrzałkę. Przestaję się bać, co wprawia ją w jeszcze większą furię. Nie mogąc dosięgnąć mnie „morderczą bronią”, porywa się na własne życie. „Ja się zabiję!!!” Szpic ostrzałki atakuje kilkakrotnie wzburzoną pierś. Bezwładna postać osuwa się na podłogę i pozostaje w bezruchu – tak jak gdyby zimna stal zatopiła się w nieszczęsnym sercu.

Wstyd, wściekłość i co najgorsze – bezradność! Tak, przeliczyłem się. Nie będę dalej brać udziału w tym marnym spektaklu i nie mam już ochoty na żadne próby.
Wsiadam do samochodu, odjeżdżam do Katowic. Przyrzekam, że tym razem to naprawdę koniec!

Konieczność odbycia praktyki budowlanej w czasie studiów to straszny niewypał, niemniej obowiązek.
Wraz z paroma kolegami dostałem skierowanie na plac budowy domu towarowego w Opolu. Kierownictwo przedsiębiorstwa, w osobie majstra, skierowało do nas podstawowe życzenie-prośbę: „Nie przeszkadzajcie! Róbcie, co chcecie. Dzienniczki wam podpiszemy. Zaświadczenie na uczelnię dostaniecie. Uważajcie, jak będziecie na budowie! A w ogóle najlepiej byłoby, gdybyście się tam jak najmniej kręcili.”

Była nas trójka. Staszek posiadał patent sternika morskiego. Ja miałem samochód. Heniek grał na gitarze. Od Jeziora Turawskiego dzieliło nas niecałe dwadzieścia kilometrów.
Ładna pogoda panowała od dłuższego czasu. Prawie codziennie, aż do późnego popołudnia, siedzieliśmy na łajbie, wieczorami zaś przy kartach.

O rozwodzie rodzice nie chcieli w ogóle słyszeć. Choć bardzo niepokoiły ich moje małżeńskie problemy, to jednak uważali, że klamka zapadła. Mentalność matki nie dopuszczała nawet myśli, aby po ślubie kościelnym móc żyć „osobno”.
Trwałem jednak nadal przy swoim postanowieniu. Na listy nie odpowiadałem, do telefonów nie podchodziłem.
Praktyka zbliżała się ku końcowi. Życie w sumie było piękne. Dochodziłem do równowagi.

Wieczór przebiegał w typowym nastroju brydżowym, gdy do pokoju wszedł teść.
Poprosił mnie o chwilę rozmowy. Odpowiedziałem, że wszystko zostało już powiedziane. Nalegał. W sumie nie miałem nic przeciwko niemu. Wyszliśmy… Na korytarzu, w postawie pełnej pokory, czekała Irenka. Zaczęła przepraszać. Teść natomiast oświadczył, że interweniuje pierwszy i ostatni raz, z czego powinniśmy w dwójkę dobrze zdawać sobie sprawę. – „Nie chcę wchodzić w szczegóły, uważam jednak, że powinniście się pogodzić. Małżeństwo to poważna sprawa wobec ludzi i Boga. Na pewno nie jest tak źle. Życiowych decyzji nie można podejmować pod wpływem chwili. Wasz związek ma dopiero parę miesięcy. Na taki krok jest zawsze czas.”

Wyraźnie miękłem. Powodem nie były wypowiedziane oczywistości, lecz zachowanie Ireny. Z przejęciem słuchała słów ojca, akceptując je bez sprzeciwu. Cała postać wyrażała skruchę i łagodność. Po prostu kobiecy ideał, o którym można śnić.
Wzorzysty kretonik letniej sukienki lekko falował, odsłaniając od czasu do czasu kolana… przylegał do ud.
Trzy tygodnie na łódce i przy kartach były piękne, ale nie zaspokajały w pełni wszystkich potrzeb.
Postanowiłem jednak być twardym.

– Wszystko zostało powiedziane, nie mamy o czym mówić!
– Chodź, tato. Bóg może pozwoli, że Andrzej zmieni zdanie.

Irena ujęła ojca pod ramię, szykując się do odejścia.
Stałem zaskoczony. Pierwszy raz widziałem, jak moja żona, nie osiągnąwszy zamierzonego celu, bez stawiania sprawy na ostrzu noża, wycofuje się.
Na koniec odezwał się teść: „Mam do ciebie, w takim razie, ostatnią prośbę: pojedźmy do Nysy i tam, w całkowitym spokoju, podejmiecie ostateczną decyzję.”
Pojechałem…!

Michał

Koledzy ze studiów rozsypali się po różnych przedsiębiorstwach i wchodzili — najczęściej w gumowych butach — w budowlane życie. A ja siedziałem za biurkiem. Oni liczyli wywrotki z ziemią, a ja nie potrafiłem docenić uroku biurowej kawy. Miałem wyrzuty sumienia wobec pracodawcy: zawdzięczałem mu mieszkanie, a wiedziałem, że długo nie wytrzymam. Przerażała mnie przyszłość referenta.

Podczas oblewania mieszkania Paweł wspomniał, że w jego przedsiębiorstwie szukają młodych inżynierów. Następnego dnia, po krótkim „wyskoczeniu” z pracy, w parę minut pokonałem dystans między ulicą Warszawską a Powstańców. W wydziale kadr nowego przedsiębiorstwa przyjęli mnie entuzjastycznie. Potrzebowali fachowców i nie widzieli przeszkód, żebym od zaraz dołączył do zespołu. Obiecali nawet spłacić resztę mojego stypendium.

Wylądowałem znów w biurze — tym razem na stanowisku inspektora technicznego. W potężnym Przedsiębiorstwie Budownictwa Węglowego, składającym się z pięciu Grup Robót, powierzono mi kontrolę nad dwiema: w Siemianowicach Śląskich i w Wałbrzychu. Raz na kwartał musiałem sprawdzić, czy to, co na papierze, zgadza się z rzeczywistością. Praca była ciekawa — miałem kontakt z ludźmi i budowami. Problem zaczynał się dopiero w biurze. Raporty z delegacji nie wypełniały całego dnia. Resztę czasu spędzałem na rozmowach, lekturze fachowych pism i krótkich wypadach do pobliskiej pijalni soków (w poniedziałek najlepiej smakował kwas z kiszonej kapusty). A potem śniłem z otwartymi oczami o Michale.

Kilka dni wcześniej Irena wróciła z Wrocławia. Zdała przedostatni egzamin z chorób zakaźnych, a Michał już zdrowo rozrabiał — wypychał brzuch matki na wszystkie strony, urządzając nam zgadywankę: „Co to było — łokieć czy piętka?”. W połowie września postanowiła pojechać do szpitala.

– Nie mogę dłużej czekać! Już pora na niego.
– Na pewno wiesz lepiej.
– Myślisz, że złapiesz w nocy taksówkę, jak mnie złapie?
– Przy pierwszym dziecku to przecież nie idzie tak szybko.
– A może będziesz znosił mnie z trzynastego piętra, jak winda nawali?

Faktycznie, termin zbliżał się, miejsce w szpitalu było przygotowane – po co więc ryzykować.

Teściowa zjawiła się parę godzin po odwiezieniu Ireny do Chorzowa. Cóż ja tam mogłem wiedzieć, co potrzebne jest niemowlakowi? Po dwóch dniach przyjechał wujek Bolek, a do drogi szykowała się babcia Włodzia. Rodzina przystąpiła do porządków większych niż przed Wielkanocą: mycie podłóg i okien, trzepanie dywanów, pastowanie, froterowanie – wszystko musiało błyszczeć jak wiadomo komu, wiadomo co.

W napiętej atmosferze nadeszła oczekiwana wiadomość:
Hura! Jest! Urodził się Michał!
Radość i łzy. Duma wszystkich – pierwszy syn, pierwszy wnuk, pierwszy prawnuk!

Dopiero teraz zaczęła się gorączka: łóżeczko, becik, śpioszki, wózek, smoczki – nic nie było gotowe. Wcześniejsze przygotowania mogłyby przecież przynieść pecha. Godziny i dni biegły szybko. Wreszcie „Turandot” zagłuszył donośny głos Michała.

Łobuz był śliczny, zdrowy i uśmiechnięty. Każdy chciał go pokołysać, wędrował więc z rąk do rąk. Babcie rywalizowały w zapałach, a Irena promieniała. Poród przebiegł bez problemów, czuła się świetnie – tylko z nadmiarem pokarmu nie dawała sobie rady.

Nie można jednak kusić szczęścia – dziecko trzeba jak najszybciej ochrzcić.
Rozpoczął się więc następny etap przygotowań, w którym prym wiodły kobiety. Nie wiem, czy to była jeszcze religia, czy już magia. Biel i koronki, trochę niebieskiego, coś starego, coś nowego – cały ten rytuał miał zapewnić zdrowie i pomyślność. A wszyscy mieli jedno życzenie: żeby Michał wrzeszczał w niebogłosy, gdy ksiądz poleje mu głowę święconą wodą.

Nasze M-2 ledwo mieściło gości, ale atmosfera była ciepła i rodzinna. Przyjechali prababcie i dziadkowie, ciocie i wujkowie, przyjaciele domu. Z Wrocławia przybył Artur z żoną – on został ojcem chrzestnym, Krystyna matką. Kręciłem film i robiłem zdjęcia. Michał był nakarmiony, odświętnie przybrany, a rodzice wsadzili mu pod pupę złotego talara „na szczęście”.
W kościele wył jak należy – babcie były zachwycone: „Wyrośnie na zdrowego mężczyznę!”
Chrzestni prześcigali się w obowiązkach, łącznie z wręczaniem kopert księdzu. Uroczystość wypadła wspaniale, a toast „za zdrowie Michała i jego rodziców” rozbrzmiewał do późnej nocy.

Kilka dni po chrzcinach musieliśmy pójść do przychodni – Michał kasłał i miał gorączkę. Lekarka stwierdziła przeziębienie i podała antybiotyk.
Irena była przerażona. Matczyne serce i zatroskane sumienie przyszłej lekarki szukały przyczyny:
„Gdzież on się mógł tak przeziębić? Co prawda leżał długo w kościele na mokrym beciku, ale to przecież była święcona woda…”

Michał szybko wracał do zdrowia, ale zaniepokojenie Ireny nie mijało.
– Andrzej, chciałabym, żeby babcia Włodzia pobyła u nas trochę. Muszę przecież zdać ten ostatni egzamin. Pomoże mi w kuchni i zajmie się dzieckiem.
– No pewnie, że może zostać.

Nie zapytałem tylko, jak długo potrwa to „trochę”. I to był mój błąd.

Julianna

Do stabilizacji rodzinnego życia jeszcze daleko, a jednak w codzienności zaczęły się pojawiać pierwsze oznaki normalności. Pilnowała ich przede wszystkim babcia Włodzia. Od dnia przyjazdu rozgościła się jak u siebie. Zajęta — zgodnie z życzeniem Irenki — kuchnią, doprowadziła do perfekcji zupy: zawsze takie same, z tym samym „czymś” nie do zidentyfikowania i z tym samym, jednoznacznym przypaleniem. Do dziś mam dreszcz, gdy o nich pomyślę. Dobrze, że nikt z nas nie słyszał wtedy o anoreksji.

Poza licznymi zaletami babci Włodzi szczególnie ceniłem jej czujność. Ileż to razy w nocy, usłyszawszy najmniejszy podejrzany dźwięk, wchodziła do naszej sypialni zatroskana losem prawnuka.

Teściowa — z wrodzoną, matczyną czułością — wzięła pod opiekę całość. Przeniosła się do Strumienia, gdzie dotąd wpadała raz w miesiącu, gdy teść dostawał wypłatę. Teraz bywała u nas prawie codziennie. Zakochana po uszy we wnuku, nie przepuszczała żadnej zmiany pieluszki ani jednego poważnego beknięcia.

Nieoceniony okazał się wujek Bolek. Jego wizyty oznaczały pracę: mycie podłóg, trzepanie dywanów, pranie pieluch, spacery z Michałem, stanie w kolejkach. Nigdy nie mieliśmy zgrzytów — przeciwnie, zawiązała się męska nić sympatii.

Choć pracowałem i zarabiałem, poziom życia zależał od rodzinnego wsparcia. Moja pensja wystarczała do połowy miesiąca, renta babci Włodzi na kilka kolejnych dni. Resztę łatała teściowa, przywożąc mięso z rzeźni — „próbki” do badań dla teścia. Z Nysy dochodziły paczki i parę groszy, żeby czasem starczyło Michałowi na banana.

Mimo pomocy pieniędzy brakowało. Czekałem, aż Irenka zda ostatni egzamin i pójdzie do pracy. Byłem wdzięczny całej rodzinie, zwłaszcza tej „od Irenki”, za opiekę.

Na Boże Narodzenie pojechaliśmy z Michałem do Nysy. Z nami — oczywiście — babcia Włodzia i teściowa. Na tak ważną uroczystość zjechali wszyscy. Dwie rodziny, dwa domy, więc były dwie wigilie, dwa śniadania świąteczne, podwójne obiady i kolacje. W gonitwie znalazłem wieczorem chwilę i wyciągnąłem Irenkę do parku. W ciszy padającego śniegu próbowałem — słowami i nie tylko — wytłumaczyć, że te więzy rodzinne są jednak zbyt ciasne i trzeba je choć trochę poluzować. Strategię miałem gotową; argumentację Irenki — jeszcze bardziej. Po tamtej „wymianie zdań” nie miałem wątpliwości: babcia Włodzia wraca z nami do Katowic.

W młodości komu nie marzyły się rajdy samochodowe? Każdy, kto miał choćby kontakt z czterema kołami, znał Sobiesława Zasadę. Ja też. Jeździłem głównie w Nysie, bo tylko tam mogłem. Rodzice kilka miesięcy wcześniej kupili simkę 1501. Transakcję zawdzięczali właściwie moim znajomościom: Staszek, kolega ze studiów (ten od „Greka Zorby”), handlował zachodnimi autami. Wymiana „warszawy kombi” plus 110 tysięcy na pachnącą komfortem simkę — rodzice się zgodzili, pokochali ją od pierwszego wejrzenia. Uczucie nie zardzewiało; samochód — niestety tak.

Miasto miało świąteczny nastrój, lekki mróz ściął śnieg. Trenowałem poślizgi. Obok siedział Zygmunt, narzeczony Krysi. Przed betonowym mostem szeroki łuk w lewo. Prędkość za duża, auto wynosi. Kiedyś już w takim miejscu zagiąłem felgę w „warszawie”. Odbijam koła, podążam za ślizgiem, przelatujemy przez pusty chodnik, przed maską niewinna zaspka… Dumnie myślę, że uratowane, aż tu łup: przednie zawieszenie trafia w pień ukryty pod śniegiem. Błotnik odginam bez trudu, gorzej pod spodem — wygięty drążek kierowniczy.

Ojciec nie da się nabrać — ma ucho do takich rzeczy. Zygmunt bladnie, ja kombinuję. Milczeć? Przyznać się? Ostatecznie Zygmunt pęka i opowiada. Ulżyło mi, ale czułem się podle. Siedziałem w kuchennym kącie bez obrony. Najostrzej atakowała Irena:

— Ty chyba jesteś zbrodniarz! Jak możesz narażać małego Michałka? Pomyślałeś, że ta kruszynka mogłaby na mrozie zamarznąć?

Ojciec pojechał do stacji obsługi. Wrócił z dobrą wieścią: uszkodzeń nie wykryto, tylko zbieżność do regulacji. A ja? Tchórz czy nieodpowiedzialny gówniarz?

Zima się kończyła, zupa nie zmieniała smaku, w powietrzu pachniało wiosną. Babcia Włodzia się przeziębiła — kilka dni w łóżku, drobiazg. Za to nocne nasłuchiwanie ustało. Niby nic, a po chwili okazało się, że w naszym M-2 będzie tłoczno: Irenka znowu zaszła w ciążę.

Rodzinna radość miała lekko przygaszony odcień. Ojciec podsumował to ludową mądrością:

— Jeszcze jeden „gołodupiec”!

W duchu przyznałem mu rację. Irenka nadal nie miała wszystkich egzaminów, a moje trzy tysiące złotych dzielone na cztery osoby plus babcia… lepiej nie liczyć. Ale od czego młodość i optymizm.

W takich okolicznościach nie kwestionowałem rodzinnej pomocy — tej oczywiście „od Irenki”. Teściowa coraz częściej nocowała u nas, pomagając babci przy zupach o znanym smaku. Wujek Bolek wydłużał wizyty, dbając o porządek i — co ważne — o regularne kontrole w pobliskiej „Adrii”. Nawet teść, dotąd wstrzemięźliwy, się uaktywnił. Zakres moich domowych obowiązków skurczył się do minimum. „Małżonek winien dbać o dobro materialne rodziny” — powtarzałem sobie. Niestety i tu rozmach miałem ograniczony. Przeszedłem na budowę, pensja wzrosła, ale nie do poziomu marzeń Ireny. Słusznie mówiła, że pod ziemią zarobiłbym więcej. Z czasem życzenie stało się postulatem.

Teoria młodego inżyniera i budowlana praktyka — dwa światy. W przedsiębiorstwie rządził plan. Liczyły się metry betonu i ton y stali, nie solidność i estetyka. Przerób i BHP — to było wynagrodzenie i premia. Byłem majstrem, moją kierowniczką — kobieta. Dla niej pryncypia firmy były oczywistością. Ja „zielony” — wciąż upierałem się, że stropowy beton ma mieć wytrzymałość z projektu, a ściankę działową trzeba wymurować prosto, a nie „ile metrów na szychcie”. Rąk do pracy brakowało, więc przydzielono nam wojsko. Myślałem, że się sprawdzi.

Szukam kiedyś ochotników do rozładowania cementu. „Zieloni” zniknęli. Idę za odgłosami. W pustym budynku — rubaszna zabawa.

— W co gracie? W „dupaka”?

— Nie, panie inżynierze, lepsze mamy. Patrzcie!

Z opaską na oczach szeregowy Janek miał zębami wyciągnąć zapałkę spomiędzy splecionych dłoni Staszka. W ostatniej chwili kapral ściągnął spodnie i wypiął się tam, gdzie powinny być ręce. Ryk śmiechu niósł się po piętrach. A za chwilę — tona cementu do rozładunku. „Herbatka” też była: dwie paczki na pół litra, działa „fantastycznie”.

— Panie inżynierze, z ludźmi trzeba umieć żyć! — warknęła szefowa. — Wczoraj kazał pan burzyć krzywą ściankę, dziś chce pan zabrać mi wojsko. Stawiaj pan swoje „bałwany” w dzienniczku, a mi zostaw resztę.

„Z ludźmi umiała żyć” — fakt. Mnie to nie odpowiadało. Poprosiłem o przeniesienie.

Szkoda, że równie łatwo nie szło z rodziną. Więzi Irenki z jej bliskimi zacieśniały się zamiast luzować. Gdy wyczerpałem środki parlamentarne, spróbowałem raz działania „kapralskiego”. Irenka pojechała do Wrocławia po termin egzaminu, więc doszło do spięcia z teściową. Użyłem słów precyzyjnie dobranych z budowlanego słownika eks‑szefowej. Krzyczałem długo i bez przerw, po czym podałem paltocik, kapelusz, torebkę — i z ulgą zatrzasnąłem drzwi. Efekt? Żaden. Następnego dnia teściowa, tak hucznie zelżona, wróciła jak gdyby nigdy nic, by pomagać babci przy obiedzie. Ludowe porzekadło mówi o takiej odporności: „Wytłumaczył sobie, że to deszcz, kiedy mu napluto w twarz”.

Przypomniała mi się przy tym scena z Nysy: Zbyszek cały ranek leżał w łóżku. Teściowa z troską zaniosła jajecznicę.

— Wypierdalaj, stara k…! — usłyszała. Talerz o drzwi, jajka po ścianie. Po godzinie — powtórka ze schabowym.

Oto klimat.

Musiałem działać inaczej — powiększyć metraż. Droga już znana: zaświadczenie lekarskie o „przyszłościowej rozbudowie rodziny” i wniosek. Uśmiechnęło się szczęście. Na osiedlu ruszył „ślizg” nowego wieżowca. Po roku miał stać gotowy. Zarezerwowano nam M‑5 na czwartym piętrze.

Ciąża dobrze wpływała na Irenkę — i na charakter, i na łóżko. Agresja mijała, czułość rosła. Do tego wczesnym latem wróciła z Wrocławia z dyplomem. Cieszyłem się, nie wiedząc jeszcze, co oznacza w domu kobieta pracująca.

Latem — wczasy w Grodnie, pierwszy raz bez Michała; został z babciami i ciocią Cesią. Dużo słońca, dużo czułości. Zaraz potem Irenka zaczęła pracę w chorzowskim szpitalu. Nowe mieszkanie rysowaliśmy w głowach do ostatniego szczegółu. Jesień nie ostudziła nastroju, a zupy babci jakby… mniej przypalone.

Michał na pierwsze urodziny przekoziołkował przez kojec — miękko wylądował na dywanie. Od tej pory sekundy bez nadzoru nie wchodziły w grę. Rósł zdrowo, choć nie wszystko był w stanie zjeść z rodzinnego jadłospisu, więc dorobił się fafułów, a nóżki miał jak dwa baleroniki. Paplał radośnie. Cisza oznaczała pełną pieluchę. Rozpuszczaliśmy go wszyscy. Nie zasypiał, jeśli nie trzymałem go za rączkę — często więc zasypiałem pierwszy, leżąc obok na tapczanie.

W upalny weekend w Strumieniu Irenka skróciła mu loki nożycami na schodach lecznicy. Ciocia Cezia uwieczniła scenę w mini‑albumie rysunków.

Michał uwielbiał, gdy podrzucałem go do góry — Irenka nie mogła na to patrzeć. Mógłby też bez końca podskakiwać na moich kolanach przy: „Hop, hop, hop — jedzie sobie chłop, a za chłopem Żyd, na koniku hyc… a za Żydem Żydóweczki…”.

Wieczorami rozważaliśmy imię dla następnego dziecka. Irenka prowadziła moją dłonią po brzuchu, śledząc kopnięcia. „Coś”, jeszcze bezimienne, zaznaczało obecność. Jeśli chłopiec — imiona dziadków czekały. Jeśli dziewczynka — zaczynał się spór. Nie godziłem się na uhonorowanie teściowej; Irenka odpłacała pięknym za nadobne. Ostatecznie nie podobało nam się już nic „z drugiej strony”.

Szary, grudniowy ranek. Deszcz przechodzi w śnieg, na drogach breja. Irenka budzi się wcześnie. Spakowani, stoimy na postoju. Taksówek brak. Ruszamy pieszo, łapiąc okazję. Irenka wchodzi na jezdnię z uniesionymi rękami. Hamuje „syrenka” — pan Władek z osiedla, od którego kupiliśmy sportowy wózek.

— Proszę szybko do Ligoty! Szpital Kolejowy.

Irenkę zabierają natychmiast na porodówkę. Zostaję pod drzwiami. Usprawiedliwiam się telefonicznie w pracy. Czekam. Minuty się wloką. Mężczyzna przed porodówką zawsze wygląda jak z komedii, nawet gdy gra w dramacie.

— Ma pan córkę — słyszę wreszcie. — Dziecko zdrowe, żona ciężko przeszła poród. Dziś nie zobaczy pan żony. Proszę na koniec korytarza — zza szyby pokażę niemowlę.

„Michał przy niej wydaje się olbrzymem. Jaka delikatna. Jak zaciska piąstki.” Pielęgniarka uśmiecha się lekko. Koniec widzenia.

Dziewczynka. W zasadzie dobrze. Piłki ze mną nie pokopie, ale kiedyś poszalejemy na parkiecie.

Babcie były w siódmym niebie: — Parka! Idealnie. Jak będzie miała na imię? Marysia? Magdalenka?

— Julianna — powiedziała Irenka. — Chcę, żeby była Julianną. Tak się namęczyłam, że mogę zdecydować.

Wyglądała jeszcze marnie, więc bez sprzeciwu — „Niech się dzieje wola nieba…” — przyjąłem wybór. Wiedziałem przecież, że gdyby odwiedził Irenkę we śnie Archanioł, zamiast królowej holenderskiej, w domu mielibyśmy Anielicę. A Julianna? Z Sienkiewiczem nie miała nic wspólnego. Za to najbliższa, a w zasadzie jedyna, przyjaciółka Ireny nosiła właśnie to imię.

Chorzowska-ósemka

Na parterze, obok windy, zobaczyłem świeżo przyklejoną kartkę:
„Koło Fotograficzne przy Spółdzielni Mieszkaniowej zaprasza zainteresowanych na spotkanie”.
Zebranie miało się odbyć w najbliższy piątek, podano godzinę i miejsce.

Od dawna chciałem znaleźć środowisko, w którym mógłbym się wreszcie „pochwalić” swoimi zdjęciami. Rodzinne i koleżeńskie zachwyty już nie wystarczały. W Nysie miałem kiedyś coś w rodzaju wystawy — wdzięczna pacjentka ojca pozwoliła powiesić moje prace w sklepie „Foto-optyki”. Wyszło cicho, przeszło bez echa. Próba z ZPAF-em też się nie udała: zabrakło wprowadzającego i, nie ukrywajmy, mojej konsekwencji.

W wyznaczony piątek, z teczką wypchaną odbitkami, poszedłem do spółdzielni. W świetlicy panował sympatyczny nastrój i spore grono zainteresowanych.
Dopiero na miejscu okazało się, że to nie fotografowie, tylko filmowcy amatorzy.
Zawiodłem się. Znów nici z planów. Ale zostałem. Miałem przecież kamerę i kilka nakręconych filmów.

Zgasło światło. Zaterkotał projektor, a na ekranie pojawił się obraz — skaczący, rozmazany i bez ładu. Patrzyłem z niedowierzaniem. Takiej chały jeszcze nie widziałem. Moje filmy nie miały co prawda montażu ani muzyki, ale przynajmniej coś mówiły, coś znaczyły.
Chciałem wyjść, lecz rozpoczęła się dyskusja.
Ktoś zarzucił filmowi monotonię, bo był „kręcony wyłącznie w planie amerykańskim”.
Uśmiechnąłem się z przekąsem.
„Jakim planem amerykańskim? Przecież to dzieci bawiły się na hałdzie! O czym oni w ogóle pieprzą?”
Po paru minutach zrozumiałem, że niewiele rozumiem.
Plan, kadr, długość ujęcia, ruch kamery, kierunek postaci — wszystko to podlegało zasadom, o których nie miałem pojęcia.
„Cholera! — pomyślałem. — Uważam się za artystę, a nie znam podstaw!”

Przypomniała mi się historia z Wrocławia. Koleżanka Krysi, studentka Akademii Medycznej, po jakimś tam kursie fotograficznym, ośmieliła się kiedyś zwrócić uwagę, że w moim zdjęciu „ręka jest źle ułożona”. Odpowiedziałem wtedy z pełnym przekonaniem:
„Teoria teorią, ale talentu nie zastąpi!”.
Teraz zrobiło mi się głupio.

Z klubu wypożyczyłem książkę Film amatorski i jeszcze tego samego wieczoru zacząłem czytać.

Na następne spotkanie przyniosłem film — już nie byle jaki.
Nakręciłem go w Nysie, w sali operacyjnej. Ojciec pozwolił mi sfilmować resekcję woreczka żółciowego. Po pokazie dostałem oklaski.
Podobał się wszystkim, choć – jak zauważyli – to jeszcze nie film, tylko materiał.
Zaczęło się montowanie. Nożyczki, klejarka, mozolna robota.
Film dostał tytuł „Kamienie” — dwuznaczny, bo w finale operator rozcinał woreczek, z którego wysypywała się garść kamieni żółciowych.
Po tygodniach pracy, z podkładem dźwiękowym i błogosławieństwem prezesa klubu, wysłałem dzieło na festiwal w Polanicy-Zdroju, słynne Pol-8.

We wrześniu ruszyliśmy tam grupą reprezentującą naszą spółdzielnię. Delegacje z CHSM obniżały koszty, więc impreza zapowiadała się dobrze.
Radość trwała krótko — mój film nie został dopuszczony.
Rozczarowany, ale podpuszczony przez kolegów, poszedłem do komisarza festiwalu.

— Czy pan jest rzeźnikiem?! — zapytał.
— Słucham?!
— Panie, krew, skalpel, wnętrzności! Tego ludziom nie można pokazywać!

Niepowodzenie mnie nie zraziło. Wręcz przeciwnie — całkowicie porzuciłem fotografię na rzecz kamery. Wkrótce zostałem jednym z najbardziej aktywnych członków klubu, który ochrzczono mianem „Chorzowska-ósemka”. Przez pewien czas byłem nawet prezesem.

Za to w domu — z prezesowaniem mogłem się pożegnać.
Irenka, po porodzie, szybko wróciła do formy. Miała poparcie całej swojej rodziny, od dawna zadomowionej u nas na stałe.
M-2 robiło się coraz ciaśniejsze i głośniejsze, przesycone mieszanką złości i bezsilności. Coraz częściej odwiedzałem nasze nowe mieszkanie, jeszcze w stanie wykończeniowym, i wiązałem z nim wszystkie nadzieje.

Chrzest Juli na chwilę pozwolił zapomnieć o codzienności. Uroczystość odbyła się w nietypowych warunkach.
Mieszkanie pękało w szwach. Poza rodziną i znajomymi zjawił się ksiądz z ministrantami. Cały obrzęd odbył się na trzynastym piętrze. Na szczęście tego dnia działały wszystkie windy.
Po raz pierwszy zrozumiałem, że duchowa siła Irenki miała bardzo praktyczny wymiar — potrafiła zorganizować chrzest w domu bez najmniejszego problemu. Bo przecież nie mogła narażać kaszlącej Juleczki na chłód nieopalonej świątyni.

Niecodzienna uroczystość przerodziła się w długie przyjęcie, z udziałem sąsiadów z kilku pięter.
Rodzice chrzestni — moja siostra Zosia i Zbyszek, brat Irenki — spisali się wzorowo.
Zosia doglądała małej, a Zbyszek tak skutecznie „czuwał nad nastrojem księdza”, że w końcu sam musiał odwieźć duchownego na parafię.

Kolejne święta Bożego Narodzenia, znów w Nysie, miały inny charakter. Znowu były kuligi, zabawy, śnieg i filmik, który nakręciłem — „Adam i Ewy”, o naszych wygłupach na białym tle. Ale tym razem nad wszystkim dominował jeden temat: rodzice planowali kolejną wyprawę.
Nie byle jaką.
Tym razem — na Zachód.

Neuere Beiträge »

© 2026 Wojciech Rosyk

Theme von Anders Norén — Hoch ↑