Kategorie: Mury Carcassonne (Seite 1 von 2)

Rok 1980

Na sylwestra pojechałem z Aliną do rodziców. Zapomniałem już, jak wyglądają noworoczne zabawy w Nysie — wydawało się, że beztroska została w innym ustroju. Na szczęście nic się nie zmieniło: poczucie humoru wciąż na miejscu, tylko młodzieży przybyło lat i tematów do wspominania.
Z Ligoty zjechała silna grupa. Zosia — znów „w stanie błogosławionym” — rozrabiała po staremu, Stefan dotrzymywał kroku, dzieci (Wiktorek i Jolanta) też nie odstawały. Pojawił się Mateusz z dopiero co poślubioną Edytą — świeżą modelką w widocznej ciąży. Na ich weselu w Monopolu bawiliśmy się tak, że orkiestra wyglądała na bardziej zmęczoną od gości.

Rodzice darzyli rodzinę Stefana szczerym zachwytem, który miał całkiem logiczne źródła: Stefan od początku potrafił stworzyć wokół siebie odpowiednio wzniosłą atmosferę.
Podniosły nastrój objął i Alinę — wreszcie została zaakceptowana także bez pieczątki „małżeństwo”.
Po hucznej nocy nikt specjalnie nie umierał na kaca (w Nysie obowiązywała wieloletnia odporność). Godnie zasiedliśmy więc do noworoczno-imieninowego stołu. Zamiast „Za tych, co na morzu” — „Za tych, co w Niemczech”, i melancholia wypełniała pokój na wspomnienie braku Krysi z małą Anielą.

Świąteczne napięcie pomału opadało. Alina — choć nie powiedziała tego wprost — czuła się urażona wigilią bez niej. Irena zaskakująco pozwoliła mi spędzić wieczór z dziećmi; uznałem, że trzeba korzystać. Łatwo przewidzieć, co by było, gdybyśmy zasiedli razem:
„Jak mogłeś moje dzieci posadzić przy stole z tą dziwką, która zabrała im ojca! To ostatni raz!!!” — i pewnie dotrzymałaby słowa.
Romantyczny wieczór z Aliną w przeddzień wigilii, opłatek, karp, dobre wino — nie zrekompensowały żalu. Nie wszystko leczy estetyka.

W Nysie starałem się zatrzeć skutki mizernego kompromisu. Nawet pomyślałem — po raz pierwszy bez odruchu ucieczki — o ponownym małżeństwie. Chwila trwała jednak wyjątkowo krótko.


Na Pierwszego Maja Alina urządziła przyjęcie na Kordeckiego. Drogowcy, najlepsze koleżanki, tace kanapek, my — od napojów wyższej jakości. Po toastach ruszyły tańce, chóralne śpiewy i wzmożona koleżeńskość.
Wtem dobra wiadomość: Zosia urodziła zdrowego chłopca. Miałem powód do kolejnych toastów i stary zwyczaj — gdy przekraczam swój limit, kładę się spać, choćby w kuchni. Zasnąłem, a impreza żyła własnym życiem: drzwi, śmiechy, szuranie, „pożyczam tylko korkociąg”.
Przebudziły mnie szept i przytulanie w futrynie. Marek „pocieszał” Alinę z empatią, którą trudno pomylić z neutralnością. Historia jak z Krakowa sprzed lat, kiedy po morzu alkoholu obudziłem się przy żonie w czyichś objęciach — i też zabrakło mi siły na reakcję.

Z urywków zdań wynikało jedno: Alina naprawdę chce ślubu. Nie męża — ślubu. Uświadomiłem sobie, że mój komfort „jeszcze pomyślę” może skończyć się z dnia na dzień. A jeśli Marek by zaproponował?… Zerwałem się z łóżka.

— Wystarczy na dziś! Kończymy! — ogłosiłem. Goście się rozpłynęli, Marek najsprawniej. Chwyciłem Alinę za ręce.
— Chcesz zostać moją żoną?
W jej oczach najpierw osłupienie, potem taka radość — i wdzięczność — że zrozumiałem, jak ważną podjąłem decyzję.

Spać się nie dało (dym z papierosów mógłby zasilić mgłę industrialną). Pojechaliśmy do Siemianowic.
Przy wieży telewizyjnej stał milicjant z latarką. Machnął — ja… zgasiłem światła i dodałem gazu. Maluch pomknął z górki jakby znał taryfikator.
— A jeśli zapisał numery? — spytała Alina.
— Powiem, że nie zauważyłem.
— Machał jak oszalały.
— Gdybym stanął, mógł chcieć „podjechać”. Wolę prawo jazdy zatrzymać dla siebie.


Pałac Ślubów: soboty zajęte na miesiące. Nie szkodzi — dzień powszedni też przyjmuje przysięgi.
Garnitur z jasnego kaszmiru uszyto przed terminem, kremowa kreacja Aliny z kapeluszem czekała w szafie. Najtrudniejsze były szpilki 34 — ale i one się znalazły.
Kolega-plastyk zrobił nietypowe zaproszenia: tekst po jednej stronie, po drugiej dwie osobne fotografie narzeczonych — ładny, nieco zuchwały detal.

11 lipca świeciło czyste słońce. „Małżeństwo biurowe” ściągnęło kolegów; wśród nich gubiły się nasze rodziny.
Pełną obsługę foto zapewnił mój współpracownik, więc o materiał byłem spokojny. Ceremonia — tradycyjna, ale Alina była tak wzruszona, że poczułem lekkie ukłucie winy: nie mogłem zaprowadzić jej przed ołtarz.
Podpisy złożyli świadkowie: Irena — siostra Aliny — i mój szwagier Zygmunt. Przyjęcie w mieszkaniu rodziców Aliny do wieczora, a potem „Variete Centrum”. Byłem. Miód — i nie tylko miód — piłem. Po brodzie ciekło.


Urlop planowaliśmy na sierpień. Biuro, w czynie społecznym, zaprojektowało stołówkę dla ośrodka ZSMP w Wilkasach; w zamian — domek i pełne wyżywienie na dwa tygodnie. Okazało się, że domek jest „czteroosobowy”. Miesiąc miodowy w wersji rozszerzonej — czemu nie.
Druga para: Stasia (znałem z zespołu konstrukcyjnego; nie mieściła się w stereotypie „kobiety-inżyniera”) i Zbyszek z GIG — ekonomista, o dziwo bez objawów urzędniczego zadęcia.

Umówiliśmy się o świcie za rondem. Punkt czwar­ta dwadzieścia — spotkanie, i jedziemy maluchami jak równy z równym. Zgodność dotyczyła wszystkiego — nawet miejsc postojów „na siusianie”.
Wilkasy przywitały nas zapachem żywicy i literami ZSMP, które wyjątkowo nie psuły widoku. Kierownik ośrodka okazał się człowiekiem czynu: motorówka dla dziewczyn, narty wodne dla chłopaków, kajaki, łodzie, sauna.
Wieczorami remik i regeneracja napojowa.
W planie — żaglówka. Na szczęście patent miałem ja, Zbyszek też, a i Stasia nie była nowicjuszką. Zostałem kapitanem bez konkursu.

Wzięliśmy prowiant i ruszyliśmy na Mamry. Po kanale Niegocińskim wygrała łąka — sielanka, trawa, słońce. Gdy trzeba było wracać, stanęliśmy na Darginie w szuwarach.
Komary zaproponowały zamiast remika boks w kilku rundach. Nad ranem łódka kołysała za bardzo, a burza była już w drodze. Alina nie pływa, wodę toleruje. Wracamy. Deszcz lał, wiatr niósł, ja ster trzymałem jakby ode mnie zależało trwanie RP. Przed kanałem wyskoczyłem z cumą — i efektownie wpadłem do wody w pełnym ubiorze. Napięcie opadło — razem ze mną.

Dwa tygodnie minęły jak w bajce. Pożegnanie ze Stasią i Zbyszkiem w Reszlu przy kiełbasie nad ogniem.
My — obowiązkowo nad morze. W Lidzbarku benzyna „na cud”, w Elblągu pięć litrów, w sklepach — pustki. Za to chleb i dżem truskawkowy zdobyte jak w dobrej grze terenowej.
W radio — już nie „przerwy w pracy”, lecz strajki. Wrzało.

Pamiętałem 1970: wtedy poszło o podwyżki i zarobki. Teraz żądania szły dalej. Nie wierzyłem, że Gierek dopuści do siły — a jednak: czy on jeszcze panował? Wschodni Brat nigdy nie lubił „odstępstw”. Historia podsuwała cztery obrazy: Poznań, Radom, Budapeszt, Praga.
Mimo to pojawiła się iskierka: może kolos jest bardziej z gliny, niż mówiono; może papież coś przesunął. Mnożyłem „może”, ale PRL nauczył, że cuda są od święta — i to kościelnego.

Na przedmieściach Gdańska pusto. Na bramie biała płachta z czerwonymi, ściekającymi literami: „STRAJK”. Kino wojenne zrobiło swoje — wyglądało to jak krew.
Na nabrzeżu w Gdyni — martwa cisza. Poczułem, że wakacyjny tryb życia to zły strój na tę scenę. Zawróciłem. Chcieliśmy „ukryć się” w Łebie, ale radio dość wyraźnie tłumaczyło, że lasy już mają gości w hełmach. Zawróciliśmy naprawdę.

Resztę urlopu spędziłem przed telewizorem.
Miałem w sobie mieszaninę zachwytu i lęku. Chciałem wierzyć, ale bałem się nawet pomyśleć, że to może się udać. Pyka negocjował i nagle go odwołano — wyglądało, jakby komuś nie zależało na spokoju. Wałęsa wrócił „nielegalnie” — dzienniki rozciągały ten wątek do rozmiarów kontynentu, jakby doradcy nie istnieli. Kto miał na tym skorzystać?
Nieważne: rodziło się nowe. Nie wiedziałem, jak długo pożyje, ale wiedziałem, że muszę stanąć po jego stronie. Pierwsza, może jedyna szansa.
Czułem ulgę: można mówić głośno. Zresztą i tak mówiliśmy — tylko teraz bez szeptu. I pewność, która nie wymagała dopowiedzeń: tego ustroju się nie zreperuje.


Koniec sierpnia — wracam do pracy.
Wydawało się, że trafiłem do nowego zakładu: teraz wszystko miało działać. Narodził się NSZZ „Solidarność”. Radość, porozumienia, euforia.
Organizujemy się w biurze błyskawicznie. Przewodniczącym — niestety partyjniak, ale „nasz”, towarzysko lubiany i język miał ostrzejszy niż niejeden opozycjonista.

Nie wszyscy w rodzinie byli zachwyceni. Ciocia Cesia do związków niezależnych nie zamierzała, a na moje antysowieckie tezy miała prosty kontrargument: „A Niemcy? Dziadka zamordowali Niemcy. Ojciec cudem wyszedł z ich więzienia”.
Kochałem ciocię i wiedziałem, że mówi też strachem: w końcu to „Ruscy” kazali jej opuszczać Lwów w przeciwnym kierunku.
Rozczarował mnie Stefan. Zawsze pierwszy do dowcipów o partii, a teraz — z boku. Karol (gabinet po ojcu) miał „układy”, Mateusz miał teścia wysoko w wojsku — rozumiem. Ale Stefan?

Ogólny optymizm trwał, jednocześnie wszystko wciąż toczyło się starymi torami. Gierek odszedł. Pamiętam jego twarz z plenum — blady, drobny. Żal nawet mignął, ten ludzki.
Kania nie porwał. „Im gorzej, tym lepiej” nikt nie drukował, ale wszyscy szeptali. Dziesięć milionów ludzi chciało współdecydować, Partia udawała, że nie widzi.

Dowiedzieliśmy się po czasie, że Wałęsa był w Katowicach — nasz przewodniczący wiedział, ale nie powiedział. Zaczęliśmy rozumieć, skąd wieje wiatr. Odwołać można go było tylko przez Wojewódzki Zarząd, więc rozpocząłem pielgrzymkę po schodach willi Solidarności — piętra pełne dobrej woli i twórczego bałaganu.
Ktoś z Zarządu, niewyspany, opowiedział z przekąsem: sekretarz Żabiński miał powiedzieć, by dać nam „najwspanialszą willę, bo luksus niejedną władzę zdemoralizował”. Trudno o bardziej pouczającą życzliwość.
Po paru podejściach zdołałem zorganizować zebranie z udziałem wojewódzkiego działacza. Nasz przewodniczący odpadł.
Trafiłem do Tymczasowego Zarządu z grupą kolegów „jawnie niepartyjnych”. Werbowaliśmy, pisaliśmy regulamin wyborów, szykowaliśmy walne. Pisałem listy otwarte — o chwili historycznej, odpowiedzialności i moralnym obowiązku.

Ojciec przyjaciółki Aliny był wysoko w OPZZ, więc Marysia nie chciała narażać rodzinnego pokoju. Przekonywałem ją do Solidarności jak domokrążca dobra wspólnego: na Placu Andrzeja, w aucie, aż podpisała. Nie miałem wątpliwości, że robię dobrze.

Alina nie była zachwycona moją gorliwością, ale miała do niej cierpliwość; jej ojciec od początku PRL żadnych wątpliwości nie miał. Życie prywatne się skurczyło, czas pędził.
Zaprzyjaźniłem się z Wojtkiem z Zieleni (o KOR-ze nie wiedziałem). Kiedy zapytał, czy gotów byłbym „do największego poświęcenia” — i doprecyzował: „tak, o życie chodzi” — przytaknąłem, czując patos i absurd jednocześnie. Na szczęście krew nie była potrzebna.

Walne zebranie odbyło się w sali Ośrodka Harcerskiego w WPKiW. Przewodniczący pilnował porządku z godnym zaufania taktem.
Gdy przyszła moja kolej, powiedziałem wprost: trzeba wyczyścić wpływy partii w biurze; nasz dyrektor żyje z łaski Komitetu Wojewódzkiego — i z tym koniec. Spodziewałem się entuzjazmu. Zapadła cisza.
Padły pytania: o krzyżyk z orzełkiem na biało-czerwonej kokardce. Odpowiedziałem, że to symbol Kościoła — jedynej siły, która nas wspierała; a prywatnie — pamiątka po babci, zrobiona w wojnie ze srebrnej pięciozłotówki.
Potem o „stałość poglądów”, bo zmieniłem zawód z konstruktora na fotografa.
— Robić to, co się kocha, jeśli można — to nie zdrada, tylko awans — odparłem.
Na koniec — „czy można ufać komuś z wątpliwą moralnością prywatną”. Pytanie zadane łagodnie, a uderzające celniej niż oskarżenie.
Nie prałem brudów publicznie, ale nie zostawiłem insynuacji bez odpowiedzi: jeden życiowy upadek nie unieważnia całej reszty.

Wynik? Nie wszedłem do zarządu. Samo to nie bolało; inni mieli więcej energii, doświadczenia. Bolało co innego: jak wielu ludzi siedzi okrakiem na barykadzie, z udawaną gotowością do skoku. I że rozgrywki wyborcze przyszły do nas szybciej niż reformy. Niesmak trzymał dłużej niż żal.

W pracowni fotograficznej czekały zaległości. Alina cieszyła się powrotem do rytmu; czas znów płynął jak człowiek.


Grudzień. Jadę specjalnym pociągiem do Gdańska — delegacja na odsłonięcie Pomnika Poległych Stoczniowców, dziesięć lat po tragedii.
Trzy potężne krzyże z kotwicami, na murze złote słowa papieża: „Pan da siłę swojemu ludowi…”. Siłę pokazaliśmy. Co z resztą?
Cztery miesiące wcześniej nad bramą wisiało „Proletariusze wszystkich zakładów łączcie się”, a na murze naprzeciw — „Wolność dla Moczulskiego. RMP.”

Do wieczora zostało sporo czasu, pojechałem na Stogi. Krzyk mew, szum fal — lato wróciło na chwilę wyłącznie w głowie. Nie wiedziałem, że żegnam się z morzem na lata.

Wieczorem pogoda spłatała figla: śnieg z deszczem. Tłum jednak stał. Krzyże falowały nad czernią nocy, płatki topniały na odkrytych głowach. Msza, słowa Olbrychskiego, „Boże, coś Polskę” — prośba i dziękczynienie unosiły się ponad zimno.
I nadzieja, która — wbrew klimatowi — nie przymarzła.

Nad Hańczą

Nadchodziło lato. Czekał nas znów miesiąc beztroskich wrażeń — w planach urlop w atmosferze jeszcze unoszącej się po papieskiej wizycie. Cóż, nawet Pan Bóg dawał wówczas Polakom pogodę ducha na kredyt.

Trzeba przyznać, że rok zaczęliśmy wyjątkowo szczęśliwie.
Zakładowe wczasy w Polanicy Zdroju — z balem sylwestrowym w cenie — należały do szczególnie udanych. W domu wypoczynkowym, choć nawet nie udawaliśmy małżeństwa, zakwaterowano nas w jednym pokoju. Kierownictwo ośrodka, jak widać, bardziej ceniło spokój turnusu niż moralność. Szampański nastrój trwał do końca, a świeża biel śniegu dodawała uroku i zasłaniała co trzeba.
Znaleźliśmy nawet czas na jednodniowy wyskok do Hradec Králové. Kupiłem tam, za parę koron, pneumatyczny pistolet, który — jak się później okazało — miał jeszcze odegrać w rodzinnej historii rolę wcale nie zabawkową.

Do letniej wyprawy załadowałem fiacika po brzegi. Wybieraliśmy się, jak zwykle, turystycznie — pod namiot.

Pierwszego dnia dotarliśmy do Dąbrowy nad Czarną, gdzie moje dzieci, od paru lat już tradycyjnie, spędzały wakacje. Nie miałem najmniejszej ochoty spotykać się z Ireną, ale tęsknota za maluchami wzięła górę.

Przeżyłem wspaniałe chwile: spacer piaszczystymi dróżkami wśród sosnowych lasów, upojenie zapachem żywicy, kąpiel w spokojnej rzece i dziecięcy śmiech — czysty, nieprzesiąknięty jeszcze goryczą dorosłych. Irena, przytulona do boku wysokiego bruneta, popisywała się tolerancją, jakiej nawet w stanie wojennym by nie przeforsowano. Dzieci nie mogły zrozumieć, czemu nie możemy wszyscy spędzać wakacji razem. Cóż, w takich chwilach łatwiej znosiło się trzask drzwi niż ciszę po pożegnaniu.

Nie znałem Pojezierza Suwalskiego. Pociągała mnie jego egzotyka — polski biegun zimna w letnim przebraniu.
Lipcowa pogoda jednak jakby o tym zapomniała. Pochmurne niebo, codzienna porcja deszczu i temperatura, która mogła konkurować z Bałtykiem w listopadzie.

Maluszek dzielnie toczył się po polnych drogach, zgrabnie omijając głazy pozostawione przez lodowiec i biuro planowania. W Bachanowie, niedaleko szkoły, rozbiliśmy namiot za zgodą dyrektora — człowieka o wielkim sercu i chyba jeszcze większej odporności na absurd. Parędziesiąt kroków dzieliło nas od tafli Hańczy. Ciszę przerywał jedynie daleki ryk krowy i bliski, nieustanny szum deszczu.

Szum deszczu — piękne słowo. W rzeczywistości po prostu lało.
Nasz dwuosobowy „jamnik” nie nastrajał optymistycznie. Postanowiliśmy jednak zostać. O kąpieli w jeziorze nie było mowy — samo mycie głowy przypominało eksperyment z krioterapii. Lodowata woda zmuszała Alinę do podgrzewania jej nawet do mycia zębów.

Na szczęście około trzeciej po południu przychodziło wybawienie — przejaśnienie. Wychodziliśmy z namiotu, zziębnięci, lecz pełni nadziei. Słońce, jakby nic się nie stało, udawało, że było z nami cały czas.
Spacerowaliśmy po kamienistych ścieżkach i osobliwym głazowisku, zachwyceni tym, że natura potrafi być piękna, nawet jeśli człowiek marznie jak pies.

Po czterech dniach nie wytrzymał namiot. My — owszem. Wyruszyliśmy nad morze.
W Sopocie przestało padać, ale zimno pozostało. Dopiero na Łebskich Piaskach słońce doprowadziło nas do temperatury pokojowej. Niestety, inny żywioł rozgrzał nas bardziej niż lipcowy żar.

Postanowiłem dojść do Wydm Ruchomych od zachodu. Wjechałem maluchem za Czołpino. Na postoju panował błogi bezruch, poza jednym stróżem w drewnianej budce, który natychmiast zwrócił uwagę na mój aparat.

— Panie, z takimi grubymi obiektywami to tu nie można chodzić!

Udałem zdziwienie, choć wiedziałem dobrze, że „grubość obiektywu” to termin wojskowy. Widziałem wcześniej zielony gazik i tablice: „Wstęp wzbroniony. Rezerwat Przyrody”. Rezerwat — brzmi niewinnie. Ale rezerwaty bywają różne: przyrodnicze, wojskowe, ideologiczne.

— Zostaw pan aparat w aucie! — rzucił z troską o moje bezpieczeństwo (i spokój raportu).

Nie byłem chojrakiem, ale i idiotę nie chciałem udawać. Zostawić sprzęt na pustkowiu? Nigdy.
Minęliśmy strażnika, a jego głos dogonił nas już zza pleców:
— Będziesz mieć pan kłopoty!

Kłopoty przyszły w zielonych hełmach, z karabinami i zadyszką.
Dwóch żołnierzy, zlanych potem, dotarło do nas na piasku, który przeszedł z rąk natury w ręce Ministerstwa Obrony.

— Na pewno mnie szukacie — zacząłem, z przekonaniem godnym rewizjonisty.
— Pomimo ostrzeżenia poszedł pan z teleobiektywem.
— Panowie, ten strażnik nie odróżnia szerokiego kąta od tele. Popatrzcie sami!

Spojrzeli. W obiektywie ujrzeli pustkę i siebie — nie groźnych intruzów, a zmęczonych ludzi.
Uśmiechnęli się z ulgą.
— Panie, daj pan spokój z tą propagandą — mruknął jeden. — My mieliśmy was znaleźć i sprawdzić, nie przesłuchiwać. Nie robicie zdjęć tele, więc wszystko w porządku.

I poszli. Może nawet im ulżyło, że nie muszą tłumaczyć, co właściwie mieli chronić.


W Łebie, w starym drewnianym budynku, mieściła się poczta — świątynia cierpliwości narodowej. Kolejka wiła się jak pielgrzymka do cudu, a ja stałem po połączenie z Nysą.
Krysia z mężem Zygmuntem i dziesięciomiesięczną Helenką wyjeżdżali do RFN. Po latach namysłów i prób zdecydowali się wreszcie na emigrację — za chlebem, za losem, za Mercedesem.

Zygmunt miał tam rodzinę, więc dla niego wybór był oczywisty. Dla Krysi już nie. Nie chciała rozstawać się ani z krajem, ani z nami. Myślała nawet, że ciąża powstrzyma wyjazd, ale przegrała z niemiecką precyzją planów i rodzinną jednomyślnością w sprawie „lepszego jutra”.
Mój wpływ? Skromny — na okrągło zachłystywałem się zachodnim stylem życia. Cóż, głos rozsądku trudno usłyszeć spod turkotu zachodnich autostrad.

Udało mi się w końcu dodzwonić.
Życzyłem siostrze szczęścia i półgłosem dodałem:
— Niedługo pójdę waszym śladem.

Na więcej zabrakło drobnych. Jak zwykle — i pieniędzy, i słów.

Czerwcowa niedziela

Drogę do Krakowa przemierzałem wielokrotnie, znałem ją niemal na pamięć. Tym razem jednak—z powodu niecodziennego wydarzenia—miało się wrażenie, że i asfalt przyjął postawę zasadniczą. Podniosły nastrój towarzyszył każdemu kilometrowi. Sznur świątecznie przystrojonych samochodów dostojnie przestrzegał przepisów (jakby same się pisały na tę okoliczność). Nawet milicjanci, wystawieni gęściej niż zwykle, lśnili świeżością mundurów—widok rzadki, a więc tym cenniejszy. Upiększone domostwa, żółte, białe i niebieskie wstążki oraz mnogość flag państwowych podkreślały szczególny charakter chwili; kraj wyglądał, jakby mu nagle przypomniano, że potrafi być odświętny.

Jechałem na spotkanie z Pielgrzymem przemierzającym kraj już ósmy dzień—na spotkanie z papieżem Janem Pawłem II.

Cały naród, od Tatr po Bałtyk, poruszyły odważne słowa Wielkiego Polaka.
W czasach pogłębiającego się niedostatku w sercach wezbrała fala nadziei (niedostatek pozostał, ale za to jaka fala!).
W czasach narastającego niezadowolenia uniósł się duch bohaterstwa (z wyraźną ulgą, że bohaterstwo bywa zbiorowe).
W czasach niepowstrzymanej już swobody wypowiedzi piersi wypełnił zew wolności (na razie—wolności mówienia o wolności).

Nie minął jeszcze rok, odkąd Kardynał Karol Wojtyła opuścił Kraków i objął najwyższą godność w Stolicy Apostolskiej. Morze emocji wciąż nie opadło, duma narodowa miała się dobrze i nie wymagała kartek. A On—Największy—był znów wśród nas i wzniecał pożogę uczuć, tym razem legalnie.

Wiosenne słońce spijało ostatnie krople rosy połyskujące na źdźbłach trawy. Zwarte szeregi kolorowych samochodów pokryły zielone połacie łąk (zieleń dzielnie udawała parking). Owiani świeżością ranka podążaliśmy w stronę Błoni dróżką wydeptaną tysiącem stóp. Uśmiechnięta Alina entuzjastycznie dźwigała część sprzętu fotograficznego—w końcu uczestnictwo zobowiązuje. Oznaczenia na kartach wstępu, otrzymanych z zakładu pracy, kierowały nas ku sektorowi (wzruszające połączenie mistyki i organizacji mas). Morze głów zwróconych ku olbrzymiemu ołtarzowi ogarnął nastrój oczekiwania. Czas mijał na modlitwie.

Szept, z początku nieśmiały, przerodził się w spontaniczny krzyk: Jedzie!… Jedzie!… Jedzie!!! Rozkołysany ocean rąk upodobnił się do kłosów zboża poruszanych wiatrem—tym razem wiatrem radości, a nie decyzji. Z każdą minutą potężniał okrzyk. Wzbijał się nad Błonia wysoko, w nieskazitelny błękit nieba, którego nikt nie zdążył jeszcze reglamentować.

Rozpoczęła się Msza ku czci św. Stanisława. Niewątpliwie uczestniczyłem w uroczystości religijnej; odbierałem ją jednak inaczej—jak manifestację polityczną wymierzoną w socjalistyczną władzę (i nikt się nie dziwił, że to tak gładko się łączy). Otaczał mnie milion ludzi, co najmniej tylu samo interpretacji, a jednak sens jeden. Oczekiwałem na homilię. Przez dziesięciolecia nauczyliśmy się czytać między wierszami—tu nie trzeba było lupy.

Postać biskupa ze Szczepanowa znałem z podręczników. Zatarg z królem—wiadomo—polityka, nie pobożność. Różnice wersji kościelnej i historycznej były mi znane; miałem jednak pewność, że nie o polemikę szło. Pretekst był doskonały: pod nim krzepiono serca i wyzwalano ducha. Przykład walki dobra ze złem aż prosił się o przełożenie na bieżące okoliczności.

„Iść przed siebie to znaczy mieć świadomość celu.” — Cel podpowiadał się sam, nikt nie musiał go drukować.
„Chrystus ukazał tę drogę.” — Najwyższej rangi dyrektywa moralna; trudno o wyższą.
„Święty Stanisław (…) dał świadectwo, przelewając krew.” — Wskazówka, jakie poświęcenie może być wymagane; publiczność rozumiała, choć wolała, by obyło się bez potwierdzeń.
„Nie możemy pozwolić sobie na nieład.” — Huragan braw zadziałał jak pieczęć; porządek okazał się pożądany, byle nie ten „nakazany”.

„Trzeba szukać zbliżeń. Trzeba otwierać granice.” — znów burza oklasków. Poczułem skurcz gardła. Otwarte granice rozumiałem dosłownie. Czy można marzyć śmielej?

Powiedziano wiele, wyznaczono drogę jasno, a jednak przy „Amen” poczułem niedosyt. Chciałem krzyczeć „bis!”, lecz to nie był spektakl—choć miał wszystkie jego atrybuty poza kurtyną. Wypełniała mnie radość i… nostalgia: coś wielkiego się dokonało i właśnie się kończyło. Trzeba było wracać do codzienności, która nie lubiła konkurencji.

Pozostała nadzieja zobaczenia Go jeszcze podczas przejazdu. Po obu stronach trasy na Balice ustawiały się szerokie szpalery. Szukałem miejsca na ostatnie zdjęcia. W słońcu falowały flagi, a na środku jezdni układano goździki—pożegnalny dywan dla Naszego Papieża. Narastało wzruszenie, w oczach łzy (tym razem z niczego nie trzeba było się tłumaczyć).

Otwarty „star”, specjalnie skonstruowany, sunął majestatycznie. Pod delikatnym baldachimem na białej platformie jaśniała ukochana postać. Tak blisko, tak bliska, że milczenie było jedyną formą krzyku.

Ludzie zaczęli się rozchodzić. Objąłem Alinę. Po raz pierwszy przeżywałem tak silne emocje. Usiadłem na krawężniku. Ulica pustoszała, minuty mijały, a ja nie mogłem wstać—ciężar chwili miał swoją grawitację.

W drodze powrotnej słuchaliśmy transmisji z Balic. Papież żegnał się i udzielał ostatnich wskazówek:

„Czasy nasze (…) domagają się, aby nie zamykać się w żadnych sztywnych granicach, gdy chodzi o dobro człowieka.”

— Jak wyobrażasz sobie, Alinko, to zbliżenie ustrojów? — zapytałem, może zbyt przytomnie.
— Nie podniecaj się — uśmiechnęła się. — Właścicielem fabryki raczej nie zostaniesz i fiacika na mercedesa nie zamienisz.
— To akurat mogłoby się udać — odparłem— tylko że Wania też by chciał. A tu już nawet Papież nie rozdzieli kluczyków.

Fotograf

Biuro rosło, piętro po piętrze, wydział po wydziale. Reorganizacje mnożyły się jak kalki na desce kreślarskiej; przybywali ludzie i kierownicy, rzadko kto odchodził. Wyjątkiem okazała się pracownia fotograficzna: jej szef—faworyt dyrektora (nie bez udziału swojej efektownej żony)—wyjechał „na czas nieokreślony”. Od tej pory zdjęcia zlecaliśmy na zewnątrz.

Coraz dotkliwiej brakowało mi terenu i ludzi; rysowanie podobnych konstrukcji, zwłaszcza tych, które nigdy nie wychodziły z szuflady, stępiło frajdę projektowania. Architekci mieli swoją scenę i oklaski, konstruktorzy—etat wyrobników. Zatęskniłem za modelem, w którym praca daje i pieniądze, i sens. Szansa przyszła sama: zaproponowałem, że przejmę nieobsadzone stanowisko fotografa.

Dyrektor (jak zwykle bezpośredni) przerwał mi, gdy fałszywie skromnie zacząłem: „Nie chciałbym się chwalić…”—„Nie, nie, niech się pan chwali!”. Przyniosłem powiększenia i slajdy; obejrzał, skinął. Ekonomiczny dopiął resztę. Utworzono specjalny etat „fotografa–projektanta”, z gwarancją dotychczasowych zarobków. Pęczniałem z radości. Jedna drobnostka: pracownię trzeba było… zbudować od zera. Dawne pomieszczenie zajęło archiwum, sprzęt leżał w magazynie.

Nowe lokum trafiło mi się w Chorzowie–Batorym: spory metraż i wolna ręka. Remont rozrysowałem jak dobry detal; doświadczenie klubowej ciemni i inżynierski nos załatwiły resztę. Biuro miało świetną kondycję finansową—preliminarze przechodziły bez skreśleń. Z rynkowych realiów brałem, co było: zamiast wymarzonych Canonów i Nikonów—enerdowskie Pentacony i Praktiki, do tego „rosyjski hasselblad”, czyli Kiev 88. Na film 16 mm kupiłem niezły zestaw. Na profesjonalny stół montażowy z TV Katowice miałem nawet pokusę (okazja za śmieszne 100 tysięcy), ale tu włączyły się skrupuły. Gdzie indziej—nie zawsze: chemii i papieru do prywatnych kadrów nie żałowałem.

Równolegle zapisałem się na kurs fotografii i filmu w COMUK-u przy MKiS. Chodziło o „papier”, ale szybko okazało się, że program trzyma poziom. Seanse, prelekcje znanych reżyserów, zero wydmuszki propagandowej. Z fotografii—warsztat: tematy do zaliczenia, kontrola procesu negatyw–pozytyw. Najwięcej zachodu przy szkle; „łatwy temat” nauczył mnie światła na poważnie.

Na seminarium w Raciborzu pojechałem służbowo. Finałem miała być plenerowa wystawa. Krążyłem po mieście z nowym sprzętem, łowiąc temat. Fresk z panoramą miasta i napis „WSS Społem życzy udanych zakupów” nad prymitywnym kioskiem; pod nim długa, szara kolejka po chleb. Klik, klik. Kobieta z siatkami spojrzała we mnie jak w wroga. Miała rację—w krainie niedoboru mój aparat wyglądał jak kpinny luksus.

Kilkadziesiąt metrów dalej—tłum przed Goplaną, nagła dostawa czekolady. Klik, klik. I wtedy ta sama kobieta wypaliła pięścią w niebo: „Prowokator! Co on tu robi?”. Głowy się odwróciły. Odeszła mi ochota na uliczne scenki.

Zaszedłem na spokojny placyk przy dworcu: rząd białych ławek, słońce, fontanna, samotny staruszek. Zaczepiłem go miękko, zgodził się na portret. Ustawiłem statyw. Migawka pstryknęła równocześnie z piskiem opon. Milicyjna Nysa. Dwóch funkcjonariuszy wyskoczyło, zapakowali mnie z całym majdanem. Na tylnym siedzeniu—moja oskarżycielka, dumnie wypięta pierś: „Zawieźcie prowokatora do urzędu!”.

— Dla kogo pan pracuje? — spytał przystojny szatyn w cywilu, po krótkiej naradzie z „informatorem”.

— Proszę zadzwonić do prezesa Raciborskiego Towarzystwa Fotograficznego. Jestem na warsztatach waszego Domu Kultury — odparłem, żądając zwrotu sprzętu.

Dwie godziny trwało „sprawdzanie personaliów”. Gdy wreszcie wyszło na jaw, kim jestem, dostałem półgodzinny wykład z ideologii i „miejsca jednostki w trudnym okresie”. Poziom absurdu podnosił ciśnienie bardziej niż kawa.

W bazie (CDN) wszyscy już wiedzieli, że zatrzymało mnie UB; organizator rozłożył ręce: nie przekonał funkcjonariusza, pomógł dopiero telefon do mojego zakładu. Poradził, bym na razie fotografował przyrodę.

W nawale pracy szybko przykryłem ten incydent kurzem następnych zadań. Dopiero po czasie dotarło, że to w Raciborzu zaszczepiła się we mnie ostrożna myśl: „Wiadomo—przeciw czemu; tylko… w jakim celu?”.

Bułgaria ’78

Babcia Ola miała świadomość nieubłagalnie zbliżającego się kresu. Z dnia na dzień słabła: ciało odmawiało posłuszeństwa, ale w zapadniętych oczodołach wciąż tliło się czujne, głębokie spojrzenie.

Rodzice traktowali mój związek z Aliną dość lekko. Bez jednoznacznych deklaracji czułem ich nastawienie: „przygodna znajoma z robotniczej rodziny, bez wyższego wykształcenia”. Podejrzewam, że nawet nie obdarzyli jej statusem przyjaciółki; najpewniej zaszufladkowali jako chwilową kochankę. Inaczej widziała to babcia Ola. Jej słowa zmieniły w rodzinie optykę, zabrzmiały jak testament: „Nie wiadomo, czy Andrzej nie spędzi z tą dziewczyną całego życia. Bądźcie dla niej dobrzy, nie pozwólcie, by doznała od was krzywdy”.

Na Boże Narodzenie pojechałem do Nysy głównie po to, by pożegnać babcię. Miała jeszcze tyle sił i woli, by usiąść przy wigilijnym stole. Nigdy dotąd nie straciłem kogoś tak bliskiego. Bezradnie patrzyłem, jak gaśnie. Babcia wiarę traktowała po cichu, bez ostentacji. Kiedyś widywałem ją z różańcem; teraz modliła się o szybki koniec. Mama nie umiała pogodzić się z pożegnaniem, a jednocześnie – wyczerpana długą opieką – szeptała to samo.

Czy człowiek w obliczu śmierci może mieć ukryte zamiary? Jeśli nie, czemu nie miałbym zawierzyć babci, gdy mówiła o Alinie. Bałem się jednak wybiegać tak daleko: „Mogę z nią zostać do końca życia”. Wiedziałem, że mnie kocha i chce być ze mną. A ja… Nie. Nawet te słowa nie skłoniły mnie do odważnego spojrzenia bez małżeńskich kompleksów.

W wyniku kolejnej rozbudowy biura trafiłem do nowego zespołu. Szef pielęgnował „rodzinną atmosferę”, co pomogło mu poderwać świeżo „upieczoną” architektkę Anielę. Był bezpośredni – i nie było to na pokaz. Zaproponował mi udział w nowo powstającym przedsiębiorstwie „na wschodzie”, które prowadził jego brat. Zadeklarowałem gotowość na piśmie. Dla zacieśnienia kontaktu zaprosił mnie do Rzeszowa – w wąskim gronie, rzecz jasna z naszymi dziewczynami – na sylwestra.

Lubiłem jeździć. Z Aliną niemal każdy weekend spędzaliśmy w samochodzie. „Maluch” palił poniżej pięciu litrów, koszty dzieliliśmy po równo. Po drodze planowałem Łańcut. Za Krakowem wpadliśmy w zamieć; 126p dzielnie rył koleiny, ale zjadło to czas. Szef czekał, ja przywiozłem dwie półlitrówki – i pech: jedna wypadła, a jej zawartość wypił śnieg. Nie wiedziałem, że zabawę organizuje stowarzyszenie inżynierów i w bufecie obowiązuje prohibicja. Pierwszy raz w życiu witałem Nowy Rok niemal trzeźwy. W niczym to nie przeszkadzało: Alina miała oszałamiającą kreację, delektowałem się jej wdziękiem i myślą o dmuchanym materacu w mieszkaniu szefa. Rozczarowanie przyszło szybko – pierwszy raz zrobiła focha. Nie wiedziałem, jak w piosence Rosiewicza: „Wypiła za mało czy zjadła za dużo?”. Zrozumiałem tylko, że Alina też potrafi się obrazić.

Mieszkanie na Kordeckiego stało puste. Nikt nie miał pomysłu, co z nim zrobić po śmierci babci. Zaproponowałem, by na stałe zameldować tam Alinę. Pojechałem do Nysy – główny lokator musiał podpisać wniosek. Babcia zrozumiała wszystko bez słów. Nie chciała wyjaśnień, podpisała. Miesiąc później odbył się jej pogrzeb. Dom spowiła żałoba, ale skończył się też dramat oczekiwania na nieuniknione.

Kordeckiego zawsze będzie pachniała babcią Olą. Wkrótce jednak mieszkanie zaczęło nabierać świeżości. Alina skrupulatnie zaplanowała przemianę, inwestując w przyszłe „gniazdko” niemałe oszczędności. Podłoga i okna dostały warstwę błyszczącego lakieru. Część starych rupieci wylądowała na śmietniku. Ścian nie trzeba było malować – babcia o nie dbała. W pokoju stanęły: dwa fotele, szeroki tapczan, rozkładany stolik i meblościanka. Charakter wnętrza odmienił się natychmiast.

Wszystko przewiózł dzielnie na dachu nasz „maluch”. Najcięższy był masywny stolik okolicznościowy. Blacha się ugięła, ale wytrzymała; nie wytrzymała filcowa podkładka – odpadła i czekała do lata na butapren.

Cała rodzina planowała urlop w Bułgarii. Chcieliśmy słonecznych tygodni bez loterii pogodowej. My też – po zimnym, mało szczęśliwym polskim lecie – marzyliśmy o gorącym piasku i suchym namiocie. Zdecydowałem: jedziemy razem, ale z przyczyn logistycznych ruszamy osobno. Umówiliśmy się na campingu „Nestinarka”.

Wystartowaliśmy jak zwykle w piątek po pracy, w stronę Zakopanego. Czechosłowackich Tatr nie znałem – chciałem choć rzucić okiem zza szyby. Na Łysej Polanie staliśmy ponad pięć godzin; za granicą widziałem w reflektorach tylko słupki. Padało i było zimno, więc bez zatrzymywania przejechałem całą Czechosłowację. Za Miszkolcem, o świcie, miałem dość. Szukałem skrawka ziemi na parę godzin snu. Mokra trawa, kałuże. Zjechałem w polną drogę: polanka pod lasem – idealna. Zacząłem rozbijać namiot. Alina poszła „w krzaczki” i wróciła z krzykiem: „Pszczoły! Masa pszczół!”. Dopiero wtedy w szarości poranka zobaczyłem dziesiątki uli. Kilka kilometrów dalej – wąska droga kończąca się glinianką. Było mi wszystko jedno. Zasypiałem, rozbijając tropik. Nadmuchałem materac i padłem.

Śniło mi się błogie ciepło. Miękkość falujących piersi Aliny wtapiała się w napięte oczekiwanie. Okrągłość bioder wypełniała cały namiot. Szybowałem w objęciach namiętności, poddając się coraz gwałtowniejszym podmuchom. Głębokie, gorące światło błyskawicy – i odcięło mi prąd.

Obudził mnie upał i zapach jajecznicy. Było południe. Alina, kokieteryjnie zerkając spod daszka tropiku, przeciągnęła się.

– Nie masz zamiaru spędzić nad tym stawkiem całych wakacji?
– Daj spokój, jeszcze nie doszedłem do siebie.
– Nic dziwnego – tak rozrabiałeś.
– Krzyczałem przez sen?
– Nie wygłupiaj się. Było wspaniale. Dawno mnie tak nie kochałeś, choć myślałam, że od razu zaśniesz.

Rumunię przejechaliśmy w dwa dni. W Konstancy krótki postój, potem Mangalia – Alina wracała wspomnieniami do orbisowskiej wycieczki sprzed lat. Dotarliśmy do hotelu, gdzie czuła się niegdyś jak królowa, a potem – na plażę. Do wieczora leżeliśmy w rozleniwiającym słońcu. Campingu znaleźć nie mogliśmy; jedyny pełen. Rozbiłem namiot… na betonowej drodze. Śledzie odpadały, więc ustawiłem koła „malucha” na linkach i z dumą uwieczniłem ten wynalazek na slajdach.

Na granicy rumuńsko-bułgarskiej korek ciągnął się kilometrami, ale niespodziewanie szybko go rozładowano. Obiad zjedliśmy w dawnym miejscu – tam, gdzie lata temu skałki wyrysowały na moim brzuchu pamiątkę. Za Rusałką kusiły skrzynki olbrzymich brzoskwiń. Do przeładowanego po brzegi „malucha” nic nie wchodziło, a jednak przepakowałem tył. Cena śmiesznie niska, a smak… Aksamitne kule słońca, aromat odurzający, nektar nie do przełknięcia naraz. Łapczywie zanurzałem się w słodyczy, pewien, że niczego pyszniejszego już nie zjem.

W Warnie mieliśmy się spotkać z koleżanką Aliny – nadaremnie, czekaliśmy dwie godziny przy fontannie. Zrobiło się późno, zostaliśmy.

Następnego dnia długie godziny spędziliśmy w Neseberze: kamienne mury, cerkwie, drewniane domy i portowe rybki, których z łakomstwa zjedliśmy zbyt wiele.

Wieczorem wjechaliśmy na „Nestinarkę”. Jaką radość daje bycie oczekiwanym – i zarezerwowane miejsce, i zastawiona kolacja. Do późna trwało przyjęcie, rozgrzewane również „słonecznym brzegiem”.

Zosia ze Stefanem mieli pod opieką dwoje dzieci – nie było mowy o wyprawach na dziewicze skałki. Rodzice też nie szukali ustroni do bezwstydnego opalania. Karol, brat Stefana, unikał słońca i smarował poparzone miejsca grubą warstwą kremu. Postanowiłem więc nie wyłamywać się – plaża, rodzinna gromada, drobne przyjemności dnia. Camping pękał w szwach. Z żalem, że nie zabrałem kamery, obserwowałem poranne widowisko: beczkowóz, wywożący przepełnione szambo, sunął z cieknącym zaworem i kreślił na drodze zapachowy szlak. W obozie leciało hasło: „Uwaga! Jedzie świeże, żywe gówno!”. Po paru minutach słońce ślady suszyło, resztę rozcierały bose stopy. Nikt się nie oburzał. Liczyły się słońce, woda, swoboda.

Po dwóch tygodniach, gdy wszyscy odjechali, zrobiło się pusto. Nasz namiot stał samotny na środku placu. Ucichł gwar. Nawet pliska smakowała inaczej. Uciekliśmy od tej pustki. Alinie zaszkliły się oczy, gdy nabieraliśmy do baniaków źródlanej wody „na drogę”. Zaplanowaliśmy jeszcze parę miejsc, ale żal kończących się wakacji kłuł ją wyraźnie.

W głąb kraju jechaliśmy nasyceni solą. Plantacje pomidorów i brzoskwiń ciągnęły się bez końca, upał lał się z nieba. „Maluch” dzielnie to znosił.

Żeravna – kamienista droga, osioł objuczony chrustem i cisza jak z dawnego świata. Dekolt Aliny wzniecił niepokój; w nieruchomym lata całe powietrzu uniósł się pył zgorszenia.

Po dwóch godzinach inny świat – Veliko Tarnovo, „bułgarski Kraków”, tłum turystów rozdeptywał ruiny dawnej chwały. Potem cichy monastyr Preobrażeński: czarna sylwetka popa idącego pergolą wśród dojrzałych kiści, za nim kot. Freski, zieleń, chłód kamienia. Symboliczny teatr kolorów i ciszy.

Na przełęczy Szipka z daleka majaczył pomnik ku czci rosyjskiego zwycięstwa nad Turkami. Pokonaliśmy dziesiątki schodów, by dołączyć do obchodów setnej rocznicy. Mój teleobiektyw wyglądał krucho przy armatnich lufach. U stóp wzgórza, w zieleni, błyszczały złote kopuły cerkwi – sił starczyło już tylko na krótkie zwiedzanie. W Kazanłyk zamiast namiotu – urocze bungalowy. Dzięki temu rano od razu ruszyliśmy do Sofii.

W centrum odsłonięta nekropolia, obok smukłe minarety. Wokół bazyliki św. Zofii – wygładzone, przecięte kołami kamienie. Uciekliśmy z metropolii w góry Riła. Monastyr – bajeczny, wielobarwny – tonął w rzece turystów. Freski, krużganki, monumentalna korona skał – wszystko ginęło w hałasie. Ustronie znaleźliśmy dopiero na polu namiotowym za murami. Lodowaty górski strumień przecinał teren. Po północy słupek rtęci runął do zera; wszyscy rozpalali ogniska. Zawiedliśmy się na najskuteczniejszym sposobie rozgrzewki – po nim było jeszcze zimniej. „Słoneczny brzeg” nie pomógł. Resztę nocy spędziliśmy na niecodziennej dyskotece, tańcząc do rytmu płomieni.

Belogradčik był ostatnią wielką atrakcją. Gigantyczne, ulepione miliony lat temu formy skalne dawały pejzażowi charakter baśni. Alinę ta inscenizacja natury przeraziła – w cieniu siedziała cicho. Ja wspiąłem się na blok i patrzyłem: armia kamiennych rycerzy, bestii i cieni zastygłych w bezruchu. W świetle księżyca musiałoby być tu strasznie. Zamiast kilku kadrów wypstrykałem cały film. Zaskakiwała garstka turystów – miejsce powinno być słynne. Chciałem zostać na noc, ale na pustym polu czuliśmy się nieswojo. Na szczęście kamienne straże czuwały do świtu. Zapomniałem zatankować – zjeżdżałem więc ponad trzydzieści kilometrów na luzie. Do Vidinu dociągnęliśmy bez przygód.

Za granicą rumuńską czekałem na Żelazne Wrota. Tamy obejrzeliśmy z okien auta – nie zatrzymywałem się. W Băile Herculane nie poddaliśmy się „świętym wodom Herkulesa”; wystarczył warkocz czosnku kupiony od wieśniaczki. Sam kurort – piękny, w górach, nostalgiczny po rzymsku.

W Budapeszcie tylko dzień. Na przepełnionym campingu zgodzono się nas przenocować. Mógłbym zostać, gdybym zapłacił 230 lei za pokój – ale kończyły się pieniądze. I zęby szczękały: po bułgarskich upałach temperatura spadła poniżej dziesięciu stopni.

Ostatnia noc – Calovo, deszcz, zimno. Rano, niewyspani, ruszyliśmy do domu. Nysa przywitała nas serdecznie. Po dniu odpoczynku wróciliśmy do katowickiej codzienności.

Koktajl

Po otrzymaniu z Wydziału Kultury Fizycznej i Turystyki promesy na zakup zagranicznych środków płatniczych, istniało duże prawdopodobieństwo dostania paszportu. Promesę odebrałem, ale moje podanie, a następnie odwołanie zostało negatywnie załatwione. Wiedziałem, że bezprawnie szykanowano mnie pięcioletnim „wyrokiem“. Coroczne starania każdorazowo kończyło odmowne pismo z Biura Paszportowego MSW w Warszawie, oparte na podstawie artykułu 4, ustęp 2, punkt 5, ustawy z dnia 17 czerwca 1959r. Miałem nieugiętą wolę wyjechania na zachód. Ograniczenie tej możliwości wywołało gigantyczną, wprost maniakalną, chęć przeciwstawienia się i osiągnięcia celu za wszelką cenę. Nosiłem się z zamiarem, w ostatecznym wypadku, ucieczki przez zieloną granicę. Planowałem nawet skok z Batorego w miejscu, gdzie przecinał się szlak szwedzkich promów płynących do Ystad.

Mój pęd do życia i zarabiania w „lepszym świecie“ wypływał z szerokiego trendu. Podobne kombinowało wielu kolegów i znajomych nie tylko z Katowic. Gierek rozpuścił społeczeństwo – rozdał niemało. Jednak wszyscy zdawali sobie sprawę, jaka przepaść dzieliła nas nadal od mercedesów, burdeli i w ogóle od kapitalizmu. W czasie towarzyskich spotkań wszystkich dręczył podobny problem: za co i jak się ustawić. Badylarstwo wychodziło z mody, ale jakaś hodowla – barany albo pieczarki, jakieś usługi – czyszczenie dywanów albo mycie samochodów, jakiś sklepik, jakaś kwiaciarnia, smażalnia, gofry, rurki… Wszystko jedno co, byle nie męczyć się za państwowe pieniądze.

Na hojność dyrektora nie mogłem narzekać. Podobnie jak wszyscy w biurze dostawałem częste przeszeregowania. Moja sytuacja materialna, również dzięki Irenie, uległa stabilizacji. Zwróciła się znowu o pomoc do sądu, w celu zmuszenia mnie do płacenia alimentów w wysokości przekraczającej moją pensję. Tym razem jednak decyzja wymiaru sprawiedliwości mnie zadowoliła. Zajęcie wynagrodzenia, o którym zawiadomił mnie komornik, tylko z pozoru wyglądało dramatycznie. Zgodnie z prawem, wszczęta egzekucja miała swoje dobre strony: dłużnikowi pozostawiano środki zabezpieczające jego, ustawowo ustalone, potrzeby życiowe.

Kontakty z dziećmi sprowadzały się do przypadkowości. Gdy je spostrzegałem, wracające ze szkoły lub idące do sklepu, zjeżdżałem pospiesznie windą, aby choć przez chwile móc z nimi porozmawiać. Odczuwałem z przykrością, że nasze spotkania traciły akcenty serdeczności. Dostrzegałem coraz większy wpływ nastawiania ich przez matkę. Rozpuszczano je bezprzykładnie. Im już, na przykład, nie smakowała zupka babci Włodzi – jeździły na pizzę do miasta. Wyskakiwały do baru na coca-colę, miały pieniądze, demonstrowały niezależność. Ich matka, oczywiście w opinii ogółu, robiła co mogła, aby „biednym sierotom“ wynagrodzić nieszczęście. Dwoiła się i troiła między szpitalem, a przychodnią. Potem doszła jeszcze Spółdzielnia Inwalidów. Nic dziwnego, że na sprawy domowe nie miała zupełnie czasu. Posiadanie samochodu pomijała milczeniem – „Co tam taki trabant!“, ale drewniany domek, parcela pod trochę solidniejszy – nie spłynęły z nieba za sprawą czarodziejskiej różdżki – na to musiała „zapracować“. W oficjalnej wersji te wszystkie „luksusy“ zawdzięczała Robertowi, który sprzedał ojcowiznę w Warszowicach. Nieoficjalnie dowiedziałem się, że pieniądze te, równowartość paru mórg, otrzymał, pupilek rodziny, jej brat Zbyszek.

Któż mógłby dostać w pierwszej kolejności skierowanie do prewentorium w Rabce, jak nie trójka biednych dzieci, wychowywanych przez samotną kobietę. Umiejętność przekonywania bliźnich odnośnie trudnej, wprost na granicy głodu i choroby sytuacji rodzinnej, stanowiła wrodzony dar Ireny. Mnie potrafiła również zmiękczać, choć dzięki intuicji Aliny zdarzało się to coraz rzadziej: Juli przyznano prewentorium w późniejszym terminie i jak stwierdziła Irena: „Nie ma nikogo, kto mógłby ją odwieźć“. Przypomniane mi, w tym konkretnym przypadku, ojcowskie obowiązki, wykorzystałem do celów osobistych. Po zawiezieniu dziecka do Rabki, spędziłem z Aliną parę uroczych dni między Bukowiną Tatrzańską, a Kasprowym Wierchem.

Biuro się rozbudowywało, zajmowało coraz więcej mieszkań. Powstawały nowe zespoły. Różne branże rozrzucone zostały po całym bloku. Do instalatorów na przykład należało zjeżdżać na czwarte piętro, do drogowców na dziewiąte. Archiwum na dwunastym, kosztorysy na trzecim, maszynistki na piątym, i tak dalej. W związku z reorganizacją znalazłem się na szóstym piętrze. Kierownikiem zespołu został pewien starszy projektant ściągnięty specjalnie z Rzeszowa. Odizolowani zostaliśmy korytarzami i piętrami od głównego nurtu, jaki stanowiła dyrekcja i architekci. W tych warunkach rodziła się tak zażyła atmosfera, że co niektórzy koledzy, zapominając o obowiązkach domowych, ingerowali dogłębnie w końcową fazę projektu dokonywanego przez ponętne kreślarki. Ja, na szczęście zaspokojony całkowicie wdziękiem Aliny, nie miałem podobnych problemów. Kulturalny poziom, tworzony w rodzinnej atmosferze, podtrzymywały krążące między piętrami najnowsze wydania świerszczyków. Specjalne seminaria, organizowane w architektonicznych pracowniach, wytwarzały podniosły nastrój w czasie oglądania na ekranie filmowym przenikających się kształtów à la Corbusier, widzianych w różnych perspektywach i w zmiennej amplitudzie. Niezapomnianym spektaklem stała się słuchana, niestety tylko z taśmy magnetofonowej, XIII-ta Księga Fredry, recytowana przez nowo kreowanego, filmowego Kmicica.

Nasz klub filmowy również przeżywał boom. Długo błąkaliśmy się po różnych świetlicach lub pomieszczeniach zastępczych, aż w końcu prezes Chorzowskiej Spółdzielni przydzielił nam niezależny i obszerny lokal. Wiele prac adaptacyjnych wykonanych zostało systemem gospodarczym. Powstały: duża sala projekcyjna, laboratorium, sanitariaty, pomieszczenie na sprzęt i archiwum. Wszystko pachniało świeżością i nadzieją. W naszej działalności nie ograniczaliśmy się wyłącznie do taśmy filmowej. Niezmiennie po oficjalnych, piątkowych zajęciach, rozpoczynał się turniej skata. W zasadzie, część członków przychodziła do klubu głównie w tym celu. Graliśmy na pieniądze, ale nie hazardowo – chodziło raczej o rozrywkę na profesjonalnym poziomie. Wyskok na róg do „Baśki“ i przynoszenie pięciolitrowej kolby jasnego piwa prosto z beczki, nie należało do rzadkości. W wyjątkowych sytuacjach, uchwałą zarządu, przeznaczaliśmy nadwyżkę składkowych pieniędzy na coś mocniejszego. Sala widowiskowa, szczególnie w okresie karnawału, zamieniana była na balową. Do tradycji należał sylwester i dzień patronki żony prezesa. Nasze zabawy cieszyły się taką popularnością, że z czasem musieliśmy ustalić limit zapraszanych gości spoza klubu.

Należałem do klubowej elity, mogłem więc wykorzystać laboratorium filmowe do prywatnych potrzeb. Choć, w pierwszej kolejności, po zamieszkaniu w siemianowickim mieszkaniu zamieniłem kuchnię na ciemnię, to jednak Alina miała ochotę czasami coś popichcić. Nie przywiązywałem dużej wagi do posiłków, jednakże z czasem musiałem ściągnąć czarną folię z okien. Gdybym jednak nie miał klubowych możliwości, dalej jadałbym jajecznicę smażoną w oliwkowym świetle ciemni. Najbardziej żałowałem rozstania z „Opemusem“. Samo zdobycie tego czeskiego powiększalnika stanowiło prawdziwy wyczyn, nie mówiąc już o jego cenie. Na ten zakup przeznaczyłem, leżącą w szufladzie, ślubną obrączkę. Nabyła ją Krysia. Nie wiem czym się kierowała: sentymentem rodzinnym, bądź umiłowaniem do złota. Robiłem dużo zdjęć. Zdarzały się czasami fuchy, ale główną działalność skoncentrowałem na portrecie i akcie Aliny.

W klubie rosła młoda kadra. Powstawały dobre filmy, paru kolegów zajęło się z sukcesem animacją. Służyłem radą i krytyką, lecz od dłuższego czasu sam nic nie nakręciłem. Postanowiłem udowodnić, że nie jestem tylko dobrym teoretykiem. Pierwszy pomysł, erotyczny obraz, w którym oczarowanie obnażonymi kształtami Aliny połączyć chciałem z jej mistrzowską umiejętnością wykonywania makijażu, nie doszedł do skutku. Po próbnych zdjęciach nie uzyskałem zgody od niedoszłej gwiazdy na publiczną projekcję tego, co mnie tak zachwycało. W danej sytuacji zdecydowałem się na ożywienie szkła. Cóż właśnie, jak nie szkło, wiązało się w pierwszej kolejności z erotyzmem. Film miał nosić dwuznaczny tytuł: „Koktajl“. Ułożyłem scenariusz, w którym dwaj bohaterowie, wędrując przez bujne, alkoholowe życie, pomimo równych szans, dochodzili do różnych celów, różnymi drogami. W beztroskim z pozoru, animowanym obrazie, umieścić chciałem głębszą myśl: Prawie wszyscy pili, lecz istniała zasadnicza różnica – jedni dzięki temu się staczali, a inni osiągali szczyty. W ciągu paru dni powstał scenopis. Pomijałem go jednak w trakcie kręcenia, często ulegając nastrojowi chwili. Zorganizowanie akcesoriów nie zabrało dużo czasu. Najbardziej pracochłonne stały się obliczenia do wykonania przenikania. W reżyserskich zamierzeniach, płynne przejście dwóch obrazów w finałowej scenie tworzyło nieodzowny element filmu, a kamera, jaką dysponowałem, czy dysponować mogłem, nie potrafiła automatycznie tego wykonać.

Dwie koktajlówki, jako para bohaterów, poruszały się między statystami utworzonymi z dziesiątków różnorodnych kieliszków. Akcja rozgrywała się w otoczeniu butelek po piwie i różnych innych alkoholach. Zapałki, nieskończona ilość zapałek, stanowiły podstawowy elementem scenograficzny. W czasie kręcenia, właśnie na skutek spontaniczności, uzupełniać musiałem ich zapas. Dziwnie więc patrzyła na mnie sprzedawczyni z pobliskiego sklepu spożywczego, gdy parokrotnie, w krótkich odstępach czasu, zjawiałem się po dwa piwa i dziesięć paczek zapałek.

Nieprzerwanie, przez wszystkie popołudnia w ciągu dwóch tygodni, pozostawałem na planie filmowym. Przy przesuwaniu o parę milimetrów moich bohaterów, wykonywałem tysiące ruchów i tyle samo pojedynczych zdjęć. Niecierpliwie czekałem na wywołanie taśmy. W laboratorium, bojąc się aby jakiś błąd nie zmarnował wielodniowego wysiłku, poprosiłem Alinę o kontrolowanie każdego mojego ruchu z ułożonym w tym celu harmonogramem. Wynik okazał się zgodny z zamierzeniem: szczytowy punkt, w którym jedna z koktajlówek przeistoczyć się miała na szczycie góry we wspaniały kielich, a druga, zmieniona w musztardówkę, zawisnąć jak wisielec, na flaszce z denaturatem, wypadł bezbłędnie. Montaż i nagranie dźwięku stanowiło już błahostkę. Film podobał się, zdobył jednak, w czasie przeglądu klubowego, tylko czwarte miejsce. Nie miałem wątpliwości, że w przyszłości dalej zajdzie.

Ciężar wioseł

W połowie lipca dostałem oczekiwany przydział mieszkania. Dyrektor dotrzymał słowa. Dzięki niemu przyznano mi również zakładową pożyczkę na uzupełnienie wkładu mieszkaniowego. „M–2“ w Siemianowicach Śląskich na Osiedlu Młodych posiadało całą masę usterek i niedoróbek, permanentnie wchodziłem też po schodach na dziewiąte piętro; winda stała tygodniami w bezruchu. Drobiazgi te tylko w minimalny sposób wpływały na mój szampański nastrój. Stałem się nareszcie właścicielem czterech własnych kątów. Szalałem z radości; zacząłem wierzyć w powracający uśmiech losu.

Nie posiadałem żadnych mebli ani też pieniędzy na ich kupno. Alina pożyczyła mi trzy tysiące złotych (zresztą nie po raz pierwszy), za które nabyłem, wykorzystując biurowe znajomości, używaną szafę i łóżko. Parę drobiazgów ściągnąłem z mieszkania babci; między innymi, pamiętający czasy studenckie, stół kreślarski. Z biura „wypożyczyłem“ dwa taborety. Aby czuć się wolnym i niezależnym nie potrzebowałem niczego więcej. Nie miałem poza tym dużo czasu na urządzanie mieszkania. W sierpniu wybierałem się z Aliną nad morze. Postanowiłem tym razem zwiedzić zachodnią cześć Polski.

Początek urlopu nie napawał optymizmem. Pod koniec pierwszego dnia zaczęło padać. Nieopodal Zielonej Góry, nad jeziorem Sławskim, mokry namiot wrzuciłem do samochodu i w pośpiechu opuściłem camping. Również w Lubniewicach ulewa przerwała nam pobyt w ślicznym ośrodku FWP. Dopiero w Czaplinku nad Jeziorem Drawskim przestało lać. Wypożyczyłem łódkę rybacką i cały dzień spędziliśmy na wodzie. Pod wieczór, w czasie romantycznej kolacji na łódce, zaczęło mocno wiać. Nadciągała burza. Pokonać musiałem połowę jeziora, przeciwstawiając się silnym podmuchom wiatru. Wiosłowanie utrudniały nieprzyjemne, krótkie fale. Alina postanowiła mi pomóc. Nie spodziewałem się, że w jej drobnym ciele drzemało tyle energii. Walka z siłami natury, wymagająca maksymalnego wysiłku, trwała w nieskończoność. Do brzegu dopłynęliśmy wykończeni. Ranek nie zapowiadał urlopowej pogody. Pomimo zmęczenia i pęcherzy na rękach, postanowiłem ruszyć nad morze w poszukiwaniu słońca. Chciałem zrobić postój w Połczynie Zdroju, Alina jednak źle się czuła i nie miała ochoty na zwiedzanie kurortu. W czasie dalszej drogi dostała nudności i zaczęła odczuwać mocny ból w jamie brzusznej. Za Gryficami musiała wyjść z auta. Po krótkim postoju sytuacja się nie zmieniła. Wymiotowała i stwierdziła, że krwawi. Rozpocząłem gorączkowe poszukiwanie pomocy. W Świerznie znalazłem lekarza. Nie miał on jednak ochoty przerywać niedzielnego wypoczynku. Zakomunikowałem mu, że stan Aliny jest ciężki – podejrzewałem pęknięcie wyrostka robaczkowego. Dał się ubłagać. Badanie trwało krótko. Polecił natychmiast udać się do szpitala. Oświadczył: „Nie jest to ślepa kiszka tylko poronienie!“

Od Kamienia Pomorskiego dzieliło nas niewiele kilometrów. W szpitalu wiedzieli już o nas. Bezzwłocznie zabrano Alinę do izby przyjęć.

Kręciło mi się w głowie. Nie mogłem pozbierać myśli. Chciałem ułożyć jakąś logiczną całość. Uświadomić sobie, co się stało. Zrozumieć…! Opanować żal…

W pobliżu znalazłem camping. Mechanicznie rozbiłem namiot. W bezruchu czekałem na ranek. Wstawał zwyczajny dzień. Ptaki świergotały. Zadowoleni ludzie przeciągali się po przebudzeniu. Nikt nie wiedział jak jest mi ciężko.

Ordynator ginekologicznego oddziału nie chciał ze mną rozmawiać.

  • Nie jest pan mężem pacjentki ani członkiem jej rodziny. Obcemu nie mogę udzielać informacji.

Alinę spotkałem na korytarzu. Przeraziła mnie jej bladość. Płakała.

  • Czemu nie powiedziałaś, że jesteś w ciąży?
  • Sama nie wiedziałam.
  • Trudno w to uwierzyć.
  • Wiesz dobrze – miałam zawsze nieregularne okresy.
  • Mówiłaś, że zażywasz pigułki.
  • Tak, ale czy to ma teraz znaczenie?
  • Myślałem, że mogę na tobie polegać.
  • O co ty mnie właściwie podejrzewasz?… A zresztą jest mi wszystko jedno. To była dziewczynka. Miała prawie cztery miesiące. Umarła w nocy.
  • Z tobą jest wszystko w porządku?
  • Myślę, że ciebie to już mało obchodzi.
  • Alina, nie chciałem cię urazić. Ale chyba rozumiesz…
  • Rozumiem… Ze szpitala wyjdę za tydzień. Jak będziesz chciał, to przyjdź po mnie. A jak nie… to przynieś tylko moją torbę z rzeczami. Jestem bardzo zmęczona, idę się położyć.

do kogo pretensje mogłem mieć do niej, bo nie wiedziała do siebie, bo już problemów miałem dość

otwartą drogą chciałem biec i nagle wyrasta skała kochałem żyłem każdą chwilą doznanej miłości wolności podmuchu pierwszym oddechem

wierzyłem tyle nadziei z wiarą wiązałem

musiałem zrzucić koszmar wątpliwości niepewności balast przystanąć z nadzieją nie myśleć o rozstaniu

Na oddziale ginekologicznym nie pokazałem się nigdy więcej. Przesłałem tylko bukiet róż. Wszystkie dni spędziłem krążąc dookoła szpitala. Zaglądałem z nadzieją w okna szukając rozwiązania, spokoju. Potrafiłem w logiczny sposób ułożyć wszystkie fakty. Zdawałem sobie sprawę z absurdalnych podejrzeń. Wiedziałem, że nigdy nie próbowałaby złapać mnie na dziecko. A gdyby nawet… to nie doprowadziłaby do tak dramatycznej sytuacji. Nie miałem żadnych wątpliwości – a jednak… Nie mogłem pozbyć się niepokoju. Gdzieś głęboko tkwiła jakaś niepewność, jakiś ból, jakieś łkanie.

Alinę, na jej żądanie, wypisano wcześniej ze szpitala. Chciała jak najszybciej opuścić miejsce przypominające tragiczne przeżycia. Zobaczyłem ją idącą w stronę parkingu. Trzymała w ręce mały pakunek ze środkami opatrunkowymi. Wyglądała jeszcze drobniej. Czułem łzy spływające po policzkach. Wiedziałem, że jestem w stanie wszystko dla niej zrobić. Nie miałem jednak odwagi się zbliżyć.

Nie poruszyliśmy nigdy więcej tego tematu. Zamknięty rozdział stał się tabu.

W Wisełce nie mogłem znaleźć wolnego pokoju. Kierownik ośrodka PTTK, leżącego tuż nad brzegiem morza, dopiero po okazaniu zwolnienia ze szpitala, okazał wyrozumienie. Zapewnił nam dach nad głową na jedną noc. Następnego dnia, robiąc wiele przerw, dotarliśmy na camping w Poddąbiu, niedaleko Rowów. Pogoda nas nie rozpieszczała, świeciło słońce, ale nocami temperatura spadała poniżej dziesięciu stopni. Rekonwalescencja przebiegała bez zarzutu. Wykazywałem, nieznaną mnie samemu, opiekuńczość. Wszystko wracało do normy, tylko czasami, gdzieś w okolicy serca, odzywał się nietypowy skurcz. Nigdy nie przyznałem się Alinie jakim uczuciem ją darzę. Nie doszło nigdy do wyznań miłosnych – bałem się zobowiązań. Teraz kochałem ją jeszcze bardziej, chowałem się jednak za maską obojętności. Jak nigdy dotąd odczuwałem jej bliskość. Okazywałem tkliwość, a pomimo tego na oślep broniłem wolności. Długie godziny spędzaliśmy na plaży. Zimno nie pozwalało na opalanie się w grajdołku. Otaczała nas cisza i spokój, a fale na mokrym piasku systematycznie zamazywały ślady mijanych chwil. Dziewięć następnych dni spędzamy na campingu w Sopocie. Zwiedzamy Trójmiasto, płyniemy „Panną Wodną“ na Hel, uczestniczymy w Festiwalu Piosenki.

W środę zdecydowaliśmy ruszyć dalej. Alina wstała wcześniej. Ponieważ padał drobny kapuśniaczek, postanowiła w przedsionku namiotu ugotować wodę na herbatę. Po ustawieniu czajnika na gazowym palniku poszła do sklepu po świeże bułeczki. Drzemałem, gdy nagle usłyszałem jakiś krzyk, a wpadające mydliny do sypialni natychmiast mnie oprzytomniły. Wyskoczyłem ze śpiwora z zamiarem zwymyślania kogoś za głupie kawały. Przede mną stał przerażony Węgier z pustą miednicą. Zupełnie nie rozumiałem co wykrzykiwał – wskazywał na namiot. Prawa strona tropiku, aż po dach, przestała istnieć. Czy mogłem mówić o braku szczęścia? Gdyby przecież nie ten „Madziar“, który z temperamentem południowca chlusnął wodą z prania na błyskawicznie rozprzestrzeniający się ogień, nie miałbym już pretensji do nikogo.

O Kanale Elbląskim wiedziałem tylko tyle, że łączy Ostródę, Iławę i Elbląg. Cały dzień przeznaczyliśmy na tę wycieczkę, nie zdając sobie sprawy jak bardzo nas oczaruje. Godziny spędzone na małym stateczku Żeglugi Gdańskiej, pokonującym spokój jezior, egzotykę śluz i pochylni, płynącym w romantycznej zieleni wąskich kanałów – należeć będą do najpiękniejszych wspomnień mijających wakacji.

„Nie ma pełnego szczęścia“ jak mawiał, zmarły niestety w tym roku, wujek Wilu… W drodze do stolicy maluch zgasł i nie dał się uruchomić. Był na gwarancji, nie martwiłem się więc o naprawę. W Pasłęku wymiana aparatu zapłonowego trwała niespodziewanie krótko. O awarii zapomnieliśmy po paru godzinach.

Dwudniowym pobytem w słonecznej Warszawie kończyliśmy urlop. Lody z Hortexu, jedzone na Starówce, miały wyjątkowy smak. Syrenka nad Wisłą żegnała nas, pełnych wrażeń, mimo wszystko opalonych, ale nie całkiem pewnych siebie.

 Maluch

Od kiedy pamiętam, Babcia Ola chorowała na astmę. W związku z tym nigdy nie rozstawała się z małym inhalatorem. Kłopoty ze zdobywaniem leku, szwajcarskiego preparatu, skończyły się, gdy zaczęły nadchodzić regularnie dostawy w paczkach z USA. Po wejściu do mieszkania na trzecim piętrze, w pierwszej kolejności pospiesznie wyciągała z torebki metalowe pudełeczko. Po chwili dochodził odgłos głębokiego wdychania rozpylonych kropelek lekarstwa, w połączeniu z charakterystycznym świstem pompowanego powietrza wydobywającego się gumowej gruszki. Zdarzało się często, że nawet na półpiętrze musiała zrobić przerwę, ponieważ jak mówiła – brakło jej tchu. Poza tą niedogodnością, całe życie cieszyła się zdrowiem. Tryskała taką energią, jakiej nikt inny w rodzinie nie posiadał. Miała już osiemdziesiąt lat, przestała pracować zawodowo i nagle zachorowała. Zwyczajne przeziębienie przerodziło się w ogólną niedyspozycję. Nie chciała jechać do Nysy. Kochała niezależność, lubiła „rządzić“ i z tego powodu zawsze dochodziło do nieporozumień z ojcem. Nie miała jednak wyjścia – potrzebowała stałej opieki.

Zamieszkałem znowu na ulicy Kordeckiego. Do tego czasu dysponowałem jedynie kuchnią – teraz rozgościć się mogłem w pokoju. Wysłużony tapczan nie nadawał się do remontu. Babcia podkładała pod spód stare koce i potrafiła zawsze znaleźć odpowiednie miejsce do zaśnięcia. Mnie się to nie udawało. Do sklepów przychodziły czasami dostawy jugosłowiańskich, sprężynowych materaców. Zakup jednego wiązał się z wydatkiem tysiąca złotych. Babcia przeznaczyła całą rentę na ten cel, choć najprawdopodobniej zdawała sobie sprawę, że nigdy nie skorzysta z komfortu nowej inwestycji.

Moja sytuacja materialna odbiegała zdecydowanie od normalności. Prawie całą pensję, zgodnie z orzeczeniem sądu, oddawać musiałem Irenie. Nie pomogło odwołanie oparte na wielu rzeczowych argumentach. Sędzinę nie interesowały takie fakty jak: rażąca różnica poziomów życia (w moim przypadku poniżej minimum socjalnego), a z drugiej strony na przykład: możliwość kupna przez Irenę nowego samochodu. Przedstawicielce sprawiedliwości nic nie mogło zakłócić obrazu porzuconej matki z trójką dzieci.

Aby znaleźć dobrego obrońcę, skorzystałem ze znajomości rodziców. Nikt nie miał już obiekcji, co do konieczności prawnego rozwiązania. Dzięki temu mogłem liczyć w czasie procesu na zeznania wielu świadków. Adwokat wykorzystał ten fakt w pozwie o rozwiązanie małżeństwa, który złożył w sądzie pod koniec listopada. Kolejny krok, przywracający równowagę mojego życia, został uczyniony.

Kłopoty materialne uruchamiały jednak lawinową reakcję. Nie miałem na przykład pieniędzy na kupno nowych opon – jeździłem na „łysych“. Mogłem się więc spodziewać tego, co zdarzyło się w grudniowy ranek; „nie wyrobiłem“ na zakręcie i uderzyłem przednim błotnikiem w zderzak ciężarówki. Na szczęście blacha nadawała się jeszcze do wyklepania. „Taunusik“ przeszedł już wcześniej, po awarii silnika, kurację „odmładzającą“ w warsztacie. Brat Ireny, posiadacz nowo otworzonego zakładu naprawczego w Mysłowicach, pomógł mi po znajomości przy remoncie. Po wymianie panewek auto jeździło nieźle, ale dni jego świetności należały do przeszłości. Traciłem pomału serce do niego. Zacząłem myśleć o sprzedaży. Błotnik i przód (po wcześniejszym spotkaniu ze skodą) należało polakierować. Wiedziałem, że poprawki zawsze są widoczne, a dla kupującego, nienaganny połysk karoserii, przedstawiał najistotniejszą wartość. W związku z ostatnim wypadkiem udało mi się przekonać inspektora PZU, co do konieczności renowacji całej powierzchni. Paweł, kumpel ze studiów, miał jakieś rodzinne powiązania w Knurowie. Jego znajomy zgodził się, i to nawet w krótkim terminie, polakierować całe auto. Powstał tylko problem z rachunkiem dla PZU; nie miał pozwolenia na prowadzenie takiej działalności. Poradził mi jednak załatwić „lewy“ rachunek u konkurencji. Wyłoniła się nawet możliwość „zarobienia“ przy tej kombinacji, z czego skwapliwie skorzystałem. Auto lśniło świeżym blaskiem, nie mogłem się z nim rozstać. Niespodziewanie napalił się na nie Władek. Sam wyszedł z propozycją kupna. Trochę czułem się głupio, przyjaźniliśmy się od rozpoczęcia przeze mnie pracy w Inwestprojekcie, lubiłem go – wypiliśmy niejedną wódkę. Zdawałem sobie sprawę, że cena, 110 tysięcy złotych, jakiej żądałem stanowiła pokaźną sumę, ale na giełdzie mogłem taką otrzymać. Sentymenty poszły na bok, spisaliśmy umowę i obydwie strony tryskały szczęściem.

Stare powiedzenie mówi: kupując auto cieszysz się, gdy je sprzedajesz twoja radość jest jeszcze większa. Ja miałem powody do najwyższego stopnia zadowolenia – po sprzedaniu „taunusa“ znajdowałem się w przededniu kupna „malucha“.

Już w siedemdziesiątym trzecim widziałem na wystawie w Paryżu Fiata 126. Na polskich drogach pierwsze egzemplarze pokazały się w połowie siedemdziesiątego czwartego. Rodzice oczarowani najmłodszym dzieckiem polskiej motoryzacji, z chwilą uruchomienia produkcji w Bielsku Białej założyli książeczkę na przedpłaty. Po trzech latach otrzymali nowiusieńki samochód. Dużą radość zakłócał jednak drobny problem. Tuszy ojca nie dawało się dostosować do rozmiarów auta. Podobnie jak miliony Polaków, również ja okazywałem dumę z nowoczesnego pojazdu krajowej produkcji. Sytuacja materialna utwierdzała mnie dodatkowo w przekonaniu, że w moim wypadku jest to najlepsze rozwiązanie. Bez wnikania w rodzinne uczucia, aczkolwiek na poziomie moich możliwości, ustaliliśmy cenę, kierując się w pierwszej kolejności wskaźnikami giełdy. I znowu wszyscy okazywali zadowolenie. Prawdę powiedziawszy na dojazdy do pracy i wycieczki z Aliną, wliczając nawet te wakacyjne, nie potrzebowałem niczego więcej. Ojciec zrobił zaledwie paręset kilometrów, stałem się więc posiadaczem nowiusieńkiego auta.

W dniu majowego pochodu nie musiałem już wykazywać lojalności wobec pracodawcy. Zdecydowałem, że pojedziemy z Aliną na pierwszą wycieczkę nowo zakupionym samochodem. Pogoda, jak zwykle podczas Dnia Święta Pracy, zapowiadała się fantastycznie. Postanowiliśmy poszaleć w Beskidach. Od dawna marzyłem o wejściu na Babią Górę; nadarzała się wyśmienita okazja. Wcześnie rano dojechaliśmy do Markowej w Zawoi. Auto zaparkowałem przy góralskiej chałupie, uzyskując pozwolenie i zapewnienie gaździny, że zostanie skierowana na nie odpowiednia uwaga. Resztki śniegu leżały tylko w górnych partiach Pasma Babiogórskiego. Błękitne niebo i lekki wiaterek zapowiadał wspaniały dzień. Otoczył nas całkowity spokój i jedynie w Markowych Szczawinach spotkaliśmy dwóch starszych panów z nartami. Podchodziliśmy wolno. Znowu tylko my dwoje. Na szczycie wiał chłodny, porywisty wiatr. Ograniczył on pobyt do wykonania paru zdjęć. Postanowiliśmy zejść do przełęczy Krowiarki. Na szlaku leżało dużo śniegu; idąc jako pierwszy, miejscami wpadałem po pas. Nasze adidasy nie nadawały się do tego rodzaju spacerów. Alina zaczęła przeżywać ciężkie chwile: zmęczenie i mocny ból prawego kolana. Z dużym wysiłkiem dotarliśmy do drogi – zabrakło nam sił dalej iść. Nie mieliśmy jednak wyjścia; dziewiczego spokoju nie zakłócał żaden odgłos pojazdu, a do zaparkowanego „malucha“ pozostawało sporo kilometrów. Z przerażeniem obliczałem, na którą godzinę dojdziemy, poruszając się w takim tempie, gdy do naszych uszu dotarł warkot nadjeżdżającego samochodu. Alina zaczęła błagalnie machać. Polski fiat 125 zatrzymał się, a kierowca z pasażerem przyjaźnie zapraszali nas do zajęcia miejsc. Opalone łysiny dwóch starszych panów nie mogły wyglądać sympatyczniej. Jedyni turyści, których spotkaliśmy na początku wycieczki, okazali się naszymi zbawcami. O powrocie do Katowic, ze względu na zmęczenie, nawet nie myślałem. W nauczycielskim domu wczasowym znalazł się wolny pokój i gorąca herbata; czasami tak mało wystarcza do szczęścia.

Alinę widywałem prawie codziennie, spotykaliśmy się jednak w tajemnicy. Nie chciałem, aby Irena znalazła jakiś dowód mogący obciążyć mnie w czasie rozwodowego procesu. Miałem nadzieję, w pięćdziesięciu procentach, że sąd po rozpatrzeniu przedstawionych materiałów zdecyduje o powierzeniu mi opieki nad dziećmi. Alina przychodziła więc na ulicę Kordeckiego w pełnej konspiracji. Nie przeszkadzało to nam, oczywiście, przeżywać wzniosłych chwil i uniesień w pełnym odizolowaniu od świata. Regularnie, po dwudziestej trzeciej, odprowadzałem ją na postój taksówek przy Dworcu Głównym. Gdy tylko pojazd znikał za zakrętem, zaczynałem tęsknić, ale pocieszałem się tym, że jutro, wczesnym rankiem, znów zobaczę moją ukochaną. A wieczorem znów będę gościł ją u siebie.

Niezapomniane chwile przeżyliśmy w czasie noworocznych dni. Sylwestrowy bal we „Fregacie“, w towarzystwie przypadkowej pary, okazał się wspaniałym doświadczeniem. Dwa ranki Nowego Roku witaliśmy w miłosnych objęciach. Alina pierwszy raz nie wróciła do domu, informując rodziców, że wyjeżdża do koleżanki. Jedyne rozczarowanie wywołała szynka, kupiona w delikatesach na okazję świątecznych tête-à-tête. Po rozkrojeniu nabrała zielonego koloru.

Nie żyłem jednak tylko miłością; postanowiłem nadgonić wszystkie życiowe zaległości. Zapisałem się ponownie do Empiku na kurs języka francuskiego dla zaawansowanych. Chciałem pogłębić zdobyte umiejętności, nie rezygnując ani przez chwilę z ponownego wyjazdu na zachód.

W biurze próbowano założyć klub żeglarski. Niestety po paru spotkaniach nad Pogorią zaprzestano działalności. Mojej rozbudzonej namiętności, wypływającej chyba z rodzinnej tradycji, nie dało się tak łatwo uciszyć. Wykorzystałem znajomości Stefana i dzięki niemu zostałem członkiem klubu PTTK „Perkoz“. Tam zajęcia prowadzono systematycznie, a wszyscy uczestnicy traktowali je poważnie. Prawie cały rok trwało szkolenie, które wiosną i latem w przeważającej części sprowadzało się do praktycznych ćwiczeń na wodzie. Każdy z nas miał już za sobą okres młodzieńczy, rywalizacja więc odgrywała istotną rolę. W chwilach wolnych trenowałem węzły żeglarskie i międzynarodowy kod sygnałowy. Do egzaminu zorganizowanego przez PZŻ przygotowani zostaliśmy idealnie. Tak wysokie napięcie przeżywałem pierwszy raz od czasu obrony dyplomu. Nikt z nas nie oblał, a wręczenie patentu sternika jachtowego, nastąpiło na uroczystym balu kapitańskim, na którym pływaliśmy do świtu po wzburzonych falach alkoholu.

Te wszystkie przyjemności i radości tylko w minimalnym stopniu potrafiły rozładować napięcie wywołane oczekiwaniem na rozwód. A do tego, w międzyczasie, Irena całkowicie ograniczyła moje kontakty z dziećmi. Musiałem przestać chodzić do szkoły w czasie przerw między lekcjami. Wychowawczyni klasy, do której chodziła Julia, zwróciła mi uwagę: „Pani doktor nie życzy sobie, aby pan odwiedzał dzieci w szkole. Pańskie wizyty mają poza tym negatywny wpływ na ich zachowanie“. Oficjalnie tylko raz spotkałem się z nimi w czasie Pierwszej Komunii Michała. Zjechała wtedy cała rodzina na czele z dziadkami i chrzestnymi – „nie wypadało“ więc zapomnieć o ojcu. Podczas tej uroczystości, mama pocieszała mnie:

  • Nie martw się, jeżeli sąd przyzna jej opiekę nad dziećmi, poczekasz tylko parę lat. W czternastym roku życia same mogą zdecydować, przez kogo chcą być wychowywane. Pomyśl! Tylko parę lat.

Niestety, słowa te usłyszała również Irena. Od tego czasu robiła wszystko (na zasadzie „cel uświęca środki“), aby poróżnić mnie z dziećmi.

Po drugiej rozprawie, niespodziewanie adwokat zaczął nakłaniać mnie abym przychylił się do wniosku pozwanej, dotyczącego wydania przez sąd wyroku bez orzekania winy stron. Uzasadniał: „Uniknie pan prania osobistych brudów, a przyspieszy się istotnie przebieg procesu“. Pomyślałem, że mogę okazać wspaniałomyślność; w zasadzie zależało mi głównie na szybkim rozwodzie i prawnych ustaleniach regulujących stosunek do dzieci. Adwokat mój cieszył się dobra renomą w Katowicach – dlaczego nie miałbym mu wierzyć?

Spośród grona starych kolegów w zasadzie tylko ze Staszkiem utrzymywałem zażyłe kontakty. Ożenił się po raz drugi, tym razem z sympatyczną młodą dziewczyną, córka znanego profesora. Kasia znała wielu ludzi i miała głowę do interesów; idealnie się w sumie uzupełniali. Po powrocie z Francji pożyczyłem im trochę dolarów. O oddaniu długu jakby zapomnieli, natomiast tam, gdzie mogli, starali się wyświadczać przysługi. Skorzystałem nawet z jednej, kiedy chodziło o znalezienie blacharza, aby nadać pierwotny kształt błotnikowi „taunusa“. Kłopoty materialne zmuszały mnie jednak do częstej interwencji. Po jednym z telefonów, gdy nadmieniłem o długu, Kasia zaoferowała swoje usługi jako świadek w procesie. Przypomniała rajd samochodowy na Kubalonkę, w którym uczestniczył Staszek na podrasowanym maluchu. Ustaliliśmy wtedy parę miejsc serwisowych na wiślanej pętli. Oprócz jej i Ireny w składzie zespołu znalazł się jeden z kolegów, oblatany w sprawach technicznych.

  • Jak ja opowiem w sądzie, jakie numery ona robiła na tylnym siedzeniu z tym kolegą, jak się bezwstydnie z nim miętosiła i jakie chwyty odchodziły, to sędzia od razu się zorientuje, z jaką to wierną żoną ma do czynienia.
  • Przykro mi, ale to jest musztarda po obiedzie. Mecenas M. uważa, że nie powinienem wyciągać takich brudów.
  • A co cię obchodzi mecenas M.?
  • Jak to co! Znasz go przecież, jest moim adwokatem.
  • No wiesz co! Tego się nie spodziewałam. Myślałam, że on broni Irenę. Parę dni temu widziałam ich razem na Wieczorka. Byli tak zajęci sobą, że nawet mnie nie zauważyli.

Po tej rozmowie z jeszcze większą niecierpliwością i niepokojem oczekiwałem na werdykt. Pod koniec maja doszło do ostatecznego rozstrzygnięcia. Sąd orzekł rozwód małżeństwa. Pozwanej powierzono wykonywanie władzy rodzicielskiej nad małoletnimi dziećmi. Powodowi przyznano prawo utrzymywania z nimi kontaktów osobistych oraz współdecydowania w istotnych sprawach ich dotyczących. Spodziewałem się dużo więcej, lecz i tak szczęście mnie rozrywało. Stałem się nareszcie wolnym człowiekiem. Po tylu latach upokorzeń, bezsilności, decydowałem sam o sobie. Nie musiałem znosić codziennej obłudy. Miałem prawo do spotykania się z dziećmi. Mogłem nareszcie na ruchliwej ulicy Katowic objąć Alinę ramieniem. Iść z nią przez park. Usiąść na ławce przed teatrem.

Wiele mogłem, ale nigdy więcej nie mógłbym dać się komuś zniewolić.

 Alina

W Nysie, mieście leżącym w środku okręgu rolniczego, nie potrafiłem znaleźć odpowiedniego biura konstrukcyjnego. Inżynier Albert, znajomy rodziców, prowadził prywatny zespół architektoniczny, ale ze względu na ograniczone możliwości lokalowe nie mógł mnie przyjąć. Nie miałem też zamiaru rozpoczynać kariery urzędniczej w Prezydium, gdzie znałem paru ludzi. Postanowiłem więc znaleźć miejsce pracy w jakimś dużym przedsiębiorstwie. ZUP należał do największych. W dziale inwestycji nie mogli mnie zatrudnić, natomiast w remontowo – budowlanym znaleziono wolny etat. Złożyłem podanie.

Nie miałem ochoty jechać do Katowic, jednak załatwienie tam formalności stało się nieuniknione. Musiałem przekazać kierownikowi zespołu rozpoczęty projekt oraz przejść przez całe biuro z „obiegówką“. Rozpocząłem od wizyty w sekretariacie. Dyrektora zainteresowały powody odejścia. Nie chciałem powracać do bolesnych spraw. Krępującym wydało mi się opowiadanie o prywatnych kłopotach. Rozmowa jednak, tracąc służbowy charakter, właśnie skoncentrowana została wokół moich osobistych problemów. Nie znałem dyrektora z tej strony, w głosie wyczułem opiekuńczy ton. Niespodziewanie zadał pytanie:

  • Czy zmieni pan decyzję, w przypadku otrzymania mieszkania. Istnieje taka możliwość w Siemianowickiej Spółdzielni.

Propozycja, pomimo swojej atrakcyjności, wydała mi się nierealna. Przy pożegnaniu dyrektor zaznaczył:

  • Proszę się zastanowić, mam na uwadze nie tylko dobro biura.

Obiecałem dać odpowiedź następnego dnia.

Zosia przebywała od roku na Górnym Tysiącleciu. Tajemnicą pozostawał fakt, w jaki sposób tak szybko udało im się załatwić własnościowe mieszkanie. W rodzinie po cichu mówiło się, że matka Stefana w młodości znała prezesa CZSBM.

Gdy im opowiedziałem o propozycji mojego dyrektora, jednoznacznie zareagowali:

  • Nie ma się nad czym zastanawiać. Nie bądź frajer! Taka okazja rzadko się zdarza. Pomyśl – mieszkanie na Śląsku!
  • Ale ja nie potrafię w tej sytuacji tam pracować.
  • Trochę dramatyzujesz, nie musisz się spotykać.
  • Nie musisz! Łatwo powiedzieć. Ten sam budynek.
  • Nie będziesz jej zauważał.
  • Mam też udawać, że dzieci nie widzę?
  • A co dzieci mają do tego?
  • Nic! Tylko, że…
  • Jak będziesz w Nysie, to co – zapomnisz o nich?
  • Zapomnisz?!… Ja teraz nie mogę!
  • Co nie możesz? Ja ci powiem: przestań chrzanić i nie rozczulaj się tak nad sobą!
  • Ty tego nie rozumiesz.
  • Myślisz, że jesteś wyjątkiem? Tysiące ludzi się rozwodzi. Siadaj z powrotem na cztery litery. Nigdzie teraz nie pójdziesz. Zostaniesz u nas na noc.
  • Tak… wydaje ci się wszystko takie proste. A mieszkanie! Myślisz, że na mnie czeka. Dom jeszcze budują i dopiero za rok nastąpi zasiedlenie.
  • No to co? Do tego czasu możesz u nas mieszkać.
  • U was…!
  • Tak! – Lepiej ci będzie jak na Kordeckiego.
  • Zosiu, ale…
  • Żadne ale. Postanowione i koniec!
  • Przecież ja dobrze wiem, jak to jest.
  • Przestań robić ceregiele. Będziesz spał w pokoju z Wiktorem. To jest twój materac i na tym koniec dyskusji.

Jak gdyby nigdy nic wróciłem do pracy. W zespole wszyscy potraktowali moją tygodniową nieobecność jako zwyczajne zwolnienie chorobowe. Obiecanym mieszkaniem na razie nie mogłem się chwalić. Wskoczyłem przecież na listę dyrektora poza kolejką. Zmienionego miejsca zamieszkania nie dało się długo w tajemnicy utrzymać. Wielu znajomych zwracało uwagę na moje „wyskoki“ do szkoły w celu zobaczenia, w trakcie przerw, Michała. Poza tym pani „doktor“ opowiadała w przychodni licznym swoim pacjentom, w jakiej trudnej sytuacji znalazła się z trójką dzieci, gdy nieodpowiedzialny mąż ją opuścił. Zaczęto o tym plotkować, z czasem jednak sytuacja uległa normalizacji.

Alina z Klaudią postanowiły wspólnie pojechać na urlop. Skorzystały z ogłoszenia w prasie. Korespondencyjnie zarezerwowały pokój i wpłaciły zaliczkę. Ich podekscytowanie wakacyjnymi planami udzieliło się innym. Jurek żartował z nich: „Jak ten wasz pokój okaże się czymś innym, na przykład: lokalem dla wesołych dziewczynek – dajcie znać; zaraz tam przyjadę“. Zazdrościłem im, też miałem ochotę odpocząć nad morzem. Moje plany wakacyjne stały jednak pod znakiem zapytania. Zosia ze Stefanem, zafundowawszy sobie następne dziecko, postanowili zostać na miejscu. Jurek wybierał się gdzieś w zielonogórskie ze swoją starą miłością. Nie miałem najlepszego samopoczucia. Przypadkowe kontakty z Michałem i dziewczynkami wywoływały niedosyt, pogłębiały rozdrażnienie. Poza tym „na głowie“ miałem jazdę do Świnoujścia. Żal mi się zrobiło maluchów i aby nie musiały korzystać z dobrodziejstw PKP, postanowiłem odwieźć je autem nad morze. Irena naturalnie musiała im towarzyszyć. Bałem się tej podróży; przebiegła jednak pomyślnie. Spędziłem z dziećmi cały dzień na plaży w beztroskiej atmosferze. Po nieprzespanej nocy odczuwałem satysfakcję; pierwszy raz, pomimo jednoznacznych i atrakcyjnych propozycji, nie uległem chwilowej słabości. Głęboko tym zraniłem Irenę, jej kobiecą ambicję. Od tego momentu postanowiła się mścić. O podjętych krokach w tym kierunku przekonałem się po wakacjach, gdy dostałem zawiadomienie z sądu w sprawie o podwyższenie alimentów. Wiedziałem jednak, że pokonałem ważny etap w życiu i dzięki temu poczułem się dużo lepiej.

Gdy w biurze pochwaliłem się kąpielą w Bałtyku w czasie weekendowego wypadu, Klaudia zażartowała:

  • Jak jesteś taki dobry, to odwieź nas również nad morze. Płacimy za benzynę i w dodatku stawiamy dobre ciacho z kawą.

Wyczułem, że powiedziała to pół żartem, pół serio. Zaskoczony podniosłem wzrok. Jej uśmiechnięte oczy szukały w moich potwierdzenia, że zrozumiałem dwuznaczność propozycji. Nie spodziewałem się tego. Uważałem, że Klaudia nade wszystko przedkłada towarzystwo koleżanek. Rumieniec oblewający jej twarz wyrażał nie tyle zawstydzenie, co zadowolenie: „Nareszcie zwróciłam na siebie jego uwagę“. Zaczerwieniłem się również, dawno nikt mnie nie kokietował.

  • Widzę, że Jurek nie na żarty was przestraszył; szukacie opiekuna?
  • No wiesz, nie wiem jak Alina, ale ja się boję w nocy.
  • Ja to nie tylko w nocy, w dzień też mam stracha.

Wyglądało na to, że jedna mnie podrywała, a druga również wyrażała ochotę na zabawę.

  • Nie wierzę, abyście miały problemy. Znajdziecie na pewno takich, którzy zaopiekują się biednymi sierotkami.
  • Ale ty jesteś solidną firmą.
  • Nie wiem, czy podołam tak odpowiedzialnemu zadaniu.
  • Jakoś ci pomożemy.
  • Dobra! Po takiej deklaracji podpisuję kontrakt.
  • Mówisz serio!
  • A ty co? – Żartujesz?
  • Zawiózłbyś nas? Mów poważnie!
  • Czy mógłbym odmówić takim dziewczynom.
  • Nie wygłupiaj się. To by było fajnie.
  • Też tak myślę. Przynieście tylko pisemne pozwolenia od matek.
  • Andrzej! Powiedz teraz prawdę.
  • Powiedziałem! Jedziemy!

Po paru dniach ustaliliśmy trasę nad morze. Dziewczyny zarezerwowały pokój na dwa ostatnie tygodnie sierpnia. Postanowiliśmy wykorzystać cały urlop za jednym razem i w związku z tym ruszyć wcześniej. Zorganizowałem znowu w Nysie sprzęt turystyczny z zamiarem wykorzystania go przy przemierzaniu Polski. Dziesięć dni przeznaczyliśmy na obszar od Bieszczad po Mazury. Oczekiwanie na pierwszy dzień urlopu maksymalnie rozbudza moją wyobraźnię.

Wyruszamy w piątek natychmiast po pracy. Jest fantastycznie. Odpowiedzialność moja ogranicza się do prowadzenia samochodu. Całą resztę, z dużym wdziękiem, przejmują dziewczyny. Pierwsza niespodzianka – nagrodę dla kierowcy stanowi puszka piwa zakupiona w Peweksie. W kumpelskiej atmosferze, z domieszką erotyzmu, dziewczyny rozpoczynają rywalizację. W pierwszej kolejności ustalają regulamin; jadąca na przednim siedzeniu pilotuje i prowadzi dzienniczek podróży. W parzyste dni czyni to Klaudia, w nieparzyste Alina. Sprawami kulinarnymi zajmują się wspólnie.

Wieczorem docieramy do Nowego Sącza. Na noc zatrzymujemy się u znajomych rodziców Aliny. Śpimy we wspólnym pokoju na materacach i nic się nie wydarza. Sam nie prowokuję sytuacji, bojąc się naruszyć istniejącą równowagę. Rano ruszamy w kierunku Bieszczad. Obiad nad Soliną, pole namiotowe w Brzegach Górnych. Zaczyna padać deszcz. Dziewczyny nie mają doświadczenia turystycznego, a ja nie potrafię poskładać w całość rurek stelaża namiotu. Uchodzę za obieżyświata, a grozi mi kompromitacja. Po wypiciu szklanki wina doznaję olśnienia. Długo nie możemy zasnąć. Jest zimno; Klaudia z Aliną ubrały dresy i wskoczyły w śpiwory. Próbuję znaleźć miejsce między nimi, pod pretekstem „rozgrzania się“. Kokieteryjnie, ale zdecydowanie nie wpuszczają mnie w środek. Ranny deszcz niweczy zaplanowaną wycieczkę na Połoninę Caryńską. Prawie cały dzień spędzamy w samochodzie. Mijamy Rzeszów, Stalową Wolę i dopiero po przekroczeniu Wisły zatrzymujemy się w Sandomierzu. Bajeczny spokój zakłócają tylko rozkrzyczani turyści. Pamiętam wyprawy po Polsce z rodzicami; nie uderzała mnie wtedy tak mocno jak obecnie egzotyka ziem wschodnich. Chcemy dojechać do Kazimierza, niestety robi się ciemno. Za Józefowem postanawiam zatrzymać się na nocleg. Jestem zmęczony i dopiero przy drugim podejściu znajduję odpowiednie miejsce. Nad głowami szumią świerki, suchy wiatr przynosi zapach pól, a w namiocie panuje nadal niejasna sytuacja. Czekam aż Klaudia zaśnie po czym przytulam się do Aliny. Śpiwór nie przeszkadza w delektowaniu się jej kształtami. Gdy zaczynam okazywać podniecenie, przytrzymuje moją rękę i budzi przyjaciółkę. W jej głosie słyszę, pomimo zdecydowanego tonu, zadowolenie.

  • Klaudia, masz może jakieś krople na uspokojenie? Andrzeja zmęczyła podróż i prześladują go chyba gwałtowne sny.

Nie mogę powstrzymać odruchu; mocno łapię ją za pośladek. Nie reaguje gwałtownie. Po obróceniu się, ujmuje moją dłoń w matczynym geście, i szepcze tym samym tonem:

  • Nie przejmuj się tak drogą. Nad morze w sumie nie jest daleko. Zobaczysz, na miejscu poczujesz się dużo lepiej.

Delikatnie dotykam jej ust. Wydaje mi się, że przez ułamek sekundy odwzajemnia pocałunek.

Jestem zaskoczony sam sobą. Myślałem, że od początku zacznę szaleć z Klaudią. Alinę zaszufladkowałem jako kumpelkę, która bez pruderii umożliwi nam swobodę zachowania. Rzeczywistość wyglądała inaczej. Leżałem koło Aliny pokornie, tak blisko na ile mi pozwalała, marząc by choć przez chwilę być z nią sam na sam. Wiedziałem, że nie śpi. Maksymalnie podniecona wyobraźnia, tworzyła pikantne sceny. Opanowałem się jednak. Czułem rozsadzające szczęście. Taka obietnica! Postanowiłem czekać. W sumie nie znałem jej zupełnie. Tryskała młodością i temperamentem, a po swobodnym zachowaniu spodziewać się mogłem czegoś innego, niż miało to miejsce do tej pory. Nie zastanawiałem się, czy grała, czy też okazywała prawdziwe oblicze. W jej dużych oczach widziałem to, co zdradzało jej duszę; jakąś romantyczną, niesprecyzowaną tęsknotę. Co do jednej rzeczy nie miałem wątpliwości: Dziewczyny musiały zawrzeć jakiś układ.

Zasypiając cieszyłem się myślą, że Alina spędzi nadchodzący dzień blisko mnie, na przednim siedzeniu.

Po miłych snach, oczekiwała nas niespodzianka. Wieczorem nie zdawałem sobie sprawy po jakim podłożu jechałem. Jeszcze przy wbijaniu śledzi cieszyłem się, że wchodzą tak łatwo w teren. Jednak rano, widząc koła głęboko pogrążone w piasku, nie miałem powodu do radości. Odkopywanie pontonowymi wiosłami i podkładanie gałęzi nie dało żadnego rezultatu. Pozytywnego, oczywiście, bo w sumie samochód zapadł się po ośki. Nie miałem wyjścia, musiałem szukać pomocy. Na szczęście, po wyjściu na drogę zobaczyłem nieopodal zabudowania. Pierwszy raz w życiu ucieszyłem się widząc PGR. I chyba od tego czasu, ta państwowa instytucja, wywołuje pozytywne skojarzenia. Sympatyczny traktorzysta, nie dość, że bez specjalnych próśb wyciągnął auto z piachu, to jeszcze nie chciał wziąć ani złotówki za przysługę. Nigdy nie byłem w Kazimierzu nad Wisła, ale spodziewałem się, że to małe miasteczko o historycznym rodowodzie urzeknie mnie swoim pięknem. Nie doznałem rozczarowania. Natychmiast po wyjściu z auta otacza nas niepowtarzalna atmosfera. Zachwyt wzbudzają stare uliczki, renesansowe kamienice z podcieniami, studnia na środku rynku i nawet zwyczajne kamienie wiekowego bruku. Szkoda, że nie mamy przewodnika. Po godzinie kończymy zwiedzanie. Dziewczyny postanawiają pójść do miejscowego fryzjera. Cykam w międzyczasie zdjęcia. Wchłaniam pełną piersą panujący wokoło nastrój. Świeżość uczesania moich towarzyszek kontrastuje ze stylem życia namiotowego. Im to nie przeszkadza. Czują się fantastycznie. Dumnie paradują z wypieczonymi z ciasta olbrzymimi kogutami. Klaudia chce pobiegać po sklepach. Namawiam Alinę na wycieczkę do ruin zamku królewskiego. Panuje upał. Letnia sukienka z głębokim dekoltem i całkiem odsłoniętymi plecami wywołuje efekt zamierzony. Jest mi potwornie gorąco. Dotykam ręką gołych ramion Aliny. Przyzwalający uśmiech ośmiela mnie – nie przystaje jednak, gdy chcę ją zatrzymać. Dochodzimy do ruin. W dole płynąca leniwie Wisła zwalnia bieg czasu. Milknie gwar turystów, otacza nas spokój. Alina pozuje do zdjęcia. Pod pretekstem poprawienia fałdów sukienki przesuwam dłonią po jej udach. Udaje, że nie zauważyła tego gestu, ale w źrenicach, które nabrały nieżartobliwego wyrazu wyczuwam życzenie: „Proszę – przestań!“. Poważnieję. Trudno mi jest zrozumieć; byliśmy sami, umówiłem się pod namiot, a nie do kościoła, po co te ceregiele, czego ona chce? Przecież wiązać się z kimś nie mam zamiaru.

Ruszam w drogę powrotną. Chcę zlekceważyć sytuację: „Co się przejmujesz? Z Klaudią nie będziesz miał problemów“. – Próba pocieszenia, wypada jednak jakoś mało przekonywująco. Alina ujmuje mnie pod rękę, czuje jej delikatny dotyk i w tym momencie nabieram pewności: Tylko na nią mam ochotę.

Następnym etapem podróży jest Puszcza Białowieska. Nauczony ranną przygodą postanawiam wcześniej zjechać z trasy. Parę kilometrów za Sarnakami przekraczamy Bug. Stukot podskakujących bali nawierzchni drewnianego mostu jednoznacznie określa wiejski charakter okolicy. Wąska droga nad brzegiem rzeki prowadzi w kierunku campingu. Turna Mała, Wólka Nadbużna – swojskość nazw w połączeniu z przydrożnym kurzem i niskimi chałupami wywołuje nieokreśloną tęsknotę. Rezygnuję z pola namiotowego. Na takim terenie należy piętnować uleganie jakimś cywilizacyjnym przymusom. Znalezienie ustronnego miejsca nie nastręcza trudności. Szeroką łąkę oddziela od rzeki pas drzew. Rozbijam namiot parę kroków od brzegu. Dochodzący z daleka krowi ryk przerywa jednostajną ciszę przepływających mas wody. Naftowa lampa oświetla zadowolone twarze dziewczyn. Oddaleni od siedzib ludzkich czujemy się szczęśliwi i bezpieczni. Spadające gwiazdy na roziskrzonym niebie prowokują do zadumy. Sielankowy nastrój wieńczy konspiracyjny pocałunek Aliny przed zaśnięciem.

Wczesnym rankiem, nie budząc moich towarzyszek, jadę na wieś po zakupy. Z żalem myślę, po paru przypadkowych kontaktach z ludźmi o tym, jaka różnica dzieli nasze zachowania. Jak bardzo stałem się poprawny i jak mało jest w tym bezpośredniości. Słyszałem, że jajka kupowano przed wojną na wagę. Tubylcom nadal podoba się ten zwyczaj. Co za frajda; dwa kilogramy jajek za 74 złotych do tego dwa litry mleka za dziesiątaka i chleb prawie za darmo. Takie śniadanie zdarzyć się może tylko nad Bugiem: jajecznica na maśle, chleb i kubek gorącego mleka. Wpadamy w tak wspaniały nastrój, że rezygnujemy z dalszej jazdy. Niestety tylko do południa rozleniwia nas słońce i swoboda. Zła pogoda uniemożliwiła nam zwiedzenie jeszcze w tym dniu Puszczy Białowieskiej. Nawet nie marzyłem o znalezieniu dzikiego campingu na terenie najstarszego w Polsce rezerwatu przyrody. Istniała zresztą tylko jedyna możliwość – pole namiotowe w Gródku. Nie myślałem o nocnych podchodach. Wyszedłem z założenia; jak nie udało mi się do tej pory na osobności, to na pewno nie mam szans wśród rzeszy turystów. Oczekiwało mnie jednak zaskoczenie. Do kolacji popijaliśmy piwo, a potem na stole wylądowała żytnia. Pełen zadowolenia zaciągałem się radomskim, gdy poczułem na moich kolanach miękkość bioder Klaudii. Podniecały mnie. Alina zaczęła nerwowo chichotać.

  • Klaudia, jak tak dalej pójdzie, będziesz musiała kupić nowe krzesełko.
  • Nie przejmuj się, Alinko. Ważne, że materace są w porządku.
  • Niewłaściwe używanie sprzętu turystycznego może być niebezpieczne.
  • Nie rób się taka święta… Chyba mi nie grozisz?
  • Nie wygłupiaj się. Myślę, że wystarczy na dzisiaj. Chodź! Idziemy się wymyć.
  • Nie chce mi się. Idź sama.

Alina zbliżyła się i zdecydowanym ruchem uwolniła moje kolana od zmysłowego ciężaru.

Klaudia, jak gdyby nagle obudzona ze snu, w pierwszej chwili wykazywała trudności z utrzymaniem równowagi. Cierpkim uśmiechem obdarzyła konkurentkę, zgodziła się jednak pójść do umywalni. Oddalając się nuciła dość pewnie la… la… la…. Wracając, la… la… la… brzmiało jeszcze bardziej zdecydowanie. Wypaliłem ostatniego papierosa i poszedłem umyć zęby. Po powrocie zastałem ciszę w namiocie, zauważyłem jednak, że dziewczyny zamieniły się miejscami. Nie spały. Ubrałem piżamę. Po chwili poczułem, jak Klaudia bez ceregieli pakuje się do mojego śpiwora. Zimne jej stopy nie nastrajały erotycznie, jednakże nagość nóg i bliskość intymnych miejsc gwałtownie podniosły nie tylko temperaturę. Zacząłem bezkarnie dotykać jej ciała. Czas płynął, a amplituda ciągłego ruchu zaczęła wprawić w rezonans materac. Pozycja nie należała do wygodnych. Nie znajdowałem jednak przyczyny, dla której aktywność moja nie mogła wprowadzić partnerki na wyższe obroty. Wykazywała brak reakcji. Niespodziewanie natomiast zareagowała Alina:

  • Dosyć tego huśtania. Skończcie! Chcę już spać.

Spodziewałem się ostrej riposty ze strony Klaudii. Panowała jednak cisza. Wygrzebałem się spod śpiwora. Piersi dziewczyny rytmicznie falowały. Chciałem zobaczyć wyraz jej twarzy. W zamkniętych oczach niczego nie mogłem wyczytać, natomiast regularny oddech nie pozostawiał wątpliwości, że ukołysałem ją do snu.

Cóż miałem zrobić z nagromadzoną energią, grożącą wprost wybuchem? Przeniosłem się na sąsiedni materac. Sytuacja wyglądała trochę niezręcznie, ale kiedyś przecież musiałem rozpocząć dzieło. O zachwycie Aliny na moje zachowanie, nie było mowy. Leżała sztywna, nie dając się dotknąć. Okoliczności jednak sprzyjały; Klaudię pogrążał kamienny sen.

Wyczułem nieprzyjemne napięcie, kiedy zbliżyłem się do ust Aliny, a w zmienionym głosie irytację.

  • Nie dotykaj mnie i zabierz te brudne łapy.
  • Przestań nareszcie bawić się w dziewicę.
  • Strasznie jesteś odważny, jak się napijesz.
  • A ty jesteś bardzo odważna tylko w ciągu dnia.
  • Już ci raz powiedziałam, że tak nie chcę.
  • Nie tak? … A jak!?
  • Chyba tego nie rozumiesz.
  • A czy ty rozumiesz jak mnie podniecasz?
  • I dlatego przystawiasz się do niej.
  • Czego właściwie chcesz?
  • Trochę uczucia.
  • Mówisz o miłości?
  • Tak! Właśnie o miłości.

Słoneczny ranek zapowiadał piękną pogodę; nasz nastrój z kolei… burze z deszczem. Klaudia niewiele pamiętała z nocnych godzin, męczył ją natomiast potężny kac. W podświadomości jednak pozostały jej chyba jakieś erotyczne wspomnienia, gdyż zachowywała się tak, jakby została moją dziewczyną. Alina, pomimo okazywania pełnego niezadowolenia czy nawet wrogości, wyglądała przeuroczo. Jej cera, poddająca się łatwo promieniom słonecznym, nabrała czekoladowego koloru. Ciemne włosy, które nie raziły już świeżością zakładu fryzjerskiego, przykrywał kapelusz z szerokim rondem. Nawet lekkie podkrążenie oczu nadawało wdzięku zagniewanemu spojrzeniu.

Przy śniadaniu każdy z nas wykazywał obojętność odnośnie dalszych planów. Alina ostentacyjnie usiadła z tyłu, chociaż zgodnie z „regulaminem“ powinna pilotować. Klaudia wykazała lojalność w stosunku do swojej koleżanki, w skutek czego siedzenie obok mnie pozostało puste.

W Białowieży zwiedzamy w pierwszej kolejności muzeum. Wycieczka z przewodnikiem do Parku Pałacowego poprawia nasze nastroje. Na dużej przestrzeni, wśród różnorodnych gatunków drzew posadzonych w angielskim stylu, obcowanie z przyrodą nabiera niespotykanej, bardzo indywidualnej bliskość. Klaudia swoją bliskość okazuje w sposób jednoznaczny. W odróżnieniu od Aliny, zdecydowanie manifestującej odizolowanie.

Ruszamy w dalszą drogę. Po południu w Augustowie jemy, choć nadal nikt z nas nie ma specjalnego apetytu, spóźniony obiad. Przed Suwałkami skręcamy w prawo i przez Płociczno, Gawrych dojeżdżamy nad Wigry. Pomimo wybuchowej atmosfery, urzeka nas na zalesionej skarpie kapitalne miejsce. Widok szuwar i dzikich kaczek łagodzi napięcie. Otacza nas beztroska rzesza wodniaków. Dziewczyny nie mają nastroju do robienia kolacji. Idziemy do pobliskiej knajpy. Zamiast posiłku zamawiamy śledzika w śmietanie i pięćdziesiątkę. Gra orkiestra. Chcę się zbliżyć do Aliny; proszę ją do tańca. Odmawia! Czuję, że już wcześniej postanowiła okazywać obojętność. W zamian za to Klaudia ciągnie mnie na parkiet. Odgrywa rolę zakochanej. W tańcu zachowuje się tak, jakby dopiero teraz rozbudziły ją pieszczoty poprzedniej nocy. Rozglądam się za Aliną i widzę to, czego mogłem się spodziewać – pląsy z jakimś facetem. Przez dłuższy czas nie opuszcza parkietu, okazując zadowolenie z przytulania się do nieznajomego. Po co ten cyrk? Przecież jest atrakcyjną dziewczyną, nie musi wzbudzać zazdrości. Wie poza tym jak na mnie działa i czego chcę. Teatralna natarczywość okrągłości Klaudii wyzwala we mnie niekontrolowaną reakcję. Nie do zniesienia jest widok Aliny w ramionach innego. Podchodzę do niej opanowując podekscytowanie.

  • Wypada kończyć. Jutro mamy parę ładnych kilometrów do pokonania. Musimy już iść.
  • Ja jeszcze zostanę! Nie przejmujcie się mną, jakoś trafię z powrotem.

Opanowała mnie wściekłość! Postanowiłem jednak nie dać się sprowokować. Wróciłem do namiotu.

Klaudia tryskała szczęściem. Z entuzjazmem pozbyła się ciuchów i w pośpiechu przyjęła wyczekującą pozycję. Nie pozwoliłem jej długo czekać – i tak nie mogłem bardziej podpaść. Po krótkiej chwili zorientowałem się jednak, że dziewczyna nie ma pojęcia o podstawowych sprawach. Pociągający wdzięk jej foremnych kształtów zamarł w bezruchu. Z Ireną, pomijając już inne przygody, przeżyłem wiele różnych chwil, ale z takim brakiem zaangażowania nigdy się nie spotkałem. Przekraczał on moją wyobraźnię. Gdy bezcelowym stawało się kontynuowanie działalności, do namiotu weszła Alina. Chcąc bez niedomówień przypieczętować oczywistość zaistniałej sytuacji, zapaliła latarkę. Pomimo przyjęcia swobodnej postawy, czułem jej zażenowanie. Bliska płaczu, poruszała głowa tak, jakby chciała powiedzieć: „Szkoda…! Mogło być inaczej, ale się tego spodziewałam“. Nie wiedziała tylko najważniejszego, do czego sam przed sobą nie chciałem się przyznać. W głosie jej zabrzmiała nuta ironii.

  • Macie zamiar co wieczór tak się zabawiać?
  • Z tobą to nawet codziennie.
  • Nie przesadzaj. Z jedną nie potrafisz dać sobie rady.
  • Ty oczywiście nie miałabyś problemów z większą ilością tancerzy.
  • Wiesz, co cię to obchodzi?!
  • Więcej niż ci się wydaje!
  • Aha…!Tak się przejąłeś, aż ona musiała cię pocieszyć.
  • Przestań się zgrywać.
  • Mam dosyć tego burdelu!
  • Alina! Tym razem przesadziłaś. Ja cię nie obrażałam.
  • To, co zrobiłaś, jest gorsze od obrażania.
  • Powiedziałam ci, że chcę się z nim przespać.
  • No i co! Jesteś zadowolona…. A zresztą, guzik mnie to obchodzi. Róbcie sobie co chcecie. Jutro wyjeżdżam.

Opanowując wybuch płaczu, wybiegła z namiotu. Wyszedłem za nią.

  • Alina, to nic nie było. Sprawa bez znaczenia.
  • Ty tego nie rozumiesz. Może nawet chciałabym tak jak ona, ale nie potrafię.
  • Dlaczego się tak głupio zachowujesz, zamiast mi powiedzieć.
  • Powiedziałam ci już parę razy. Nawet analfabeta by zrozumiał.
  • Spróbuj jeszcze raz.
  • Nie pomyślałeś, że ja cię mogę kochać.
  • Tak…. Ale ty chcesz więcej.
  • Nie więcej, tylko…
  • Nie rozumiem.
  • Wiesz przecież. Masz rodzinę.
  • Znasz moją sytuację.
  • Ale ja nie chcę, żeby ktoś kiedyś powiedział…
  • Czemu komplikujesz proste sprawy.
  • Dla ciebie może proste.
  • Alina, przestań.
  • Nie! Ty się musisz zdecydować.
  • Dawno się zdecydowałem.
  • To wyjaśnij chociaż sprawę z Klaudią.
  • Sama ją sprowokowałaś.
  • Bo chciałam zobaczyć, jak ci na mnie zależy.
  • Jesteś teraz przekonana?
  • Po tym, co widziałam w namiocie?
  • Przysięgam, że nic nie było. Czy to wystarczy?
  • Nie całkiem. Myślałam, że jesteś inny.
  • Mam cię błagać na kolanach?

Ktoś grał na gitarze. Wyraźny cień, wyolbrzymiony na piasku migotliwym światłem pobliskiego ogniska, niknął w pofałdowanym lustrze wody. Zamarła w bezruchu bezkształtna postać, przywarła do jego podstawy. Bezradnie opuszczone ręce dziewczyny kreśliły znaki. Nie dochodziły żadne słowa, tylko te ręce… dramatyczne w niezdecydowanym ruchu. I nagle, jak gdyby uniesione w dyrygenckim geście, gwałtownie opadły. Umilkła gitara i tylko gdzieś znad jeziora, wraz z wiatrem, dochodził szum fal.

Przed wyruszeniem nad morze, postanowiłem spędzić cały dzień na wodzie wśród szuwar, z dala od ludzi. Wynająłem łódkę. Alina z Klaudią nie chciały same zostać. Wypłynęliśmy więc znowu w trójkę. Każde z nas zachowywało się tak, jakbyśmy dopiero co rozpoczynali wakacje. Dziewczyny siedziały na dziobie, ja wiosłowałem. Klaudia nuciła piosenki rajdowe, Alina w zadumie kreśliła palcem kółka na spokojnej tafli jeziora. Obserwowałem ją z napięciem większym od tego, jakie przeżyłem kiedyś w Marsylii.

Do Gdańska dojeżdżamy następnego dnia wieczorem. Odnalezienie Stogów nastręczyło mi pewnych trudności. Przypominałem sobie to miejsce; babcia Ola i ciocia Cesia spędzały tam, przed wieloma laty, wczasy nauczycielskie. Czas zmienił jednak wiele. Wynajęty w bloku mieszkalnym pokój urządzono z myślą o wielu wczasowiczach. Gospodarze nie stwarzali żadnych problemów, w związku z czym, za niewielką dopłatą, przy zgodzie dziewczyn, zająłem jedno z czterech łóżek. W miłej, rodzinnej atmosferze, jaką stworzyła pani domu, wyczuwało się niestety kłopoty z zaopatrzeniem i brak pieniędzy. Różnice w poziomie naszego i ich życia widać było gołym okiem. Panująca od wielu dni słoneczna pogoda nie przysparzała powodów do zmartwień. Wystarczały nam rano kupione świeżutkie jagodzianki. Resztę załatwiał przywieziony zapas konserw. Do plaży dojeżdżaliśmy autem. Ciepła woda, nagrzany piasek, szum fal – czy można marzyc o czymś wspanialszym?

Lubię kołysać się na wodzie. Ponton, który wypożyczyłem z biura, całkowicie wystarczał do zaspakajania tej przyjemności. Dziewczyny wolały leżeć na piasku; sam machałem więc cienkimi wiosłami, unosząc się na falach marzeń. Tak „żeglując“ po morzu i w przestworzach nie spostrzegłem jak podpłynęła do mnie łódź straży przybrzeżnej. Zobaczyłem rozbawione twarze dwóch milicjantów.

  • Obywatelu… do Szwecji się wybieracie? Pozwólcie tutaj.

Posłusznie wdrapywałem się na pokład. Gdy jeden z funkcjonariuszy mi pomagał, drugi wciągnął ponton.

  • No, to teraz sobie porozmawiamy. Wiecie jak daleko można w morze wypływać?
  • Tak dokładnie… to nie.
  • A wiecie jak daleko oddaliliście się?

Dobrze widziałem linię brzegu, ale sylwetki dziewczyn jakoś dziwnie wtapiały się w piasek.

  • A kartę pływacką macie?
  • Pewnie.
  • No to okażcie.
  • Została na plaży.
  • Na mandat pieniądze macie?
  • No nie, panowie! Dajcie spokój, przecież ja nic nie zrobiłem.
  • Wy sobie kawały robicie. Straż graniczna dała nam znać, żeby zwinąć jakiegoś wariata, który do Szwecji chce zwiać.
  • Ależ panowie, wyglądam na takiego. Poza tym zobaczycie; te ładne dziewczyny na plaży, to moje znajome. Trzeba faktycznie mieć coś z głową żeby od takich uciekać.
  • No dobra. Znamy się na żartach. Jak dla was, po znajomości zapłacicie 100 złotych. Ale najpierw przyniesiecie pieniądze, a potem dostaniecie ponton.

Podpływaliśmy do brzegu. Alina z Klaudią wyglądały tak niesamowicie przerażone, jakby miano mnie zamknąć za jakieś ciężkie przestępstwo. W pierwszej chwili myślałem, że są to wygłupy. Bladość ich twarzy wykazywała jednak na autentyczność przeżyć. W zachowaniu wyczuwałem, mimo wszystko, pewien element rywalizacji. W przypadku Klaudii takie postępowanie wydawało się zrozumiałym. Ale Alina…? Czy mogłem bardziej okazywać uczucie? Dlaczego nie miała pewności?

Kolejny dzień, mając chwilowo dosyć słońca, przeznaczyliśmy na zwiedzanie. Za każdym razem, kiedy jestem w Trójmieście muszę wpaść, chociaż na chwilę, na Długi Targ w Gdańsku. Miejsce to obdarzam szczególnym sentymentem. Odziedziczyłem go chyba po ojcu, który nie całkiem przyznawał się do tej słabości. Gdynię, gdzie zresztą wodował wybudowany wspólnie z przyjaciółmi jacht, uważał za chlubę Polski przedwojennej. Gdańsk natomiast, choć może to lwowianinowi nie przystawało, uwielbiał. Po wojnie, w czasie jednej z pierwszych wycieczek samochodowych, podjechaliśmy pod Pomnik Neptuna. Zbombardowana ulica powstawała na nowo z gruzów. W oczach ojca widziałem łzy radości. Nie mógł uwierzyć, przechodząc przed odbudowywanymi kamienicami, że wyłania się z nich niezmieniony, pierwotny charakter.

Po zjedzeniu lodów i zrobieniu końcowego zdjęcia z mostu nad Motławą, postanowiliśmy pojechać na Westerplatte. Zwiedzanie bunkrów i dojście do pomnika zajęło nam trochę czasu. Klaudia nie miała nastroju, źle się czuła. Postanowiła popołudnie spędzić w domu. Zamiast na plażę, pojechałem z Aliną w kierunku Krynicy Morskiej. Znowu odezwały się wspomnienia dziecięce. Prom pod Mikoszewem. Jak przed laty panował tu całkowity spokój. Niewielu ludziom chciało się wystawać długie minuty na nabrzeżu. Alina, oparta o błotnik auta zamarła w bezruchu w trwającym oczekiwaniu. Cień padający z ronda kapelusza nie zdołał zasłonić jej rozchylonych ust. Wiedziałem, że będzie moja. Kochałem ją. Oszałamiała mnie nadzieja.

Aż do wieczora spędzamy czas nad Zalewem Wiślanym. Chciałem popływać pontonem. Niestety, ze względu na przygraniczną strefę, gęsto rozmieszczone ostrzegawcze tablice nie zezwalały na taką przyjemność.

Patrzyłem w oczy dziewczyny. Widziałem jej podekscytowanie. Dlaczego jednak czekała? Z rozmysłem wydłużała chwile przed nadchodzącym zbliżeniem…? Może nie była jeszcze pewna, czy obawiała się tego.

  • Chodź, już wracamy.
  • Myślałem, żeby trochę popływać.
  • Mam inny pomysł. Zapraszam cię na tańce.
  • W tradycyjnym znaczeniu?
  • Tak. Przypominasz sobie tę małą knajpkę przy plaży?
  • Grająca szafa i dobry alkohol. Dlaczego właśnie tam?
  • Bo jest przytulnie i do domu niedaleko.

W lokalu przeważającą część gości stanowili bywalcy. Znalazłem miejsce przy barze. Alina usiadła na wysokim stołku. Zamówiłem dwa „grandiale“. Dźwięczne głosy zespołu ABBA zapraszały do Waterloo.

  • Tym razem to ty mnie poprosiłeś?
  • Co znaczy: „tym razem“? Ostatnio dałaś mi kosza.
  • A jak było na Tysiącleciu? To ja cię pociągnęłam.
  • Imieniny Jurka? W moim mieszkaniu?
  • Aha! Nie myśl, że nie pamiętam jak mnie dyskretnie dotykałeś.
  • Dlaczego nie reagowałaś?
  • Okazywałeś takie podniecenie, jakbyś pierwszy raz z dziewczyną tańczył.
  • Teraz odczuwam jeszcze większe.
  • Właśnie czuję. Ludzie patrzą już na nas.
  • Może pójdziemy tam, gdzie ich nie ma?
  • Masz jakąś propozycje?
  • Jest tak ciepło, chodź na plażę.

szła powoli miarowo nie kołysząc biodrami pełna płynnego spokoju w lekkim rytmie kroków zachwyt akcentując sandałków stukotem flirt wiatru w spódniczce podkreślał znaczenie jej ramion uniesionych w geście zaproszenia a dłonie wabiły w szumie fal do tańca

szczęście którego pragnąłem przez lata czerpałem zachłannie pełnymi garściami zbyt często stawałem tracąc czas bezzwrotnie brnąc przez jałową szarość spoconych tygodni kiedyś bieg rozpoczęty chwytaniem kucyków kończyłem wreszcie w ramionach wybranej

jak można kochać delikatnie namiętnie całym istnieniem wchłaniając tę radość tkliwie wiążąc wszystkie wezbrane tęsknoty we wspaniałą i pełną magii pragnień całość dostrzegać oczekiwanie oddanie uniesień poczuć bliskość ust ciała poczuć serca bicie

Ucichł ostatni akord. Spokój okrył euforii krzyk. Głos Aliny przerwał chłodzącą melodię fal.

  • Wiesz… ja pierwszy raz…

Gwałtownie zamknąłem oczy. Nie!…

  • Nie opowiadaj bajek. Poza tym, to nie ma znaczenia i prawdę powiedziawszy nawet bym nie chciał…
  • Przestań się wygłupiać. O czym mówisz? Ja pierwszy raz w życiu jestem nad polskim morzem.

Śmiech o mocy sztormowych grzywaczy wstrząsał nocną ciszą.

Przy śniadaniu zakomunikowałem, pod pretekstem wynikającym ze złego samopoczucia naszej koleżanki, że wybieram się z Aliną na parodniową wycieczkę. Klaudia okazała zaskoczenie, przełknęła je jednak lekko, jak kawałek jagodzianki, popijany łykiem mleka.

Gdzie, jak nie do Dębek, mogłem pojechać w pierwszej kolejności. Romantyczne ustronie, idealny zakątek dla zakochanych. Nie analizowałem naszych uczuć i nie starałem się ich nazwać. Ja chciałem być z nią, ona ze mną, bez przerwy i bardzo blisko.

Plażę, w porównaniu do czasów sprzed laty, zapełniała duża ilość ludzi. Piaśnica natomiast nie zmieniła swojego charakteru. Cały dzień pływaliśmy pontonem po jej zacisznych wodach, delektując się spokojem i własnym szczęściem.

Jadąc do Łeby, kierowałem się chyba znowu wspomnieniami beztroskich, dziecięcych lat. Tam z rodzicami stawialiśmy pierwsze campingowe kroki. Namiot bez podłogi, pniaki zamiast krzesełek, skrzynka po śledziach jako stół. Tam przylgnął do nas bezdomny, przemiły kundel. Prawdopodobnie ze względu na śnieżną sierść i pieszczotliwość zachowania skojarzył się małej Zosi z misiem i tak też został nazwany. Pozostał przez długie lata naszym najwierniejszym przyjacielem. Alinę zachwycił camping. Pomimo dużej ilości turystów udało się nam, wśród sosen, znaleźć ustronne miejsce. Krótka ścieżka przez wydmy prowadziła nad brzeg morza. Mieliśmy siebie i nic więcej nie pragnęliśmy mieć.

Każde intymne zbliżenie rozpoczynało się od słów: „Ja pierwszy raz“, które oprócz wesołości, wprowadzało nastrój niepowtarzalnego uniesienia, przeżytego na plaży w Stogach.

Popołudnia spędzaliśmy w porcie rybackim. Zapach wędzonych ryb i smak rozpływających się w ustach węgorzy, rozbudzał do nieprzyzwoitości nasze łakomstwo.

Na ruchome wydmy przeznaczyliśmy cały dzień. Przez Jezioro Łebsko przeprawiła nas rybacka łódź. Nieskończoną przestrzeń żółtego piasku ożywiał silny wiatr. „Drzewa umierały stojąc“.

Siedem dni minęło niepostrzeżenie. Kończył się urlop. Powrót do Gdańska stał się nieunikniony. Klaudia obraziła się na nas. Chciała sama wracać pociągiem do Katowic. Dała się jednak przejednać. Próbowała nawet w nocy odzyskać straconą pozycję. Nie wiedziała, że jej konkurentkę uważałem za coś więcej jak wakacyjną przygodę. Zachowała więc do końca podróży dystans i urazę.

Zakończenie wakacji zawsze mnie dołowało. Tym razem, gdy żegnałem się z Aliną przed jej domem, dramatyzm sytuacji szczytował. Tu już nie chodziło o „addio pomidory“. Czułem przerażającą pustkę, potworną obawę przed samotnością. Rozpacz wywołana rozstaniem przybrała monstrualne wymiary.

 Kurator


Lato dobiegało końca.
Myśl o tym czasie wywołuje w ludziach smutek i żal — coś się kończy, coś milknie. Zazdrościłem Michnikowskiemu: jak dobrze byłoby tęsknić tylko za czerwonymi pomidorami. Oparty o parapet patrzyłem za pociągami odlatującymi w połyskującą pajęczynę szyn. Popołudnie było pogodne, skóra jeszcze pamiętała bułgarskie słońce, ale melancholia wracała jak dług nie do spłacenia.

Zadzwonił telefon. Głos Ireny — ten sam, tylko chłodniejszy. Prosiła o spotkanie. Niech będzie, pomyślałem, nie mam już nic do stracenia.
Umówiliśmy się w neutralnym miejscu.
Szukając parkingu przy Wesołym Miasteczku, zobaczyłem ją z daleka. Letnia sukienka, gest, w którym znałem każdą nutę. Gdy wsiadła na przednie siedzenie, już wiedziałem, że rozmowa będzie o wszystkim i o niczym — o przeszłości, o żalu, o władzy nad sobą i nad drugim. 

Jeździliśmy po mieście, mijając ludzi, których obecność przeszkadzała nam w milczeniu. W końcu sama zaproponowała: chodźmy na Tysiąclecie. 
Tam znów wszystko się zaczęło. Najpierw rozmowa, później wybuch, potem długa noc w imię pojednania. 
Zostałem. 

Wprowadziłem się jak lokator — najmniejszy pokój, własny klucz, żadnych złudzeń. Michał szedł do pierwszej klasy, dziewczynki do przedszkola. Teściowa warczała z kąta jak czujny pies, ale ignorowałem jej obecność. Z dziećmi było inaczej: one trzymały mnie w świecie.

Wieczorami wspominaliśmy nasze wspólne wygłupy. Postanowiłem nakręcić film. Napisałem scenariusz, potem scenopis. 
Z pomocą Ireny — zaskakująco gorliwej — powstał *Dwa plus jeden*. 
Dzieci grały z zapałem, choć reflektory męczyły, a ja śmiałem się z ich pomyłek, czując dawno zapomnianą radość. 
Film zdobył nagrodę, ukazał się nawet artykuł w prasie. 
Przez chwilę byliśmy znowu razem — choć każde z nas z innego powodu.

Życie wracało do rytmu. 
Dostałem uprawnienia budowlane, awansowałem. 
I nawet stłuczka na rondzie nie popsuła humoru: ot, zagięty zderzak, trochę papierów. Ale sprawa trafiła na milicję. 
Znajomy Ireny — oczywiście znajomy — znał kogoś, kto znał komendanta. Poszliśmy z koniakiem i szynką z Peweksu. Komendant był grzeczny, ale nieufny. Dopiero gdy padło odpowiednie nazwisko, wszystko ruszyło. 
Zamykając drzwi, sierżant powiedział z żalem: 
„Po coście się tak fatygowali? Ja bym to załatwił po cichu.” 

W marcu słońce zaczęło przebijać zimowy szron. W głowie rodziły się wakacyjne marzenia: morze, dzieci, Irena, brzoskwinie, camping „Nestinarka”. Jeszcze wierzyłem, że można zacząć od nowa.

Dzwonek. Pukanie. 
Pracowałem przy montażu filmu, nie chciałem, żeby mi przeszkadzano. 
W drzwiach stał nieznajomy, urzędnik o sztywnym głosie. 
Przedstawił się: kurator, sprawy nieletnich. 
Poprosił o rozmowę. Pytał o dom, o dzieci, o relacje. Na koniec oznajmił chłodno: 
„Wpłynął pozew o pozbawienie pana praw rodzicielskich.” 
Nie mogłem złapać tchu. 
Kto? Za co? 
„Za znęcanie się i porzucenie rodziny” – dodał. 

Powiedziałem, że to absurd, że wyjazd do Francji był uzgodniony, że dzieci mają się dobrze, że klaps to nie przemoc. 
Kurator kiwnął głową, poprosił o rozmowę z babcią Włodzią. 
Włączyłem magnetofon – z przyzwyczajenia, z nieufności. 

Na taśmie słychać było wszystko. Głos babci spokojny, lekko zmęczony. Zaprzeczyła, że pisała cokolwiek. Potem padło pytanie: „Więc kto?” 
Chwila ciszy. 
„Moja córka.” 

Po raz pierwszy od dawna nie czułem gniewu – tylko chłód. 
„Nie przekroczy już tego progu” – powiedziałem. 
Irena próbowała mnie powstrzymać. Kłótnia urosła w sekundę. 
Jej słowa – ostre, moje – jeszcze ostrzejsze. 
Potem trzask słuchawki. I cisza, która trwała ułamek sekundy dłużej niż zwykle. 
Później uderzenie. I następne. 
Nie broniłem się. Stałem. Patrzyłem. 
Kiedy dostałem w oko, coś we mnie pękło. 

Wyszedłem, powoli, jakby wciąż nie wierząc. 
Na klatce pachniało zupą i kurzem. 
Zostawiłem ją za drzwiami, wciąż krzyczącą w pustkę. 

Wsiadłem do samochodu i pojechałem do Nysy. 
Droga była jasna, drzewa świeże po deszczu, wszystko miało sens — tylko ja nie. 
Rodzice przerazili się widokiem oka, zawieźli mnie do lekarza. 
Uraz, krwiaki, tydzień zwolnienia. 
Potem wizyta u lekarza sądowego. 
Nawet mama powiedziała: teraz już musisz się rozwieść. 
Zgodziłem się. Nie z przekonania, z wyczerpania.

Wiosna przyszła jak zawsze, bez pytania. 
Słońce zaglądało w okna, ptaki ćwiczyły swoje role. 
Świat znał swoją kolejność — tylko ja wypadłem z rytmu.

czy można dwa razy przeżywać rozstanie 
wiedząc, że żadna bliskość nie jest wieczna 
czy można wierzyć, że świt przyniesie ulgę 
gdy jeszcze pachnie nocą 

czy można być smutnym do końca 
widząc, jak wóz nadziei staje w połowie drogi 
i mimo to próbować raz jeszcze 
rozpalić w dłoniach gasnące światło 

Bułgaria

Przez dziesięć lat związku, ścierając się z najbliższymi Ireny o prawo do własnego domu, ograniczyłem kontakty z rodziną do niezbędnego minimum. Gdy wreszcie zapadła decyzja o odejściu, postanowiłem zostawić za sobą wszystko: cudze dąsy, rodzinne narady, pożyczane autorytety. Chciałem oddychać pełną piersią i zwyczajnie żyć.

Stefana znałem od lat. Pojawił się kiedyś na zjeździe familijnym w Nysie – przyniesiony przez Zosię niczym dobra wiadomość. Informatyk, błyskotliwy, pewny siebie; umiał wtrącić anegdotę we właściwym miejscu, umiał też milczeć, kiedy wypadało. Zosia – ekonomistka z temperamentem organizatorki. Trzymali kurs na „porządne życie” w towarzystwie ludzi postawionych, bez ostentacji, ale i bez kompleksów. Wiktor urodził się równo dziewięć miesięcy po ślubie – jakby zgodnie z planem.

Po wyprowadzce z Tysiąclecia wróciłem do babci Oli, na Kordeckiego. Z dnia na dzień opadało ze mnie napięcie, a gdy przyszło lato – zatęskniłem za drogą. Miałem forda i parę dolarów. Za mało na Zachód, w sam raz na południe.

W biurze podsunąłem Jurkowi pomysł: Czarne Morze. Rumunia, potem Bułgaria. „Jedźmy, póki dusza gorąca” – powiedział. W Ligocie, przy herbacie ze szklanki i odwiecznej porcelanowej cukiernicy, opowiedziałem o planie Zosi i Stefanowi. Skinęli, że właśnie tak – i że Wiktorem przez trzy tygodnie zajmie się teściowa. Ładują się w mój samochód, dzielimy koszty na czworo. Zosia zostaje skarbnikiem, bo i tak zawsze liczy w głowie szybciej niż kalkulator.

Wyjazd opóźnia mi żołądek – ratuje mnie „wodzianka” mamy Stefana. Następnego ranka jedziemy.

Pierwszy postój w Łańcucie. Chłód zamku, zasłony pamięci, a na murze granitowa płyta z gromkim napisem o „nierówności społecznej i chłopskiej krzywdzie”. Proszę Zosię o zdjęcie – nie z ironii, z tego, że w polskiej historii zawsze coś się ściera z czymś, a człowiek między nimi próbuje zachować twarz.

Medyka. Osiem godzin w kolejce – zdążyliśmy zjeść kanapki, wysłuchać historii o dalekich kuzynach i ze dwa razy zwątpić. Potem Lwów. Urodził się tu dziadek, ojciec i ja. Ruszamy na rynek, włączamy się do rosyjskiej wycieczki. Przewodniczka wylicza narody jak paciorki różańca: „i Poljaki toże”. W katedrze – nabożeństwo po polsku, łzy. Na ulicy dzieciaki: „żuwaczku macie?” – Stefan śmieje się półgębkiem, że i ja bym biegał, gdyby ojciec został. Na Łyczakowie znajdujemy grób babki – zadbany, jakby ktoś tu codziennie zaglądał. Przy bramie Cmentarza Orląt ślad po literach – pamiątka po pamięci.

W drodze przez ZSRR dostajemy limit 48 godzin. Oczywiście zbaczamy – Złoczów, Tarnopol. Hotele odmawiają „inostrańcom”, aż wreszcie spotykamy panią Szymczyszyn: „Hotelu nie dostaniecie. Śpijcie u mnie.” Wchodzimy po drewnianych schodach do „kurnej” chaty, a gospodyni już niesie cztery musztardówki. Zanim zdążyliśmy otworzyć naszą flaszkę, nalała „po pełnym”. I jednym tchem – jak wodę. Uczyliśmy się wtedy pokory: Polak może kochać wódkę, ale nie zna jej natury tak jak Wschód.

Rano pani Szymczyszyn poszła do pracy. My – powoli zbierać myśli.

Czerniowce. W restauracji orkiestra rozstawia pulpity. Nie ma miejsc, pozwalają nam usiąść przy muzykach. Czerwony szampan, gruziński koniak, tańcząca Zosia, Jurek – coraz odważniej, Stefan obiecuje saksofoniście nowy ustnik. Wieczór ma smak wschodniej melancholii i lekkiej przesady.

Wracamy w stronę granicy setkami aut. Noc. Kawałek do przodu, łyk koniaku, króciutka drzemka. Ranek przejrzysty, bez kaca. Prom przez Dunaj w Galați – i płyniemy na południe. Delta – dzikość, dzieci z wiosek otaczają auto jak wehikuł. Komary o zmierzchu robią z nas upiorne reliefy. Uciekamy przed nimi do namiotu, do własnego oddechu.

Konstanca – stare miasto, port, kasyno jak z pocztówki. Potem Eforie i Mangalia – modernistyczne hotele, zuchwała bryła XX wieku. Człowiek się uczy, że stereotypy pękają jak szklanki w zmywarce.

Granica. Bułgaria.

Pierwsza noc – przy wędkarzach. Widzimy sztukę prostą jak linia horyzontu: jedna żyłka, wiele haczyków, kilka minut i patelnia pełna srebrnych zygzaków. Smażą na oleju, solą od niechcenia. Rakija krąży, a potem nawet szampan. Skaczę w euforii ze skał – Czarne Morze przyjmuje mnie ostro i zostawia na brzuchu pamiętnik z rys. Rano kefir stawia nas na nogi i nagle wszystko widać wyraźnie: w Warnie wiszące ogrody, w Albenie powietrze pocięte liniami balkonów.

Jedziemy dalej – za Burgas, jak najdalej na południe. Zjeżdżam z szosy, bezdrożem na wysoki brzeg. Cisza, cykady, ciepły wiatr. Z mroku wycina się snop światła – straż przygraniczna omiata morze. Rozstawiamy obóz. Chcemy zostać.

Podjeżdża gazik. Czterech żołnierzy z karabinami. Napięcie jak w strunie skrzypiec. Tłumaczymy – turyści, namiot, woda, chleb, nic więcej. Nie pomogło. Każą się zwijać. Proponuję wódkę – przyjmują, dziękują, ale rozkaz to rozkaz. Eskortują nas do „Niestinarki”.

I wtedy zaczyna świecić słońce, jakby chciało się za tamtą noc zrewanżować. Camping w małej zatoczce – piaszczysta plaża o miękkim kroju, woda czysta jak zdanie bez przekleństw. Żyjemy rytmem południa: poranne pływanie, południowy cień pod płachtą namiotu, wieczorne spacery po skałkach. Kwaśne mleko, chleb, pomidory, śmiech. Zosia nabiera koloru i lekkości, Stefan daje się wciągnąć Jurkowi w rozmowę o niczym, czyli o wszystkim. Czujemy, jak młodość wraca na chwilę – nie ta z indeksami, tylko ta z głodem dotyku i z pragnieniem, żeby dzień był dłuższy niż doba.

Aż wreszcie Achtopol.

Miasteczko senne za dnia, po zmroku wstaje z ławki. Na placu gra orkiestra. Marmur placu pamięta upał i oddaje go stopom tańczących. Siadamy przy stoliku – „pliska” miękko rozwiązuje język. Dzieci krążą, śmieją się, starsi kiwają w takt, młodzi trzymają się za nadgarstki. Jurek wypatrzył ją pierwszy – opalona, prosty profil, usta, które łatwo przechodzą w śmiech. Zerkamy obaj, wstydząc się naszej chłopięcości. Jurek prosi do tańca. Wrócili – przedstawia. Ma na imię Monika, ale brzmi to inaczej: Monika, miękko, bułgarsko.

Tańczę z nią. Przylega lekko, bez pośpiechu. W pół obrotu czuję, że ten wieczór zna drogę. Jurek patrzy – przyjaźń to czasem wąska ścieżka. Umawiamy się wzrokiem: moja kolej.

— Pojedziemy nad zatokę? — pytam.

— Да. — Uśmiech.

Idziemy do auta. I wtedy pojawia się milicjant. Mundur w cieple nocy, głos twardy, spojrzenie nauczone. Monika tłumaczy: pracuje w Sofii, ma wczasy. Nie wolno kontaktować się z cudzoziemcami. Ja śmieję się z bezsilności – to przecież absurd! Mówię po polsku, po rosyjsku, że jestem wolnym człowiekiem w wolnym kraju, że idziemy tylko popatrzeć na wodę.

— Wsiadajcie i odjeżdżajcie — powtarza.

— W takim razie pójdę z panią pieszo — mówię z młodzieńczą patetycznością, której w moim wieku już nie wypada.

Dłoń milicjanta zatrzymuje mnie za przedramię. Nie siłuje się. Trzyma. Patrzy prosto.

— Jedźcie. Proszę.

W jego „proszę” słyszę i rozkaz, i ludzką prośbę. Monika odchodzi parę kroków, odwraca się. Daje mi szybko skrawek kartki, ledwie dotyka moich palców. Litery miękkie: „Achtopol, jutro, o świcie. Plaża obok skał”.

Nie śpimy prawie wcale. Nad ranem idę sam. Powietrze jest jeszcze srebrne, woda szeleści jak sukienka. Monika siedzi na kamieniu, boso, z włosami związanymi chustką. Siadamy obok, bez słów. Mówi, że w Sofii pracuje w urzędzie, że kocha morze, że najbardziej lubi moment, gdy słońce dotyka linii wody, ten pierwszy i ten ostatni. Ja mówię jej o Pirenejach, o Ardèche, o moich dzieciach. O tym, że człowiek może być dobrym ojcem i złym mężem – i odwrotnie.

Słońce wychodzi. Plaża jeszcze pusta. Podaję jej rękę, wstaje. Idziemy płytko, aż po kolana. Woda jest chłodna, ale pod spodem czuję ciepło ziemi. Monika śmieje się, kropelki na jej ramionach drżą w świetle.

przychodzi ranek jak ciepły dźwięk
wypukły jak owoc w dłoni
i my – przez chwilę bez czasu –
zdejmujemy z ciszy zbędne słowa

Znów siada na kamieniu. Dotyk jest naturalny jak oddech. Ramiona, kark, dłonie – nic więcej, a wszystko. Jej policzek ociera się o moje ramię, jakby sprawdzał, czy jestem prawdziwy.

— Пази се — szepcze. Uważaj.

— Ще внимавам. — Postaram się.

Nie umawiamy się na kolejny raz. W południe widzę ją jeszcze raz w miasteczku – idzie z przyjaciółką, macha dyskretnie, śmieje się do kogoś po drugiej stronie ulicy. I tyle. Wystarczy.

Wieczorem znowu plac. Teraz już wiemy, że słońce Bułgarii potrafi dawać i odbierać w tej samej dobie. Tańczymy z Zosią, śmiejemy się ze Stefanem, który próbuje grać na wyimaginowanym saksofonie, i z Jurkiem, który dopytuje szeptem „i co?”. Odpowiadam mu jednym słowem: „Było”. I to słowo znaczy wszystko: i bliskość, i powściągliwość, i to, że człowiek dorosły też ma prawo do odrobiny południa w żyłach.

Następne dni płyną jak ciepła herbata z cytryną. Pływamy do boi i z powrotem. Jemy smażone rybki, palce pachną solą. Zosia targuje się o obrus, Stefan uczy miejscowego chłopaka gwizdać na dwóch palcach, Jurek nauczył się mówić „благодаря” i używa tego jak zaklęcia. Wieczorami na skałkach siadamy we czterech i robimy rachunek dnia: czy było prosto, czy uczciwie, czy pięknie. Przeważnie – było.

W drodze powrotnej, gdy granica już za nami, w radiu gra jakaś polska piosenka o powrotach. Zatrzymuję samochód na poboczu, bo w głowie układa mi się nieporadny wiersz:

słońce nauczyło mnie
wkładać dzień przez głowę jak koszulę
i nie drzeć z zazdrości o guzik
który się nie dopiął

morze nauczyło mnie
oddychać równiej
kiedy obok jest czyjaś dłoń

a noc przy granicy
że nawet mundur
czasem prosi

W Katowicach zapach schodów jest ten sam, tylko we mnie wszystko inaczej ułożone. Babcia Ola pyta, czy jadłem. Odpowiadam, że jadłem. Ale to nie jest cała prawda. Najadłem się słońca, rozmów, bliskości. I uspokoiłem.

Nie wiem jeszcze, jak się potoczy reszta. Wiem tylko, że człowiek dorosły też ma prawo do wakacji, w których młodość wraca nie po to, by udawać osiemnaście lat, tylko po to, by przypomnieć, jak się żyje – pełnym oddechem, na słońcu, z czyjąś dłońą na przedramieniu. I że czasem wystarczy jeden świt na plaży, żeby zrobić miejsce na resztę dnia.

Inwestprojekt

Do „Separatora” już mnie nie przyjęli — „proszę wrócić za rok”. Paszport oddany, pięć lat tylko „Demokracje Ludowe”. Z windą w górę: na ostatnich piętrach mój ratunek — Inwestprojekt. Bałem się pracy i mieszkania w jednym domu, a jednak przyjęli: starszy asystent, deska wolna, na krawędzi wciąż moje francuskie słówka. Wtopiłem się szybko. Pokoje po dawnych mieszkaniach, beztroska młodych kreślarek, przedświąteczny gwar. Po hutniczych kratownicach — bloki mieszkalne: niby prosto, tylko szkody górnicze kazały myśleć o fundamentach.

Słuchałem opowieści, czy chciałem czy nie. Po miesiącach wiedziałem „kto z kim, kiedy i gdzie”, choć milczałem, bliżej mi było do surowszej, małżeńskiej Kasi. Tymczasem w domu — żona dbała o reputację i znajomości: „Przyszedł do mnie twój kolega, pan Jerzy. Zaproś go kiedyś”.

Imieniny Jurków i Wojtków były tu świętem: bristole na stołach, taśma produkcyjna kanapek, żytnia bez popitki, okna na oścież, windą nie dało się zjechać. Gdy wyczerpały się półlitrówki, „ściepka”, marynarz o to, kto pobiegnie.

Wieczorem zaciągnąłem dwóch Jurków do nas. Irena skrzywiła się — do chwili, aż z dzwonkiem stanął „pan Jerzy” z Aliną. Uśmiech anioła wrócił, dzieci do łóżek, peweksowska wyborowa na stół. Jerzy poprosił moją żonę do tańca — przytulał ją coraz śmielej, a ona demonstrowała niezależność, jakby nie było mnie w pokoju. Alina, rumieniąc się, wyciągnęła mnie na parkiet. Była dziewczęca i zaskakująco kobieca. Zbyt blisko — Irena ściągnęła mnie w korytarz:

— Szargasz moją reputację.
— Twoje pląsy są „pestką”?
— Ja wiem, co robię. Jerzy jest kierownikiem.
— Zdążyłaś już wypić z nim brudzia?
— Zaraz wypiję. A ty pożałujesz, jeśli dotkniesz tej dziwki.

Wróciła z uśmiechem i wzniosła kieliszek „na bruderszaft”. Nie zazdrość, lecz nienawiść ścisnęła mi gardło. W środku usłyszałem: „Dłużej z nią nie wytrzymam”.

Wkrótce teściowa przywiozła „pomoc domową z Podhala”. Przedszkole nadal „nie wchodziło w grę”, kuchnia też nie dla lekarki z dwoma etatami. Zgodziłbym się nawet zrezygnować z pracy i zająć domem — pod warunkiem, że całe towarzystwo się wynosi. Odrzucono.

Mieliśmy wszystko, co według katalogu starczy do szczęścia: młodość, zdrowie, troje dzieci, mieszkanie, auto, posady. Całość przekreślała nienawiść — taka, co prowadzi prosto do tragedii.

Nad ranem, gdy mleczarz stawiał butelki, wiedziałem już, że wychodzę na zawsze. Została cisza nad łóżkami dzieci.

niosąc bolesne męstwo deptane przez lata
w tej zagiętej przestrzeni tętniącego życia
kochałem bez zwycięstw — nawet tych pyrrusowych —
i płakałem cicho obok

niewinnej serdeczności snu dziecinnych głów
bezsilność gładziła je pamięcią wczoraj
a gdy w samotny ranek, bez cienia nadziei,
ciszę zostawiałem — drzwi się domknęły.

Spowiedź

Dziesiątki świec miękko rysowały włos na nowym dywanie. Pokój udawał buduar z „Baśni tysiąca i jednej nocy”: „Waterloo” z najnowszej płyty ABBY, gruziński koniak, nadto francuskich perfum. W kręgu przyćmionego światła tańczyła Irenka — boso, lekko, z frywolną odwagą kostiumu. Taniec gęstniał, aż w finałowym zrywie opadła na dywan jak aktorka domagająca się braw. Uśmiechałem się sztywno. Obok siedział znajomy lekarz; od miesięcy „uczył się z nią do specjalizacji”. Jak się okaże, konsultantów miała więcej.

Kiedy „kolega” wyszedł, Irenka powtórzyła numer, jeszcze śmielej, a potem — już tylko my i miękkość runa. Spektakl był niezapomniany, lecz nie dorównał legendzie kobiety czekającej rok na męża.

Moje rachuby, że samotny rok złagodzi jej twardy charakter, prysły bez śladu. W wyobraźni słyszałem: „Jak mogłam być taka? Bez ciebie tak ciężko…”. Rzeczywistość roześmiała mi się w twarz.

Krąg znajomych pęczniał. Zakonnice współczuły „samotnej matce z trójką dzieci” i pomagały. Pojawił się też Wacek z Krakowa: — „W tym trudnym czasie niezastąpiony przy dzieciach” — mówiła. Chrzestny Michała bywał częściej. Starałem się nie okazywać wdzięczności przesadnie. Nie zawsze się dało.

Pewnego wieczoru, po paru kieliszkach, wiozłem do domu jej szefa. Wsiadając roześmiał się, wskazując na cepeliowskiego krakowiaczka, którego Irena powiesiła mi na lusterku.

— Ale numer! Jeszcze jeden krakowiaczek!

Szarpnąłem; laleczka wyleciała przez okno.

— Co się wyżywasz na kukle? — mruknął. — Nie na niej powinieneś.

— A ty skąd znasz Wacka?

— Bywał. Irena z wdzięcznością przyjmowała uprzejmości.

W pierwszy weekend po moim powrocie pojechaliśmy do Nysy. Rodzice przyjęli nas ciepło, jakby nic się nie stało. Dzieci wybiegły do ogrodu. Irenka, trochę zażenowana, wspomniała ogólnikowo o „zjazdach gimnazjalnych”, w których musiała uczestniczyć. Najlepszą obroną jest atak.

Po obiedzie zwróciła się oficjalnie do moich rodziców:

— Nasze małżeństwo miało trudne lata. Ja wypełniałam obowiązki matki i żony. Uważam, że Andrzej, wolny przez rok od spraw domowych, przemyślał swoje postępowanie. Wierzę, że docenił moje poświęcenie — i mnie jako kobietę. Proszę więc, byście wpłynęli na niego: niech pójdzie do spowiedzi i razem przystąpimy do Komunii. Niech Bóg nam pomoże zacząć szczęśliwe życie i dobrze wychować dzieci.

Poprawiła biust z dyskretną emfazą. Na twarzy mamy rozlało się upojone zadowolenie, ojciec westchnął z aprobatą. Ja milczałem.

Pieniądze topniały w oczach. Cło za samochód, komplet swarzędzkich mebli — i już mniej. Reszta rozchodziła się na ciuchy i drobiazgi, jak piórka z rozprutej poduszki. Do enerdowskiej wersalki i „Duetu” stereo dołożyłem z zaskórniaka. A wraz z ostatnim dolarem stopniała też moja pozycja rodzinna — wróciła tam, skąd wyruszyła.

Powrót

Jeszcze nie ochłonąłem po wakacyjnych wrażeniach, ledwo odebrałem samochód z przeglądu, a już musiałem ruszać dalej. Firma wysyłała majstra i mnie w delegację. Nie narzekałem — przeciwnie: Alpy to była pokusa. Wcześniej z Tadeuszem skoczyliśmy na jeden dzień do Grenoble i Chamrousse, ale cóż można zobaczyć w tak krótkim czasie?

W La Clusaz, miasteczku na tysiącu metrów, trzeba było usunąć usterki w świeżo oddanym osiedlu domków. Robota prosta, nadzór luźny, więc tempo pracy — wiadomo. Żeby oszczędzić na dietach, sypiałem w miejscach pracy: co noc inna, pachnąca nowością willa, wszystkie wygody do dyspozycji. Zawsze miałem przy sobie małe radyjko — tranzystorek Philipsa z Singapuru, pierwszy zakup w Géant Casino. Przy tym chrapliwym głośniczku snułem plany wypadu w serce Alp. Do Chamonix było raptem pięćdziesiąt kilometrów.

Sobotnie popołudnie nie wróżyło pogody. Mżawka, widoczność marna, kilometry wlokły się. Już miałem zawrócić, gdy nagle zza kurtyny chmur wysunął się biały kolos. Tylko wycinek, a jednak ogrom lodu oniemiał. Nie było wyjścia — musiałem zobaczyć z bliska ten najwyższy, „oswoić” go wzrokiem.

Prognoza na niedzielę brzmiała dobrze. Postanowiłem zostać na noc w Chamonix. Dwadzieścia osiem franków za pokój w hotelu „Le Stade” w centrum — do przełknięcia. Zamiast szukać taniej kwatery, poszedłem obejrzeć okolice. Kusił tunel pod Mont Blanc, wciąż atrakcja. Gdyby nie brak włoskiej wizy, przejechałbym tam i z powrotem te jedenaście i pół kilometra, choćby dla samej idei. Zadowoliłem się wjazdem, a w dyspozytorni podglądałem trasę na ścianie monitorów.

Rano byłem u dolnej stacji kolejki. Dzień zapowiadał się bajecznie. Po raz pierwszy miałem stanąć tak wysoko. Zaopatrzony w Kodaki, obwieszony aparatami, wsiadłem do wagonika.

Zaduma i wolny czas — to zwykle mój rytm w górach. Na Aiguille du Midi trzeba było o tym zapomnieć: tłum turystów nieprzerwanie przewalał się przez tarasy. Wjeżdżali, pstrykali, marzli w letnich sukienkach i na szpilkach, po czym uciekali w dół. Nie było gdzie rozstawić statywu, nie było jak nacieszyć oczu. Zazdrościłem garstce alpinistów w rakach i z linami — oni mogli odciąć się od jarmarku.

Sam szczyt Mont Blanc… trochę mnie rozczarował. Łagodna, śnieżna kopuła wyglądała dostępnie, niemal przytulnie. Grozy i tajemnicy więcej było po drodze: w pionach skał, w dramatycznych bruzdach lodowców. Lina kolejki na stronę włoską nikła w lazurze, rysując na tle śniegu ostry znak zapytania. Po dwóch godzinach na wietrze i słońcu skóra paliła. Zjechałem. Myśl o poniedziałkowej robocie nie miała nic wspólnego z pięcioma tysiącami metrów.

Na początku tygodnia zjechał szef. Był zadowolony, zaprosił na kolację. Po Chamonix czułem się niewyraźnie, chyba łapała mnie gorączka. Zamówiłem małą wódkę. Kiedy wychyliłem kieliszek, towarzystwo oniemiało.

— Czysty alkohol, tak… bez mrugnięcia?
— A co w tym dziwnego — parę milionów Polaków ma codzienny trening, i to nie w tak śmiesznych dawkach.
— Mówią „pijany jak Polak” nie bez powodu.
— Panowie, wy nie wiecie, co to znaczy pić.
— To pokaż.
— Stawiacie? Dobra.

Kelner przyniósł pięć kieliszków. Załatwiłem je po kolei, bez przerwy.

— A teraz — rzekłem — jeśli nie spadnę pod stół, każdy z was bierze głębszy.

Skończyło się na tym, że „kacze łby” rosły w oczach. Współczułem jutrzejszego kaca, ale satysfakcja była szczera: już będą wiedzieć, co w tym powiedzeniu jest prawdą.

Z czasem rozbawione miny zrobiły się żenujące. Zadzwonię do Polski — pomyślałem. Zamówienie rozmowy okazało się egzotyką dla właściciela lokalu. Centrale w końcu połączyły. Usłyszałem polski głos, a potem… zaspana Irena.

— Andrzej? To ty? Co się stało?
— Nic. Chciałem cię usłyszeć.
— Kiedy przyjedziesz?
— Za dwa miesiące, jak pisałem.
— Ja nie wytrzymam. Przyjedź. Teraz.
— Przestań…
— Szaleję z tęsknoty. Wskakuj do auta. Zdążysz na urodziny Michała.
— Raz kozie śmierć. Dobra.
— Czekam!

Zapłaciłem rachunek. Na benzynę zabrakło. Szef pożyczył pięćdziesiąt franków — oddam w biurze przy formalnościach. Wyszedłem jak stałem. Pan E. nie krył wściekłości. Prośba, groźba, gorzkie słowa o odpowiedzialności. Nie zatrzymał mnie. Na koniec życzyłem mu — niegrzecznie — żeby znalazł kiedyś tak „złego” pracownika jak ja.

W banku wybrałem oszczędności, część wymieniłem na dolary. Niepewnie czułem się z taką gotówką. Spakowałem wszystko i ruszyłem. Matka Zbyszka uśmiechnęła się na odchodne:

— Myślałam, że powtórzy się historia znajomego, co miał wrócić dopiero, jak naprawi stół. No i od lat go „naprawia”.

19 września 1975, godz. 18.30 (pieczątka w paszporcie) — przekraczam granicę we Strasburgu. We Frankfurcie nie ma wolnych miejsc. O czwartej rano jestem na granicy NRD. Mgła pod Eisenach, gubię orientację, zasypiam na pasie zieleni między jezdniami. Budzi mnie patrol. Dziesięć marek mandatu za „postój nieprawidłowy”.

Pod Erfurtem dopada mnie myśl: nie mam prezentów dla dzieci. W banku bez kłopotu wymieniam dolary, wpadam do domu towarowego. Domek dla lalek, lalka z zamykanymi oczami, samochód na kabel, wyrzutnia z rakietami, drobiazgi… Sto franków i mam pełen bagażnik szczęścia.

W Zgorzelcu jestem przed szesnastą. Wydaje się, że wieczorem będę w Katowicach. Odprawa jednak ciągnie się bez końca. Oddaję enerdowskie tablice, zakładam z powrotem francuskie. Polscy celnicy biją rekordy skrupulatności. Dokumenty — wiadomo. Pieniądze — też. Potem wywalam z auta wszystko, nawet koło zapasowe, wjeżdżam na wagę. Grzebią w każdej drobnostce. Szukają pornografii, ale z uporem słuchają też moich taśm. Slajdy oglądają z komentarzem — moim. Czas płynie, a ja się nie denerwuję. Jestem wśród swoich. Tylko właściciel garbusa, wiozący kilka rolek tapety z NRF-u, postanawia wygłosić mowę. Płaci cło proporcjonalne do retoryki.

Mnie podobna przyjemność omija. Miła celniczka szepcze, że koleżanka znajdzie mi nocleg. Nie odmawia się takiej łaski. Zgoda, zielone światło. Chcę jak najszybciej stąd wyjechać, więc wrzucam graty byle jak. Koleżanka ma wskazać drogę. Nieśmiało pyta:

— Czy mogę wsiąść?

Po krótkim przemeblowaniu robię miejsce na przedniej kanapie. Musi wysoko podciągnąć służbową spódnicę. Siada blisko. Jej obecność podnieca bardziej niż wszystkie francuskie witryny. Delikatnie dotykam kolan — odkłada mi rękę na kierownicę.

W garażu dwa razy sprawdzam zamki. W pokoju tylko marzę o łóżku. Zastanawiam się, gdzie schować marynarkę z pieniędzmi — pukanie.

— Na pewno ma pan ochotę na coś gorącego przed snem.

Już przebrana. Za szklanką herbaty falują piersi pod lekką bluzką.

— Przypuszczam, że dosłodziłam — uśmiecha się.
— Jest coś ważniejszego.
— Słucham.
— Podejdzie pani bliżej?
— Jak blisko?
— Jest pani bardzo, bardzo…
— Moi rodzice tylko wynajmują pokoje.
— Chciałbym panią pocałować.
— Nie brak panu tupetu.
— Brak mi miłości.
— Po powrocie z Francji…? Dobranoc, panu.

  •  

gdy rękę wyciągnąłem — zatrzymał ją półcień,
futryna oddychała ciszą wstrzymaną,
świat chwiał się jak łóżko, noc pachniała skórą,
a zza ścian napływał senny sygnał miasta.

przez okno wsunęło się rześkie powietrze,
zapach namiętny wypełnił pokój,
głowę oplótł mi splot kobiecych ramion —
i nagle rozwarły się obłoki.*

Koła forda dudniły równo po stykach betonowych płyt starej autostrady. Błękitne niebo witało ostatni dzień lata, żółte ścierniska koiły wzrok. Wracałem po roku, a czułem, jakbym wyjechał wczoraj. Wszystko swojskie, bliskie. Los się uśmiechał pełną gębą. Czy naprawdę trzeba było samochodu i paru tysięcy dolarów, żeby tak to poczuć?

Przed Wrocławiem długo i powoli wyprzedzała mnie nowa łada. Pasażerka — roześmiana — machała, żebym się zatrzymał. Nikt obcy tak na drodze nie prosi. Zjechałem. Kobieta przybiegła i pozdrowiła po francusku. Nie pamiętałem jej twarzy. Pytanie rozwiało wątpliwości:

— Ma pan może franki albo dolary do sprzedania?

Podała „dobry kurs” — o połowę niższy niż w Pewexie. Nie targowałem się. Zdziwiła się:

— W banku dostanie pan jeszcze mniej.

  •  

Włosy Ireny, starannie ułożone na lewym ramieniu, zapowiadały uroczystość. Trójka dzieci w odświętnych strojach — jak nuty ustawione wiekiem. Za kuchennymi drzwiami, również „według porządku”, czatowali: babcia Włodzia, teść z teściową i wujek Bolek. Kryształowe kieliszki zadrżały od szampana. Nowy sweterek pięknie opinał pierś mojej żony. Pękło gromkie: — Za szczęśliwy powrót oczekiwanego ojca i męża!

Zanim „część artystyczna”, było zwiedzanie lśniącego mieszkania. I przystanek na nowym dywanie.

— Niełatwo bez męskiego ramienia — stwierdziła, ścinając chichot Juli spojrzeniem matki. — Ale i ja umiem, nie szczędząc wyrzeczeń, kupić nam ten wspaniały dywan.

Chłód tego zdania zgrzytnął jak klucz w zamku. Listy, telefon — ciepłe, gorące — a tu przypomnienie hierarchii. Stałem nonszalancko, w wysłużonej marynarce i dżinsach, pośród rodziny w peweksowych „galach”. Pękały mi od słońca usta po Mont Blanc — lecz prawdziwy ból przyniosło rozczarowanie.

Teściowa wniosła tort orzechowy w czekoladzie. Teść, Robert, zapalił sześć świeczek, równiutko, co do kąta. Michał, podtrzymywany przez Bolka, zdmuchnął je jak bohater. Babcia Włodzia perorowała o sukcesach zawodowych Ireny. Gdy próbowałem opowiedzieć o Francji, rozmowa natychmiast skręcała w „ważniejsze” tematy: dyżury, ordynator, porady.

Najodważniej, choć z dystansem, patrzył na mnie Michał. Po „Sto lat” wskoczył na kolana:

— Czy Indianin przyjechał?

Zszedłem z nim do forda. Dopiero tam objął mnie mocno i gorąco pocałował. Jego wojownik czuwał całą drogę pod szybą. Potem zasypał mnie pytaniami, po czym „prowadził” z pasją: wargi drżały mu jak motor, a klaksonowa fanfara rozdziawiła mu usta na długo.

Wróciliśmy z prezentami. Jula zatonęła w domku dla lalek. Klaudia kurczowo trzymała się spódnicy prababci. Patrzyła na mnie ukradkiem, niespokojnie. Gdy usiadłem na wersalce i objąłem Irenę, podbiegła, prawie z płaczem:

— Mamo… a kiedy ten pan pójdzie do swojego domu?

Przez Pireneje

Ukoronowaniem mojego francuskiego rozdziału miał być urlop — długa, samotna wędrówka po południu, przez góry i wspomnienia.
Plan miałem rozrysowany na mapach, w głowie i w sercu. Zbyszek wyjechał z rodziną nad morze, zostawiając mi swoje mieszkanie – luksus, którego nie potrzebowałem, ale który koił ciszą. Tam czekałem na rodziców.

Ich listy pachniały niepokojem — słowa, które miały mówić o zdrowiu i dzieciach, szeptały o Irenie.
„Nie wszystko jest w porządku.”
Nie pytałem o więcej, choć czułem, że wiatr wieje z tej samej strony, z której zawsze — z Nysy, od teściowej.
Marzyłem o wakacjach z rodziną.
Marzenie umarło w suchym zdaniu: „nie załatwiłam paszportu.”
Nie uwierzyłem. Irena zawsze wszystko „załatwiała”.

Pogodziłem się, że pojadę sam.
Ale nie z tym, że przepadła szansa życia — ta jedna, żeby zostać, zostać naprawdę.
We Francji. Na Zachodzie. Po tej stronie świata, gdzie ulice pachną chlebem, a nie kolejką po mięso.


Z Tadeuszem pojechaliśmy pod Vichy. Ford warczał jak rozjuszony lew — pękła rura wydechowa.
Policjant tylko machnął ręką, jakby ten hałas znał z własnego podwórka.
U kolegi Tadzia, Pierre’a, czekała na nas Sylvie — zbyt piękna, by była szczęśliwa.

Gdy leżałem pod samochodem, zobaczyłem ją najpierw po dźwięku — stuk obcasów, lekko, pewnie, kobieco.
Zobaczyłem też więcej, niż powinienem.
Ziemia pachniała smarem, powietrze — skórą i grzechem.
Kiedy wydałem z siebie to niekontrolowane westchnienie, zajrzała pod auto.
Nie wiem, co zobaczyła.
Ale ja wiedziałem już wszystko.

Wieczorem tańczyła lekko, jakby to nie jej nogi paliły się w mojej pamięci.
A potem ogień pojawił się naprawdę.
Płonął sąsiedzki spichlerz — czerwone języki ognia sięgały nieba, a ludzie biegli z wiadrami jak w jakimś pradawnym rytuale.
Iskry fruwały jak złote owady.
Ktoś krzyczał o krowach, ktoś o koniach.
Ja patrzyłem w ogień, czując, jak Sylvie dotyka mojego ramienia.
Jej palce były zimne, dym pachniał woskiem i sianem, a noc — jak koniec świata.


Rodzice przywieźli zapach domu i kolejną porcję troski.
Irenka przysłała figurkę krakowiaka – plastikowy uśmiech zawisł mi na lusterku obok indiańskiego wojownika od Michała.
Dziwny duet strażników: polska cepelia i amerykański totem.

Mama krążyła wokół tematu jak kot wokół miski z gorącym mlekiem.
W końcu powiedziała:
— Może byś został tu, synku.
A potem padły słowa, których nie chciałem usłyszeć. O Nysie, o nocnych gościach, o „koleżankach lekarzach”.
Powiedziała, że Jula coś widziała, że ludzie mówią.
Nie wierzyłem.
A może wierzyłem, tylko nie chciałem przyznać?
Bo przecież jeśli ja mogłem…

Nie, musiałem ją bronić.
W imię tej dziwnej symetrii win.
W imię sprawiedliwości, której nikt już nie potrzebował.


Pireneje.
Ich linia wyrosła przede mną jak sen — poszarpana, wyniosła, obca i bliska zarazem.
Na Tour Madelok wszedłem lekko, jakby ktoś zdjął mi z pleców wszystko, co dotąd dźwigałem.
Z góry morze było jak płynne szkło, a powietrze pachniało ziołami i samotnością.
Na horyzoncie, za szczytami, majaczyła Hiszpania.
Zatrzymałem się przed szlabanem.
„Jeszcze nie teraz.”

Wieczorem rozbiłem namiot pod Canigou.
Obudził mnie klakson — kierowca żółtego 2CV wymachiwał rękami.
Zatarasowałem mu drogę, w środku gór, gdzie drogi nie powinno być.
Dobre miejsce. Dobre przebudzenie.

Ford wspinał się jak kozica.
Rura naprawiona, silnik rzęził, ale żył.
Na przełęczy zyskał nową sylwetkę – sportową.
Zamiast zmartwienia poczułem dumę: też się obniżyłem, też coś straciłem po drodze.


Świat, który widziałem, był zbyt piękny, by uwierzyć, że istnieje naprawdę.
Belvédère 2000, Font-Romeu, Odeillo — nazwy jak wersy z poezji.
Każdy zakręt, każdy wodospad, każdy głos z magnetofonu był dowodem, że jeszcze potrafię się dziwić.
Wieczorem, nad Lac des Bouillouses, zapisałem jedno zdanie:
„Można by zostać tutaj na zawsze. Ale przecież nigdy nie zostaję.”

Pireneje, jak kobieta, kusiły i odpychały zarazem.
Zielone zbocza przy Andorze, błękitne jeziora, górskie drogi, które znikały we mgle.
Tam poczułem ciężar samotności — nie tej chwilowej, ale tej, co zostaje pod skórą.


W Lourdes, po całej ekstazie gór, znalazłem się w świecie innego rodzaju cudu.
Na ulicach sprzedawano różańce, w grocie — milczenie.
Stałem w tłumie.
Ludzie modlili się z taką intensywnością, że czułem ich wiarę na własnej skórze jak gorączkę.
Patrzyłem na kule inwalidzkie zawieszone na skale.
Na dziewczynę bez nogi, na chłopca z łzami w oczach, na kobiety ściskające w ramionach sparaliżowane dzieci.
Zrozumiałem, że to nie cud jest największy, ale nadzieja.
Cud to tylko forma, w jakiej nadzieja się objawia.

Podszedłem do kranu, z którego lała się święta woda.
Nie miałem żadnej intencji, żadnego planu.
Umyłem tylko ręce.
I pomyślałem, że może to właśnie był mój cud.

« Ältere Beiträge

© 2026 Wojciech Rosyk

Theme von Anders NorénHoch ↑