Kategorie: powieść (Seite 1 von 6)

Skok w przód – wakacje w Chorwacji Kornati

Otworzyłem maila. Wytwórca plastikowych okien dziękował za zdjęcie. Poznaliśmy się na wycieczce po Parku Narodowym Kornati podczas naszych wakacji w Chorwacji, tam gdzie błękit morza potrafi człowiekowi otworzyć serce szerzej niż niejedna książka. On, żona, dzieci i ten nowiutki aparat, który od pierwszego dnia postanowił żyć własnym życiem. Monitor nawet nie drgnął, więc Daniel cyknął mu serię ujęć przy skoku do wody. „Wyślij pan najlepsze” — powiedział facet i wcisnął mi wizytówkę.

W tamtej chwili jeszcze montowałem Kiwińskim kronikę rodzinną: syzyf na etacie — lata kaset, esencja wspomnień, renderowanie na płyty. Za oknem październikowa szarówka, więc list od „okiennika” otworzył we mnie okno wprost na lato.

Ten dzień na Kornatach, w samym środku naszych wakacji w Chorwacji, był jak sprytnie zmontowany trailer wakacji. Kapitan przy wysepce zrobił krótką pauzę na kąpiel. Pierwsi śmiałkowie — chlup, chlup; oklaski. Skoczył nasz nowy znajomy z synem, skoczył Daniel. Trzeba było skoczyć i mnie — w końcu honor ojcowski zobowiązuje. Wpadłem do wody jak bomba głębinowa, eksplozja bąbelków, uśmiech od ucha do ucha… i nagle statek zaczął się oddalać. Od brzegu kilometr z okładem, od statku coraz więcej błękitu. Daniel spojrzał na mnie wzrokiem, w którym mieszały się miłość syna i pytanie: „Serio, tato?”. On lubił nura, ja lubiłem „coś udowodnić”, więc razem, w miłym towarzystwie kilkunastu zdeterminowanych turystów, poszliśmy w kraul. Kapitan pomachał nam palcem w stylu „ho-ho, dzielni panowie” i wpuścił z powrotem na pokład.

Te wakacje były pod wieloma względami inne. Pierwszy raz od wieków znów pod namiotem. „Brykę” — naszą ukochaną budkę na kołach — sprzedałem. Coraz częściej stawała w roli obrażonej księżniczki: psuła się wtedy, kiedy akurat nie powinna. Zysków sentymentalnych było mnóstwo, strat czasowych jeszcze więcej. Wystawiłem ogłoszenie, po dwóch tygodniach przyjechał kupiec z byłej NRD. Diesel zamruczał, a mnie w gardle zaschło — tyle wspólnych kilometrów, tyle poranków w drodze, tyle gór na horyzoncie. Siedem lat — mignęło jak jedna długa niedziela.

Pierwotny plan: wyspa Krk, Baska. Rzeczywistość: pełno. Duży kemping — drogo jak w bajce o złotej rybce. Noc w aucie i skok w bok: Vodice, niedaleko Szybenika. Dziewczyny codziennie wybierały się na plażę, a ja z Danielem dożynaliśmy rowery na kamienistych ścieżkach. Powietrze pachniało szałwią, szum morza mieszał się z cykadami, a lód w plastikowych kubkach brzęczał jak małe fanfary do zwykłego szczęścia.

Daniel odliczał dni do końca sierpnia. Nie znał jeszcze wyników pierwszorocznych egzaminów w FH Augsburg. Mała kawiarenka internetowa, przyklejona do pizzerii nad wodą, okazała się centrum dowodzenia. Wpisał kod, zawahał się sekundę, kliknął — i rozhuśtał cały lokal rykiem radości i skokami, po których monitor na sąsiednim stanowisku nabrał szacunku do młodości.

W domu Magdalenka wpadła po pieniądze na miesięczny do Weilheim. Znowu siedemdziesiąt pięć euro — cóż, ostatni rok FOS, potem poleci na własnym paliwie, tak jak Daniel poleciał. Taki projekt rodzina: inwestujesz w skrzydła.

Słońce na chwilę wyjrzało i zatrzymało się na lakierze peugeota. Dbam o staruszka, choć jego młodsi bracia mijają nas w drugim pokoleniu. Z tyłu, na małej elipsie, połyskuje mini-krater: kiedyś było tam PL na niebieskim tle, w gwiazdach. Przyklejałem przed wejściem Polski do Unii — trochę z dumy, trochę na szczęście. Ta mała naklejka bywała rozmowna: od Portugalii po wschodnie granice, na kempingach i parkingach zawsze ktoś kiwał głową z sympatią. W 2005 zerwałem ją w napadzie wściekłości, bardziej jako gest niż rewolucję. Zwykły plastik potrafi mieć ciężar decyzji.

Dziś patrzę na to miejsce inaczej. Wiem już, że „zachodnia demokracja” nie jest marmurem, tylko tynkiem — kruszy się, kiedy partie walczą o przetrwanie, a nie o ludzi. Każdy obiecuje złote mosty, a zwykli ludzie mają jedno marzenie: trochę spokoju. Też je mam. Bez fanfar i sztandarów.

Ale, prawdę mówiąc, spokój znalazłem nie w programach, tylko w praktyce: w drogach, które łączą; w małej kempingowej kuchence, gdzie woda na makaron bulgocze razem z rozmową; w dzieciach, które dorastają i wracają z nowinami; w tym, że można pakować auto i ruszyć nad morze, w góry, do rodziny — bez granic w głowie i na mapie. Tak jak podczas naszych wakacji w Chorwacji na Kornatach, kiedy wszystko sprowadzało się do prostych rzeczy: skoku do wody, rozmowy, drogi.

Nie muszę już nic zrywać ani przyklejać. Wystarczy, że wiem, dokąd jutro chciałbym pojechać — i z kim.

Schongau, 22 października 2007

P.S.
W głowie mam wciąż listę miejsc do odwiedzenia — choć dziś częściej myślą niż kołami. Kornati i tamte wakacje w Chorwacji przypominają mi, że zawsze warto ruszyć, choćby palcem po mapie. Bo dopóki umiem opowiedzieć drogę, a ktoś po drugiej stronie nie chrapie — to jeszcze jadę.
A póki jadę, to jeszcze nie dojechałem.

Otworzyłem maila. Wytwórca plastikowych okien dziękował za zdjęcie. Poznaliśmy się na wycieczce po Parku Narodowym „Kornati” — on, żona, dzieci i ten nowiutki aparat, który od pierwszego dnia postanowił żyć własnym życiem. Monitor nawet nie drgnął, więc Daniel cyknął mu serię ujęć przy skoku do wody. „Wyślij pan najlepsze” — powiedział facet i wcisnął mi wizytówkę.

W tamtej chwili jeszcze montowałem Kiwińskim kronikę rodzinną: syzyf na etacie — lata kaset, esencja wspomnień, renderowanie na płyty. Za oknem październikowa szarówka, więc list od „okiennika” otworzył we mnie okno wprost na lato.

Ten dzień na „Kornatach” był jak sprytnie zmontowany trailer wakacji. Kapitan przy wysepce zrobił krótką pauzę na kąpiel. Pierwsi śmiałkowie — chlup, chlup; oklaski. Skoczył nasz nowy znajomy z synem, skoczył Daniel. Trzeba było skoczyć i mnie — w końcu honor ojcowski zobowiązuje. Wpadłem do wody jak bomba głębinowa, eksplozja bąbelków, uśmiech od ucha do ucha… i nagle statek zaczął się oddalać. Od brzegu kilometr z okładem, od statku coraz więcej błękitu. Daniel spojrzał na mnie wzrokiem, w którym mieszały się miłość syna i pytanie: „Serio, tato?”. On lubił nura, ja lubiłem „coś udowodnić”, więc razem, w miłym towarzystwie kilkunastu zdeterminowanych turystów, poszliśmy w kraul. Kapitan pomachał nam palcem w stylu „ho-ho, dzielni panowie” i wpuścił z powrotem na pokład.

Te wakacje były pod wieloma względami inne. Pierwszy raz od wieków znów pod namiotem. „Brykę” — naszą ukochaną budkę na kołach — sprzedałem. Coraz częściej stawała w roli obrażonej księżniczki: psuła się wtedy, kiedy akurat nie powinna. Zysków sentymentalnych było mnóstwo, strat czasowych jeszcze więcej. Wystawiłem ogłoszenie, po dwóch tygodniach przyjechał kupiec z byłej NRD. Diesel zamruczał, a mnie w gardle zaschło — tyle wspólnych kilometrów, tyle poranków w drodze, tyle gór na horyzoncie. Siedem lat — mignęło jak jedna długa niedziela.

Pierwotny plan: wyspa Krk, Baska. Rzeczywistość: pełno. Duży kemping — drogo jak w bajce o złotej rybce. Noc w aucie i skok w bok: Vodice, niedaleko Szybenika. Dziewczyny codziennie wybierały się na plażę, a ja z Danielem dożynaliśmy rowery na kamienistych ścieżkach. Powietrze pachniało szałwią, szum morza mieszał się z cykadami, a lód w plastikowych kubkach brzęczał jak małe fanfary do zwykłego szczęścia.

Daniel odliczał dni do końca sierpnia. Nie znał jeszcze wyników pierwszorocznych egzaminów w FH Augsburg. Mała kawiarenka internetowa, przyklejona do pizzerii nad wodą, okazała się centrum dowodzenia. Wpisał kod, zawahał się sekundę, kliknął — i rozhuśtał cały lokal rykiem radości i skokami, po których monitor na sąsiednim stanowisku nabrał szacunku do młodości.

W domu Magdalenka wpadła po pieniądze na miesięczny do Weilheim. Znowu siedemdziesiąt pięć euro — cóż, ostatni rok FOS, potem poleci na własnym paliwie, tak jak Daniel poleciał. Taki projekt rodzina: inwestujesz w skrzydła.

Słońce na chwilę wyjrzało i zatrzymało się na lakierze peugeota. Dbam o staruszka, choć jego młodsi bracia mijają nas w drugim pokoleniu. Z tyłu, na małej elipsie, połyskuje mini-krater: kiedyś było tam PL na niebieskim tle, w gwiazdach. Przyklejałem przed wejściem Polski do Unii — trochę z dumy, trochę na szczęście. Ta mała naklejka bywała rozmowna: od Portugalii po wschodnie granice, na kempingach i parkingach zawsze ktoś kiwał głową z sympatią. W 2005 zerwałem ją w napadzie wściekłości, bardziej jako gest niż rewolucję. Zwykły plastik potrafi mieć ciężar decyzji.

Dziś patrzę na to miejsce inaczej. Wiem już, że „zachodnia demokracja” nie jest marmurem, tylko tynkiem — kruszy się, kiedy partie walczą o przetrwanie, a nie o ludzi. Każdy obiecuje złote mosty, a zwykli ludzie mają jedno marzenie: trochę spokoju. Też je mam. Bez fanfar i sztandarów.

Ale, prawdę mówiąc, spokój znalazłem nie w programach, tylko w praktyce: w drogach, które łączą; w małej kempingowej kuchence, gdzie woda na makaron bulgocze razem z rozmową; w dzieciach, które dorastają i wracają z nowinami; w tym, że można pakować auto i ruszyć nad morze, w góry, do rodziny — bez granic w głowie i na mapie. Nie muszę już nic zrywać ani przyklejać. Wystarczy, że wiem, dokąd jutro chciałbym pojechać — i z kim.


Schongau, 22 października 2007

P.S.
W głowie mam wciąż listę miejsc do odwiedzenia — choć dziś częściej myślą niż kołami. „Bryka” odjechała w siną dal (pewnie nadal gubi olej, gdziekolwiek jest), ale zostawiła mi po sobie dobre przyzwyczajenie: że zawsze warto ruszyć, choćby palcem po mapie. Bo dopóki umiem opowiedzieć drogę, a ktoś po drugiej stronie nie chrapie — to jeszcze jadę.
A póki jadę, to jeszcze nie dojechałem.

Mydlana trawa

Telefon dzwonił jak urzędowy wyrzut sumienia. Już widziałem oczami duszy panią z Ausländeramtu, która chce „jeszcze tylko jeden papierek”.

– Mam do sprzedania karton Marlboro.
– Rafał, co ty kombinujesz?
– Dziewczyna przywiozła z Polski. Chce dorobić.
– Wiesz, że palę tylko „okazjonalnie”.
– To wpadnij „okazjonalnie” na kielicha. Połowę taniej.

Rafał był instytucją. Pił – owszem, ale w standardzie XXL. Podrywał – też standard XXL, za to w trybie hurtowym i z KPI na poziomie „zawsze realizowane”. Do błyszczącej Celiki wsiadał niebieskooki, jasnowłosy Aryjczyk o temperamencie Polaka i strategii łowcy talonów na szczęście. Żonę porzucił lata temu i nie zamierzał tego „porzucenia” psuć rozwodem. To niesamowite, jak bardzo „nieuregulowany stan” potrafi podnosić atrakcyjność rynkową.

Działalność charytatywna – prowadzona w duecie z przyrodnim bratem Markiem z Berlina Zachodniego – była majstersztykiem przedsiębiorczości. Model biznesowy: staż adaptacyjny w Berlinie, potem „praktyka” w Bawarii. Dziewczyny z PRL-u, „by real life tested”, uczyły się szybkiej integracji z rynkiem. Najlepsze dostawały trzy miesiące zmywaka w knajpie i ciepłe słowa o wiecznej miłości. Te mniej podatne – znikały z narracji.

U Rafała drzwi otworzyła opalona blondynka w pudrowym dresie, kołysząc drinkiem jak metronom.

– Bożena. Ty – na pewno Andrzej. Rafał mówił, że wpadniesz.

Patrzyłem bezczelnie: twarz zdrowa, oczy jak jasne piwo, makijaż z zielonym akcentem, pod welurem dresu pracowała propaganda bioder. Bożena sama mnie ubiegła: narzeczony, studia, kasa. Staszek – stary druh Rafała, wygląd z folderu „alfons luzem” – dorzucił od siebie:

– Rżnięcia mam dość, ale tę – tu wskazał Tinę Turner na ekranie Sony – to bym od ręki.

Bożena przyniosła karton Marlboro.

– Wspomożesz? Wiem, ile tu kosztują.
– Ile chcesz?
– Dwadzieścia pięć.
– Mam stówę. Masz wydać?
– Pewnie. Chyba że skorzystasz z pełnej oferty…

Nie będę udawał świętego. Marsylia widziała, co potrafi estetyka ulicy. Ale wystarczyło obleśne spojrzenie Staszka i jedno trzeźwe „w domu czeka żona”, by mój wewnętrzny dyrektor programowy powiedział: dziś bez premiery.

Kilka dni później dowiedziałem się, że piękno komplikuje rachunkowość. Bożena godziła się na wiele – poza kantem na kasie. Gdy poczuła, że „opiekunowie” chcą ją wyrolować, uciekła i wylądowała u Kazika – Polaka wychowanego w Bawarii. Ten zadzwonił po policję. Sprawę „polubownie” zamknięto: Bożena odzyskała pieniądze i wróciła do Polski. Rafał się zagotował:

– Jeszcze raz ktoś wsadzi nos w moje sprawy – pożałuje. A temu palantowi Kazikowi nie odzywam się nigdy!

Słowa dotrzymał.


Gdy Rafał miał zakaz prowadzenia (o czym za moment), potrzebował szofera. Płacił dychę za godzinę. Lubiłem jeździć, a Celica z V6 i chowanymi światłami była sponsorowaną terapią antystresową. Przy okazji poznałem „procesy” i „procedury”. Pierwsze przykazanie: po mieszkaniu chodzi się nago. Ostatnie: „Jedna o drugiej ma nic nie wiedzieć – i niech tak zostanie”. Dyskrecja była religią. Korespondencja? Skrytka pocztowa. Telefon? Tylko po kodzie: trzy sygnały, pauza, dwa sygnały, pauza, dopiero za trzecim podnosił słuchawkę.

Raz trafił się wyjątek: zakochany kucharz-p sponsor. Wybranka opowiadała mi pikantne szczegóły z narracją, której nie powstydziłby się segment „18+”.

A zakaz prowadzenia? Pewnego wieczoru w knajpie Rafał zachwycał się cudzym kształtem bardziej niż wypada. Gentlemanowi, który upomniał się o dziewczynę, odpyskował standardowo. Pech chciał, że gentleman miał czarny pas i poczucie misji. Poleciały stoły, krzesła i Rafał. Zanim przyjechała policja, doczołgał się do auta i odjechał. Radiowóz dogonił go pod garażem. Badanie krwi, „dokumenty poproszę” – prawo jazdy zarekwirowane na rok.

W okresie rekonwalescencji (plaster tu, bandaż tam) u Rafała zamieszkała Ewa – ta od wielkiej cierpliwości. Po tygodniu „hospitalizacji domowej” Rafał, w okularach przeciwsłonecznych i z bólem żeber, kazał się wieźć do knajpy „podopiecznej”. Tam – kłopot: syf na ścianach, sanepid grozi zamknięciem. Szukają malarza. Rafał: „Andrzej to zrobi. Dwadzieścia marek za godzinę”. Zgodziłem się – drabina, wałek, nocleg w goszczącym pokoju.

Wieczorem – pukanie. Jadzia z dwiema szklankami soku.

– Napijesz się? A może coś mocniejszego?
– Dzięki, padam.
– Musisz przekonać Rafała, że nie kradnę talerzy. On jest na mnie zły.

Szlafrok miał własny scenariusz, którego nie podpisałem. „Nie pożądaj żony bliźniego” – to nie było przykazanie dla grzecznych chłopców, tylko dla ludzi, którzy nie chcą rano patrzeć sobie w oczy ze słowem „świnia”. Obiecałem rozmowę z Rafałem. Dopiłem sok.

– Dobrej nocy.
– …

W tym niedopowiedzianym „…” było tyle samo wyrzutu, co planu B.

Ewa – kolejny raz – nie zadała mi ani jednego pytania. Wiedziała, że wiem rzeczy, których wiedzieć się nie chce. Jej klasa to było milczenie. Gdy Rafał wyzdrowiał, Ewa wyjechała. Wróciła inna – to później.


Lata mijały, ilość kandydatek ustabilizowała się na poziomie stałej Plancka. Operowałem kwartałami: „Ta z lata poprzedniego?” Przenieśliśmy się z Rafałem o numer wejścia dalej – zażyłość sąsiedzka rosła, biesiady też. On unikał słońca – mówił, że się „nie pigmentuje”, ja dostarczałem opaleniznę.

Pewnego dnia Rafał dał mi kopertę ze zdjęciami. Zaaferowany jak chłopak po pierwszym „tak”.

– Poznałem rakietę! Niesamowita!

Nie miałem ochoty na amatorskie porno, ale on nalegał. Otwieram – a tam seria identycznych kadrów: łóżko z baldachimem, dwoje pod kołdrą, między nimi dziecko. Na twarzy mężczyzny błoga mina nowicjusza. Dopiero po chwili rozpoznałem w rozanielonym ktoś – Rafała.

– Fajne… – wyjąkałem.
– Specjalnie dla ciebie zrobiłem odbitki!

Wyjaśnienie było proste jak miłość: nowa partnerka miała największe atuty w… prawej stopie. Rafał wpuścił ją do Celiki. Do tej pory za kółko siadałem tylko ja. To się nazywało uczucie.

Po dwóch tygodniach Marysia wprowadziła się z córką. Na starcie – festyn, grille, drinki. Ja tymczasem remontowałem naszą „Brykę”: stary camper od rodziców na pożyczkę, korozja jak po wojnie, generalka pod blokiem, na naszym asfaltowym „rosarium”. Spawarka, szlifierka, stalowe profile – wszystko, co budzi sympatię sąsiadów. Mary narzekała: ciasny wjazd, hałas, smród, a w ogóle to „nie ten klimat”. Wynająłem drugi garaż, żeby nie eskalować wybuchów.

Mary przejęła dowodzenie. Kazała mówić na siebie „Mary”. Córka – tylko w majteczkach – biegała po betonie. Alina (roli anioła stróża nie porzuca) szepnęła Rafałowi:

– Kup dziecku kostium, powiedz coś Mary, to nie plaża.

Mary dostała pełną relację i ryknęła do mnie:

– Ta twoja nie będzie mnie uczyć, jak dziecko ubierać!

„Niby nic – a tak się zaczęło”. Mary wyszła za mąż, na ślub nas nie zaprosiła. Zniknęło też źródło blach: Rafał przestał „organizować” odpady z zakładu. Pod kolejne żądanie Mary – „przeprowadzka” – Rafał ugiął się bez słowa.

Mary na początku robiła niezłe wrażenie: mini, konkret, pewna siebie. Grała w szachy – kilka razy dostałem mata. Próbowała wciągnąć mnie do „klubu swoich” – odmówiłem. Potem zdjęła rękawiczki. Zaczęły się awantury, spirala alkoholu. Rafał siedział pod garażem z Macedończykiem Boszką – obaj „szczęśliwi” w małżeństwach. Przeciągnęli prąd na dwór, zrobili całoroczny piknik: stoły, krzesła, baseniki dla nóg, parasole. Od tego dnia rzadko widywałem Rafała trzeźwego. Mary też.

Kiedyś zbudowałem dzieciom mini-sadzawkę z betonu, mostki z lego, łódeczki – bajkowy świat. Rano widzę – płotek rozwalony.

– Po co to zniszczyliście? – pytam.
– Rafał rozciął głowę. Twoja wina – syczy Mary.
– A po co tam wlazł?
– G… ci do tego.

Prawda: to była strefa „toalety polowej”. Dzieci dawno zrezygnowały z zabawy przy garażach.

Tydzień później – karetka, niebieskie światło. Alina wraca roztrzęsiona.

– Maryśce już całkiem odbija! Rafał leżał bez przytomności, polała się krew. A ona nada, że to nasza wina, bo…
– Bo ja wybetonowałem sadzawkę.

Policja spisała, Rafała wezwano. Nam dali spokój. Nocą słyszałem łomot. Rano – zawał estetyczny: sadzawka w drobny mak. Stal zbrojeniowa pęknięta, beton roztrzaskany. Tylko wściekłość potrafi dać taką siłę.

Postanowiłem mówić o nich jak o powietrzu. Milczenie działało jak sól na ślimaka. Zaczęły się wyzwiska malowane po asfalcie. „Arschloch” na bramie. Ignorowałem. Kiedy porysowali Brykę – zadzwoniłem na policję. Rafał kochał auta, Boszko nie był typem „rysaża”. Została Mary. Zygzaki nożem po lakierze i plastikowych oknach – furia podpisana dużą literą M.

O pełnym temperamencie Mary dowiedziałem się od Boszki, dopiero gdy wrócił z urlopu w Jugosławii sparaliżowany po zawale i udarze. Miał dość ciszy. Wyciągnął dłoń, przeprosił za udział w demolce, a potem opowiedział o akcie trzecim: Rafał – pijany – powtarza jedno słowo na „k”, Mary – sierpowy, brak efektu, więc… siekiera z garażu. Gdyby nie refleks Boszki, mielibyśmy nekrolog.

W końcu się wyprowadzili – „dla dobra córki, która idzie do szkoły”. Przed garażami zrobiło się pusto i… nudno. Od czasu do czasu widzieliśmy ich gdzieś w mieście – zawsze w duecie z kłótnią. Znajomi donosili: Mary ma bauera, Rafał chce rozwodu i pije na umór. Gdy spotkałem Rafała po latach – wyglądał jak menel, tylko pachniał.


W Aldi’ku ktoś szepnął „cześć”. Pulchna twarz, podkrążone oczy, łza przecięła policzek.

– Tak się zmieniłam? – wyciągnęła rękę.

Alina była szybciej niż pamięć:

– Witaj, Ewo.

Po chwilce small-talku Ewa zniknęła między regałami, a Alina, już przy kasie, szepnęła:

– Jest u Rafała od pół roku. Wyciągnęła go z delirium. Ale sama jest u kresu.

Nie wierzyłem w happy end. Raczej w czarny pasek na nekrologu. A jednak – Ewa, ta sama, co od lat nic nie pytała, wróciła i znowu robiła rzeczy niemożliwe. Miłość jako terapia szokowa.


Przed V-Marktem zderzyliśmy się znów.

– Wykupujecie cały towar! – zażartował.

Odwracam się – i staje mi czas. Nowy Rafał: dżinsowy garnitur na błysk, baseballówka, na głowie fryzura „jestem kimś innym”.

– Fajny kolor włosów – mrugnęła Alina.
– Dostosowuję się do nowej sytuacji – wypiął pierś.
– A gdzie Ewa?
– Ewa? Teraz mam Niemkę. Młoda wdowa. Mieszkamy niedaleko. Trzeba zrobić spotkanie…

– Znowu się zmienił – westchnęła Alina, kiedy odszedł z tym samym uśmiechem co dawniej. Uśmiechem, który mówił: „Mydlana trawa? Zawsze znajdzie się woda.”

Odlot jubileuszowy

Czerwcowy upał nie zamierzał odpuścić. Dzień z wolna przechodził w noc, a my – w biesiadę pod roziskrzonym niebem. Alkohol na świeżym powietrzu smakuje każdemu; problem zaczyna się dopiero przy powrocie. Z okazji moich sześćdziesiątych urodzin rozwiązaliśmy to elegancko: kto nie zmieścił się w mieszkaniu – spał na zewnątrz. Krysia z Zygmuntem przyturlali pięcioosobowego „Wohnwagena”, młodzi (Michał z Dawidem i nową dziewczyną, Karoliną) zadekowali się w „Bryce”. Julianna miała wpaść. Ireny nie zaprosiłem – więc „coś jej wypadło”.

Asfaltowy pas między garażami od dawna był naszym salonem letnim. Z Rafałem kiedyś wytępiliśmy chaszcze, obłożyliśmy krawędź głazami, on – różany maniak – dosadził krzewów tyle, że powstała ministrefa relaksu, idealna do piwa i rozmów o wszystkim i o niczym. Rafał tak pokochał to miejsce, że swój garaż umeblował jak klub: kanapa, radio, kieliszki. Towarzystwo przewijało się jak w serialu. Stróżka – cichy reżyser – tylko zerkała zza rogu i patrzyła „czy wszystko w normie”. Na urodziny poprosiłem Rafała o zawieszenie repertuaru: scena dziś należy do jubilata.

Wieczór gęstniał od śmiechu i gorąca. Konwenanse topniały równie szybko co kostki lodu. Sandały miażdżyły niedopałki, mieszanka piwa z wodą zraszała asfalt. Wszyscy wchodzili na właściwe obroty – wszyscy, prócz Michała, w którym rósł znajomy, nieprzyjemny błysk. Po wódce unikałem z nim niektórych tematów, zwłaszcza tego o „marnowaniu talentu przez etat”. Mój syn uważał się za artystę fotografa, którego ogranicza jedynie brak kolejnego drogiego obiektywu. Dyskusje kończyły się zwykle w miejscu, gdzie zaczynał się realizm.

Krysia, w roli specjalistki od dobrego PR rodziny, pochwaliła się, że jej córki uczą się polskiego – w Nysie poznały chłopaków, a „szprechać” nie wszędzie się da. Coś mnie podkusiło:

– Dobrze by było, gdyby Dawid też mówił po polsku – rzuciłem do Michała.

Zaiskrzyło natychmiast. Mój błąd: nie dotyka się gołymi rękami przewodów pod napięciem.

– A po co mu to? – huknął. – Wiesz, gdzie ja to mam?

Padło jeszcze kilka zdań o „słowiańskiej zaściankowości”. Potem głupie siłowanie się na rękę. Pozwoliłem się sprowokować – bo w człowieku czasem budzi się zdziecinnienie, zwłaszcza przy ludziach, których się kocha. Michał przyjechał osobno, widać było, że z Karoliną się poróżnili. Humor wrócił po „Rieslingu” i skręcie, ale pretensja o „niezaproszenie Ireny” wisiała nad stołem jak ciężka chmura. Mój syn zawsze był rycerzem w obronie matki.

Goście zaczęli odpływać do posłań. Z Aliną znosiliśmy do mieszkania resztki sałatek i tortów, gdy wpadł Michał:

– Budź dziecko. Jedziemy! – rozkazał Karolinie.

– Po takiej ilości wódki nigdzie nie jedziesz – powiedziałem spokojnie. – Masz przygotowane spanie.

– Nie wtrącaj się, bo ci przyłożę!

Daniel zerwał się z płaczem. Karolina – między młotem a kowadłem – błagała, by mu nie dawać kluczyków. Podszedłem, ręce rozłożyłem bezradnie:

– Dziecko… daj spokój.

– Dziecko?! – i wtedy uderzył. Poleciałem na plecy, okulary odskoczyły, w uszach brzęk szkła.

– Błagaj o przebaczenie, bo cię zatłukę!

Nie byłem bohaterem. Bałem się. Świat przewrócił się nagle do góry nogami – mój syn nade mną, gotowy na wszystko. Wyszeptałem tylko:

– Proszę… przestań.

Zawisł nad płotem, przeskoczył i zniknął w ciemności. Z trudem podniosłem się z asfaltu. Dawid płakał. Alina – pierwsza rola mediatora – uklękła i szukała moich okularów. Karolina trzęsła dłońmi, jakby odpychała niewidzialną falę.

Weszliśmy do mieszkania. Część gości spała. Szykowaliśmy Karolinie posłanie, gdy rozległo się walenie w okiennice. Wyskoczyłem na balkon. Zaspane sylwetki sąsiadów w oknach, trawnik w świetle. Michał ryczał:

– Karolina! Do domu! Kluczyki!

– Karolina z dzieckiem zostaje – odpowiedziałem. – Tu jest bezpiecznie.

Szaleństwo. Rzucił się, próbując wedrzeć na balkon. Spychałem go z gzymsu, bez skutku. Chór sąsiedzki wzmocnił dramaturgię. Maryśka, przyjaciółka Rafała, dopingowała jak na derbach:

– Przywal mu! Przywal!

Rękoma machałem na oślep, sił ubywało.

– Alina, dzwoń na policję!

Krysia i Zygmunt wyskoczyli z przyczepy – wcześniej uciekli tam z komentarzem, że „to nie nasza sprawa” – teraz próbowali mediować „po rodzinie”. Karolina zaczęła straszyć policją, Michał po kolejnym zjeździe z murku odpuścił frontalny szturm. Zygmunt wciąż perswadował.

Kiedy pojawił się Dawid, Krysia zabrała go do przyczepy. I wtedy padła scena jak z taniego melodramatu: mój syn, odprowadzany do auta, głosem złamanym krzyknął:

– On mnie tak bił, jak byłem dzieckiem…

Karolina wsadziła go i Dawida do samochodu. Odjechali. Kilka minut później, na prawie pustej ulicy, zamigotały niebieskie światła. Policjanci zebrali minimum danych, zapytali, czy „pan też pił”, i pojechali dalej. Obiecali wrócić następnego dnia. Zamiast protokołu zostały spojrzenia sąsiadów i moje przeprosiny – głośne, ale z pokorą. Ku mojemu zdziwieniu – zero oburzenia. Raczej zrozumienie i odrobina pocieszającej plebejskości: „No, nie jesteś inny, swój chłop”. Maryśka dodała: „Nie przejmuj się. Z Rafałem mam to co drugi dzień”.

Nazajutrz policja nie wróciła. Przyjechała za to Karolina z ojcem, zebrała torby Michała, sprzęt i rzeczy Dawida. Bez słów. Odjechali.

Zapowiadała się piękna niedziela. Pojechaliśmy w góry nad strumień – tlen robi porządek w głowie. Przy wodzie zdjęliśmy koszule. Alina wskazała na mój siny biceps:

– Co ci się stało?

Zabolało przy każdym ruchu – gdzieś musiałem zahaczyć o twardą rzeczywistość.

Goście rozjechali się wieczorem. Bałagan po nich był niczym przy tym, co zostało we mnie. Czekałem dzień, tydzień, miesiąc. Michał milczał. Po paru tygodniach ręka przestała boleć, na nosie usiadły nowe okulary, życie ruszyło. Czekałem rok, dwa. To nie był ból, który leczy czas. Nie krzyczałem „nie mam już syna” – bo nie miałem go od dawna. Powtarzałem sobie mądre zdanie: „Trzeba się pogodzić, życie to ciągłe tracenie”, i nie umiałem zapomnieć.

Wiem, że dorastał bez ojca. Wiem, że bolało. Tysiąc razy przepraszałem. Myślałem, że zrozumiał. Może dałbym radę dać więcej – ale jak wygrać z konsekwentnie podsycaną nienawiścią?

Zostały obrazy. Egzamin na łódzkiej Filmówce: młodzi siedzą na podłodze, Michał z teczką zdjęć. Dostał się na fotografię – i tak, Irena też w tym maczała palce. Pisałem mu teksty, jeździliśmy na zaliczenia. Po dwóch latach – koniec. Nie chciał stażu w Stanach u znanego fotografa. Odszedł.

Dziewczyny pojawiały się i znikały. Najmocniej trzepnęło przy Mili. Kiedy odeszła, wpadł w czarną dziurę. Jeździłem, pocieszałem, prosiłem o terapię. „Gdybym powiedział lekarzowi, co mam w głowie, wsadziliby mnie do psychiatryka” – odparł. Mila uciekła do innego miasta. Potem usłyszałem od Kiwińskich historię z nad rzeki – anonimowe zgłoszenie, pistolet, straż pożarna, akcja ratunkowa bez finału. Wystarczyło domyślić się reszty.

Spędzaliśmy też i jasne godziny. Narty, rowery, wiatrówka, kosz, golf, tysiące zdjęć. Miałem nadzieję, że się ułoży, a za nim – Julianna i Klaudia. Julianna bywała już blisko. Klaudia szła własną drogą, jak w tej dawnej scenie: wszyscy wracają z plaży, ona skręca w przeciwną stronę. Na jej hucznym bawarskim weselu bawiliśmy się świetnie – choć pan młody nie zaprosił Aliny do tańca, mając jedną teściową za dużo.

Alina zawsze lubiła Michała. Pielęgnowała rodzinne obiady, składała z potłuczonego szkła nastrój. Przymykała oczy na alkohol i skręty, wypraszała we mnie pierwsze gesty zgody. Broniła go nawet wtedy, gdy przesadził z „lekcją równości” nad leśnym stawem.

Przyjechał wtedy sam, za to z dwoma wilczurami. Dzieci brodziły po kolana, my na kocu, rozmowy, Red Bull, szampan, a potem – woreczek. „Spróbuj, tato. Przecież nic się nie stanie.” Skręt był gorzki. Najpierw żartowałem, że „nie działa”. Potem działało wszystko – we mnie. Została świadomość bez woli. Strach. Wszedłem do wody, zamaczałem głowę, nurkowałem, patrzyłem na swoje ramiona jak na cudze. Zebrałem resztkę siły i powiedziałem: „Jedziemy”. Ulga, kiedy zgodził się bez gry. Powrót pamiętam przez uchylone okno – i pytanie Magdalenki: „Dlaczego tatuś wymiotuje?”. W domu zobaczyłem oczy Aliny. Zasnęło ze mnie wszystko. Rano przyszła wściekłość: jak on mógł mnie tak urządzić. Alina, w roli rzeczniczki obrony, wydała werdykt: „To jeszcze dziecko. Wstydź się. Stary koń, a takie numery”.

Dopiero po latach doszły do tej sceny zabawne przypisy. Daniel długo odmawiał Red Bulla – „bo to po nim tacie było źle”. A Magdalenka, gdy kupowaliśmy chrupki dla psa, szczerze się zdziwiła: „Myślałam, że to inaczej wygląda. Pytałam Michała co wtedy wysypywał z woreczka. Powiedział, że daje to wilczurom, jak są bardzo głodne”.

Zosia od lat dbała o „tkankę rodzinną” – z talentem i odrobiną teatralności. Im chłodniej bywało między mną a dziećmi, tym cieplej grzało serce siostry. Julianna i Michał kochali ciocię, a ciocia kochała ich. Kiedy podjęła ostatnią próbę pojednania mnie z Julianną, ton poszedł aż w rejestr spirytualny. Zadzwoniłem. Mówiło się dobrze – do pierwszego „ale”. Julianna potrafiła wybaczyć wszystko – poza jednym. Nie chodziło o jej dorastanie bez ojca, tylko o „porzucenie” jej matki. Długo nie rozumiałem. Przepraszałem na każdą stronę, tłumaczyłem, biłem się w piersi. Bez skutku. Julianna jest bardzo podobna do Ireny – tak podobna, że sama czuła się „tą porzuconą”.

Koronny argument brzmiał zawsze tak samo:

– Mama nigdy na ciebie nie powiedziała złego słowa, a ty buntowałeś nas przeciwko niej całe życie.

I wtedy wiem, że rola ojca na tej scenie bywa niewdzięczna: choćbyś nie wiem jak poprawiał tekst, publiczność i tak pamięta pierwszą wersję. Alina zgasi światło, sąsiedzi zamkną okna, policja odjedzie. Zostaje cicha scena po burzy – i człowiek, który liczy na to, że kiedyś doczeka się innego finału.

Reintegracja czy poniżenie

Mijała gorąca wiosna. Szkolne obowiązki Magdalenki i Daniela skutecznie wzięły w karby nasze dotychczasowe wolne ptactwo: góry i jeziora dało się teraz odwiedzać wyłącznie w soboty albo – jeśli pogoda i logistyka nie miały nam za złe – w niedziele.

Alina od prawie trzech lat dostawała zasiłek. Urząd Pracy – jak to urząd – pisał do nas z czułością tornada: zaproszenia, ponaglenia, ankiety. Każda wizyta wyglądała jak teatr jednego aktora: urzędnik bez żadnej oferty pracy wygłaszał podniosłą mowę o „aktywizacji”, my kiwaliśmy głowami, on podawał dłoń – kurtyna. Aż tu nagle: skierowanie Aliny na ośmiomiesięczny kurs w „bfz”. Propozycja nie do odrzucenia, czyli odrzucisz – nie jesz.

Po pierwszych zajęciach stał się cud. Sceptycyzm Aliny, dotąd spacerujący pod rękę z pesymizmem, zamienił się w entuzjazm. Woziłem ją kilka razy do Peiting, potem przejęły ją zmotoryzowane koleżanki. Wracała rozpromieniona i sypała opowieściami: kulisy „zdrowej żywności”, portrety klientów, manual złodziei sklepowych. Najmniej mówiła o tym, co mnie interesowało najbardziej – o komputerach. Pierwszy raz usłyszałem w domu, że DOS to nie tylko skrót od „dość”.

W sierpniu urwaliśmy się na Polskę. Katowice – Brenna – Nysa. W ogrodzie u rodziców cisza, brzęk pszczół i pomysły, które dojrzewały jak jabłka. Zrobiliśmy fotografię pod wiatą – rodzinny portret na tle desek pomalowanych zużytym olejem silnikowym. W środku ciocia Irenka – ostatni raz.

Jesienią rzeczy zaczęły się przyjemnie normować. Zostałem dziadkiem (niespodziewanie), rodzice przyjechali na chrzest prawnuka, po trzydziestu latach odnalazł się mój przyjaciel z dzieciństwa. Wyskoczyłem z nim do banku w Zurychu jako tłumacz – świat lubi takie ironię: bezrobotny w roli przewodnika po kapitale.

W tym samym czasie Alina startowała na praktykę w dużym sklepie odzieżowym, a ja – na kurs „Powrót do życia zawodowego”, również „bfz”. Miejsce: Landsberg, 30 kilometrów dziennie w jedną stronę. Na szczęście benzynę opłacał organizator. Finansowo też nie bolało: podczas szkolenia wypłaty były lepsze niż w realnej pracy. Krótko mówiąc – uczyć się i żyć.

Hasełko było wzniosłe, nastroje sali – mniej. Wszyscy wiedzieli, że „reintegracja” jest magicznym słowem o właściwościach placebo. Ja uznałem, że skoro i tak płacą, to chociaż się czegoś nauczę. Szybko wyszło, że mam klasyczne niemieckie Halbwissen – nie „niedouczenie”, tylko szlachetną „półwiedzę”. Na ogólnych sprawach panowałem, przy szczegółach – czarna dziura. W matematyce też: pierwszy przykład rozwiązałem, drugi już pojechał dalej beze mnie.

Za to gdy pierwszy raz usiadłem przy komputerze, poczułem prąd. Komendy na czarnym ekranie, potem nagle wyskoczyło kolorowe okno i świat zaczął mieć przyciski. W sali chaos – większość miała ochotę raczej na pasjansa niż na przyszłość – więc w przerwach uciekałem do Painta. Tam wszystko było możliwe w sekundę: kreska, kolor, cofnięcie – jak w życiu, tylko że działa.

Word okazał się w porównaniu z moim Brotherem ligą mistrzów. Pierwszy sygnał: muszę mieć komputer i muszę go ogarnąć. Reszta kursantów – gry i pasjans. Ja – elipsy, czcionki i tę cudowną myśl: „Zamknij bez zapisywania? Oczywiście, że nie”.

Przyszła pora praktyk. Poprosiłem o biuro projektowe. Udało się: architekt Herr Gratsch, pracownia w domu, dwa monitory, wielkoformatowa drukarka i deska kreślarska, którą pogłaskałem jak dawno niewidzianą ciotkę. Zacząłem od poprawek na kalce i słownika budowlanego. Komputer zajęty – jego operatorka na urlopie macierzyńskim – więc szkicowałem.

Po kilku dniach Herr Lumman, świeży absolwent, zapytał, czy narysuję kręte schody w żabiej perspektywie. Kto nie kocha geometrii wykreślnej? Po paru godzinach położyłem rysunek na biurku. Lumman patrzył tak, jakby zobaczył jednorożca, i zaczęliśmy akademicki spór o krawędzie niewidoczne.

Chwilę później dostałem pełne zlecenie: dokumentacja bliźniaka. Połówka – dla córki szefa. Konsultacje więc bywały częste i ostrożne. Pomiędzy rzutem piwnicy a parterem wyskoczyliśmy w teren, łata jak kiedyś, tylko niwelator już z innego świata.

Kiedy projekt dobiegał końca, zebrałem odwagę i zapytałem o etat. Odpowiedź była uprzejma i finalna: na praktykę – tak, na etat – nie. Zadzwoniłem do opiekuna kursu: nie widzę sensu dalej siedzieć. Nie byłem zaskoczony. Nikt po „bfz” pracy nie dostawał; Alina też wróciła do domu. Przedsiębiorcy korzystali z darmowej siły – a czemu mieliby nie?

Skoro tak, postanowiłem i ja skorzystać. Zarejestrowali mnie jako inżyniera i fotografa – to drugie zapragnąłem podrasować. Trafiłem do Angelo Macotellego, fotografa w zaułku starych kamienic. Atelier porośnięte winem, chemia pachniała jak w latach chorzowskich, tylko maszyny robiły wszystko za człowieka, a człowiek – kawę.

Angelo, energiczny sycylijski dżentelmen, kochał kobiety, pieniądze nosił w rulonie i miał „gest właściciela miasta”. Dzieci dostawały upominki, ja – pragmatyczną lekcję: jeśli kiedyś mnie zatrudni, to za mniej niż mój zasiłek. Jasność sytuacji bez dekoracji. Ale to on wciągnął nas na kurs włoskiego i otworzył kilka drzwi towarzyskich.

Rok minął bez nękania z Urzędu. Odpoczęliśmy w Kłodzku – dzieciństwo, młodość, pierwsza miłość. A potem – zimny prysznic. Przyszło zbiorowe szczęście: nakaz podjęcia pracy w Herzogsägmühle.

Wersja oficjalna: „Miejsce do życia”. Wersja realna: ogromna, pięknie położona osada zarządzana przez Ewangelicki Diakonat; szkoła, kościół, boiska, warsztaty, drukarnia, masarnia, recykling. I mieszkańcy – ludzie starsi, chorzy, niepełnosprawni, uzależnieni – pod doskonałą opieką i jeszcze lepszym marketingiem. Paczki z woskiem przysyłane z całych Niemiec, darczyńcy wzruszeni do łez. Góra lodowa dobroczynności – na której szczycie ktoś ma zawsze suche buty.

Alina po pierwszym oglądzie chciała uciekać bez płaszcza. Dyrektor – sympatyczny, brodaty – zapewniał o rozumieniu misji, a w rubrykach formularzy miał więcej władzy niż św. Piotr przy bramie. Po prośbach i łzach wpisał: „Niezdolna do pracy z powodów zdrowotnych”. Uff. Spokój trwał kilka dni. Przyszło pismo: odmowa podjęcia pracy – zasiłek wstrzymany. W sądzie dyrektor nic nie pamiętał, w rubryce – czysta biel po gumce. System, jak zawsze, miał świeże buty.

Na szczęście Angelo zatrudnił Alinę na ćwierć etatu i wyrwał ją z objęć opiekuńczej miłości państwa. Ja nie miałem wyjścia – poszedłem do Herzogsägmühle.

„Wosk”, piętro pierwsze. Zapach stearyny, nożyk kuchenny w dłoń, stanowisko przy wkładach do podgrzewaczy. Obok – sala zniczy i „artystycznych” świec, w kącie kocioł na „pety woskowe”. Paczki z całych Niemiec, ciężkie od dobrych intencji. Dobrzy ludzi płacili na poczcie, my topiliśmy i nalewaliśmy. Świat jest prosty, jeśli nie korzysta się z wiedzy – wystarczy wiara i przelew.

Praca była rytualna: nalać, wystudzić, wycisnąć, obciąć rant, włożyć knotek, spakować. W piątki – czyścić formy, na końcu podłogi. Obok „tubylców” – byli pracownicy dawnej fabryki świec. Fabryka upadła, przeniesiono ją do Miejsca do Życia, gdzie prawo uwielbia tanią siłę roboczą.

Nie mam nic przeciw „tubylcom”. Mam wszystko przeciwko obłudzie – kiedy filantropia przynosi dochody, a na afiszu zostaje serce. To dzieje się w majestacie prawa, co zresztą jest najlepszą gwarancją spokoju sumienia.

Zarabiałem tyle, co zasiłek. Dojazdy – z własnej kieszeni. Po pięciu miesiącach dostałem list z cukrem na kopercie: przedłużenie umowy o kolejne dwa lata. Szczęście tak wielkie, że aż mnie wyprostowało. Przez kilka dni dziękowałem światu, a potem przeszło. Wróciła rozsądna ironia i gest Kozakiewicza – mentalny, szeroki, ale kulturalny.

Żeby nie zwariować, obiadowe przerwy zamieniłem w trening. Najpierw spacery, potem marsze, na końcu godzinny bieg. Forma przyszła, wola też. Wystąpiłem o sanatorium – dostałem szybciutko. Bad Aibling, zapach lip, rower nad Chiemsee, zabiegi, człowiek znowu człowiek.

Po powrocie poprosiłem o urlop – należy się. W zakładzie otwierali nową linię do świec za ponad sto tysięcy marek – Diakonat nie dopłacił ani feniga, bo od tego są aniołowie darczyńcy i święte ulgi podatkowe. Dyrektor – ten sam, którego prasa krytykowała nie za system, tylko za styl – w końcu odszedł, bo wizerunek dobroczynności nie lubi zagnieceń.

Na urlop pojechałem z dziećmi pod namiot. Najpierw spełniłem swój kaprys: Route des Grandes Alpes. Dzieci zadawały fundamentalne pytanie: „Kiedy będziemy się kąpać?”. Od St-Tropez do Lazurowego Wybrzeża odpowiedź brzmiała: „Zaraz”. Dziesięć dni minęło jak filtr UV.

Powrót niemal skończył się powtórnym chrztem. O świcie, pod Besançon, na końcu łagodnego łuku, w nasz pas wpadł rozpędzony Francuz. Huk, szkło, płacz Magdalenki, pytanie Daniela i pusta szosa. On nie zwolnił nawet moralnie. Szybko zrosły się szlify na ręce, wolniej – odwaga przy mijankach.

Z powrotem do „Wosku” wróciłem w biegu. Dosłownie: w przerwie skręciłem kostkę, dostałem L4 na dwa tygodnie, potem przedłużone. Uświadomiłem sobie oczywistość, o której gadają wszyscy, a nikt nie stosuje: lekarze nie robią problemu, ale absencja to grzech ciężki. Kilka kolejnych niedyspozycji spędziłem w domu. W pracy – książki. Szef zadał pytanie, co robię. Odpowiedziałem zgodnie z prawdą: „Czytam, bo nie mam zajęcia”. Odparł, że mam mówić, gdy nie mam zajęcia. Uprzejmie wskazałem, że od dwóch dni czytam w jego polu widzenia.

Po paru dniach przysłali na moje miejsce świeżego „zintegrowanego”. Zapytałem, czemu przyjął propozycję. „Powiedzieli, że nie muszę być produktywny. Wystarczy, że będę obecny”. Miło usłyszeć, że prawda bywa jednak polityką firmy.

Najmilej było, gdy dostałem ostatnie pismo: z powodu złego stanu zdrowia, „nie rokującego poprawy”, rozwiązują ze mną umowę. Reintegracja zakończona sukcesem. Mój – bo wyszedłem. Ich – bo mają wakat. Państwa – bo statystyka lubi święty spokój.

I tylko jedna myśl została mi na okładkę: w tym kraju opiekuńczym, jeśli chcesz być naprawdę potrzebny, najpierw musisz stać się niepotrzebny. Potem jakoś to już idzie.

W objęciach prawa

Do procesu by nigdy nie doszło, gdybym był mniej naiwny albo choć dysponował wiedzą, jaką mam dzisiaj. Moja wiara w sprawiedliwość — tak idealna, jak szkolne godło nad tablicą — okazała się przeterminowana mniej więcej o jedno pokolenie i trzy ustroje.

Tę wiarę wchłonąłem w PRL-u, w czasach, gdy owszem — wyroki bywały politycznie ukierunkowane (głównie w stronę tych, co mieli za dużo odwagi), ale za to zwykły obywatel, sztywny z imienia i nazwiska, mógł spać spokojnie. Ty nie knujesz, sąd cię nie krzywdzi. Z tym przeświadczeniem, w sandałach z otwartą piętą i kodeksem pracy w dłoni, wkraczałem w prawdziwie kapitalistyczną machinę prawa. Zły dobór obuwia, panie!

Przede wszystkim nie wziąłem pod uwagę, że nie jestem jedynym wybrańcem losu — zwolniono naraz czterysta osób. Czterysta! W mojej głowie liczba ta nie istniała jako zbiór współuczestników dramatu, tylko jako statystyczna zapchajdziura. Co mnie tam oni obchodzą, „lud pracujący”! Skoro się nie bronią, to znaczy, że nie mają ani rozumu, ani odwagi. Po co więc odprawa, skoro można wcześniej wytoczyć działa logiki… No cóż, ego nie pytało o mój staż ani saldo rachunku.

Ja postanowiłem walczyć. Przepisy wyglądały cudownie: prawo pracy jak wielka parasolka dorosłego nad żuczkiem. Głaskali mnie kodeksami, że przeniesienie jest niemożliwe bez zgody, że wynagrodzenia nie wolno po prostu przepołowić, że prawo do miejsca pracy nie jest kaprysem szefostwa. Ale potem przyszedł sąd. I sędzina. Sędzina, której spojrzenie mogłoby rozpuścić tabliczkę czekolady — ale argumentów już nie.

„Móc to pan sobie może gdzie indziej” — zaczęło wybrzmiewać niczym refren w repertuarze surowej operetki o haśle „Prawo prawem, a sprawiedliwość… też prawem”.

Szłam więc dalej. Pokazywałem wykresy i papiery. Że zakład robi inwestycje za miliony, że linie produkcyjne puchną jak drożdże na Wielkanoc. Młodzi napływają jak świeże litry farby do drukarni — moja teza była jasna, logiczna, poetyka faktów. Sędzina słuchała, owszem, ale istnieje cienka granica — między słuchaniem a czytaniem ust z daleka. Jej wzrok wyraźnie sugerował to drugie.

W końcu powiedziała: „Skoro pan tak nie może pracować — to nigdzie pan w fabryce nie może”. I wtedy zrozumiałem: uzdrowienie pracownika przez degradację to metoda znana od wieków. Lepiej nie mieć roboty, niż ją mieć z zachciankami.

I tu polubiłem nowe pojęcie: TÜV dla ludzi. Nowoczesny koncept — nie tylko samochód ma być sprawdzany pod kątem eksploatacji i emisji, ale również obywatel. „Pan będzie badany przez Techniczną Kontrolę Człowieka” — wskazała Urzędowa Jowiszówna, która miała podobno władzę decydować o wszystkim, oprócz baterii w pilocie.

Zgodziłem się oczywiście, jak przystało na człowieka wierzącego w naukową prawdę. Przyjechał pan doktor inżynier, zbadał mnie delikatnie, uczciwie — zanotował, że mam ograniczenia i przeciwwskazania, i potwierdził całe mnóstwo dokumentów medycznych, które wcześniej miałem. Mało tego — moje zerwane ścięgno chwilowo dawało mi nawet zdrowy wygląd inwalidy sezonowego.

Z raportem w ręku — pięknym, tłustym, drukowanym — ruszyłem na kolejny dzień sądowy. A tam… sędzina kręciła głową jak migający kierunkowskaz: „Skoro pan jest tak bardzo niezdolny do pracy, to zakład nie może wziąć pana na odpowiedzialność!”. I wyszło, że dbali o mnie jak rodzice o niejadka: żeby nie musiał się męczyć przy grochu z kapustą, dali mu wolność stołówki.

W akcie desperacji powołałem się nawet na legitymację inwalidzką — najwyższy kaliber w arsenale ochronnym. Odpowiedź sędziny była spokojna i bezlitosna: „Proszę przestać walczyć, bo na końcu nie dostanie pan nawet odprawy”.

No i to była rozmowa, którą zapamiętałem. Odprawa, czyli dziesięć tysięcy marek, ocalała tylko, bo dostrzegłem sens w uległości. A poza tym — pieniądze nigdy nie boją się dyplomatycznej pauzy.

Tak więc, po dwóch latach prób, po apelacjach i zwolnieniach lekarskich, po definicjach mobilności zawodowej, po wycieczce na TÜV, po rozmowach z adwokatami, którzy wykazywali niewidzialne cechy nagle — zgiąłem kark. I w końcu nauczyłem się lekcji, którą kiedyś powinni wykładać w szkołach: „Nie ma sprawiedliwości — jest prawo. A prawo trzeba znać… zanim cię obejmie”.

 Dom rodzinny

Magdalenka nie wiedziała, że kończy się epoka wolności. Wśród wianuszka rówieśniczek uroczyście pożegnała przedszkole. Egzamin do podstawówki zaliczyła wcześniej; po doświadczeniach z Danielem przeżywaliśmy to już spokojniej.

Przebieg był podobny, ale ona sama — zupełnie inna. W korytarzu podskakiwała i tańczyła, jakby chciała zademonstrować, że stres jest dla innych. W ławce stroiła poważne minki. Zadania wykonywała lekko. Kulminacją było wycinanie obrazka z kawałka wzorzystej tapety: Daniel piłował kontur z nabożną dokładnością, Magdalenka po prostu przeciągnęła nożycami dookoła i z miną „przecież to oczywiste” podała efekt nauczycielce. Ta indywidualność wychodziła wszędzie, zwłaszcza w rysunku: on — szczególarz i dobór kredek, ona — dwa zamaszyste gesty i obraz wyobraźni; potem sprint do nas z kartką i obowiązkowe „No powiedz, ładne!”.

Szykowaliśmy się na wakacje do Polski. Po sprzedaży przyczepy wróciliśmy do namiotu. „Mazur” na trawniku przed domem wyglądał jak nowy. Dokupiłem szafkę do przedsionka, sprawdziłem materace, kuchenkę, garnki. Śpiwory, pościel i dresy wylądowały w bagażniku peugeota.

Słońcem opalony nad Forggensee, ruszyłem na wschód. Chciałem raz przejechać przez byłą NRD. Do Hofu — gładko; potem zaczęły się slalomy między nieukończonymi odcinkami. Między Bautzen a Zgorzelcem jeszcze „jakoś”. Po stronie polskiej — pamiętne płyty autostrady i niepamiętne dziury. Pod Gliwicami peugot jęczał, a my z nim. Przysiągłem, że tą trasą — nigdy więcej.

Upał nie sprzyjał dłuższym posiedzeniom w Katowicach. Uderzyliśmy nad morze. Zanim jednak, utknąłem w siemianowickim Urzędzie Miejskim. Pod koniec marca przyszło dziwne pismo, w połowie maja kolejne — datowane na 1994-02-03. Odpisałem rozgrzanym gniewem. Wróciła DECYZJA Prezydenta Miasta.

Zwykła urzędowa sprawa, którą bym machnął, gdyby nie dotyczyła rodziny — i to rodziny knującej za plecami. Nie znoszę, gdy ktoś robi ze mnie konia. Samo wymeldowanie mnie i Aliny nie miało znaczenia: do tamtego M-2 wracać nie zamierzałem. Co innego, że „wyrzucenie” wyprosiła szwagierka. Upoważniłem ją przed wyjazdem do korzystania z mieszkania — z Jurkiem nie mieli kąta, zostawiłem im w pełni umeblowane lokum. Tymczasem z dokumentów wynikało, że parę miesięcy po moim wyjeździe utraciłem prawo do lokalu, a później — bez mojego udziału — wymeldowano nas i skreślono ze spółdzielni. Siedzieliśmy przy jednym stole, piliśmy wódkę, przyjeżdżała, my do niej — i ani razu: „Słuchaj, zróbmy to uczciwie…”. Widocznie liczyła, że w PRL ktoś stanie po mojej stronie? Złamałem prawo wyjazdem — nikt by się nie ujął.

Wściekłość nie kończyła się na Iwonie. Jak urzędnicy mogli to zrobić bez zawiadomienia? Wylądowałem w gabinecie Naczelniczki — kobiety życzliwej (czy to przez czekoladę i drobny prezent, nie dociekajmy). Po zapoznaniu się ze sprawą podyktowała odwołanie do Urzędu Wojewódzkiego. Pisałem „na kolanie”, w jej rytmie. „To formalność” — zapewniła. „A nawet jeśli NSA — proszę się nie martwić”.

Przy rodzinnym stole zagotowało się jak w czajniku. Bazia tradycyjnie: „No nie wiem…”, udając bezstronność. Paweł, przyjaciel Iwony jeszcze z czasów jej pierwszego małżeństwa, milczał, ale mięśnie miał przygotowane do dyskusji. W oparciu o fakty podziękowałem Iwonie za wdzięczność. Ona nic sobie nie zarzucała, a moja interwencja miała ją kosztować „mnóstwo nerwów”. Spasowałem, widząc szczere „postanowienie poprawy”. Postanowiłem, że w przyszłości z rodziną rozmawiam wyłącznie o pogodzie i pelargoniach, z zachowaniem odpowiedniego dystansu. „Z rodziną najlepiej wychodzi się na fotografii” — przypomniała Alina, gdy skręcaliśmy już na Bałtyk.

Spokój wracał wraz z falującymi łanami. Zapach ogórków z przydrożnego straganu wywołał natychmiastowy wakacyjny głód.

Camping w Sopocie, skąpany w popołudniowym słońcu, gościnny był tylko z nazwy. Gdy recepcjonistka zerknęła na niemiecką rejestrację, cena poszybowała. „Takie mamy przepisy”. „Przepisy” mieli bardzo ładne, tak jak wiele pustych miejsc. Dopełniła się zupa — ta w morzu; zupa i z zagęszczeniem. Ruszyliśmy nad pełne.

W Dąbkach, dawniej dla wtajemniczonych, czar prysł. Dalej.

Łeba była na mojej mapie wspomnień. Wjechałem nocą, rozbiłem namiot „na dziko”, rano — formalności i przenosiny. Miejsce, gdzie kiedyś z Aliną ćwiczyliśmy erotykę, okupowała ferajna nastolatków. Nowe realia, dawne wspomnienia. Koktajl czasu mieszał się w zapachu rozgrzanych wydm i bryzy. Tu biały misiek, cyrkowy szpic, rozjaśniał dziecięce rozterki. Tam gorące zwoje węgorzy z wędzarni na dachu malucha i ich zapach wywołujący w Alinie dzikie pożądanie. Tu niosę jagodzianki — śniadaniową ekstazę dzieci. W budce telefonicznej dzwonię do Krysi, która wyjeżdża do Niemiec; jeszcze nie wiem, że pójdę jej tropem. Piasek ruchomych wydm raz zasypywał obiektyw mieszkowego aparatu, teraz oblepiał kamerę. W oddali żołnierz w pełnym rynsztunku, tu Daniel z indiańskim wrzaskiem zjeżdża po stoku. Smażalnia ze znakomitą surówką, zupa owocowa z makaronem w barze mlecznym. Drewniany kuter z konopnymi linami, obok — stalowa łódź ratunkowa przerobiona na stateczek; wychodzi w morze mimo mgły i sztormu. Kapok na Danielu, chaotyczne uderzenia fal, grymas kapitańskich szczęk. Wreszcie migocze latarnia — port.

Zadzwoniłem do Kiwińskich — lato spędzali w Warszawie. „Jak nie przyjedziecie, obrazimy się. Poważnie!” — zaordynowała Hanka. Kilka godzin w Gdańsku to była kolejna lekcja adaptacji. Długi Targ, Neptun, Dwór Artusa niby te same. Motława też płynie podobnie pod Żurawiem. Ale ludzie — inni. Zgiełk był zawsze, lecz dawniej miał naturalny rytm; teraz czułem pośpiech i nerw. Nie brzydziej, nie ładniej — po prostu inaczej. Jarmarczny klimat znoszę bez bólu (San Marino jest mi pokrewne), ale czy Plac św. Piotra wytrzymałby to, co wokół Krzywej Wieży w Pizie? Teoretycznie tak — i szkoda, że teoretycznie.

Wieczorem wjechaliśmy do Radości. Najpierw wyboje jak do stodoły, a potem brama eleganckiej willi. Hanka kupiła zaniedbany dom obok rodzinnego; zrobiła z niego wizytówkę swojego gustu. Zamiast zwykłego ogniska — zadaszony stół i murowany grill. Gorąca noc, rząd świec, dobry alkohol i najnowsze dowcipy — witajcie.

Wspomniałem o książce. Wożę maszynopis kilku rozdziałów. Hanka połknęła od ręki, zachwycona — poza długością zdań. „Daj to mojej koleżance po filologii”. Ona w ogóle jest niesamowita: zaczęła historię sztuki i wiem, że ją skończy.

Dwa dni w Warszawie przelecieliśmy jak huragan: nowe centra, Łazienki, Pałac Kultury, Zamek. Udka z KFC, tort z Horteksu, a w domu — steki „co się w gębie rozpływają”. Mnie przypadł zaszczyt grillowania.

W drodze powrotnej skręciłem do Dąbrowy nad Czarną. Chciałem do dworku, ale peugeot zaprotestował na rozjeżdżonej drodze — dojechałem tylko do remizy. Obiad zjedliśmy na rynku w Piotrkowie. Knajpa schludna, schabowe długo wyczekane. Po godzinie zrobiło mi się słabo — postój przy plantacji tytoniu, klasyka drogi: jeden „paw” i dłuższe leżenie na trawie. Uratowała mnie coca-cola z baru.

W Katowicach nadal skwar, ale temperatura rodzinnej debaty opadła. Przed wyjazdem zadzwoniłem do Zosi. Była serdeczna: jadą do Nysy, żebym pojechał z nimi. W jej głosie była prosta szczerość. Nikt nikogo nie obwiniał. Rodzice chcieli mnie zobaczyć, a ja ich — jeszcze bardziej. Zaufałem intuicji: pojednanie. Umówiliśmy się nazajutrz w Ligocie.

Dziury do Nysy już nie robiły wrażenia. Jechałem do domu, który kiedyś opuściłem „na zawsze”. Zosia uświadomiła mi, że nie tylko ja cierpiałem. Długo omijałem miasto i własne wspomnienia. Kwiaty kupione w centrum były z premedytacją „za duże” — chciałem radości, nie patosu. Nie przyjeżdżałem przepraszać, tylko odzyskać rodzinę.

Rodzice wyszli przed dom. Byli szczerze szczęśliwi. Ojciec objął mnie mocno; poczułem jego zdławione łkanie — dwa krótkie spazmy, których nie dało się ukryć. Tego momentu, wspólnego wzruszenia, nie zapomnę nigdy.

Żegnając się następnego dnia wiedziałem już, gdzie spędzimy następny letni urlop: w moim domu rodzinnym.

Pierwszy uścisk sprawiedliwości

Rozprawa w Sądzie Pracy odbyła się dokładnie wtedy, gdy wpatrywałem się w świat z wysokości 3392 metrów, ze szczytu Pico de Veleta. Na dole — Temida; na górze — stoicki spokój i rzadsze powietrze. Dopiero po powrocie z wakacji przeczytałem protokół. Przebieg rozprawy: błyskawica. Pracodawca oświadczył, że 1 kwietnia żadnego wypowiedzenia warunków pracy nie było, a mój pełnomocnik — jak dżentelmen w teatrze lalkowym — skinął głową i wycofał sprawę. Piękne hasło „nie dyskutuje się z faktami” zyskało nową wersję: „faktów można nie zauważyć”. Skutek uboczny farsy: w procesie głównym nie wolno mi się już powołać na bezprawne przeniesienie z Altenstadt do Bellindy. Klamka zapadła, a drzwi jeszcze skrzypnęły z satysfakcją.

Po takim pokazie zaufania publicznego, które uczy, że ufać trzeba z umiarem, postanowiłem sam napisać pozew do Sądu Administracyjnego w sprawie Aliny. Gdyby nie chodziło o nasz rachunek domowy, byłoby to śmieszne jak kabaret w remizie. A tak — komedia kosztuje.

Alina, po zasiłku dla bezrobotnych, zgodnie z prawem wystąpiła o zasiłek socjalny. Urzędnik z troską o dzieci w oczach (aż im się w tych oczach szkliło) oznajmił, że rano od 8 do 12 nie ma komu zająć się Magdalenką. Wyjaśniliśmy, że przez lata wymienialiśmy zmiany jak sztafetę — działało. On na to, że pracodawca „może” się nie zgodzić. Kiedy powiedziałem, że akurat się zgadza — „może się jednak nie zgodzić”. Przedszkole otwiera się o 7:30? „To nie wystarcza, by zaprowadzić i zdążyć”. Zasugerowałem pomoc sąsiadki — poprosił o pisemną zgodę sąsiadki. Dodałem: w ostateczności babcia z Polski. „Absolutnie wykluczone”. Po paru dniach przyszła odmowa, w uzasadnieniu — że to Alina przyznała, iż nie ma rano opieki. Urocze. Natychmiast napisałem odwołanie. Po sześciu tygodniach — kolejna odmowa, tym razem z instrukcją, gdzie możemy złożyć skargę (miły gest: podręcznik dla początkujących skarżących).

Więc złożyłem pozew sam. Skleciłem go na podstawie pism moich adwokatów — szkielet, mięśnie, dwa przecinki godności. Telefonicznie dowiedziałem się, że na termin rozprawy czeka się latami, co u Temidy nazywa się „umiarkowanym tempem”. Ale sam fakt złożenia pozwu zadziałał jak dzwonek przy drzwiach: wkrótce Urząd przysłał formularze, Alina je wypełniła i zasiłek spłynął szybciej, niż zdążyłem ostygnąć po poprzednich decyzjach. Czasem prawo działa — gdy mu się przypomni.

Szarość Zaduszek rozjaśnił przyjazd Mirków. Z nimi zawsze było jak z francuskim filmem: lekko, naturalnie, a pointa przychodziła sama. Po ich wizycie znów wierzyłem, że świat potrafi być normalny.

Daniel tymczasem zaliczył najpierw ospę — smarowany punktowo wyglądał jak makieta gwieździstego nieba — a potem drobny zabieg chirurgiczny. Narkoza dała spektakl: oczy uchylone, białka na widoku, ruchy lunatyka; ja przy łóżku, sanitariusz uspokaja. Nagle Daniel zatrzymał wzrok na mnie i poprosił o picie. Cud powrotu do świata. Dni rekonwalescencji uprzyjemniała obecność na łóżku obok: lnianowłosa dziewczynka z przezroczystą cerą, obiekt westchnień jeszcze z przedszkola. Pierwsza miłość skończyła się szybciej niż bandaż — wyjechała do Anglii. Życie robi montaż dynamiczny.

Po Świętach, bez choinki (tylko gałęzie w wazonie), ruszyliśmy przez Austrię i Słowację. W Cieszynie tradycyjnie złapało mnie gardło — syndrom granicy. Do Bazi dojechaliśmy późno, ale powitanie jak zwykle: do nocy.


A teraz technika domowa, czyli jak przeniknąłem na drugą stronę lustra i nie złamałem nosa.

Najpierw antena satelitarna. W katalogu zobaczyłem zestaw „Astra-ready”: talerz, konwerter, pudełko made in China. Cena taka, że ręka sama sięgnęła po portfel. Przyszła paczka — kawał blachy i skrzynka, do tego woreczek śrubek. Złożyłem zestaw, przewód przeciągnąłem przez mieszkanie jak węża boa po remoncie. Zamiast masztu wbiłem… talerz w wiadro z piaskiem z balkonu (najpierw próbowałem z ziemią od pelargonii, ale pelargonie zaprotestowały). Kręciłem tym wiadrem jak kołem fortuny. Na ekranie mignęła kratka, potem śnieg, aż nagle z salonu rozległo się Alinine „Jest!”. Nie to filmowe „Yes, yes, yes!”, tylko prawdziwa radość odkrywców nowego lądu. Ustawiłem delikatnie — z dokładnością do pół centymetra i jednej modlitwy — i zobaczyliśmy… Bolka i Lolka. Nie BBC, nie CNN, tylko dwóch łysawych chłopców ze śląskiego dzieciństwa. Byłem wzruszony. Do wiadra dla stabilności dorzuciłem cegłę i słownik PWN (pod kątem). Kiedy wiatr dmuchnął, obraz znikał; sąsiad z góry kichał — też znikał. Na parapecie przykleiłem karteczkę: „Nie ruszać wiadra — to kosmos”.

Plotki na klatce: „Pan na dachu ma radar?”. „Nie, w wiadrze”. Z czasem zrobiłem wersję premium — maszt, kołki rozporowe, minimalny kąt elewacji ustawiany według cienia na ścianie (system „na zegarek”). Wtedy już leciała TV Polonia, a ja miałem poczucie, że przeskoczyłem przez mur: zniknęła samotność emigranckiej niedzieli. Po głowie chodziło mi tylko, że Astra powinna stawiać mi prowizję od każdej łzy wzruszenia.

Potem przyszła pora na „komputer”. W cudzysłowie, bo faktycznie był to Brother Textsystem — hybryda maszyny do pisania i skromnego edytora z dyskietką 3,5 cala. Sprzedawczyni pokazała mi, jak na zwykłym PC wstawia się polskie znaki: Alt-kody, czary-mary. Zapytałem, czy jest coś prostszego, bo „Alt-Ż” robi mi skurcze dłoni. I wtedy padło: „Brother”. Kupiłem. 1098 marek, minus 200 za oddaną maszynę (prawie nową, ale bez przyszłości).

Postawiłem sprzęt w sypialni pod oknem. Ekranik mieścił kilka linijek — idealny, by widzieć własne błędy z bliska. Zrobiłem ceremoniał: obok kubek z długopisami, pudełko dyskietek opisane starannie (D1—D10), a na pierwszej folder „DZIEŁO”. Brzmiało zobowiązująco. Pierwszego dnia pisałem godzinę — i uczyłem się skakać słowami po tekście. Cud: zamiast zrywać kartkę, przesuwałem całe zdania jak meble po salonie. Druk był równy i czarny, aż chciało się podpisywać pod nim własne nazwisko.

Polskie litery? Brother miał je jak w prezencie: wystarczyło przełączyć tryb i „ł”, „ą”, „ę” wchodziły jak do siebie. Dla pewności i z przyzwyczajenia wklejałem jednak na ramkę monitorka małe ściągi: „ę — jest”, „ż — też”, „ń — nie panikuj”. Dyskietki nosiłem w etui po kasetach magnetofonowych. Kopie bezpieczeństwa wykonywałem przesadnie: główny plik na D1, kopia na D2, a trzeci egzemplarz — w szufladzie z bielizną (nikt nie szuka arcydzieł pod skarpetami). Raz zapomniałem zapisać i edytor spytał: „Czy zapisać zmiany?”. Odpowiedziałem mu na głos: „Nawet się nie pytaj”, po czym wcisnąłem „Tak” dwukrotnie — na szczęście Brother nie obrażał się za nadgorliwość.

Teksty służbowe zaczęły powstawać jak na taśmie: podania, odwołania, monity, równiutko, z polskimi znakami — urzędnicy pewnie myśleli, że za mną stoi korporacja. A to tylko ja i Brother, późnym wieczorem, przy lampce, z szelestem dyskietki, który brzmiał jak uspokajający mantr.


Wiosna rozbujała się w najlepsze, a my — pomiędzy sankami, nartami i pierwszymi łyżwami Daniela — układaliśmy plany i papiery. Zaufanie do adwokata topniało szybciej niż śnieg; w końcu zrezygnowałem, poinformowałem sąd i urząd o cofnięciu pełnomocnictwa. Ulgę czułem prawdziwą, jak po zdjęciu za ciasnego kołnierzyka.

Jeszcze wierzyłem w sprawiedliwość — może naiwnie, ale z przyzwyczajenia. Bo jeśli satelitę da się złapać wiadrem z piaskiem, a polskie litery da się wystukać bez przekleństw, to może i Temida da się kiedyś ustawić — nie na skróty, tylko po poziomicy. W końcu nawet ona musi mieć gdzieś w tokarni prosty gwint.

Przygraniczna cisza

Wnosząc walizki do pokoju sanatoryjnego, zauważyłem na stole kartkę. Kilka linijek po polsku, jakby od niechcenia, ale podpisane wyraźnie: „Henia”. Podążyłem za wskazanym numerem gabinetu.

– Cześć, Andrzej! No popatrz, nic się nie zmieniłeś! – usłyszałem, nim zdążyłem zapukać.

Zza biurka oderwała się masywna kobieta. Uśmiechnięta, porywcza, jakby zaraz miała mnie porwać do oberka. I zanim dotarło do mnie, kim jest, znalazłem się w jej ramionach, obcałowywany jak rodzony.

– No widzę, że nie poznajesz. Jestem żoną Jacka Piątka! – rzuciła oczywiste, ale dopiero jej następne słowa obudziły pamięć. – Spółdzielnia Mieszkaniowa, Chorzowska Ósemka, Klub filmowy…

– Aaaa… – wyrwało mi się wtedy. Henia. Ta od balów przy „Czerwonych makach” i „40-latka”, gdzie panowie rzucali kieliszek wódki o blat, a Henia zawsze miała czas, choćby na ostatni taniec. Teraz zamiast szpilek – drewniane chodaki, zamiast dopasowanej kiecki – szpitalny fartuch. Ale gdy się uśmiechała, można się było domyślić, że gdzieś pod tą solidną warstwą życia wciąż czaiła się tamta blondynka od seksownych tańców.

– A co ty tu robisz? – wypaliłem w końcu.

– Pracuję, a jak! Jestem tu siostrą oddziałową. Zawsze patrzę na listę osób, które mają przyjechać. Zobaczyłam twoje nazwisko dwa tygodnie wcześniej i mówię: „Oho, będzie znajomy na oku”.

Wychyliła się z biurka, spojrzała mi do teczki, jakby zaglądała przyjacielowi do lodówki.

– Jacek zaraz podjedzie, chodźcie dziś na kolację. Zaplanowałam sobie wolny wieczór. Nic nie kombinuj, przyjdę po ciebie.

Nie zdążyłem zaprotestować, bo do drzwi wszedł pacjent proszący o maść na grzybicę. Uratowałem się tylko dlatego, że dotkliwie nie było tu miejsca na prywatność.


Jacka poznałem od razu, choć zmienił się zasadniczo – teraz wyglądał, jakby nie walczył już o wizerunek, ale jedynie o przetrwanie. Włosy przerzedzone, uśmiech zbyt pewny, koszula nieświeża, mimo że na pewno czysta. I tylko błysk w oku ten sam, co przed laty, gdy smażył na Hucie Batory swoje słynne frytki w smalcu, przekonany, że dzięki nim da się podbić kubki smakowe połowy Śląska.

Nie dało się ukryć: Henia po wyjeździe do Niemiec odnalazła się błyskawicznie – pielęgniarka z papierami, niemiecki z automatu, kontrakt od ręki. Za to Jacek musiał łapać życie za kołnierz. A to praca dorywcza, a to tłumaczenie dla policji. Miał o czym mówić, jak to nad Menem i Renem robi się karierę. Pokazywał mi nawet projekt szczoteczki turystycznej do zębów – niby patent na rynek, który „już-już” miał przejść do historii wynalazków. Zdołał też odkupić działkę, zaplanować dom. W nieskończoność opowiadał, jak to Nivea pod kremem daje lepsze golenie. Długo słuchałem, choć nie wiedziałem, co zrobić z jego zapachem – jakby ktoś dorwał antyperspirant z promocji i nie oszczędzał go na kołnierz.

Za to Henia – o, ta nalewała! Od pierwszego toastu robiło się swojsko. Dopiero po trzecim kieliszku zauważyłem, że jej wesołość była nie tyle spontaniczna, co wyćwiczona – jakby za często ćwiczyła wchodzenie w tryb: „nic mi nie jest”.


Sanatorium

Pokój dzieliłem z pocztowcem z małej miejscowości niedaleko Norymbergi. Nie trzeba było nic pytać – człowiek żył w rytmie przesyłek, parafii, lokalnej gazety i „Bayern Drei”. To znaczy miał wszystko, co potrzebne do życia, gdy świat kończy się na skrzynce pocztowej.

Z początku przeraziła mnie monotonia sanatoryjnego grafiku – potem zaczęła działać jak lek uspokajający. Poranna gimnastyka, masaż, okład z fango, kąpiel borowinowa, obiad grupowy, spacery, akwarele, kolacja, kolejka w basenie, telewizja, spać.

W basenie królował rehabilitant:

– Stawiać kroki tak, jakbyście bronili się przed wejściem w świeże gówno! – krzyknął pierwszego dnia.

Naród w rurkach pływackich natychmiast ożył. Po raz pierwszy naprawdę poczułem, że jestem wśród swoich.

A borowina? Kiedy siostra zmywała ze mnie brązową maź, próbowałem jej pokazać, że nam się tu robi… nie tylko zdrowo. Ale ona, z zimną fachowością, spłukiwała każdy milimetr, nie zostawiając miejsca na chłopięce wstydy. Po wszystkim zawijano ciało w prześcieradło i byłem jak naleśnik nadziewany ciepłem – aż zasypiałem.

Wieczorem nie liczyło się nic prócz wody i ruchu. Moje basenowe rondy, terapeutyczne pląsy, przeradzały się w obsesję — jedyną dozwoloną w tych okolicznościach.

Z czasem dostrzegłem też lekcje wychowania, które dawno mi umknęły. „Nie garb się!” – słyszałem w domu, a tu w końcu chodziło nie o wygląd, lecz o zdrowie. Przekonałem się, że moje ramiona, garbiące jak za karę, to nie chrakter, nie lenistwo — po prostu brak siły mięśni, których nikt nigdy mnie nie nauczył budować. Terapia uczyła na nowo, bez patosu i bez sentymentów.


Przygraniczne przemytnictwo

Co parę dni Henia i Jacek zabierali mnie przez granicę. Czechosłowacja — tania jak barszcz z pielęgniarskiej stołówki. Na granicy wystarczyło mieć uśmiech. A Jacek – tłumacz na pół etatu – ten uśmiech miał wyćwiczony na każdą stronę muru.

Kupiłem, jak trzeba: słodycze, szynka, dwie butelki wódki, dwa kartony fajek (regulaminowo). I piwo – bo w Czechach piwo to nie napój, to część kultury fizycznej.

I prawie kupiłem pistolet na kulki, którym w godzinę można zrobić broń palną. Prawie – bo Jacek zabronił, mówiąc tylko: „Uważaj, granica pamięta lepiej niż my”.


Passau

Administracja sanatorium dbała, aby pacjenci nie zgnuśnieli w dniach wolnych od zabiegów. Co weekend wypuszczano nas na świat: kto nie miał planów – dostawał wycieczkę, kto miał plany – z reguły zmieniał je pod wpływem tych propozycji. Ja zwykle wybierałem własne drogi. Ale tym razem peugeocik został na parkingu — nieśmiało mrugnęły reflektory, żegnając mnie z lekkim zawodem — a ja ruszyłem autokarem do Passau, gdzie czekał stateczek, skromniejszy niż białe wycieczkowce stojące w szyku niczym pałace na wodzie. Jedne płynęły w stronę Dunaju, inne wracały z Morza Czarnego, jakby przenosiły cząstkę Orientu w serce Bawarii.

Dunaj — ta nazwa brzmiała znajomo, niemal rodzinnie. Może dlatego, że nosił w sobie echo Dunajca, mojego dzieciństwa. Ale przede wszystkim dlatego, że Straussem unosił się jak walc, ponad granicami. Jednocześnie ogromny jak Europa i swojski jak melodia grana na skrzypcach starego Cygana z prospektu, który machał do mnie z okładki, zapraszając na rejs aż do Budapesztu. Mój barkowy, kursowy jubiler spokojnych wód nie dotrze tak daleko — ale wystarczy, że pokaże mi parę godzin tego, co wieczne i nieuchwytne.

Passau – miasto, które ciągle zaczyna od nowa. Co kilka lat trzy rzeki wspólnie robią tu remanent, znaczą piętra kamienic, jak dzieci wzrost na framudze. Mieszkańcy uśmiechają się spod kapeluszy, jakby tylko oni wiedzieli, że powódź to też okazja do zmycia kurzu z historii.

Stateczek ruszył powoli, jakby sam chciał się przyzwyczaić do nurtu. Zmarznięci turyści zsunęli się pod pokład, zostawiając na górze kilku takich wariatów jak ja — zapatrzonych w rzekę, której dno opowiada każdemu własną wersję mitu. Na horyzoncie szumiały trawy, zimne jeszcze po zimie. Krowy żuły rzeczywistość z godnością, jakby wiedziały coś, co nam umyka. Z głośników dobiegała próba walca, ale Yamaha udawała fortepian, fałszując z wdziękiem.

Oparłem łokcie na poręczy, patrząc, jak woda obmywa brzegi świata, który na chwilę przestał mnie gonić. Młoda para, poznana w hydromasażu, wtulała się w siebie w kącie galeryjki – ich dłonie znaczyły pierwszy rozdział tego, co życie napisze później. A ja, w milczeniu, próbowałem wyobrazić sobie swoją Alinę – jakby siedziała obok i też patrzyła w dal, której nie da się objąć.

Dunaj płynął dalej, wiedziony pamięcią Habsburgów, celników, barczystych kelnerów i ludzi takich jak ja, złaknionych jakiegoś sensu. Morze Czarne – kres i źródło – było tu tylko marą w sennym krajobrazie. Ale w tej mgle, między falką a niebem, między wspomnieniem a tęsknotą, zrozumiałem, że żegluga nie ma celu. Ona jest celem.

I dlatego ten niedzielny rejs pozostał we mnie nie jak przygoda z katalogu sanatoryjnych rozrywek, ale jak przypomnienie, że czasem musisz oddać kierownicę światu – i pozwolić rzece przepłynąć przez ciebie.

Tylko raz zapłaciłem za wycieczkę. Statek po Dunaju. Skusiła mnie nazwa — Dunaj. Niby proste, a w środku niesie historie sześciu królestw i jednego walca, który rozkołysał świat. W Passau Dunaj dostawał się pod skórę razem z zimnem, ale płynąć po nim to jak dotknąć czegoś większego niż dyskusje o terapii cieplnej i o figurach gimnastycznych.

Statek kołysał, niebo wisiało jak mokra ścierka, w mesie grała Yamaha, a młoda para, świeżo poznana w sanatorium, rozgrzewała się przy relingu. A ja — samotny, popatrujący w dal – myślałem o Alinie.

I choć byłem zachwycony krajobrazem, poczułem pewien rodzaj pęknięcia. Jakby dusza zeszła ze statku bez ciała i została tam — bliżej domu, bliżej niej.

Ostatnie dni sanatorium miały w sobie coś z czasów szkolnych — niby człowiek wiedział, że wróci do domu i „normalności”, ale ruszyć się z tego rytuału było równie trudno, co opuścić stary, wakacyjny obóz. Każdy miał tu swoją mikrospołeczność: panie od bingo, panowie od tarota, dwóch motocyklistów z endoprotezami, para z cukrzycą, która walczyła, kto ma ważyć mniej na wadze kontrolnej. Ja, jak zwykle, pomiędzy światami.

Z jednej strony — kręgosłup, który nauczył się prostować, choć uparcie próbował wracać do dawnej postawy. Z drugiej — akwarele, które nagle okazały się czymś więcej niż „czasoumilaczem”. Tę ostatnią godzinę zajęć malarskich wspominam do dziś — kiedy białe kartony, pomalowane paletą jesiennej zieleni i rozrzedzonego błękitu, wyglądały jak mapy, które mogłyby prowadzić do miejsc, których jeszcze nie odkryłem.

– Panie Andrzeju, będzie pan kontynuował malowanie? – zapytała prowadząca zajęcia, pani Köhler, zawsze tak poważna i usłużna, że człowiek miał ochotę podać jej kozetkę pod zmęczone stopy.

– Zobaczymy – odpowiedziałem, choć wiedziałem, że zabiorę pędzel do domu. Bo to było coś, co można spakować. I co nie waży.


Pod wieczór, jakby na pożegnanie, usiadłem w kawiarence sanatorium z kubkiem zbożowej kawy — takiej, którą ktoś tu z uporem serwował zamiast tej prawdziwej. Może po to, żeby ciało nie zapomniało, że jest chore. A może po prostu z przyzwyczajenia — tak jak w kantynie ludowej serwuje się mielonego bez mielarki.

Patrzyłem przez okno, na cichą szarówkę nad Freyung. Nikt nie przechodził. Zziębnięte drzewa stały jak dawne marzenia, nieprzesadnie dumne, ale proste. Drogi schnące po deszczu były niemal idealnie poziome. Jakby ktoś je z premedytacją wybudował tam, gdzie człowiek ma dużo czasu, żeby iść powoli. Po tylu latach biegania – była to scena podejrzanie… kusząca.

Ale jutro trzeba było jechać. Jeszcze raz spakować walizkę, zamknąć drzwi pokoju z numerem 214, oddać płaszcz w szatni i usłyszeć to samo, co słyszał tu każdy pacjent:

– Życzymy zdrowia i prosimy o pozostawienie klucza w skrzynce.


W drodze powrotnej nie planowałem już przystanków. Nie miałem ani towarzystwa Jacka, ani czasu na Czechy. Jechałem sam. W radiu odbierało tylko stację z Monachium, a na zakrętach przełączało na czeską. Widać taki urok był tego pasa granicznego – przypominał o tym, że człowiek jest zawsze „pomiędzy”.

Dopiero za Regensburgiem poczułem znajome ciepło pod powiekami. Nie była to senność. Nie był to też smutek. To było coś w rodzaju stanu, kiedy rozumiesz siebie bardziej, ale nie obiecujesz sobie, że teraz wszystko poukładasz.

Zostawiłem za sobą lasy Bawarii i kąpiele borowinowe, ale w bagażniku wiozłem coś jeszcze — mały rulonik papieru akwarelowego z namalowanymi drzewami. Taka własnoręczna mapa ciszy — do użycia, kiedy wróci zgiełk.

Błaga, Chała, Odlot – Stoicki spokój

Nie wiem, kiedy dokładnie nauczyłem się oddychać przez zęby. Może w chwili, gdy Alina przestała pracować, a list z zakładu pachniał urzędniczym „niestety”. Może wtedy, gdy dyrektor powiedział „to nie zwolnienie, to reorganizacja”, a ja usłyszałem wyraźne „do widzenia”. W każdym razie – stoicki spokój nie przychodzi w białej todze, tylko w roboczych butach, z tłuszczem maszyn na mankietach i kredytem na karku.

Bellinda zaczęła od fanfar: amerykański koncern, europejska czołówka, bramy jak do opery. Potem rozbrzmiał klasyk naszych czasów – zwrotek kilka, refren jeden: „redukcja”. Związki Zawodowe, które jeszcze wczoraj ćwiczyły z nami półgodzinny protest o trzy procent, dziś ćwiczyły wzrok w kierunku dyrekcji. W PRL-u przynajmniej rozdawano wczasy i bilety do teatru, teraz rozdawano milczenie. Stoik w wersji przemysłowej rozumie: ideały są jak rajstopy z nowej partii – ładne, dopóki nie trafią na paznokieć.

Przez chwilę było jasne. Z taśmy przeszedłem do mechaniki – demontaż, wysyłka maszyn, awanse w nazewnictwie, niekoniecznie w pensji. Potem do Altenstadt, do dziewiarni – rząd czterdziestu dwóch automatów i morze czerwonych lampek. W dyskotece lamp mrugały awarie, ja tańczyłem między igłami. Z każdym tygodniem mniej świateł, więcej spokoju. Zawód „Stricker” brzmiał w uchu jak tytuł – trochę dumnie, trochę śmiesznie. Ale żyło się.

Żyło się tym bardziej, że w domu skóra pachniała nowością: najpierw komplet wypoczynkowy (przecena, lecz bez wstydu), potem „Toscana” na meblościankę. Aż wreszcie bordowy metalik na kołach – Peugeot 405 SR. Nie do szczęścia brakowało tylko klimatyzacji i pewności zatrudnienia. Alina na widok bagażnika miała swoje „och”, ja na widok rat – swoje „jakoś to będzie”. Stoicy mawiają, że trzeba rozróżniać rzeczy zależne i niezależne. Raty, jak się okazało, są zależne od wszystkiego.

Pierwszego kwietnia – w dzień żartów – nie było żartów. „Od dziś do Schongau” – poinformował kierownik, a ja poinformowałem jego, że nie. Zjawił się przedstawiciel związków, co miało stworzyć aurę legalności, i powietrze zgęstniało od regulaminów. W korytarzu chodziłem tam i z powrotem jak metronom: pięć kroków, złość; pięć kroków, zimna woda na twarz; pięć kroków, „wezwę policję”. Na koniec dostałem kartkę pisaną na kolanie – oficjalne „nieoficjalne”. Biała flaga? Nie. Biały fartuch doktora, bo przypomniałem sobie o legitymacji inwalidzkiej i o tym, że prawo bywa czasem po stronie niepraktycznych idealistów.

Związkowy prawnik z Weilheim mówił przyjaźnie: „Pracować tyle, ile zdrowie pozwala. Zresztą i tak mamy argumenty”. Wrócił puls. Spojrzałem na plan lata – Hiszpania – i postanowiłem, że nie będę odmawiał sobie słońca tylko dlatego, że inni odmawiają mi stanowiska. Stoik wyjeżdża, bo upał i ocean nie są winne cudzej bezradności.

Po drodze było Prado. U Rubensa „Śmierć Seneki” świeciła od środka jak żarówka w piwnicy. Spodziewałem się krzyku, dostałem spojrzenie ku górze, spokojne jak rozmowa z zegarem. Stoicyzm, którego nie sprzedaje się na szkoleniach: „Nie wszystko ode mnie zależy. Oddycham. Tyle mogę.” Pomyślałem, że dobrze mieć starożytnego patrona – nawet jeśli do domu wraca się przez burzę w Castro-Urdiales, z dzieckiem pod stołem, bo błyskawice mają własne poglądy na pedagogikę.

Na południu Sewilla była włączona dopiero po zmroku, Expo świeciło jak księżyc w trybie oszczędnym. Za dnia żar z nieba wykuwał pomnik cierpliwości. W Granadzie wjechałem na Pico de Veleta, gdzie narciarskie wyciągi spały jak dinozaury w lipcu, a Solynieve bez śniegu nosiło w nazwie pogodną ironię. Daniel, który już czuł ciężar grawitacji na koniu gimnastycznym, tu nauczył się nowej definicji nudy: „Zimą jest fajnie, bez śniegu – nie”. Mądrość dzieci jest bezlitosna. Prawda nie ma potrzeby się tłumaczyć.

Wybrzeże, El Rompido, piniowe lasy i pyłki, od których swędziała skóra i cierpliwość. Pan doktor prywatny z receptą na świat: „Wyjechać”. Posłuchałem. Stoik nie kłóci się z biologią pinii. Kłóci się co najwyżej z kolejkowym cennikiem w Mar Menor i z zakazem parkowania w Guardamar. Tam Alina zemdlała od upału i liptona w wersji ratunkowej. Stoicyzm w praktyce: najpierw cień, potem woda, dopiero potem filozofia.

W Mare Nostrum ratunek przyszedł dwa razy. Najpierw gdy Magdalenkę zabrała fala, a Daniel – ojciec z przypadku i brat z natury – wyniósł ją z dołu, który wczoraj był tylko ciepłym piaszczystym żartem. Dziecko zakaszlało i powiedziało: „Bardzo słona”. To też jest stoicyzm – nie rozumieć zagrożenia, ale przeżyć. Drugi raz, gdy następnego ranka nie było Daniela w namiocie, a po chwili wracał z wilczurem większym od swoich planów. Kto kogo wyprowadzał – nie ustalono. Ustalono tylko, że dorosłość jest ruchomym celem.

W Andorze kupiłem bezprzewodowy telefon i dwanaście butelek whisky – litrowych, w cenie mleka. Do przyczepy już się nie mieściło, więc karton wylądował pod nogami córki. Prawa celne ominęliśmy szerokim łukiem – nie z brawury, z geograficznej wyobraźni.

W Belfort, na koronie fortyfikacji, zatrzymałem się przy niewielkiej, granitowej tabliczce. Z daleka wyglądała jak kolejny militarny pomnik, ale słowa — wyryte surową czcionką — trafiały celnie:

WIERNYM W SŁUŻBIE
BOGU – POLSCE – FRANCJI
ŻOŁNIERZOM
2 DYWIZJI STRZELCÓW PIESZYCH
WALCZĄCYM
W OBRONIE BELFORTU
W CZERWCU 1940 r.

Patrzyłem i myślałem, że wierna służba rzadko kończy na marmurze. Częściej — na jakimś kwicie, formularzu, wypowiedzeniu, podanym do podpisu z „ubolewaniem”. Historia lubi patos, ale życie jest pisane małym drukiem — zwłaszcza, gdy jesteś jednym z tych, którzy naprawdę pracują, walczą czy bronią. W Belfort pomnik czekał cierpliwie. W moim życiu — trwała właśnie pierwsza rozprawa o własne prawa.

Po powrocie – sanatorium. Tydzień przed wyjazdem przyszła decyzja: wypowiedzenie warunków pracy, propozycja pakowalni z akordem i czternastoma markami za godzinę. Rada Zakładowa – „nie wnosi sprzeciwu”; urząd w Monachium – „wyraża zgodę”. Znam tę melodię: gdy wielu wyraża, jeden traci. W Radzie rzuciłem legitymacją. Nie trzepnęła. Utopiła się w tłuszczu kompromisów.

W domu czarna fala. Alina weszła w ciemność bez lampki nocnej. Zadzwoniłem po Rafała – przyszedł jeszcze rozgrzany spawarką. „Wyobraź sobie łódkę, burzę i że zamiast siedzieć, zaczynasz skakać od burty do burty” – powiedziałem. Zapytał, czy tak naprawdę było, i ten absurdalny szczegół wyłączył alarm. Czasem spokój wraca nie argumentem, tylko pytaniem nie na temat.

Pozostała liturgia przetrwania. Prawnik w Landsbergu, mgła z fajki, drzwi na balkon uchylone na dwie minuty, żeby wywietrzyć wahanie. „Z państwowej pomocy – nie. Wynagrodzenie – tak. Jeśli rezygnuje pan, to rachunek i dokumenty odeślę.” Jechałem do Freyung i wahałem się między świętym spokojem a świeżym pozwem. Na granicy powiatów zadzwoniłem: „Wnosimy”. Stoicki spokój to nie jest brak działania. To działanie bez piany.

Między aktem a faktem była jeszcze codzienność, która domagała się braw. Daniel – zawody gimnastyczne, skoki i to jego zapamiętane „ręce w górę” o kilka sekund za długo, aż sędzia poprosił o zejście. Magdalenka – figury baletowe z powagą dyrektorki teatru. W kuchni z kolei obiad w wersji objazdowej: miska warzyw, tuńczyk, pieczywo, papryka – i czuło się, że świat jest do ogarnięcia, nawet jeżeli listonosz niesie kolejne „z ubolewaniem”.

Gdy wreszcie przyszedł dzień sanatorium – Freyung leżało jak na brzegu dawnego świata. Wcześniej urzędniczka „od inwalidów” wypiła kawę z dyrekcją i życzliwie poinformowała, że sprawa jest trudna. W korytarzu Brama do Kawiarni, w gabinecie Brama do Niczego. Ja swój spokój miałem już wyćwiczony – nie ten z marmuru, tylko z gumy: ugina się, wraca, nie pęka.

To wszystko działo się pod tytułem, który wymyśliło życie: „Błaga, Chała, Odlot – Stoicki spokój”. Błaga – kiedy prosisz o elementarną przyzwoitość. Chała – kiedy patrzysz na prowincjonalny spektakl, w którym byk udaje byka, a kowboj gra błoto. Odlot – kiedy masz bordowy samochód, trzydzieści stopni w cieniu i dziecko, które właśnie wyszło z fali, mówiąc, że „woda jest bardzo słona”.

A stoicki spokój? To nie uśmiech zwycięzcy. To umiejętność podnieść ręce do góry – na chwilę – i opuścić je o czasie. To umieć zawrócić z Timmelsjoch, żeby tam wrócić kiedy indziej. To wiedzieć, że Rubens namalował twarz, która się nie boi. I że czasem najlepsza riposta dla dyrektora, związkowca i losu brzmi: „Oddycham. Piszemy pozew. A jutro – śniadanie, szkoła dzieci, rower, praca, wyjazd. Jedziemy dalej.”

W poprzek Francji

Tydzień po Wenecji znów wyrwało nas na południe — tym razem tylko „za miedzę”, do Austrii. Po Fernpass zrobiło się tak pogodnie, że bez sensu było gonić dalej: lato samo wlazło nam do auta przez otwarte okna. Camping pod Imst okazał się wykrochmalony jak zeszyt w linie — rząd przyczep, rząd tuj — ale daleko od recepcji zaczynała się prowizorka, czyli wolność. Rowerki z dachu, dzieci w teren: Magdalenka świeżo po awansie na „bez bocznych kółek” wolała jednak wracać do roli pasażerki luksusowej — bagażnik, ręce w pas brata, zero hamulców i maksimum śmiechu. Bazia trzymała straż w półcieniu młodego drzewka, Alina wygnała dym z przyczepy i przeniosła sałatkę pod gołe niebo. Kiełbaski, badminton, piwo „jak piwo w wolny, upalny dzień przy grillu” — brzmi banalnie, a jednak człowiekowi właśnie ta banalność naprawia kręgosłup.

Imst mijaliśmy zwykle bokiem. Tym razem wjechaliśmy do środka: fasady w kolorach lodów z dzieciństwa, studnie jak z pocztówek, cisza uzdrowiska, i ten „mikroklimat” miasta, którego nie opiszesz — musisz przejść, powąchać, przysiąść. Wąwóz Rosengarten Schlucht — piękny, ale tylko na paręset metrów, bo Bazia miała dziś dzień „bez wspinaczki”. Z Danielkiem skoczyliśmy jeszcze o kilka serpentyn wyżej. Niby chciałem „tylko do mostku”, ale każdy mostek miał brata za zakrętem. Dorosłość to właśnie moment, gdy potrafisz zawrócić, bo na dole ktoś czeka.

Zielone Święta skusiły mnie dłuższą pętlą: kilka przełęczy, potem Lago d’Iseo. Alina odmówiła: przepaście ją nie bawią, a szkoła Daniela nie zna urlopu okolicznościowego. Została Magdalenka — ochotniczka z błyskiem w oku („ja też z tatusiem będę tak brrr… brrr… brrrr!”). Bez przyczepy, za to z namiocikiem, dwoma garnkami i wiarą w sprzyjający los.

Tuż za granicą w tunelu coś chlipnęło na tylnym siedzeniu i przerodziło się w regularny szloch. „Smutno mi bez mamusi” — powiedziała i przywarła do mojej szyi jak koala. Zaproponowałem odwrót. Na szczęście korek ruszył, światło dnia zrobiło swoje, a dziecięca rozpacz ma tę przewagę nad dorosłą, że słońce w niej działa.

Stelvio od strony Trafoi było jeszcze „na zakazie”. Szlaban uchylony, rowerzysta z góry, terenowa Łada na dół i Włoch, który wzruszył ramionami w języku uniwersalnym: „Jeśli musisz, to jedź. Policja ma ciekawsze zajęcia”. Pojechałem. Serpentyny wgryzały się w stok jak linie papilarne geologii, a mój mały diesel mruczał: „panuję nad sytuacją”. Na chwilę zapomniałem, że za mną ktoś jedzie. Zatrzymałem się na grani — zaspę odgarnięto świeżo, ślad pługa jeszcze wilgotny. Obracam głowę… a tam Magdalenka śpi snem kamienia. Dzieci zazwyczaj na takich wirażach zielenieją, proszą o powietrze albo miseczkę. Moja spała. Pomyślałem: „będzie z nas ekipa brrr… brrr”.

Passo Stelvio (2758 m) w środku czerwca to śnieg przy asfalcie i sandały turystów. Piccolo Bazar sprzedaje naklejki z wysokością — medal dla peugeota. Zjazd na stronę Bormio łagodniejszy, tunele jak westchnienia. Obiad z bagażnika: kurczak w ręku Magdalenki wyglądał dumnie jak berło, ja tradycyjnie — jajka na twardo. Bez jajek wycieczka nie ma ostrego konturu, jest tylko przejazdem.

Noc spędziliśmy na górskim campingu pod Tirano, gdzie właścicielka patrzyła na nas jak na ekscentryków: namiot? tutaj? z dzieckiem? Wbrew trosce sen był głęboki. Poranek mokry, ale po zakupach w „IPERVILLA” słońce zdążyło odmienić świat i nastroje. Tonale smutne bez śniegu, ale pół wychylonej z okna Magdalenki rozjaśniło krajobraz lepiej niż słup reklamowy.

Lago d’Idro nie dorosło do mojej fantazji — nie Garda w miniaturze, raczej jezioro w naprawie: opuszczone, brzeg bez uroku, kąpiel odwołana. Za to wesele w Idro z orkiestrą ludowo-dętą i welon panny młodej uczyniły na długo z Magdalenki wyznawczynię jednego dogmatu: piękno równa się suknia do ziemi.

Passo del Rombo (Timmelsjoch) miało być drugą koroną. Znaki mówiły „zamknięte”. Z doświadczenia ze Stelvio uznałem, że znaki też ludzie, mylą się. Pogoda jednak przestała udawać lato, asfalt zaczął sypać dziurami, tunele robiły się dłuższe i ciemniejsze, a droga — coraz bardziej prywatna. W końcu bariera. Przesunąłem ją, by zawrócić — i poczułem ulgę. Nie powiem, byłem z siebie dumny. Raczej zawstydzony. Całe życie uczyłem rodzinę (i siebie), że „problemy bierze się na czoło”, tymczasem rozsądek wysłał mi sms: „Nie dziś”. Wstyd w takich razach ma dziwną geometrię: nie dotyczy faktu, że zawróciłeś, tylko własnej legendy o sobie. Za Gubałówkę też kiedyś wstydziłem się rozsądku rodziców: zwinęli mnie z nart do kolejki zębatej, bo „jeszcze nie pora”.
Czy wstyd rośnie proporcjonalnie do rozsądku? A może odwrotnie — im więcej rozsądku, tym wyraźniej widzisz własną teatralność? Postanowiłem prosto: Timmelsjoch poczeka. Życie, na szczęście, rzadko ucieka z przełęczy.

Pięćdziesiątkę planowałem hucznie — ekrany między drzewami, prąd z gospodarstwa lub generator, kino z diapozytywów, stół jak pas startowy. Rodzinny krach wszystko zwinął w rulon. Został okrągły stół, tort orzechowy z napisem, trzy głosy „sto lat” i cisza, w której nawet świeczki paliły się „wewnętrznie”.
Poczta przyniosła telegram od rodziców — jeden, prosty, oficjalny wers z napisem na jedwabiu. Czytałem go jak rozkaz do odwrotu z okopów. Miałem z powrotem rodziców — może jeszcze nie blisko, ale w zasięgu głosu.

Daniel w międzyczasie zasilił I klasę. Niemiecki „wstępny” okazał się sprytniejszy niż moje wspomnienia: nie wystarczy mieć lat sześć; trzeba mieć gotowość do siedzenia i rozumienia, po co się siedzi. Wojował z nożyczkami jak chirurg z nerwicą natręctw: linia to linia. Z nauczyciela spadła powaga, spadła dłoń na czuprynę — i Daniel został przyjęty w poczet „piszących krzywe kółka”. Zamiast elementarza — pudełko z literkami: składasz jak znaczki. Zamiast liczydła — kolorowe kostki lego. Religia bez piekła i czarta. Uczyłem się razem z nim, a właściwie oduczałem własnych strachów.

Na koniec roku szkolnego tańczył w białej „stokrotkowej” czapeczce, zbierał punkty w konkursach, walczył ze szczudłami (szczudła wygrały), triumfował w rzutach „kometami”. Patrzyłem z dumą i lekką zazdrością: jego start był naprawiony o moje wyboje.

Wakacje miały biec „w poprzek Francji”: Tours (Jurek i Władzia), potem Bretania (Kiwińscy). Po drodze Sully-sur-Loire — zamek jak z podręcznika heraldyki; obiad pod platanami, szybki obchód po basztach, parę klatek filmu i w drogę.

Jurek — mój dawny kompan od bułgarskich wakacji — znalazł się we Francji „na legalu”, robił w zawodzie, mówił o winach i serach z taką powagą, z jaką ja kiedyś mówiłem o mapach Michelin. Stałem na balkonie jego mieszkania nad Loarą, piłem whisky, jadłem łososia w jarzynach „po mojemu” i czułem dwoistość: część mnie pragnęła zamienić się z nim miejscami, druga widziała, jaką cenę płaci za to „bycie u siebie” w cudzym języku. Zazdrość miewa rozsądek, jeśli pozwoli jej się rozejrzeć.

Bretania: pałacyk wynajęty przez Kiwińskich, park, cisza, kaucja 500 marek i nowy rozdział w ich rodzinie — Karolek. Hanka, która „nie jest od niemowląt”, okazała się jednak od niemowląt, bo życie rzadko czyta nasze opisy stanowisk. Urodziny Magdalenki: prezenty w przyczepie, tort z miasta, plaża odkryta odpływem. Wieczorem usłyszałem: „A kucyka nie było”, co było jasną recenzją: w zeszłym roku było lepiej. Dzieci mają w sobie surowość sprawiedliwości.

La Baule okazało się piękne i wietrzne; sztorm obrzydził plażę, zostawił port, karuzele i zdjęcia dzieci na tle klombów, jak z katalogu ogrodniczego. Po nocy, kiedy wiatr kołysał przyczepą jak wóz Drzymały, zjechaliśmy szukać słońca.

Po drodze — soczyste epizody. Miejski camping zajęty niemal w całości przez Romów: dama w peniuarach, złoto, spojrzenia pełne respektu. Staliśmy tuż obok „królewskiej” przyczepy, w miejscu pustym nie z wygody, lecz z czci. Chłopaki skinęli nam „możecie jechać”, a my skwapliwie zrozumieliśmy, że „możecie” oznacza „powinniście”.
Leśny postój, kawa na palniku, ja z kamerą, ptaki, światło jak skrzypce, i nagle zza krzaków przeciągłe „aaa…”. Młoda para kochała się tuż obok świata. Bez wulgarności, bez pośpiechu. Wyłączyłem kamerę. To nie był materiał do filmu. To było przypomnienie, że intymność potrafi być piękna nawet w szerokim kadrze. A może zwłaszcza wtedy.

Deszcze, przeloty, zamczyska z kaczkami w Morthemer. W Montsalvy z rana słońce, panorama Entraygues-sur-Truyère, potem upał i serpentyny Lotu, aż wszyscy mieliśmy dość piękna. Alès uratowało nas campingiem przy stadionie. Wieczór: mecz, butelka czerwonego wina, dzieci walczące na puste dwulitrowe butle jak musași plastikowego fechtunku. Sen przyszedł bez negocjacji.

Ardèche. Vallon-Pont-d’Arc to dla mnie osobista geografia — kiedyś miejsce gniewu i rozdarcia, dziś — kajak pod kamiennym łukiem i czysta radość. Obiad pod winnicą tak obfity, że dzieci skapitulowały. W nocy Daniel wymiotował jak zegar. Rano lekarz, proszki, mikroguma w cieniu i czerwone wiadro w pogotowiu. Daniel bez zapasów tłuszczu wyglądał jak przemarsz biedy. Po dobie wrócił do ludzi, ale dieta trzymała go za rękę.

Riez — pachniało lawendą tak, że człowiek czuł się jak flakonik. Jechałem rowerem między polami i rozumiałem, czemu perfumerie wymyślono tutaj. Film z wakacji ochrzciłem od razu: „Zapach lawendy”. Lac de Ste Croix ciepłe, ale bez soli, więc mózg upierał się, że to nie wakacje, tylko basen. W les Salles wziąłem łódkę na prąd, dzieci w kamizelki i do wrót kanionu. Wiatr ze mnie robił węża, ale w cieniu skał wszystko się prostowało. Skoki młodych do wody z półek skalnych — piękne dopóki nie lądują tuż obok twojej burty. Dwa prysznice mnie nauczyły trzymać środek. Kąpiel w zielonej głębi, dwa zdjęcia (jedno od Daniela, drugie od nieznajomego, który bał się o mój aparat, a i tak zrobił kadr życia) — i cumy w drogę.

Rundę nad Grand Canyon du Verdon planowałem jak pielgrzymkę. Dziewięćdziesiąt kilometrów zachwytu, klify po siedemset metrów, w gardle rzeki miejscami piętnaście. Daniel po kilku zakrętach skapitulował na przednim fotelu. Zatrzymywałem się co chwila, ale piękno bywa męczące, jeśli ci słabo. Na jednej z platform zobaczyliśmy alpinistów zwisających nad przepaścią. Kibicowaliśmy długo. W oczach Daniela zamigotało coś nowego — być może wtedy złapał bakcyla (pająki górskie nie rodzą się, tylko się podpatrują).

Na płaskowyżu zrobiliśmy spacer w upale, potem kąpiel stóp w potoku, a głowy w cieniu. Wracając na camping słuchaliśmy jak huśtawka skrzypi, jakby miała do opowiedzenia własny epos.
W nagrodę dla dzieci poszliśmy na „korridę” w namiocie, rozreklamowaną jak widowisko sezonu. Dostałem lekcję niby-rozrywki: byk udający krowę, kowboj udający upadek, turyści udający śmiech. Dzieci patrzyły z niesmakiem, ja z ironią. Pięć kilometrów dalej natura grała koncert symfoniczny, a tu — „kosmiczna chała”. Dobry kontrast do lekcji nr 1 tych wakacji: mapa nigdy nie jest terytorium. A afisz — nigdy nie jest sztuką.


Filozofia na koniec? Bardzo proszę — mała, składana, kieszonkowa:

– Przełęcze są dwie: ta na mapie i ta w głowie. Pierwszą mierzy się w metrach, drugą w wstydzie i rozsądku.
– Dzieci to najlepsi nawigatorzy. Mówią „wracajmy” dokładnie wtedy, gdy dorosły próbuje udowodnić mapie, że wie lepiej.
– Zazdrość traci ostrość, jeśli dołożyć do niej koszt stały bohatera. Wtedy widać człowieka, nie tylko scenerię.
– A „korrida” życia? Najczęściej odbywa się pod namiotem reklamy. Prawdziwe rzeczy dzieją się obok: w cieniu, na ścieżce, w spojrzeniu.

Resztę dopisał zapach lawendy. I skrzypiąca huśtawka. One mają najcelniejsze pointy.

Teściowa w Wenecji

Zaraz po moich rodzicach zaczęła nas regularnie odwiedzać Bazia. Bazia — tak ochrzcił ją Daniel przy pierwszych próbach mówienia i tak już zostało. Z metryki Janina, z powołania babcia, z charakteru — wiecznie młoda „Bazia”. W rodzinie imiona mają dziwne drogi: moją mamę Michał ochrzcił kiedyś „Abu” i żaden dekret metrykalny tego nie odwołał.

Tego roku przyjazd Bazi wypadł w maju — miesiącu rzepaków, złotych plam na łąkach, i tej wiosennej lekkości, która podbija człowiekowi serce i każe planować coś „już, zaraz”. Szczerze mówiąc, musiałem się z tej lekkości ratować działaniem: od stycznia nosiłem w sobie przykry ciężar po rodzinnym spięciu. Sprawy niby codzienne — „nasze i wasze”, polityka, patriotyzm, religia — ale najbardziej bolała mieszanka lekceważenia i poufałej pewności siebie, którą moi najbliżsi brali za „dobry ton”. No i to niepisane prawo: że niby robotnik z fabryki rajstop nie powinien pouczać doktorów, a obcokrajowiec — Niemców o godności. „Człowiek mądry jest człowiekiem bogatym” — ten aforyzm krążył już po rodzinnej orbicie jak satelita, czekając tylko na swoje lądowanie.

W efekcie przy rodzinnych stołach rozmawiało się o kwiatkach i pogodzie. O dzieciach lepiej ostrożnie — zbyt szybko robiło się drażliwo. Zdarzyła się nam nawet zimowa, memmińska Wigilia z niespodzianką: Zygmunt po jednym piwie stawał się erudytą, po drugim — mówcą gestykulującym dziwnie powykręcanymi palcami; po trzecim szwagier przechodził na „tryb program obowiązkowy”. Błogi uśmiech nie schodził mu z twarzy, a Krysia i dziewczyny miotały się między zgorszeniem a rozpaczliwą logistyką. Ojciec patrzył na profanację Wigilii jak na spektakl, którego nikt nie zamawiał. Zasłona opadła, Zygmunt został odprowadzony do łóżka, ale niesmak jeszcze parę dni krążył po domu.

Dlatego, gdy Abu z dziadziusiem mieli przyjechać do nas, z Aliną postanowiliśmy: przyjmiemy ich godnie, normalnie, ciepło — bez „portfela na stole”. Oddaliśmy sypialnię, rozświetliliśmy dom i dni. Pojechaliśmy nawet na małą wycieczkę w Alpy. A jednak czułem lekki dystans. Jakby różnica między naszym rytmem a memmińskim życiem podrażniała zmysły. Ojciec, kiedyś głodny przeźroczy i filmów z moich podróży, teraz gasł. Nie z braku sił — te wciąż miał — raczej z rozczarowania światem i ludźmi. Mama rozkładała ręce. Ja próbowałem te dystanse przegadać, ale ojciec nie lubił „wymądrzania się”. Gdy brakowało mu argumentów, mówił uroczystym tonem: „A myśmy mieli we Lwowie wspaniałych profesorów”. I po rozmowie.

Wizyta minęła serdecznie. Uścisk, „trzymajcie się”, „bóg zapłać”. Miałem nadzieję, że mimo wszystko trzymamy wspólny grunt. Kilka dni później zadzwonił Michał: „Było fajnie. Dziadkowie byli u nas u Ireny, Krysia przywiozła”. I we mnie coś pękło. Nie policzek — młot w mostek i nóż w plecy. Nie o spotkanie z wnukami chodziło, tylko o to, że zrobiono z tego tajemnicę. Że ja — najstarszy syn — dowiaduję się przy okazji, jak ktoś o mnie mówi „niepotrzebny element”. Alina tylko kręciła głową: — „Nie pojmuję, jak można tak traktować własnego syna”.
Uniósłem się. „Zerwę kontakty”. Przez tydzień nie odbierałem. Potem telefon od Margret, sąsiadki Krysi, z teatralnym niepokojem. Uciąłem. I zapadła cisza. Sierota z wyboru — śmieszne, ale jednak bolało.

W połowie kwietnia, już mniej więcej pogodzeni ze swoim „sierocym” statusem, ruszyliśmy — jak rok wcześniej — na włoską Wielkanoc. Bazia nigdy nie była za granicą z nami, nigdy też nie spała pod dachem z brezentowym rodowodem. A jednak przyjęła propozycję z radością. „Nie do odrzucenia” — powiedziałem i nie musiałem dwa razy namawiać.

Peugeot, mimo przyczepy, gładko łykał kilometry. Wieczorem jedliśmy kolację już w Cesenatico: powietrze miało tę przyjemną, łagodną słoność, która obiecuje sen bez trosk. Rankiem lekki szron dodawał scenografii wdzięku; słońce zliznęło biel w pięć minut. Wskoczyłem na rower. Puste pola, cienkie mgły, pierwsze ciepło dnia — Włochy mają talent, by człowieka rozsznurować od środka. Zmusiłem się nawet do krótkiego rachunku sumienia: przecież mam wszystko, co trzeba — dom, dzieci, kobietę, którą kocham, teściową, która nie robi afer — czemu więc w środku coś drży? Nie znalazłem odpowiedzi. Słońce odpowiadało za mnie: „później”.

Święta minęły w kolorach pisanek, czekoladowych zajączków i symbolicznego śmigusa. Dbałem o Bazię jak przewodnik z czułością: żeby było wygodnie, smacznie, spokojnie. Bazia rewanżowała się wdzięcznością — taką, która nie potrzebuje słów. I czułem coś jeszcze: wolność od „ważniejszych nad nami”. Tak smakowała rodzina bez cienia porównywań.

Pojechaliśmy do San Marino. Dziesięć lat temu wspinałem się po tych samych kamieniach, trzymając Alinę za rękę. Księstwo się nie zmieniło, my — tak. Bardziej ostrożni, może mądrzejsi, a może tylko mniej ufni? Tamten lipiec był czystą beztroską. Dziś w tym samym słońcu czułem, że dojrzałość też potrafi być pogodna, tylko ciszej się uśmiecha.

Ludzie kupowali jak oszalali — bezcłowy raj. Sklepy, stragany, torby, paczki. My niespiesznie — rytm wyznaczał krok Bazi. Kawiarnia pod murami, prymitywny stolik, ale słońce sprasowało obrus światła idealnie. Wypisywałem pocztówki (czynność, której nie lubię, ale która bywa najkrótszą formą pamięci). Wiatr przynosił zapach kawy i lawirował między naszymi zdaniami.

Na Wenecję przyszła kolej w aurze chmur i zawahania. Prom przez lagunę — za drogi, więc mostem wolności do miasta. Camping w Chioggii odstraszał pustką, Campalto było przyjaźniejsze. Auto w wielopoziomowym parkingu, a my — jak wszyscy — na piechotę w labirynt.

Dzieci oczywiście „nie głodne” przy śniadaniu i „umierające” po pierwszej pizzerii. Wzięliśmy margheritę na kawałki i już krążyliśmy między kanałami z „kromkami szczęścia” w dłoniach. Magdalenka odkryła koty — dzikie, pewne siebie — i dzieliła się z nimi skórką i środkiem do ostatniego okruszka. Na placu św. Marka powtórka: torebki z ziarnem znikły jak przez czarodziejski lejek. Dzieci karmiły z dłoni, a potem goniły gołębie rozłożonymi jak skrzydła ramionami.

Wstąpiłem na chwilę do bazyliki. Złoto mozaik wciąż paliło się swoim wiecznym światłem, ale ja już patrzyłem inaczej. Kiedyś ten przepych mnie przygniatał — teraz tylko skłaniał do lekkiego skinienia głową. Może dorosłem do zwyczajności sacrum. Albo sacrum spowszedniało. Nie wiem. Ale to, że patrzę własnymi oczami, uznałem za zysk.

Wodny tramwaj do parkingu kołysał jak kołysanka. Fasady przesuwały się teatralnie, pale do cumowania rysowały piony na „podwórkach” kanałów. Dzieci rzucały ostatnie kawałki bułki mewom, a mnie dopadła dziecięca Wenecja: zalana łąka, drzwi z altanki jako tratwa i ja ze Stasiem, podróżnicy od wielkich wód. Gondola z patykiem zamiast wiosła. Gondolier pachniał bagnem, nie perfumą. Ale przecież to też jest Wenecja — ta wewnętrzna.

Pamiętam felieton sprzed lat: pani wróciła z Wenecji i powiedziała tylko: „Śmierdząca woda i skórki pomarańcz pływają”. Kiedyś śmiałem się z jej prostactwa, dziś widzę drugie dno: jak łatwo propaganda — każda — podkręca nasze zachwyty i nasze pogardy. Żelazna kurtyna umiała zrobić z Wenecji owoc zakazany; nic tak nie smakuje jak to, czego jeść nie wolno. A potem zakaz pęka i… nadal chcemy. Czyż nie dlatego, że karmimy nie apetyt, tylko snobizm?
To pytanie zostawiłem sobie „na kiedyś”. Teraz stałem na pokładzie z Bazią i rodziną, a słońce robiło z nas cztery cienie na falach.

Bazia chłonęła wszystko z nieukrywaną radością. Było w tym coś krzepiącego: wdzięczność, która nie liczy, tylko płynie. A ja, wracając z Wenecji kolejny raz, postanowiłem, że następnym razem pójdę mniej utartą ścieżką. Że nie dam się prowadzić wyłącznie opowieściom — cudzym i własnym.

Mała lekcja na koniec (łagodna, w słońcu Italii)

– W rodzinie warto czasem zeskoczyć z katedr i stanąć obok kioskarki z kawą: tam szybciej się mówi „przepraszam”.
– Nie wszystko złote, co mozaika — najcenniejsze bywa proste „dziękuję” Bazi, wypowiedziane po cichu przy plastykowym stole.
– I jeszcze to: bywają mosty z kamienia i z papieru listowego. Po jednych przejdziesz, po drugich tylko machniesz z daleka. Warto wiedzieć, które są które.
– A resztę dopisze słońce. Ono w Italii robi za najlepszego mediatora.

Dwa wesela

Pierwszy wyjazd z nową przyczepą śnił mi się całą zimę. Austria? Dolomity? Teoretycznie—tak. W praktyce: krótki dzień, długie noce, stary sprzęt i najważniejsze: zimowe rozleniwienie, które prowadzi za rękę na kanapę. W końcu wiosna stuknęła nas w ramię: jedziemy na Wielkanoc do Italii!

Wypadała wcześnie, na przełomie marca i kwietnia. Znajomy Włoch uspokajał: nad Adriatykiem „już całkiem przyjemnie”. Przyczepa błyszczała po liftingu, a na dachu fiacika przykręciłem… turystyczny stół. Pod kątem. Jako spoiler. (Proszę się nie śmiać—w telewizji mówili o aerodynamice). Wieczorem zobaczyłem w „dzienniku”, że w Alpach sypie: zatem opony zimowe—hop!

Wystartowaliśmy o świcie. Dzieci rozbijały lód na kałużach, a ja na pierwszym postoju regulowałem „spoiler-stół”. Efekt? Taki sam jak przed regulacją: nasz dzielny fiat i tak z trudem przekraczał setkę. Kapituluję. Za przełęczą pierwsze ciepłe powiewy zapominają cały projekt „Formuła Stół”.

Camping w Rawennie był jak wczesne lato w wersji demo: świeża zieleń, ptasi koncert, zapach trawy, dzieci, które biegną tak, jakby im dopiero co zwrócono wolność. Wielkanocny poranek przywitał nas lekkim mrozem—w nocy włączyłem ogrzewanie—i tym komicznym dysonansem: w środku ciepełko, a na zewnątrz oszroniona trawa i my, w gumowcach, szukający czekoladowych zajączków. Morze było nasze: pusta plaża, Daniel rysuje pałace na piasku, Magdalenka klepie pierwsze babki, mewy udają, że nie ustępują, po czym elegancko ustępują. Po dwóch dniach przestało wiać. Słońce przypomniało: to jednak południe.

Oczywiście—inne to święta niż te z Bierutowic sprzed czterdziestu lat. Tamten świat beztroski już nie wróci. Dziś wszyscy jesteśmy „po kursie dorosłości”, nawet dzieci: za mądre na nasze dawne głupoty. Ale prawda jest prosta: ta Wielkanoc była piękniejsza od siedzenia przy stole. Postanowienie: świąt już nie przesiedzę. Nawet za najlepszą sałatkę jarzynową świata.


Lato skroiły nam dwa wesela, więc z urlopu zostały dwa lipcowe tygodnie. Daleki rajd—odpada. Bliski—hańba. Została Hiszpania „niedaleka”, czyli dwa tysiące kilometrów w jedną stronę. Fiat sapnął. Przyczepa—lekka, a prowadziła się jak wieloryb na wąskiej ścieżce. I wtedy los postawił na mojej drodze ropniaka.

Do fiata miałem słabość, ale w salonie u Vorderrubera błyszczał niebieski „peugeot 309 Graffic D”. Pierwszy raz wsiadłem w diesla: dźwięk jak basowy śpiew—stateczny, mocny. Alinę martwiły piąte drzwi („będzie wiało na dzieci”), mnie martwiło finansowanie. Ułożyło się: 4 tys. za mirafiori (później dowiedziałem się, że odpłynęło do Albanii), 10 tys. pożyczki, reszta przez Peugeot Bank. 220 marek raty. I ten zapach nowości—oszałamiający. Dzieci przesiadły się bez drgnienia powieki, jakby to im się należało od zawsze.

Na dach wrócił czerwony stół-spoiler (nie pytajcie), na haku—przyczepa (hak za 950 marek), w bagażniku—zabawki-niespodzianki. Francję przefrunęliśmy tradycyjnie z postojem w Belforcie. W Roses—szeroka plaża z palmami, na campingu—dwóch polskich autostopowiczów (nowość w erze wiz wolnych). Daliśmy obiad, wymieniliśmy uśmiechy ze światem, który wreszcie otwierał drzwi bez pytania „po co”.

Za Barceloną i Tarragoną dojechaliśmy do Peñíscoli. Camping: cisza, zieleń, basen, który zdefiniował wakacje. Morze? Wiało jak z suszarki przemysłowej. Dzieci nie wychodziły z wody (tej basenowej), ja kręciłem, pichciłem, cykałem. Raz zrobiliśmy promenadę po jarmarcznym mieście: wachlarze, figurki z monstrualnymi penisami (dzieci wzięły miecze świetlne—bardziej bezpieczne), zamek Templariuszy, gdzie zmarł antypapież Klemens VIII z rodu de Luna. Panorama—cudna, ale Alina miała dosyć akrobacji dzieci nad murami. Posadziłem ich na kamiennej płycie. Oj, jak pięknie współpracują ze skałą, kiedy trzeba.

Musiałem jednak wywietrzyć duszę. Morella—niby tylko 60 km w głąb lądu, a jak inny świat: góra jak z „Wieży Babel”, miasto przyklejone do zbocza, nad nim skała z zamkiem. Kartagińczycy, Rzymianie, Maurowie—wszyscy tu byli. Stoję przy zardzewiałej armacie, a w tle słyszę głos Cervantesa. Wracając, trafiłem na pożar lasu: helikopter łkał, ludzie okładali ogień gałęziami. Chciałem pomóc, ale strażacy machali, żebym znikał. Zniknąłem. Peugeot też chciał.

W ostatnie dni – aquapark (sprałem nowe kąpielówki na zjeżdżalni falistej), Oropesa de Mar (dzieci capnęły lody na twarz i koszulki). A potem – Andora. Parking zasypany kurzem, naprzeciw koparki jedzą skałę. Wózek na zakupy jak kontener: tanio wszystko. Koniaki, czekolady, oliwki, kawy—upychałem jak w Tetrisie. Na nikona i rower górski brakło gotówki. Popołudniu wysoko w góry: przy aucie zjawiły się konie i zaczęły jeść… kamienie z drogi. Dzieci otworzyły buzie, ja okna (profilaktycznie).

Przez Port d’Envalira wąż serpentyn, a na jezdni znów konie—kulturalnie blokują ruch. Estetyka sytuacji upada, kiedy przed maską oglądasz z bliska zad, a potem to, co spada. Pytanie dydaktyczne: „Co by było, gdybym podjechał bliżej?”—pozostawię otwarte.

Col de la Casa: sklepiki, bibeloty, zegar w rokokowe kwiatuszki—prezent dla Julianny. Carcassonne wieczorem—czerwone słońce nad murami, kieliszek wina. Rano szybkie „zaliczenie” cytadeli i w drogę. Pośpiech spłyca nawet cuda.


Wesele pierwsze. Zaproszenie na ślub Julianny przyjąłem z mieszanymi uczuciami. Byłem ojcem, ale we mnie wciąż huczała historia z alimentami i wieczne „umówimy się—nie dzisiaj”. Zaproszono „wszystkich z rodzinami”, a mnie—solo. Alina chłodno i słusznie:

— Nie palę się jechać, ale ty masz. To twoja córka.

I pojechałem. Starnberg, kościółek na wzgórzu, pogoda z katalogu. Julia—zjawiskowa, może zbyt teatralna (po mamie), ale piękna. Welon jak mgła, loki jak sprężyny. Pan młody—Zygfryd—wystudiowanie naturalny. Wąsik prowincjonalny i cwany uśmiech, ale frak trzyma fason. Jestem rozdygotany, Zosia szepcze: „Nie przeżywaj tak!”. Nie wie, że przeżywam teatr—i to jak dobrze zagrany.

Kawalkada w dół nad jezioro. Mój nowy peugeot nie odstaje (co to była za ulga!). Klaksonami gramy z Michałem wspólną melodię pośród chaosu dźwięków. W restauracji—show jak w telewizji: tancerki, dziewczęta-sport, konferansjer Zygfryd, quiz z telewizorami i tosterami. Przepych jak na folder. Tańczę z panną młodą—ciężar sukni większy niż lekkość chwili. Tańczę z Ireną—z obowiązku. A potem kubeł: przy stole obok pary młodej—„rodzice”, ale ja mam miejsce u sióstr. Wyszedłbym. Zatrzymali: „Nie rób Julii przykrości”.

Rozumiałem. I jeszcze logika Ireny: w ceremoniale katolickim liczy się „niby-małżeństwo”, więc urzędowo wyglądalibyśmy jak groteska: ona z „mężem” i Angelo. A Angelo? Dobrze wychowany, ciepły Włoch do wszystkiego. „Angelo, podaj! Angelo, jedź!”. Poczciwy urzędnik zakochał się w królowej dramatu. Słabość to nie grzech, ale szkoda człowieka.


Wesele drugie. Rodzice—złote gody. Przyczepa jedzie do Nysy, bo ma się gdzieś podziać pół rodziny. Po drodze camping nad czeskim jeziorem. Wieczorem ogniska, pieczone ryby. Rano wspólne mycie przy korycie: dzieci zęby, panowie brody, panie twarze. I wchodzi On: drągal z Niemiec. Ziew, przeciągnięcie, rozpina, wyciąga… i zaczyna pluskać „to i owo” pod kranem, komentując, że „tak trzeba dbać o higienę”. Humor prosty jak koryto. Zdumienie—międzynarodowe.

Granica polska—jak zwykle: dowcipy o Wałęsie nowsze, reszta—stara. W domu barwnie: szykowanie ogrodu, kwiaty, malowanie, polerowanie. Michał przyjechał nowym „Nissanem Patrol”—dziadków zawiezie na ceremoniał „po królewsku”.

W katedrze—dwie pary nowożeńców schodzą przy Mendelssohnie, a potem my: odnowienie przysięgi. Stefan gra z chóru, ksiądz Władek kładzie stułę na splecionych dłoniach. Teleobiektyw pokazuje twarz ojca—wzruszoną do trzewi—i dumne, jasne oczy mamy. Magdalenka odkrywa akustykę kamiennej posadzki: jej sandałki grają. Na koniec „Ave Maria”—to samo, co pięćdziesiąt lat temu w Stryju. Komuś tu się serce rozpuściło. Wiem komu.

Przyjęcie w jadalni Dziennego Domu Pomocy Społecznej—kiedyś willa na dwie rodziny, dziś parking pełen zachodnich blach i jadłodajnia, która w święta nie karmi głodnych. Na schodach lampki do szampana w idealnym szyku. „Sto lat” brzmi jak trzeba.

Mowy. Zosia—jak zawsze—o mamie i tacie, ale zaczęła i skończyła na sobie, z mężem jako świadkiem jej wspaniałości. Dziwnie przykro słuchać autopromocji przy rodzinnym stole. Krysia nieśmiało—na co Stefan: „Proszę o wyrozumienie, rodzina z NRF-u już nie szprecha po polsku”. Mnie też korciło, ale zamiast „od serca” zagrałem formą, żeby nikt nie mógł wbić szpilki. Andrzej z Kłodzka błysnął pointą:

— „Pomimo przeciwności losu?” Jakich przeciwności! Cały czas mieli tak słodko, że tylko zazdrościć!

Nie miał siły łączyć „harmonii małżeńskiej” z wojną, wysiedleniem i stalinizmem. Z Michałem wypiłem więc toast—na zgodę i na rozwagę, której i jemu potrzeba.

Potem dyskoteka. Bramkarz nie wpuszcza? Michał pokazuje język pieniędzmi i już stoimy przy barze. Koktajle w wysokich szklankach—nowość. Tańczymy, śmiejemy się. Wracamy późno. „Nietakt”—słyszę rano. Nietakt netekst. Najmniej to obchodzi Michała: poznał Ilonkę—sąsiadkę—i już umówiony.

Następny ranek rozhuśtany. Daniel wymiotuje (solidarność z dorosłymi?), przyczepa pachnie „aromatami po torcie”. I wbiega Zosia:

— Michał z Wiktorem nie wrócili!

— Wiesz przecież, poszli na imprezę.

— Jest dziesiąta! Witek niepełnoletni!

Domyślam się celu: domki nad Jeziorem Nyskim. Prywatny mit południowych libacji. W pyle południa trafiamy na naszego jeepa. Witek—zielonawy. Michał—w sąsiednim domku—jeszcze wesoły, ale na miękkich nogach.

— Prowadź — mówi i podaje kluczyki. — Ja nie dam rady.

Dziwne. Zwykle dawał. Jedziemy. Najpierw żartuję, potem słucham.

— No… bawiło się do rana. Witek… z kimś… nie pamiętam. Ja—wiesz—pokazałem towarzystwu, co to jest „prawdziwa zabawa”.

— Nie tylko „picia”?

— Daj spokój, staruszku. Ty tego nie rozumiesz. Za twoich czasów tego nie było.

— I co? Dużo straciłem?

— Pojęcia nie masz, jakie to odlotowe.

— Od kiedy?

— Od kiedy… od kiedy… Zresztą te „ćwoki” nie wiedziały, dopóki im nie pokazałem.

Pachnie to już nie trawką, tylko handlem. Michał zawsze miał za dużo kasy, lubił błyszczeć prezentami. Irena mogła sponsorować, ale nie aż tak. Znałem jego miłość do efektów specjalnych. Tłumaczyłem, żartowałem, pisałem mu nawet w rytm maszyny wierszyk o wolności od stada:

w stadzie baranów nie pędź
choćby to był ich pierwszy rząd
być wolnym ptakiem miej chęć
zabójczy jest pospólstwa swąd

najlepszy nawet pasterz twój
prowadząc cię ma własny cel
ten obraz jego dostojny strój
stworzyli inni z złocistych zer

Nie wiem, czy przeczytał. Wiem, że łopatologii nie znosił—obrażał się i zrywał kontakt. A ja, naiwny, marzyłem o kumplostwie ojciec–syn. Rodzina przymykała oko, bo „Michaś to fajny chłopak” — inteligentny, dowcipny, z rozmachem. Tylko że „słabostki” zaczęły mieć wymiar bardzo konkretny. I ciężar.



– Spoilery z turystycznych stołów nie przyspieszą fiata.
– Konie jedzą kamienie, ale w życiu najczęściej kamienie jemy my—po cudzych fajerwerkach.
– Wesela są dwa: to „na scenie” i to „w środku”. Na to pierwsze wystarczą fraki, welony i quizy. Na drugie—odwaga i trochę prawdy.
– A jeśli chodzi o miłość ojca do syna: lepiej mówić „uważaj”, niż milczeć. Nawet jeśli usłyszysz: „Nie zrozumiesz”. Bo może raz na sto—jednak zrozumie.

Roller, Bush i Mustafa

Herr Duftner — nasz szef od produkcji — nie miał czasu na nic, co pachniało człowiekiem. Jeśli pojawiał się między maszynami, to tylko po to, by je policzyć, pogonić i spisać wydajność. W kantorku za pancerną szybą bywał rzadko: „coś pilnego”, „zaraz wracam” — i znikał. Poprosiłem sekretarkę, żeby mnie zawołała, gdy Szef znajdzie dwie minuty oddechu. Dygresja: Herr Duftner naprawdę lubił sekretarki. One jego — jakby mniej, o czym świadczyła szybka rotacja.

Od mojego ostatniego „incydentu kadrowego” (grożono mi wylotem po opuszczeniu nocki) minęło kilka lat. Pracowałem sumiennie, brałem nadgodziny, łatałem „dodatkowe”. Zaczęto mnie kojarzyć z rzetelnością, a nawet z „pewniakiem”. Postanowiłem to wykorzystać.

Kiedy wreszcie wezwano mnie głośnikiem, Herr Duftner przybrał minę „co znów nie działa?”. Zdziwił się, że nie skarga, tylko prośba: przyjąć Alinę na pół etatu. Dzieci nie mogły zostawać same; chcieliśmy pracować na zakładkę. Spodziewałem się odprawy, a dostałem… rzeczowość. „Jasne. Jutro kadry.” Gdy pracodawcy brakuje rąk, nawet Urząd Pracy włącza tryb „proszę bardzo”.

I nagle mamy to: Alina — niebieski fartuszek, białe rękawiczki — wskakuje do międzynarodowego babińca i po czterech godzinach wraca w dobrym humorze oraz z 750 markami, które znikają w naszym budżecie szybciej niż ciepłe bułki w niedzielę.

Roller — Rembrandt 2001

Wracając od Fiata w Peiting (mirafiori domagało się coraz to nowych organów), wypatrzyłem przy drodze przyczepę na sprzedaż. Od Grecji polowałem na „okazję”, a ogłoszenia były jak randki w ciemno: zawsze jakaś wada „nie do przełknięcia”. Tu — plac, burek szczeka, z obory zapach wiejskiej poezji, a na środku ona: zgrabna, biała, z niebieskim paskiem. Roller, typ „bardzo malowniczy”: Rembrandt 2001. W środku — zaskakująco czysto i bez smrodku (poza tym zza stodoły). Cena: 4000. Ja: 3700 i lista „mankamentów estetycznych” (pęknięty plastik, grad na dachu, wieszak z przecinkiem). Pan „na dobudówkę” w końcu mięknie. Umowa, hak, jedziemy.

Mniejsza od poprzedniej, ale w prowadzeniu wcale nie bardziej uległa. Wymagała drobnych przeróbek — czyli mojego szczęścia. Każda śrubka i listwa wprowadzała do środka nasz „duch wakacyjny”.

Tydzień później kolejny cios w finanse: wideokamera za 2040 marek. „Super 8” skonała w ciszy zaciemnionego pokoju; ekran ustąpił miejsca telewizorowi. Długo się opierałem, ale zwyciężył rozsądek i… dźwięk stereo. Montaż bez nożyczek — cywilizacja.

Mur, róż i czerń

Polityka coraz częściej przerywała nam życie prywatne jak reklamy w filmie. Na Wschodzie czerwony blakł w róż, Gorbaczow zapalił zielone światło, a Niemcom zgasła granica. Radość była prawdziwa, choć nie wszystkich cieszyła prędkość przemian i obietnice Helmuta Kohla. U nas na ścianie zawisł autentyk: zębaty gruz z Muru, przywieziony przez Kiwińskich.

A potem — Bliski Wschód. Tu barwy zgęstniały do czerni. Wejście Husseina do Kuwejtu — kolejny news z rejonu, gdzie wojny są jak pory roku. Tyle że nagle dawny pupil Ameryki stał się potworem. CNN zamieniło noc nad Bagdadem w globalne widowisko: „Pustynna Burza” świeciła w salonach, 18 tysięcy ton bomb w pierwszą dobę. Propaganda grała marsza, ginęli ludzie.

Nie byłem fanem Husseina, ale instynktownie stawałem po stronie słabszego. Coraz trudniej było mi łykać amerykańską opowieść o „niezbędnej sile”. Wychowany na zachodnich westernach i wschodnim antyimperializmie, nagle zobaczyłem, ile w mojej głowie było cudzego montażu: Korea, Wietnam, Libia, Panama — a teraz Irak. Sympatie z czasów młodości wyblakły. Najbardziej wkurzał mnie szał flag i patosu: prezydent wychodzi z kościoła, telewizja łka, a za pięć minut startują bombowce.

W fabryce wojna rozlała się po szafkach i stołówce. Niemiecka część załogi patrzyła na muzułmanów jak kibice na „tych drugich”. Jugosłowianie — dotąd kumple — porobili się na „Ustaszy” i „Czetników” i ostrzegali mnie nawzajem przed sobą. Turcy stali murem za Irakiem: „nasi bracia”. Temperatura rosła szybciej niż licznik produkcji.

Mustafa

Wszedł w moje życie cicho, kluczem 10 mm. Młody mechanik, pracował jak trzeba: szybko, dokładnie, bez „odwalania”. Do niemieckich kolegów trzymał dystans, z pracownicami rozmawiał oficjalnie — Koran nie przewiduje small talku z obcą kobietą.

Zaczepił mnie raz o Boga — Allaha bez postaci. Kiwałem głową ze zrozumieniem, co w jego oczach zapaliło lampkę: „ten nie kpi”. Polubiliśmy się. Jasne, dzięki temu moja maszyna chodziła jak zegarek, ale sedno było gdzie indziej: mogliśmy normalnie pogadać, nie obrażając się nawzajem.

Mustafa nie miał złudzeń co do pobożności Husseina — „na pokaz” — i nie uznawał jego nawołań do dżihadu: „tylko uczeni mogą”. Za to sprzeciw wobec USA popierał całą duszą. W jego narracji źródła zła były dwa: Ameryka i Izrael. Kilka dni zniknął — „urlop” — wrócił z głosowania w Stambule. Partia Szare Tygrysy fundnęła loty. Był przekonany, że prędzej czy później w Turcji zapanuje porządek Koranu. Na słowo „fundamentalista” wzruszał ramionami: „a co w tym złego, jeśli zasady są jasne?”. I z niepokojącą logiką dodawał, że „wojna przeciw muzułmanom” skończy się konfliktem światowym.

Brzmiało to groźnie, ale i znajomo. Lata później słyszałem podobny rezonans w zupełnie innych ustach, gdy NATO „wprowadzało porządek” nad Sawą i Dunajem.

Epilog z iskierką

W domu rządził teraz Roller — nasz Rembrandt 2001 — i kamera, którą nauczyłem się kochać za dźwięk, a nie za piksele. W pracy rządził rytm taśm, w wiadomościach — rytm werbli. A jednak między jedną a drugą zmianą potrafiliśmy wcisnąć życie: śrubkę w listwę, wspólną kawę, rozmowę o Bogu bez krzyków, plan następnego wyjazdu.

Świat się kłócił, a my — cichcem — pakowaliśmy do szafek talerzyki kampingowe. Bo cokolwiek mówią głośniki świata, najlepiej montuje się sceny z tego, co blisko: z uśmiechu Aliny po zmianie, z równomiernego stukotu maszyny „jak szwajcar”, i z tego miłego „klik”, kiedy hak przyczepy siada na miejscu. To „klik” brzmiało jak obietnica: będzie jeszcze dokąd jechać. I że po drodze — mimo wszystko — spotkamy ludzi, z którymi da się porozmawiać normalnie.

Pożegnanie z Jugosławią

Życie biegło u nas według kalendarza osobliwego. Inni mieli „pon.-pt. 9–17”, my raczej „czasem–może–zobaczymy”. Stabilność? Owszem, bywała — głównie w porannej toalecie; regularny byłem tylko w jednej dziedzinie, co notowałem z ironią i… pewną dumą.

Dzieci rosły jak na drożdżach. Magdalenka z pomocą porannej meteorologii (słoneczko/chmurka) żegnała pieluchę, Daniel zaś rozkochał się w przedszkolu i medycynie praktycznej: „pod stołem z koleżanką” to, rzecz jasna, inicjatywa koleżanki. W Bellindzie, w fabrycznej poezji pakietów i metek, każda maszyna miała charakter, a każda „zmiana” zmieniała zdanie. Kto uważa, że wkładanie rajstop do pudełek to nuda, niech spróbuje trzy godziny z rzędu bez potknięcia — gwarantuję, że nerwy mają wtedy własne bębny.

Minęło lato, jesień i śnieżna zima z bałwanem, który zaglądał nam w kuchenne okno jak ciekawski sąsiad. W inne okno — telewizor — zaglądała historia: Mur w Berlinie kruszył się jak mur pruski, Ceausescu odszedł w sposób dramatyczny, Havel wygrał, Mandela wyszedł. „Obyś żył w ciekawych czasach” przestało brzmieć jak klątwa, a jak newsletter.

Wielkanoc w Nysie była jak wyciągnięcie starego płaszcza: pachniał dawnymi świętami, ale kieszenie miały już inne kształty. Dziesięć lat czekaliśmy na „oficjalny” powrót. W Kudowie-Słonem wopista uśmiechnął się po ludzku (to też nowość), deklaracje celne nadal po staremu: rubryka „ile wwozicie” świeciła jak bilon. Polska była wolniejsza, ale biedniejsza. Handel kwitł wszędzie, dusza — nieco mniej. „Im gorzej, tym lepiej” wciąż wyglądało jak żart, na który nikt nie ma ochoty.

Różniliśmy się od miejscowych nie marką swetra, tylko tempem i spokojem. Przestaliśmy kombinować; to czyni człowieka dziwnie podejrzanym. Jedni zazdrościli, inni brali nas za naiwniaków. „Wy u Pana Boga za piecem, my tu cierpimy” — dało się słyszeć. Rodzina była taktowna, ale kreska „my/wy” leżała na stole obok mazurka.

Wielkanocne stoły najpierw w Nysie, potem w Ligocie, ciepłe, słodkie i kluchowate jak wspomnienia. Chcieliśmy wejść do tej samej rzeki. Udało się — tyle że nurt zmienił bieg, a my staliśmy już trochę w innym miejscu.

Grecja woła

To miało być nasze ostatnie czerwcowe lato bez szkolnego dyktatu. Daniel od września do ławki = lipcowe plaże raczej w telewizji. Wreszcie przyszła kolej na Grecję — tę Parandowskiego, moją sprzed lektur, gdzie mity trzyma się nie w muzeum, tylko za rękę.

Wizy poszły gładko, aż do 17 maja, 10:45. Monachium, czerwone światła, cios z tyłu. Sprawczynią — piękność z konsulatu jugosłowiańskiego, którą chwilę wcześniej widziałem (i ona mnie, z uśmiechem). Hak wygięty, propozycja „załatwmy to po ludzku” równie krągła jak jej sylwetka. Rozum zwyciężył testosteron: poprosiłem o pisemne przyznanie winy. „To ja z policją” — i załatwiła. Policja uznała, że szkoda znikoma, po czym… z pasją wczytała się w moje papiery. W prawie jazdy miałem rok urodzenia 1962. Miły błąd. Mniej miły — zatrzymanie dokumentów i pouczenie. Oddali, gdy obiecałem aktualizację, a hak Herr Kurz i tak zrobił „na gwarancji, bo korozja”.

Jugosławia, ostatni raz w całości

1 czerwca ruszyliśmy. Z planu ADAC zjechałem w stronę Adriatyku; chciałem jeszcze raz zobaczyć kraj, który kiedyś był „trzecią drogą” — pół Zachód, pół Wschód, całość pod Titą. Minęła dekada, Tito nie żył, a Jugosławia z daleka przypominała ul po mocnym stuknięciu.

Na granicy pan w okienku wymiany walut zachowywał się jak gwiazda rocka w złym humorze. Wydał mi dinary nowe i stare w twórczym chaosie; po awanturze inna urzędniczka rozplątała węzeł. Po drodze bywało ostro: raz facet na furze dyrygował ruchem jak samozwańczy policjant i wściekł się, gdy odważyłem się go wyprzedzić. Gdybym się zatrzymał, rozmowa potoczyłaby się bez słów, a wakacje bez ciągu dalszego.

Plitwice — baśń na żywo

Mimo nerwów — radość. Jeziora Plitwickie były jak film bez dźwięku, który gra wewnątrz głowy. Szesnaście szmaragdowych luster, wodospady jedne w warkoczykach, drugie w galopie. Dzieci trafiały nóżkami w listwy kładek, Alina prowadziła nas jak przewodniczka spokoju, ja — człowiek-statyw — biegałem, cykałem, kręciłem. Pod koniec płynęliśmy cichym jeziorem, a potem pogoda zafundowała trailer z deszczem. Wieczorem polska wódka dopisała komentarz: „było pięknie”. Noc — ściana deszczu. Rano — odwrót.

Most Maslenica? W remoncie. Przejazd tunelem rusztowań, zero widoków. Ironia losu: kilka lat później most i tak raniono wojną.

Wybrzeże od Szybenika po Dubrownik było nadal jak marzenie, które pamięta się lepiej niż przeżywa. W Splicie wir samochodów, palma po przejściach, port pachnący jak kiedyś, Daniel z krwotokiem z nosa, ja z czystym nosem i brudną nostalgią. Świat się postarzał i przyspieszył; nam też kazał biec.

Dubrownik minęliśmy z oddali. Noc na „campingu-widmie”: rano nikt nie chciał pieniędzy — jedyny gest gościnności, który nie bolał.

W Herceg Novi szukałem dawnej plaży partyzanta od rakii. Nie znalazłem nic — ani plaży, ani domu, ani winnicy, gdzie dziewczyny kiedyś „zwiedzały” winogrona. Rozumiałem nagle ojca, który nie chciał już odwiedzać Lwowa: nie każdą miłość warto sprawdzać na żywo.

Zatoka Kotorska błyszczała jak zawsze, ale ludzie patrzyli już inaczej. W Ivanogradzie typ z opatrunkiem wyciągał łapę po paszporty „bo tak”, recepcja była nim samym. Grzeczność w odwrocie, adrenalina w natarciu. Rano — gaz do granicy.

Dionizos i przeciąg

Halkidiki wybraliśmy środkowe — Kasandrę, bo Athos od stuleci mówi kobietom „nie”. Camping Dionizos koło Korúdi: kilka namiotów, dużo cienia, woda jak szkło. Para Niemców, co przejechała półwysep rowerami, szeptała nam o spokoju tak pięknym, że aż chce się ziewnąć. Po dwóch dniach spokój mnie jednak zaczął swędzieć — wypożyczyłem łódkę.

Na wyspie — kamiennym bochnie — słońce usmażyło nam dzień na złoto. Potem, gdy odbiłem, przyszła lekcja pokory: wiatr podniósł fale, łódka stała w miejscu, a ja grałem mięśniami jak orkiestrą. „Na dno!” — rozkazałem rodzinie, czyli „siąść jak najniżej”. Podpłynęła motorówka: „Holować?” — „Dam radę!” Zostałem dumny jak kogut, a ręce jeszcze pół godziny drżały. Na brzegu zrozumiałem, że ten strach miał świeże korzenie.

Wiosną nad Amerem ktoś krzyknął: „Daniel tonie!”. Skoczyłem, zobaczyłem go w prądzie i wiedziałem — zdążę. Udało się dzięki Madze, która pierwsza rzuciła się w nurt. Moja wdzięczność dla niej nie mieści się w żadnym zdaniu. A ja? Ja dostałem w prezencie lęk, który przychodzi, kiedy człowiek już wie, co może stracić.

Na deser przypomniał mi się wróżbita Filipek z Doliny Kłodzkiej, rodzinny delficki konsultant. Przepowiedział rodzicom, że mam strzec się wody. Długo miałem w głowie ten „pantofel pojedynczy”. Może dlatego na łódce tak szybko włączył mi się tryb alarmowy.

Niestety spokój Dionizosa przerwał „naród sąsiedzki”. Nowi Niemcy wjechali przyczepą niemal do naszej kawy. Granica prywatności? Granica Schengen — otwarta. Spakowaliśmy orbitę i ruszyliśmy.

Olimp i cała reszta

Saloniki zaliczyliśmy lotniskowo — Daniel przeżył własny airshow, po czym zatkał uszy i poprosił o ciszę. Olimp przywitał nas chmurą na szczycie i obiadem na parkingu. Boskość została w podręczniku.

Ateny = Akropol. Wspinaczka w tłumie, śliskie kamienie wypolerowane przez stulecia turystyki, Partenon jak stara fotografia, a obok fotograf z aparatem-skrzynką — cień epoki na tle ruin epoki. Zachwyciłem się i skrzywiłem jednocześnie: piękno jest, ale robić tu zdjęcia to trochę jak klasnąć w muzeum. Pireus zasmrodził romantyzm i odpędził apetyt. Uciekliśmy z powrotem do zieleni i wody.

Volos bez greckiej patyny, ale za to camping pod oliwką, metr od morza, po dobie oczekiwania — nasz. Dwa tygodnie z szumem fal zamiast budzika. Dwa koty udomowione sardynkami (Magda chlipie mleko jak one, czysty mimetyzm). Jedna burza z tęczą w gratisie.

W górach Pilio znalazłem rdzewiejącą kolejkę i ślad po zapomnianej intensywności. Ktoś tu kiedyś dowoził z gór do portu surowiec, a Parys — być może — jabłko. Zioła pachniały jak strona 37. Afrodyty. Człowiek czuł się bliżej nieba, bo ziemia była miękka.

A wieczorami czytałem Kosidowskiego. „Opowieści biblijne” ułożyły się jak puzzle, których nikt mi wcześniej nie wręczył. Cieszyłem się, że rozróżniam wreszcie wiedzę od wiary, i złościłem, że tak późno. Na kogo się obrazić? Na siebie — najbardziej. Na szkołę — trochę. Na przypadek — zawsze.

Powrót przez pękającą mapę

Granica z Jugosławią okazała się bramą do innego nastroju. W miesiąc kraj stwardniał w twarzy. W Niszu noc minęła jednak spokojnie; Polacy przyjechali na camping pod prysznic, spać poszli do aut pod płotem, bo „po co płacić 160 dinarów”. Ja kupiłem autostradę w całości: im szybciej do Austrii, tym lepiej dla nerwów.

Maribor przywitał mnie krawężnikiem, który obraził oponę przyczepy. Niedziela — wulkanizatorzy śpią. Trafiliśmy na jedyny „ratunek techniczny”, oficjalnie tylko dla firm. Nieoficjalnie — mechanik z perfekcyjnym niemieckim i dobrym sercem. Znalazł dętkę, wsadził, napompował. Ruszyliśmy, a ja zrozumiałem, że szczęście to też umiejętność znalezienia właściwego człowieka w niewłaściwy dzień.

Do domu dojechaliśmy bez przygód. Szwagier, gdy usłyszał o oponie, nie podzielił mojego zachwytu nad dętką. Obiecałem nową. Przyczepy już więcej nie pożyczyliśmy. Może i dobrze — niektóre rozdziały lepiej zamykać wyraźną kropką.


Patrząc wstecz, widzę Jugosławię jak album: jasne zdjęcia morza, cienie ludzi i to szybkie, niepokojące ściemnienie na końcu. Byliśmy jednymi z ostatnich turystów, którzy widzieli ją w całości. Niedługo później mapa pękła. Zostały nam drogi, które jeszcze były, i zdjęcia, na których woda pachnie jak dawniej. I ta lekcja: do niektórych miejsc wraca się w pamięci — tam zawsze jest dobra pogoda.

Od wakacji do wakacji

Czerwony busik z białym dachem był naszym domowym bożkiem od beztroski. Wystarczył jeden rzut oka i człowiek czuł zapach morza, nawet stojąc na parkingu pod piekarnią. Druga strona medalu świeciła skromniej: skorodowany staruszek pocił się olejem jak kulturysta w saunie. Po Kalabrii obiecałem mu sanatorium, ale kałuże na asfalcie mówiły: „teraz albo holownik”.

Pojechałem po uszczelki i tarczę sprzęgła… i zobaczyłem JĄ: czerwone „131 mirafiori” na sportowych oponach. 3500 marek. Herr Kurz podał kluczyki. Wróciłem z jazdy próbnej z miną, którą zwykle mają chłopcy wychodzący z kina po „Bondzie”. Mechanik, złośliwie rozbawiony:
— „Czy pan kiedyś prowadził osobówkę?”
Prowadziłem. Ale nie TAKĄ. Przyspieszała prawie jak BMW ojca, siedzenia miękkie, szyby przyciemnione, silnik mruczał… a opony, przy starcie, piszczały piękniej niż skrzypce.
Pieniędzy brak? Kurz wyciągnął matematyczny plaster: 900 na start, reszta w 36 ratach—78 marek miesięcznie. Alina zrobiła rundkę i odmówiła… wysiadania. Kupiłem. A właściwie—zostaliśmy kupieni.

Na deser Krysia z Zygmuntem przytargali ideę: przyczepa campingowa! Lodówka, zlewozmywak, ogrzewanie, szafki — pałac na kołach. Nasz busik był romantyczny, owszem, ale z dwojgiem dzieci romantyzm łatwo przechodzi w survival. Zaczęliśmy więc marzyć o wakacjach z kranem.

Magdalenka kończy rok. Dom pęka w szwach od maluchów. Zygmunt wyjątkowo nie moralizuje, słońce się zgadza, łąka wygląda jak z pocztówki. Brakuje tylko Zosi — ona odtąd zawsze „za granicą czasu”.

Daniel idzie do przedszkola. Pierwsze ranki—dramaty: wielkie oczy, bezradne rączki, oczy mówiące więcej niż słowa. Zastępczo wymyślił komunikację totalną: na wszystko odpowiadał „Ja”. Święty Mikołaj: „Podejdź bliżej?” — „Ja.” „Byłeś grzeczny?” — „Ja.” „Znasz wierszyk?” — „Ja.” Tempo „Ja-ja-ja” rosło proporcjonalnie do chęci ucieczki. Ale polubił panią i dzieci, a my—spokój (poza rotacją: katar–kaszel–gorączka). Hemoterapia zrobiła z tym porządek, zanim zdążyliśmy mieć doktoraty z czopków.

Jesienią przyjechała Irena: poprawna, opiekuńcza, jakby inna. Wkrótce wpadł Michał z pluszowym słoniem większym od Magdaleny. Pstrykaliśmy zdjęcia jak paparazzi—na chwilę uwierzyliśmy, że rodzinne puzzle chcą się same ułożyć.

Pod koniec lutego słońce przygrzało i włączyło w głowie tryb „horyzont”. Krysia dała słowo, że pożyczą przyczepę, ale ja nie miałem haka. Nowy—ponad 1000 marek. W Peiting sprzedali mi cały samochód z hakiem za 500. Taki jak mój, tylko bardziej… przeżyty. Hak przełożyłem, reszta na części. A Herr Kurz jeszcze odkupił ode mnie busika—za tyle, ile dałem pięć lat wcześniej. Cud? Raczej suma szpachli i miłości.

Podłoga w przyczepie Krysi ledwo trzymała pion. „Zrobisz?” — „Zrobię.” Zrobiłem. Takie rzeczy wiążą — nie naszą, ale „naszą” przyczepę.

Europa huczała: pierestrojka, mur pękał, Okrągły Stół strugał przyszłość. A my—w Portugalię. Już w ambasadzie poczuliśmy egzotykę: list o wizach wyglądał jak dyplom. Po drodze—Mirkowie w Belfort, zajęcza uczta u Reni, nocne rozmowy, poranne słońce bez litości.

Na przydrożnym postoju między Narbonne a Perpignan nauczyłem się francuskiej kultury pracy: energiczna dama tupie, wskazuje miejsce i informuje z klasą: „Mais non, monsieur! Ja tu pracuję!”. U nas dostałbym wiązankę. We Francji—leksykon grzeczności. Odjechałem, dopiero po chwili zrozumiawszy, że przeszkodziłem w… negocjacjach branżowych.

Hiszpanię połknęliśmy szybko: dobre drogi, gdzie trzeba—autostrady, na stacjach lód w workach. W Kordobie zaparkowałem pod drzewem zasypanym pomarańczami. Ktoś? Nikt. Mezquita jak morze kolumn—850!—najpierw skala, potem cisza. Alina pcha wózek, Magdalena drzemię, Daniel biegnie, ja fotografuję i myślę o Paestum: tam „domy bez dachów”, tu sklepienie jak długie zdanie bez kropki. Kiedy tam modlono się do Hery, tu żyło pół miliona ludzi—drugi biegun Europy obok Bizancjum. Ilu turystów to czuje?

Prom przez Guadiana: zahaczyłem hakiem o próg i utknąłem jak waleniowy maluch. Kilku Portugalczyków popchnęło—stanęliśmy na nowym brzegu. Celnicy dali nam do wypełnienia karteluszki (wszystkim, nie na złość). Wieczór, wiatr, Monte Gordo. Pracownik recepcji krążył ze mną po campingu jak po poligonie: tu za krzywo, tam za daleko. Zatrzymałem się wbrew jego teorii grawitacji. Rachunek miał jedno zero za dużo—to już było „za blisko”. Rano—zmiana nastroju: pinie śpiewają, sąsiedzi pomocni i ciekawi świata, lekarze z Lizbony chwalą własnoręczną składana przyczepę. Na plaży nauczka: południe w Portugalii to nie jest „nasze” południe; słońce przyspiesza, plecy pieką, Magdalenka nosi skarpetki jak dama parasolkę. Zostaliśmy na parę dni—pranie dookoła jak chorągwie zwycięstwa.

Faro—magiczne i pełne, ale camping tylko na rezerwację ze stycznia. Portimao—luksusowo i… bez powiewu. Upał stoi w miejscu, przy plaży—raj; Daniel goni fale, Magda kopie w cieniu skarpy, Alina odżywa w wodzie, a jachty robią za przecinki w zdaniu dnia. Lagos—groty, tunele, przewodnik na łódce ma pełen repertuar („nos de Gaulle’a”, klucze, anatomia), a ja skrzętnie to kręcę. Pod spodem—historia niewolników. Portugalczycy pierwsi, reszta Europy chętnie w kasie. W cieniu wąskich ulic czułem, że chłód bywa moralny.

Praia d’Ingrina wygląda jak siódme niebo, ale ocean ma temperaturę ósmego kręgu Dantego. Do pasa? Dziękuję, zostanę ojcem dwojga. Przynajmniej „Eintopf” w tawernie—epicki: jedna porcja, a karmi narody. Vila do Bispo—czas stoi, staruszki bezzębnie uśmiechnięte, pralki-kamienie przed domami. Sagres—wiatr, armaty, widok nieskończoności; Daniel z równym entuzjazmem ogląda trójkołowy dostawczak i legendę Henryka Żeglarza.

Wiatr i kurz wygrały z romantyzmem; na północ. Drogi—piękne zapachy, fatalna nawierzchnia. 200 km w dobę, francuski kierowca odstrzelił mi lusterko i nawet nie pomachał. Taśma klejąca—nasza księżniczka z bajki.

Setúbal. Wracamy do „cywilizacji” i widzimy, że nasze „stare auto + wysłużona przyczepa” to dla wielu luksus. Sardynki w porcie—za grosze dla nas; dla kogoś i grosze za dużo. Policjant na błyszczącym motorze zatrzymuje pana z rowerem i drewnem—gest, który uczy hierarchii dnia. W centrum transparent partii komunistycznej na obdrapanym domu—kontrasty aż dzwonią. Jest za to uczciwość: sandałki Magdy odłożone przez sprzątaczkę „na pana powrót”. Castelo São Filipe—widok, co porządkuje w głowie. Prom na Troię—delfiny pod burtą, luksusowe hotele jak przyłbice innego świata.

Lizbona. Most „25 kwietnia” dźwięczy stalą, a człowiekowi rośnie serce. Camping ogromny, czystość po niemiecku, strażnicy z krótkofalówkami niczym orkiestra. Praça do Comércio—parkowanie między pałacami. Elevador—Eiffel w wersji gotyckiej, kilka sekund magii i panorama w kratę siatki. Belém: Mosteiro dos Jerónimos pachnie różami i przesadą marzeń; styl manueliński rzeźbi w kamieniu liny, rośliny i sny o imperium. Zakon zamknięto za rozwiązłość—no cóż, bogactwo psuje dietę. Torre de Belém—lekcja elegancji, Pomnik Odkryć—kamienna karawela już odpływa; nasze dzieci tańczą po mozaice fal.

Zamek św. Jerzego—miasto pod stopami, most w lustrze Tagu, Magda śpi w wózku, Daniel najpierw szaleje, potem śpi na Alinie; najlepsza definicja panoramy. W tawernie płastuga tak dobra, że Alina mówi półgłosem „chyba nigdy lepszej”. Na koniec rejs po Tagu—miasto z perspektywy wody wygląda jak spełnione zdanie. Żegnamy Chrystusa Króla na wzgórzu i obiecuję sobie wrócić. (Tak samo obiecywałem Paryżowi. Wieża wciąż czeka.)

Granica wschodnia: ceramika, kształt klęczącej kobiety bez głowy, sprzedawca cieszy się na „Polaco”—papież działa jak uniwersalny klucz. Dostajemy gratis—maleńki bucik-breloczek. Do dziś grzeje jak kamyk z rozgrzanej plaży.

Hiszpania—powrót przez Sierra Palmitera. Maszyny jak mrówki rzeźbią skałę—Syzyf w kasku. Fuengirola: „dziki” camping przy ruinach zamku okazał się bardziej dziki niż camping. Przenieśliśmy się wyżej; francuska para przy winie była tak towarzyska, że sangria skończyła się szybciej niż noc. Miałem wrażenie, że jeszcze kieliszek i zaczniemy omawiać logistykę grupową. Wstrzymała nas gorączka Magdaleny—i całe szczęście, bo z dziećmi trudno o choreografię.

Przychodnia: kolejka, szybkie badanie, antybiotyk. Nie pomaga. Decyzja—wracamy. Aguilas: lekarka maluje buzię na fioletowo, zakazuje antybiotyku, odwołuje wyjazd. Za kilka dni fiolet znika z Magdy, ale zostaje na wszystkim dookoła. W nagrodę kupuję płetwy (użyję raz) i koszulkę z nazwą campingu. Obkładam się linami i sznurkami jak statek.

W drodze do domu słyszę skrzypienie z tyłu. Oględziny: pęka blacha mocująca hak do karoserii—pewnie po tamtym „siorbie” na promie. Skaczę na zaczep, trzyma. Wytłumaczenie dla Aliny: „zawieszenie sprawdzam”.
— „Andrzej!”
— „Alles OK. Todos bien.”
Nie lubię „zamartwiania się” — to tylko wiara, że nic się nie da. Dało się: dojechaliśmy, kontrolując szczelinę jak barometr wakacji.

Zamknęliśmy kolejny krąg. Pięć tysięcy kilometrów, parę cudów, kilka wpadek, dużo śmiechu. Zrozumiałem, że żyję latem, a przez jedenaście pozostałych miesięcy robię to, co robi rozsądny optymista: planuję następne lato. I smaruję hak.

« Ältere Beiträge

© 2026 Wojciech Rosyk

Theme von Anders NorénHoch ↑