Kategorie: Allgemein

Jurandów

Z letnich wakacji nad morzem wróciliśmy rozszumiani i rozbiegani — rozsadzała nas energia, a stare kąty nagle stały się za ciasne. I wtedy przyszło coś, czego się nie spodziewałem: osamotnienie.

Zabrakło towarzysza zabaw — Andrzej poszedł do szkoły. Nie wiedziałem, co ze sobą zrobić.

Przypętał się do mnie szczeniak, ledwo stojący na nogach. Nosiłem go na rękach, wałęsaliśmy się razem po okolicy. Pewnego dnia zawędrowałem pod szkołę. Przykleiłem nos do szyby i z zazdrością patrzyłem na Andrzeja. Siedział w trzeciej ławce, pochylony nad zeszytem, zupełnie obojętny na moją obecność.

Przychodziłem tam codziennie. W oczekiwaniu na niego tuliłem szczeniaka, który w końcu zasypiał w moich ramionach. Wracaliśmy razem do domu, jak dwaj wyrzutkowie.

Któregoś dnia nauczyciel otworzył okno. Przestraszyłem się — myślałem, że mnie przegoni. Już miałem uciekać, gdy zawołał:
— Jak masz ochotę, wejdź do środka i usiądź w ławce!

Bez wahania wskoczyłem przez okno. Wszyscy wybuchnęli śmiechem, a nauczyciel tylko podkręcił wąsa. Usiadłem przed dużą tablicą, dumny jak król. Nie wiedziałem wtedy, że tym jednym gestem zalegalizowałem koniec swojej wolności.

Zamiast szczeniaka zacząłem nosić tornister.

Z pierwszej klasy pamiętam głównie księdza-katechetę. Nie potrafił po bożemu przekonać mnie do nauki, więc często obrywałem linijką po rękach. Każdy rok w jurandowskiej szkole przynosił jakieś wydarzenie, które zostawało w pamięci.

Druga klasa — uczyła nas pani Pawłowska, spokojna, opanowana, z ciepłym spojrzeniem i tonem, który nie znosił pośpiechu.

Pewnego dnia nie odrobiłem zadania domowego.
— Gdzie masz zeszyt? — zapytała.
— Mam… tylko tornistra nie mogę otworzyć — odpowiedziałem z powagą.

Pod ławką z całej siły związywałem sznurówką zamknięcie.
— Daj tutaj, to rozwiążę — powiedziała łagodnie.
Pomyślałem, że jeśli przetnie sznurówkę, będę wracał do domu w jednym bucie, ale jak chce próbować — niech próbuje!

Podałem tornister. Pani Pawłowska, jakby nie widząc całej misternie splecionej konstrukcji, spokojnie prowadziła dalej lekcję. Obserwowałem jej palce z rosnącym napięciem. Po kilku minutach oddała mi tornister i sznurówkę. Nie powiedziała ani słowa o zadaniu.

Nie sądzę, by chciała w ten sposób pochwalić się cierpliwością — a jednak właśnie to najbardziej utkwiło mi w pamięci.

W czasie przerwy bawiliśmy się w ciuciubabkę. Lubiłem szukać po omacku; zawsze było na co trafić, bo dziewczyny stanowiły większość w klasie. Już któryś raz nie mogłem rozpoznać, kogo łapię, gdy poczułem bliskość Marysi. Skok — i nagły trzask! Cisza. W ustach poczułem smak krwi. Opaska spadła. Na podłodze leżał mój ząb.

Pani Pawłowska natychmiast wysłała mnie z Andrzejem do domu. Szedłem ze spuszczoną głową, a on niósł w kieszeni moją jedynkę, wypalcowaną przez ciekawskich kolegów.

Na chirurgii wszyscy nas znali. Ojciec tylko pokiwał głową i zaprowadził mnie na salę operacyjną. Jedynka wylądowała w soli fizjologicznej, ja na stole. Po chwili tatuś, z wprawą chirurga, wsadził mi ząb na miejsce. Nie pisnąłem ani słowa.

Trzymał się sześć lat — mógłby dłużej, ale to już historia innej klasy.

Na początku trzeciej klasy pani Pawłowska zachorowała. Jej miejsce zajął mąż — pan Pawłowski. Ojciec, jako lekarz, odwiedzał chorą nauczycielkę w domu. Z czasem wizyty zaczęły przybierać coraz bardziej towarzyski charakter, a ja kilka razy mu towarzyszyłem.

Siedziałem grzecznie na krześle, starając się wyglądać jak wzorowy syn z dobrego domu. Prowadzono poważne rozmowy, w których każde zdanie brzmiało jak urzędowy protokół — powoli, z godnością, z obowiązkowym „panem” i „panią”. Do „pana doktora” i „pani doktorowej” byłem już przyzwyczajony, słyszałem to niemal codziennie, ale gdy ojciec zwracał się do Pawłowskich, ludzi, którzy na co dzień użerali się z rozbrykanymi dzieciakami ze wsi, per „panie profesorze” i „pani profesorowo” — brzmiało to dla mnie jak …

Na ostatniej lekcji z polskiego mieliśmy dyktando. Pan Pawłowski przechadzał się między ławkami, spoglądając przez okulary na nasze zeszyty. Gdy dotarł do mojego, zatrzymał się. Wziął go do ręki, pochylił głowę, a jego brwi uniosły się powoli w niemym zdziwieniu. W oczach, za szkłami okularów, pojawiła się mieszanina rozbawienia i niedowierzania. Nie powiedział jednak ani słowa.

Usiadł przy biurku, wertował kartki, aż w końcu rozległ się dzwonek kończący lekcję.

Wybiegłem z klasy razem z innymi — szczęśliwy, że koniec dnia. Ale nagle ktoś chwycił mnie za ramię. Odwróciłem się gwałtownie. Stał za mną pan Pawłowski.
— Proszę pana, ja nic nie zrobiłem! — wyrzuciłem z siebie natychmiast, zanim zdążył cokolwiek powiedzieć.

Nauczyciel nie odpowiedział. Spojrzał na mnie tylko i cicho polecił, żebym zaczekał pod oknem. Stałem więc na zewnątrz, z zazdrością patrząc, jak koledzy wybiegają z krzykiem w drogę do domu. W końcu usłyszałem lekkie stukanie w szybę. Okno się uchyliło. Ręką dał znak, żebym wszedł z powrotem do środka.

Z trudem wspiąłem się do klasy. W ciszy, jaka tam panowała, każde moje stąpnięcie odbijało się echem. Na ławce leżał mój zeszyt. Pan Pawłowski trzymał w dłoni wyrwaną kartkę — całą pokrytą czerwonymi znakami. Było ich więcej niż moich liter.
— Usiądź — powiedział spokojnie. — Spróbujemy jeszcze raz.

I tak, pod jego wzrokiem, przepisywałem wszystko od początku. Każda literka musiała być dokładnie taka, jaką dyktował. Każda próba samodzielności kończyła się cichym, lecz nieznoszącym sprzeciwu:
— Nie tak.

Czułem się jak w konfesjonale — z piórem zamiast różańca.

Kiedy skończyłem, zamknął zeszyt i skinął głową w stronę okna. Wyszedłem tą samą drogą, którą wszedłem. Na pożegnanie rzucił tylko:
— O tym, że tu byłeś, nie muszą wiedzieć nawet rodzice.

Wróciłem do domu w milczeniu, z uczuciem, że coś ważnego wydarzyło się w moim życiu — choć nie umiałem wtedy jeszcze powiedzieć co.

Do szkoły chodziłem różnymi drogami — między wiejskimi chałupami, wśród pól i pagórków. Świat robił się coraz większy, a ja poznawałem nowych kolegów, często zupełnie innych ode mnie. Wracaliśmy razem, z hałasem i śmiechem, przez jar, wzdłuż potoku, aż do rzeki. Szum wody prowadził nas aż pod szpitalny sad. Po sforsowaniu zamkniętej bramy rzucaliśmy się między drzewa — tam zawsze wybuchała wojna na jabłka.

Pewnej niedzieli wyruszyliśmy z Andrzejem na prawdziwą wyprawę. Za rzeką, tuż pod lasem, czekali na nas koledzy z klasy — ci, którzy „znali teren”. Na skraju zielonej polany wskazali miejsce, gdzie mieliśmy kopać.
— Wy szukajcie tu, my przy tamtych drzewach — polecił jeden z nich, z miną doświadczonego sapera.

Z zapałem rozgarnialiśmy patykami leśne poszycie. Już po chwili spod igliwia i piachu zaczęły wyłaniać się naboje karabinowe, łuski, a nawet pociski do dział. Metal błyszczał w słońcu jak skarb.

Andrzej, zawsze pewny siebie, wziął jeden z nabojów do ręki i zaczął tłumaczyć z przejęciem:
— Kulkę kładziesz na jednym kamieniu, łuskę na drugim… a tu, w środku, jak uderzysz w spłonkę — wybuchnie!

Pokazał, jak to robić. Zamarłem, gdy nabój lekko drgnął. Nikt się jednak nie bał — przeciwnie, czuliśmy dreszcz ekscytacji, jakbyśmy dotykali tajemnicy wojny.

Najbardziej błyszczące kulki braliśmy w całości. Z pozostałych wysypywaliśmy proch, czarny i sypki jak pył wulkaniczny.

Wieczorem rozpaliliśmy ognisko. Kiedy żar zrobił się mocny, wrzuciliśmy do środka puste łuski i przysiedliśmy z daleka. Każdy trzask, każdy błysk w ciemności sprawiał, że śmialiśmy się coraz głośniej. Gdy strzały zaczęły iść seriami, siedzieliśmy już w pełnym zachwycie, wśród iskier i świszczących spłonek, które tańczyły w powietrzu jak świetliki.

W końcu ognisko rozsypało się pod naporem wybuchów. Przesiąknięci dymem, z dzwonieniem w uszach, wróciliśmy do domu.

Zdobycz ukryliśmy w altanie — dopiero teraz miała się zacząć prawdziwa zabawa, ta, o której dorośli nie mogli się dowiedzieć. Bo im bardziej coś było zakazane, tym bardziej nas kusiło.

Ojciec często opowiadał o dzieciach, którym opatrywał poranione dłonie — po eksplozjach niewypałów, po zabawach z prochem. Słuchałem tych historii z pozornym spokojem, ale nie przestawałem myśleć o naszej altanie. Miałem sporo szczęścia. I chyba trochę rozumu.

Z czasem samo wrzucanie łusek przestało nas wystarczać — zaczęliśmy budować samopały. Najtrudniej było znaleźć odpowiednią rurkę; wystarczyła cienka, sklepana na ko          ncu przez szpitalnego kowala, którą można było dopasować do wystruganej kolby z kawałka drewna. Wypiłowanie małego otworu do podpalania i dopasowanie wszystko kończyło.

Do lufy wsypywałem proch, potem, owiniętą w papier kulkę, wpychałem patykiem albo ołówkiem. Krótka zapałka, syk i puuuff — a lufa ryczała. Zabawa nie polegała tylko na huku; samopał, choć prymitywny, potrafił trafić cel.

To już była piąta klasa. Pewnego deszczowego dnia, podczas długiej przerwy, któryś z kolegów chwalił się, że przymierzy ze swojej spluwy ptaka na drzewie. Nikt nie wierzył — więc udowodnił to, otwierając okno i palnął. Wróbel osypał się w puchu pierza.

Musiałem spróbować. Wyciągnąłem swój samopał, nabity wcześniej, stanąłem w oknie, zapaliłem — syk — i zamiast jednego strzału posypała się cała salwa. W oknach pierwszego piętra stanęli wszyscy chłopcy z dymiącymi lufami.

Gdy wrócił nauczyciel z dyrektorem, w ławkach panowała cisza. Woźny przeszedł między rzędami z wiadrem — jak przy kolekcie — i każdy, z ciężkim sercem, wrzucił broń. Na rodziców czekało zebranie następnego dnia.

Kara była surowa — tę pamiętam długo: kilka dodatkowych obowiązków, a mama zrobiła rewizję mojego pokoju. Znalazła prawdziwy pistolet. Jak do tego doszło — to już inna historia.

Kolumna wojska wracała z manewrów i zatrzymała się na górce. Weseli żołnierze rozprostowywali nogi, naprawiali rzeczy, śmiali się głośno. Artur, zawsze gotów zabłysnąć wiedzą szkolną, kręcił się wśród nich z rozbrajającym zachwytem.

Dwóch wojaków rozbierało koło ciężarówki i łatało uszkodzoną dętkę. Chcąc zaimponować Arturowi, podszedłem bliżej i przemądrzale oznajmiłem:
— Wiem, jak to się robi — mój tata też tak łata dętki.

Jeden z nich roześmiał się szyderczo:
— Pewnie twojej mamie też, co?

Kolejna salwa śmiechu przeszła po pagórku. Czułem, jak mnie pali w twarz. Wtedy żołnierz podniósł dłoń i, bezceremonialnie, wyciągnął spod siedzenia prawdziwy pistolet.
— Masz, jest dobry, tylko brak mu zamka — powiedział, wskazując na Artura.

Artur chwycił broń, a ja patrzyłem na nią z mieszaniną zachwytu i zazdrości. Pistolet błyszczał w jego rękach jak skarb. Zazdrość rozlała się po mnie gorącem.

Nie mogłem przestać o tym myśleć. Artur nosił pistolet przy sobie, chwalił się nim przed kolegami, a gdy pytali, tylko się uśmiechał i milczał. Czasem pozwalał mi na niego popatrzeć — nigdy jednak dotknąć.

W końcu postanowiłem działać. Z altany przyniosłem pudełko z prochem i garść ołowianych kulek. Poszedłem do niego.
— Dam ci wszystko — powiedziałem. — Proch, kulki, ile chcesz. W zamian za pistolet.

Najpierw się zaśmiał. Potem spoważniał.
— Na zawsze? — zapytał.
— Na zawsze — odpowiedziałem.

Patrzył przez chwilę, po czym skinął głową. Oddałem mu cały proch i wszystkie kulki, a on — jakby z ulgą — podał mi broń.

Pistolet był ciężki, chłodny, prawdziwy. Poczułem dreszcz, jakiego nie dała mi żadna dziecięca zabawka. Wiedziałem, że nie wolno mi się nim chwalić — i że od tej chwili jest mój.

Wieczorem bawiłem się nim po kryjomu, w cieniu lampy nocnej. Kładłem na dłoni, celowałem w ścianę, w cień na firance. Potem schowałem pod materac, jak największy skarb.

Odkrycie broni przeraziło mamę. Nie chodziło nawet o sam pistolet — raczej o to, że ktoś mógł go zobaczyć, że mogłoby się to źle skończyć.

W panice rodzice pojechali do domu Artura, żeby dowiedzieć się, skąd wzięła się ta zabawka o tak dorosłym ciężarze. Wrócili późno. Ojciec milczał, mama płakała.

Następnego dnia, jeszcze przed świtem, ojciec zabrał pistolet. Owinął go bandażem, jakby chciał uleczyć jego winę i wyszedł z domu. Patrzyłem z okna, jak idzie w stronę rowu przeciwczołgowego. Nie odwrócił się ani razu.

Nie mówiłem nic. Wiedziałem tylko, że odtąd będę musiał szukać innych przygód.


Happeningowy swing

Hotel „Nad Żołędziami” nie wyróżniał się niczym poza tym, że lubił o nim opowiadać każdy przewodnik. „Dlaczego taki wąski od frontu, a długi jak kolejka po cukier?” — pytał i serwował wykład o dawnych czynszach liczonych „na okno”. O tym, że mieszkała tu Monika Masełnik, nie wspominał. W końcu to nie wykład z fizyki lotów pionowych.

Monika miała talent do dwóch rzeczy: do zawstydzania anatomii i do opatrywania tego secesyjną aureolką, żeby ksiądz mógł przejść obok bez rumieńca. Krytycy mówili: „śmiałe akty”, a myślieli: „jak ona to przepchnęła przez galerię”. Ona sama mawiała do męża: „Z palanta ociekającego spermą zrobię ci kropidło — kwestia opisu”. I robiła.

Przed ślubem podpisała z Aleksandrem intercyzę tak szeroką, że można by przez nią przejechać TIR-em wolności. Związek oparty na lojalności: „Ty rób, co chcesz; ja też — byle w rękawiczkach”. Dosłownie. Monika nigdy nie występowała dwa razy w tej samej parze z Mediolanu. Kamery kochały te rękawiczki bardziej niż jej obrazy, co było uczciwe: skóra za tysiąc euro to jednak konkret.

Sama nazwa hotelu powstała w atelier: „Nad Żołędziami” — z udziałem ciemnoskórego modela i tańczących striptizerek. Branding w wersji performance; księgowy dostał alergii, ale kasa się zgadzała.

Aleksander rósł równie szybko: z hotelarza w „człowieka, którego telefon dzwoni pierwszy”. Pół miasta go podziwiało, druga połowa ćwiczyła wyrazy z „zawiść”. Publicznie z Moniką byli parą idealną. Prywatnie — parą idealnie poinformowaną o swoich słabościach. Zdrady nie było, bo trudno zdradzić kogoś, kto cię do tego zachęca.

Poznali się w Polanicy. Spór o obraz Krukasa eskalował do happeningu „mocz na sztukę”. Prezes fotografików, Mieczysław Bosskot, polał kopię uryną, po czym dostał butelką po wódce od Moniki i kolanem od Aleksandra w miejsce, gdzie kultura kończy się definitywnie. „Już ją przeleciałem!” — zdołał wyznać, zanim kultura definitywnie się skończyła. Policja przyjechała, sztuka wygrała, a Aleksander przegrał swój dotychczasowy związek.

Co roku wracali na „rocznicę” z większą ilością środków wyrazu i mniejszą tolerancją na trzeźwość. Po dziesięciu latach fotografowie wrócili do stołu z przeprosinami Bosskota. Aleksander westchnął, Monika spakowała rękawiczki. On został — bo zazdrość. Ona pojechała — bo życie.

Noc była wesoła, a chodnik za wąski. Bosskot odprowadzał Monikę, klaksony im akompaniowały. Pod drzwiami pensjonatu zaczęły się łamigłówki: nie ta karta, nie ten zamek, boy hotelowy mówi w innym dialekcie. Po mini-remoncie framugi udało się Monikę wsunąć. Bosskotowi zamówiono taksówkę; wsiedł z miną człowieka, którego plan na noc właśnie został przerobiony przez dramaturga-sadystę.

Monika wyszła na balkon z „Wyborową” i telefonem. Zadzwoniła do męża.

– Kochanie, jeszcze działasz? — Aleksander czekał jak dzieci na Mikołaja.

– Było faaantastyc… Poczekaj.

Cisza. Krzyk. Trzask.

Połączenie umarło pierwsze.

Taksówka ruszyła. Chwilę później — brzęk szkła, huk jak z kiepskiego filmu akcji. Na pękniętej szybie wylądowała kobieca ręka. Drzwi się zaklinowały, kierowca zamarł, a Bosskot ściskał dłoń Moniki.

– Obiecałaś, że wrócisz… — powtarzał. To nie był najlepszy moment na rozmowę o dotrzymywaniu słowa.

Służby zjawiły się błyskawicznie. Ogrodzono teren, oplombowano piętro, zebrano wszystko z promienia pięćdziesięciu metrów (w tym trzy niedopałki i cudzą godność). Sekcja, protokoły, flesze, eksperci z wykresami. Aleksander, po krótkiej terapii „proszę oddychać”, odpalił swoje kontakty i oskarżenia: od recepcjonisty po dyrektora — wszyscy winni. Sugerował nawet „celowe doprowadzenie”. Brzmiało jak nowy pakiet w ofercie hotelu.

Umorzenie wątku „Bosskot zabójcą” skończyło się demonstracją: portrety Moniki w kirze, znicze, transparenty. Na rogu Poznańskiej tablica: „siły nieczyste doprowadziły do jej unicestwienia”. Siły nieczyste nie skomentowały.

Symulacje toru lotu mówiły jasno: początkowe odchylenie możliwe tylko przy własnym skoku. Wersja „samobójstwo” wygrała z „telekinezą tłumu”. Aleksander nie przyjął. Wynajął nawet ludzi, którzy zawodowo nie przyjmują.

Śledczy mieli zadrę: naskórek pod paznokciami. DNA nikogo nie wskazało. Szuflada „wrócimy, gdy będzie politycznie wygodnie” zatrzasnęła się cicho.

Bosskot dostał dwa strzały w serce: pierwszy na masce taksówki, drugi w prokuraturze. Zatrudnił prywatnego detektywa. Raport przyniósł dwa fakty: Marta (córka Moniki) spotyka się z tajemniczym Robertem, a z grup krwi wychodzi, że Aleksander nie jest ojcem. Bosskot policzył miesiące i lata: wychodziło, że tata — to on. Zlecił badania DNA. Bingo. Radość? Wersja demo. Bo Marta kochała Masełnika, który ją wychował.

Marta po śmierci matki zaszyła się w pracowni. Rysowała odejścia, przestała chodzić do szkoły i internetu. Telefon z „Życia na gorąco” wyrwał ją z letargu:

– Wywiad o pani związku z Bosskotem!

Rzuciła słuchawką, wygooglała nazwisko, zobaczyła setki maili i zrozumiała, że prywatność skończyła się tam, gdzie zaczyna się kliknięcie. Zabrała list, który zostawił jej Robert Tomewski — ukochany, którego ojciec nagle kazał unikać. Kazał też: „Jeśli zniknę, zanieś to Bosskotowi”.

Spotkali się w kawiarni.

– Powiem wprost — zaczął. — Jestem twoim ojcem.

– Tylko mama mogłaby to potwierdzić.

– Mogą też badania, a one… — urwał. – Znasz Roberta Tomewskiego?

– Znałam.

– TKM. Tajna Komórka MON. Zginął w Afganistanie. Eskorta dziennikarza, mina. Telewizja lubi takie obrazki.

Marta pobladła, wręczyła list i wyszła. Bez herbaty, bez „do widzenia”, bez powrotu.

Bosskot w domu przeczytał:

Po przeczytaniu — spalić.

  1. Jeśli czytasz, nie żyję.
  2. Masełnik: dawniej SB, dziś wpływy w TKM. Spreparował dowody na Monikę (rzekome szpiegostwo). Zapadła decyzja o likwidacji.
  3. Przy okazji mieli wykończyć ciebie. Scenariusz: zazdrosny były zabija i popełnia samobójstwo.
  4. Marta jest bezpieczna, dopóki nie podejrzewa „ojca”.
  5. Dociekanie prawdy = niebezpieczne i bez szans.

Podpis: Robert Tomewski.

List zmienił się w popiół zgodnie z instrukcją. Odpływ przyjął prawdę, jak to odpływy mają w zwyczaju.

Kilka dni później Aleksander wracał nocą z konferencji o bezpieczeństwie. Przed hotelem padły strzały. Zmarł w karetce. Lekarz zeznał, że ostatnie słowa były modlitwą. Nie wiemy, czy o przebaczenie, czy o nową intercyzę na tamtym świecie.

Gazety napisały, co trzeba: mafijne porachunki, ekspert ofiarą. Rzecznik dodał: badamy wszystkie wątki, również „wschodnie”. To taki polski wątek uniwersalny — pasuje do wszystkiego.

A miasto? Miasto wróciło do swoich spraw. Przewodnik znów pytał turystów o czynsze „na okno”. Nikt nie pytał o lot z balkonu. Ludzie lubią historie z morałem, ale jeszcze bardziej — żeby nie ich dotyczyły.

I tylko tablica na rogu mówiła półgębkiem: „siły nieczyste”. Cóż, czasem „siły nieczyste” mają pieczątki, a czasem tłumik. W obu przypadkach rachunek przychodzi bez paragonu.

Blaga Chała Odlot spis treści

Tę książkę zacząłem pisać w pierwszych latach XXI wieku – o ludziach i miejscach, które zniknęły szybciej niż powinny, które przeżyłem. Dla jednych powieść, dla innych pamiętnik, dla mnie — rachunek z własnym czasem.

Czerwona gondola

  1. Gondolier
  2. Na Szajbie
  3. Jurandów
  4. Zosia
  5. Żywe srebro
  6. Babci pieróg
  7.  2x + 3 = 5
  8. Miasto
  9. Auto
  10. Nowy Rok
  11. Pierwszy telewizor
  12. Czerń i biel
  13. Polonez
  14. Matura
  15. Autostop
  16.  Rozstanie
  17. Skuter
  18.  Arek
  19. Śledź
  20. Katowice
  21. Zaręczyny
  22. Naiwność czy głupota.
  23. Przedpole przegranej

Mury Carcassonne

  1. Za szybą wystawy
  2. Klaudia
  3. Ich miejsce na ziemi
  4. Zapomniałem
  5.  Wyjazd
  6. St. Étienne
  7. Elektryk
  8. Sto franków
  9. Przez Pireneje
  10. Powrót
  11. Spowiedź
  12. Inwestprojekt
  13. Bułgaria
  14.  Kurator
  15.  Alina
  16.  Maluch
  17. Ciężar wioseł
  18. Koktajl
  19. Bułgaria ’78
  20. Fotograf
  21. Czerwcowa niedziela
  22. Nad Hańczą
  23. Rok 1980
  24. Jedyna wiosna
  25. Upragnione M-2
  26. Michał
  27. Julianna
  28. Chorzowska-ósemka

Powyżej gniazda

  1. Zakopane
  2. Odlot
  3. Kamienie na szosie
  4. Azylanci
  5. Lach przy Lechu
  6. Winobranie
  7. Z ziemi włoskiej do Murnau
  8. Zmiana rejestracji
  9. Nocna zmiana
  10. Październikowe popołudnie
  11. Dymiąca Etna
  12. Powrót do normalności
  13. Miara możliwości
  14.  Zmierzch i kolejny świt
  15. Kalabria ’88
  16. Od wakacji do wakacji
  17. Pożegnanie z Jugosławią
  18. Roller, Bush i Mustafa
  19. Dwa wesela
  20. Teściowa w Wenecji
  21. W poprzek Francji
  22. Błaga, Chała, Odlot – Stoicki spokój
  23. Przygraniczna cisza
  24. Pierwszy uścisk sprawiedliwości
  25.  Dom rodzinny
  26. W objęciach prawa
  27. Reintegracja czy poniżenie
  28. Odlot jubileuszowy
  29. Mydlana trawa
  30. Skok w przód – wakacje w Chorwacji Kornati

© 2026 Wojciech Rosyk

Theme von Anders NorénHoch ↑