Autor: roswojtek (Seite 2 von 6)

Kalabria ’88

Nowy Rok przywitał nas wiosennie: dziesięć stopni, zielone łąki bez śniegu, powietrze miękkie jak obietnica. Po grudniowym zgiełku Memmingen czuliśmy, jak ciało odzyskuje oddech. Chrzest Magdaleny rozświetlił koniec roku – drobna, pyzata twarz przy piersi Aliny, a ja filmowałem jakbym chciał zatrzymać szczęście klatka po klatce.

W grudniu przenieśliśmy się do wymarzonego mieszkania na parterze: więcej przestrzeni, mniej wilgoci, jasność, która uczy pokory wobec prostych rzeczy. Daniel dostał własny pokój i piętrowe łóżko „na przyszłość”, a my sypialnię z lustrami, co zmieniały zwykły wieczór w święto zmysłów.

Wiosną kupiłem Nikona 301 – świat zaczął układać się w kadry. Michał, już dorosły, przyjeżdżał z Lydią; w Monachium śmialiśmy się wszyscy w słońcu, a ja czułem ten staroświecki dreszcz: pierwszy raz, pierwsza miłość, pierwsza pewność, że świat jest po naszej stronie.

Czerwiec. „Busik” lśni, dach bieli się od nowej farby, w środku kojec dla Magdaleny i hamak dla Daniela. Jedziemy na południe. Rodi Garganico pachnie chlebem i solą. Na placu – rybackie molo, dwie babcie, wymięty czytelnik gazety, dziewczęce piersi w oknie jak dwa znaki przestankowe w niebieskim zdaniu nieba. Kupuję za dużo pizzy – papier nasiąka oliwą, a my śmiejemy się, że człowiek jest większy, kiedy dzieli.

Camping na Gargano uczy beztroski i czujności naraz. Komary potrafią zbezcześcić policzek dziecka, a mały złodziejski cień – popołudnie. Przenosimy się, trafiamy do „Fontana delle Rose”: stara oliwka nad nami, pod nami rumieńce morza. Schody do wody jak pacierz, który mówi się bez słów. Nurkujemy, jesteśmy sami w świecie: piasek, sól, ludzka skóra. Potem Monte Sant’Angelo – grota Anioła bardziej dla dewocjonaliów niż dla tajemnicy. Wyjeżdżając, patrzymy, jak serpentyna drogi nawija na palec różowiejący horyzont; morze w dole jest jak obietnica, której jeszcze nie rozumiesz, ale już w nią wierzysz.

Manfredonia. Pusty camping i wolność tak wielka, że aż milcząca. W końcu Kalabria – Gioia Tauro i zaczynające się wieczorem życie mol, gdzie sieci rybackie schną jak modlitwy. Eukaliptusowy las w S. Ferdinando pachnie ostrzej niż wspomnienie; właściciel ściera liście w dłoniach i mówi: „Komary nie znoszą tego zapachu”. Rzeczywiście – noc jest czysta, a dzień jasny jak zdanie bez wtrąceń. Idziemy przez wydmę nad morze: kamienie szumią, wiatr układa się w fale, Daniel i Magdalenka rozpruwają ciszę śmiechem. Proste radości: sandały, w których przejdę pół życia, orzeźwienie wody, łagodna nuda po południu.

Capo Vaticano – zatoka o barwie słów, których nie ma w słowniku; woda jasna przy brzegu, coraz ciemniejsza im głębiej – jak człowiek, który dojrzewa. Camping zatłoczony; fotografuję, pływamy, jedziemy dalej. Wąska droga schodzi do „Marco Polo”. Stromo. Alina idzie pieszo z dziećmi, ja zsuwam busik po wirażu jak po zdziwieniu. I nagle ten dźwięk: ściana skarpy – amfiteatr z piaskowca – zwraca nam fale. Każde uderzenie morza wraca dwa razy piękniejsze. Nad głowami dojrzewają cytryny; woda z palm spada jak krótkie deszcze.

Tu jest nasza szczęśliwość. Nie wychodzimy z campingu, jakby świat się wreszcie domknął: słońce, woda, brak komarów, przestrzeń dla dzieci. Daniel płacze po utraconej piłce – jego wrażliwość jest cieniem, który chłodzi i czasem trwoży. Wieczorem kołyszę go do snu tym samym szumem, który kołysze nas.

Pierwszy lipca – nasz dzień. Tropea. Schody, zaułki, wapienne mury, światło. Alina w nowych spódnico-spodniach jest subtelniejsza niż poranny cień. Idziemy, a wiatr i słońce podkreślają detale, które kocham. Daniel ma zamazaną lodami buzię, Magdalena bawi się paluszkami stopy. Myślę: „Czy można chcieć więcej?” – i od razu wiem, że tak. Zawsze więcej: widzieć, doznać, zrozumieć. Ale umieć się cieszyć – to jest najpierwsza forma mądrości.

Sztorm pędzi nas z powrotem ku północy. A jednak powrót nie kończy wakacji: teraz zaczyna się obcowanie z tym, co było na długo przed nami i będzie po nas.

Paestum.
Daniel na widok ruin: „Domy bez dachów”. Śmiejemy się, ale we mnie rośnie skupienie. Wchodzimy aleją oleandrów, po płaskich kamieniach Świętej Drogi – starszej niż Via Appia Antica. Wózek Magdaleny toczy się miękko, mrówki mają pierwszeństwo, turystów kilkoro, wieczór chłodzi ramiona. I nagle trójgłos doryckich kolumn staje się powietrzem.

Druga świątynia Hery – ta, którą ochrzcili imieniem Posejdona – jest jak zdanie bez przecinka: doskonała. Proporcje wchłaniają nas bez wysiłku; czuć łagodną siłę kamienia, który nie chce dominować, tylko być. Świątynia Ateny – mniejsza – pamięta przemianę w kościół Konstantyna, jakby starożytność i chrześcijaństwo podały sobie dłonie w tej samej bruździe światła. „Bazylika”, najstarsza, znów dla Hery, uczy pokory wobec nazw, które mylą, i wobec czasu, który prostuje.

Idziemy jeszcze raz Świętą Drogą. Słońce przechyla się i zsuwa po kolumnach czerwonymi pasmami, jak dłonie, które dotykają bez lęku. Wychodzimy poza mury, siadamy z Coca-Colą na ławce za ogrodzeniem. Patrzę na świątynie jak na starsze rodzeństwo naszej wrażliwości. Pompeje i Wezuwiusz zna cały świat, a Posejdonia—Paestum—trwa ciszej, pewniej, jak fundament, którego na co dzień się nie widzi, a bez którego wszystko by się osunęło. Czuję prostą radość: że jestem tu z moimi, że mogę położyć dłoń na kamieniu, który pamięta modlitwy sprzed dwóch tysięcy lat i siedmiu stuleci. Radość nie z posiadania, tylko z bycia w zgodzie z tym, co większe.

O świcie wyobrażam sobie, jak ten sam promień od wieków dotyka najpierw kolumn, potem trawy, na końcu naszych twarzy. Jedziemy dalej.

Nie zatrzymujemy się w Rzymie – nie tym razem. Tivoli wystarcza: woda mówi w wielu dialektach, fontanny zapisują powietrze, mech miękczy kamień. Siadam, zamykam oczy. Gdzieś za powiekami łączą się cztery elementy: śmiech dzieci, dłoń Aliny, sól na ustach i oddech antyku. To jest moja miara szczęścia. I moja modlitwa.

 Zmierzch i kolejny świt

Znowu jestem na przymusowym urlopie: Alina trafiła do szpitala na zabieg. Dr Klein, obawiając się poronienia, wykonał „podwiązanie” w miejscowym znieczuleniu. Chciał zrobić to wcześniej, ale ze względu na odwiedziny Marysi termin przesunięto.

Wizyta Marysi wypadła w najpiękniejszym czasie – gdy bawarskie łąki żarzą się żółcią mleczy. Nie widzieliśmy się ponad dziesięć lat. Alinę i Marysię łączył duchowy sojusz z czasów, kiedy ich deski kreślarskie stały ramię w ramię; odżyła bliskość z okresu rodzącej się „Solidarności”. W słonecznej żółci wracały biurowe wspomnienia. Trochę „prycza w pryczę” – także incydent wciągnięcia Marysi „na siłę” do NSZZ. Może z wdzięczności regularnie przysyłała mi „Tygodnik Powszechny”.

Pierwszego maja – data na zawsze „pochodowa” – ruszyliśmy busikiem nad Jezioro Bodeńskie. Noc ciasna, ale nie po to jedzie się w drogę, by spać. Rankiem prom przewiózł nas do Mainau. Upał uderzył od razu. Alina, z wyraźnym brzuchem, wspinała się wolno; za nią Daniel biegał jak żywe srebro, a Marysine odruchy opiekuńcze nie dawały mu rady. Wyspa, w praktyce półwysep połączony mostem, ma łagodny mikroklimat. Bujność roślinności, egzotyka, niekończące się połacie tulipanów – barwne plamy wśród świeżej zieleni budziły wiosenną tęsknotę za „czymś”. Zafascynowany kwiatami kręciłem przeźrocza; nasadki i filtry mnożyły kształty i kolory. Po godzinach nasycenia siadamy przy fontannie – źródlana woda studzi twarze, ale nogi odmawiają współpracy. Obiecuję sobie wrócić latem, gdy zakwitną róże.

Podczas całych odwiedzin – ani jednej deszczowej chmury. Jeździliśmy długo i krótko, gdzie się dało. Nic dziwnego, że po tak intensywnym czasie dr Klein natychmiast wysłał Alinę na oddział. „Nierozważna pacjentka” wylądowała w łóżku w swoje urodziny. Zabieg przebiegł gładko, ale tydzień musiała zostać w szpitalu. Wszystko spadło na mnie. Dawałem radę, choć dzień znikał w domowej krzątaninie. Po kilku dniach – już z rutyną – pozwoliłem sobie na wypad do miasta. Nie sądziłem, że skończy się to poważnymi konsekwencjami.

Na wystawie sklepu foto zobaczyłem aluminiową skrzynkę, a w niej – dźwiękową kamerę Nizo 6080. Klasa amatorskiego topu. Dwa tysiące marek. Okazja! Nie miałem takich pieniędzy, spłacaliśmy jeszcze pożyczkę za auto. Ale nie mogłem oderwać oczu. Sprzedawca położył ją na ladzie. Dotykałem trzęsącymi się rękami. „Na raty?” – wypaliłem. Znali mnie jako klienta od wywoływań i odbitek, nie od dużych zakupów. Właściciel bez ceregieli: „W trzech częściach”. Poprosiłem o rezerwację i z niewesołą miną pojechałem do szpitala. Znałem nastawienie Aliny do moich „niezbędnych” zabawek. Po spawarce obiecałem pauzę. W drodze jednak utwierdzałem się, że to wyjątkowa szansa – przy wyrzeczeniach damy radę płacić 700 DM miesięcznie. Alina nawet nie chciała słuchać. Żadne argumenty. „Nie” – i koniec.

Nie umiałem przełknąć. Filmem żyłem od lat i miałem w tej dziedzinie sukcesy, których w fotografii nie miałem. Natarcie wideo trwało, ale na taśmie dało się jeszcze więcej – technicznie i twórczo. Trzy lata wcześniej, przy ciąży z Danielem, kupiłem „Bauera C-35”. Wygodą i obrazem nie dorastał do wysłużonego „Pentaflexa” – był od niego lepszy – ale od absolutnej klasy dzieliła go przepaść. Decyzję o Nizo podjąłem w zasadzie od razu. Chciałem mieć zgodę Aliny – to hipokryzja, wiem – ale czułem, że inaczej będę żałował. Wybrałem pierwsze: kupiłem.

Radość Aliny po wyjściu ze szpitala trwała krótko. Ukryć się tego nie dało. Wolałem „odchorować” karę i zacząć filmować pełną parą. „Nie ma pełnego szczęścia” – mawiał wuj Wilu przy kartach. Ujęcia pierwszego filmu („koza robi hruppp… hruppp…”) były ostre, za to dźwięk falował. Serwis gwarancyjny. Wymienili silnik – przestało działać „przenikanie”. Kilka taśm poszło na testy. Z dowodami znów oddałem cacko do naprawy. Za trzecim razem zażądałem zwrotu pieniędzy. Dystrybutor błagał o jeszcze jedną, ekspresową naprawę i gwarantował bezproblemowe lata. Nie dałem się. Po pół roku zmagań byłem kompletnie rozczarowany. Rynek też się gwałtownie zmieniał: drożały taśmy S-8, ograniczano produkcję, nie pojawiały się nowe modele kamer. Zmierzch filmu amatorskiego stał się faktem.

Tymczasem brzuch Aliny rósł. Dr Klein był w 99% za dziewczynką. Nazwaliśmy ją od razu Magdalena. Dla jednego procenta chłopca zostawiliśmy Martina.

Daniel rozwijał się wspaniale – „tak słodkiego dziecka” nikt u nas nie widział. Ale: upór. Jeśli nie chciał, żaden rozkaz nie działał. Przy jedzeniu ratowały nas zagadywanki, które Alina opracowała do perfekcji. Ja dorzucałem swoje:

– „Zobacz, misia boli nóżka…”
– „Ptaszek myśli, że twój samolocik to jego kolega…”
– „Jeep wjechał na koparkę – zaraz ruszy pogotowie!”
– „Słyszysz? Po schodach idzie listonosz. Może dziś rozdaje autka.”

Bywało jednak, że nie wystarczało koncepcji ani czasu, a klaps tylko pogarszał sprawę. Wieczorem, gdy Alina – spięta oczekiwaniem porodu – poprosiła Daniela o sprzątnięcie zabawek, ten skamieniał. Druga prośba, pasek – nic. Wszedłem ja. „Poskładaj autka” – cisza. „Poskładaj te autka” – syczę. Daniel jeszcze bardziej twardnieje. Ściągam majtki, parę klapsów – rozpacz. „Posprzątasz?” – dalej nic. Pupa czerwona, upór nienaruszony. Zgasiłem wściekłość. Zrozumiałem, że można by zedrzeć z niego pasy – i nic. Położyłem go spać bez mycia. Nie protestował. Zasnął, długo łkał przez sen. To łkanie bolało najbardziej. Sam miałem ochotę płakać. Alina wzięła tabletkę na uspokojenie i poszła do łóżka. Ja nie mogłem sobie znaleźć miejsca. Tak kochałem naszego brzdąca, a tak go skrzywdziłem. Gdy usłyszałem jego równy oddech, zrobiło mi się lżej, ale sumienia nie miałem czystego. Mogłem zareagować inaczej. Schować zabawki. Wymyślić inną karę. Zamiast tego – prymitywna metoda, do tego bez skutku.

Słońce wyciągało nas za miasto. Najpiękniej było nad małym jeziorkiem przy Forggensee. Cisza, krowie dzwonki, tafla wody, łabędź w porannej toalecie, alpejskie odbicia i czerwień naszego busa. Niestety, sienny katar Aliny skrócił ten raj do dwóch dni. Alergia na pyłki zmuszała ją do domu – nie ciąża. Wtedy jeździliśmy we dwóch z Danielem. Na Schleierfälle trafiliśmy na cud natury jak z „Plitvickich Jezior”: po omszonym zboczu spływały rozlewiska, tworząc fantastyczne wodospady, a na dnie koryta Ammeru rozpadały się w chłodne mgiełki. Wracałem z rozbitym kolanem – w sandałach, z Danielem „na barana”, podwinęła się podeszwa i już widziałem tylko, jak nie stracić równowagi z tym ciężarem.

Basenów nie lubię – tłum gołych ciał na małej przestrzeni – ale gdy mieliśmy tylko kilka godzin, brałem rower i z Danielem jechałem na miejskie kąpielisko. Dla dzieci – idealnie: brodziki, zjeżdżalnia, karuzele, huśtawki. Zrozumiałem, że te wizyty są potrzebne. W poszukiwaniu ustronia mogliśmy zapomnieć, że dziecko potrzebuje innych dzieci.

Lato w Memmingen potoczyło się też nietypowo. Zygmunt z Krysią zabrali rodziców prosto z Polski na dwa tygodnie do Francji. Po powrocie ojciec trafił do szpitala z uwięźniętą przepukliną. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie… kontekst. Od dwudziestu lat charakterystycznym ruchem poprawiał sobie ją ręką w kieszeni. Krajał pacjentów setkami, ale sam bał się bólu i odkładał operację. W czasie urlopu – zapewne po długiej jeździe – przepukliny nie dało się odprowadzić. Po paru dniach stan zapalny, potężny obrzęk jelita. Zygmunt, badając go, był wstrząśnięty rozmiarem – czegoś takiego jeszcze nie widział. Natychmiast przerwali urlop, wrócili, operowano w ostatniej chwili: ojciec nie mógł chodzić ani oddawać moczu. Sam zabieg bez komplikacji, ale później – z powodu zapalenia – nacięto worek mosznowy. Dochodził szybko do zdrowia, jednak psychicznie czuł się spacyfikowany. Całe życie decydował o wszystkim, wszyscy go słuchali. Nagle pełna zależność. Chciał jak najszybciej wyjść i zapomnieć o „poniżeniu”.

W tym czasie przyszła wieść: umarła ciocia Cesia. Zadzwoniła Krysia – wiadomość z Nysy dotarła najpierw do Memmingen. Pogrzeb już się odbył. I tak nie mógłbym pojechać – z Fremdenpass nie miałem czego szukać na granicy. Nie mogłem się pogodzić. Nie przygotowałem się na to pożegnanie. Dopiero po jej śmierci zobaczyłem wyraźnie nić, która nas łączyła.

„Katowice ’47, park Kościuszki. Elegancka kobieta w płaszczu, kapelusz z fantazją, jasne rękawiczki. Prowadzi za rękę małego chłopca w krótkich spodniach”. Uliczny fotograf zatrzymuje scenę. Mam to zdjęcie – najcenniejsze. Ciocia w drugiej ręce niesie torebkę z ciasteczkami. Smaku nie pamiętam, ale wiem: były dobre. Potem robiłem podobne zdjęcia z moimi dziećmi w Parku Chorzowskim. Zawsze miała czas, cierpliwość, gorące serce – dla nas, dla Wiktora, Jolanty, Łukasza. Byłem pewien, że Daniel i nienarodzona Magdalena też dostaną tę miłość.

Chętnie przyjeżdżała do Nysy, pilnować domu podczas wyjazdów rodziców. I w tym roku. Pełna energii, zaprosiła przyjaciółkę na wakacje. Całe życie sama, ale w „obcych kątach” potrzebowała bratniej duszy. Nie chorowała. Wieczorem, po kolacji i lampce wina, poszła wcześniej spać. Nie obudziła się. Zawał. Już nigdy nie pójdę do jej M-2 w Siemianowicach – wyspy spokoju, oddechu od nerwowości dnia. Na stoliczku czekały słodkości – najbardziej „śliwkowiec”: masa suszonych śliwek z orzechami, sprasowana między waflami. Ciocia, cokolwiek robiła – obraz, dywan czy ten przysmak – robiła dobrze. Kieliszek likieru. Rozmowy ponad powszedniością. Zawsze było coś do naprawy w mieszkaniu samotnej kobiety. Wydawało mi się, że to ja daję. Myliłem się. Jej uczucia nie doceniałem, choć brałem garściami.

Starszyzna rodziny miała do niej stosunek lekceważący: „stara panna?”, „rysunek?”, a „śliwkowiec” ochrzcili „ślizgowcem”. I ja uczestniczyłem, przemieniając jej imię na Cecylia – zostało. Nigdy nie zaprotestowała.


Lubiłem ranną zmianę – całe popołudnie dla mnie. Ale wstawanie o 4.30 to nie przyjemność. Tego dnia nie mogłem się rozkręcić; brak snu. Trzy dni wcześniej Daniel znów zachorował – klasycznie, bez kataru czy kaszlu, ropna angina i antybiotyk. Czuł się lepiej, ale noc miał niespokojną. Dostałem do pakowania grube rajstopy – maszyna ich nie cierpiała, zgrzewarka też kaprysiła. Nie wyrabiałem akordu. O siódmej portier poklepał mnie po ramieniu:

– Żona czeka na bramie.
– O co chodzi? – wymknęło mi się bezmyślnie.

Alina stała blada, oparta o ścianę:
– Zaczęło się, mam lekkie krwawienie.
– Poczekaj, podbiję kartę… Albo nie – idziemy!

W domu przywitał nas spazmatyczny płacz Daniela, wiszącego na poręczy łóżeczka. Uspokoiłem go. Torba spakowana od dni. Po kilku minutach byliśmy w szpitalu. Zostawiłem Alinę pod opieką i wróciłem. Nakarmiłem syna, zadzwoniłem do Krysi po pomoc, wziąłem prysznic.

Pogodny, zimny sierpniowy ranek suszył jego łzy i moje nerwy. Byłem spięty, ale mniej niż za pierwszym razem. Włożyłem do aparatu film wysokoczuły – nie chciałem błyskiem drażnić Aliny ani położnej. Przyjechała Krysia z najmłodszą; po kilku słowach otuchy zabrała Daniela na spacer.

Akcja zaczęła się przed południem i trwała krótko. Dziecko – lekko przenoszone i odrobinę podduszone – po przywitaniu się z matką na jej piersiach powędrowało na chwilę pod namiot tlenowy. Alina – dumna, szczęśliwa – przyjmowała gratulacje, ale martwiła się lenistwem Magdaleny. Przykładała pierś – nic. Po dobie zmieniła zdanie. Pięćdziesiąt centymetrów, trzy tysiące gramów – wszystko „zgodnie z normą” – ale pyzata buzia i grube nóżki sprawiały, że wyglądała na większą. Żółtaczka minęła szybko; za to Alina musiała zostać dłużej – środki dezynfekujące tak podrażniły, że nie mogła siadać. Odwiedzałem codziennie; Daniel urządzał na łóżku dzikie wyścigi samochodzików.

Po tygodniu przywiozłem do domu szczęśliwą mamę i przeuroczą córeczkę. Od tej chwili było nas czworo: cztery łóżka, cztery talerze, cztery brzmienia głosów.

Miara możliwości

Daniel zaczął mówić. Skończyło się ciągłe „koooo…”. Do tej pory pies, smoczek, telewizor, samolot, butelka z mlekiem, śrubokręt, talerz – dosłownie wszystko, na co wskazywał małym paluszkiem – określał dźwięcznym „koooo…”. Wyjątkiem były tylko dwa słowa: „mama” i „tata”.

Rozwijał się wspaniale. Jego śmiech i szczebiot, ta niekłamana radość, wypełniały dom szczęściem. Byliśmy zaskoczeni, jak bardzo potrafi rozjaśnić życie. Czasem jego wrażliwość rozczulała do łez: odsuwał się na bezpieczną odległość od wystających gałązek żywopłotu, a raz rozpłakał się, przerażony stąpaniem po wysokiej trawie. Bardziej nas ta delikatność wzruszała, niż martwiła.

Szczęścia nigdy dość, więc – choć o tym nie rozmawialiśmy – obojgu nam wydawało się oczywiste, że dobrze byłoby mieć jeszcze jedno dziecko. Od dawna nie ograniczaliśmy się żadnymi środkami; Alinka przestała nawet zaglądać do kalendarzyka. Swoboda dodawała odwagi i fantazji. Namiętność, przyhamowana poporodowo, znów wspięła się na szczyty. Nie czekaliśmy długo – w pierwszych dniach nowego roku okazało się, że Daniel nie będzie jedynakiem. Według obliczeń lekarza poród miał przypaść na koniec lipca albo początek sierpnia. Ogarnęło nas na nowo radosne oczekiwanie.

Mieszkanie zmieniło się nie do poznania. Za bożonarodzeniową premię kupiliśmy w „Humma” pod Bad Wörishofen komplet jasnych, drewnopodobnych mebli: sporo różnych szafek, łatwych do przewiezienia i w rozsądnej cenie – polecał nam ten dom handlowy Kazik Szpurkowski. Do tego rozkładana kanapa, odziedziczona po zmarłej w domu starców ciotce Zygmunta. Sama wersalka do naszego lekkiego wnętrza nie pasowała, ale przykryta cepeliowską narzutą wyglądała nieporównanie lepiej od wyszabrowanego z ulicy tapczanu. Przy tej smutnej okazji do piwnicy trafiła jeszcze jedna szafa.

W pracy stawy dawały mi względnie spokój, za to zaczęły odzywać się plecy. Drętwiały partie mięśni, zwłaszcza pod lewą łopatką. Ortopeda rozkładał ręce. Ból, promieniujący po obu stronach kręgosłupa, nasilał się pod koniec tygodnia i dopiero sobota–niedziela przywracały równowagę. Gdy wypadała „dobrowolna” sobota w pracy, kolejny tydzień był koszmarem. Nie mając wyjścia, brnąłem dalej.

Ze stomatologiem rzecz była prostsza. Po którejś wizycie zdałem sobie sprawę, że chodzę do sadysty. Stany zapalne leczył zastrzykami między zębem a dziąsłem – sama iniekcja była niczym wobec działania leku. Przegięcie. Zmieniłem dentystę. Już po pierwszej wizycie nie rozumiałem, czemu wcześniej pozwalałem tak się traktować. Nauka na cudzych błędach to luksus – mnie przypadała ta na własnych. Dookoła widzieliśmy przecież zadowolone twarze ludzi, którym „nic się nie dzieje”. Żaden grymas nie zdradzał kłopotów.

Ciąża Aliny przebiegała pogodnie. Przeżywaliśmy ją inaczej niż pierwszą – spokojniej, z oparciem w doświadczeniu. Cieszyło nas i to, że przy naszym wieku, dzieciom we dwoje będzie raźniej.

Na początku lutego dobry nastrój przerwała choroba Daniela. Zaczęło się tradycyjnie: przeziębienie kończące się zwykle ropną anginą i antybiotykiem. Tym razem po dwóch dniach doszedł stan zapalny ucha środkowego. Wieczorem 6 lutego wezwaliśmy lekarza – pojawiła się biegunka z wymiotami. Dr Neix opisał progresję, zrobił zastrzyk penicyliny i przepisał czopki przeciwwymiotne oraz herbatkę. O 23.00 pojechałem szukać nocnej apteki. Leczenie zaczęliśmy od razu: pierwszy czopek wyleciał, drugi udało się zatrzymać. Daniel popijał po łyżeczce co pięć minut, a wymioty nie ustępowały. Męczył się strasznie; ataki co dwadzieścia minut, aż nie miał czym wymiotować – tylko trochę żółtego śluzu. Najbardziej przejmujące było jego samo-uspokajanie pod koniec ataków: „juś nie… juś nie… juś nie…”. Alina w końcu uciekła do drugiego pokoju, ale przy każdym napadzie wracała, coraz bardziej spanikowana. Nie było wyjścia – trzeba było wezwać pomoc.

Dzwonię na pogotowie – każą najpierw zadzwonić do dr. Neixa. Nieuchwytny. Dzwonię ponownie. Po trzydziestu minutach zjawia się dr Black. Oficjalny, ale konkretny: kieruje nas do szpitala w Landsbergu (w Schongau brak oddziału dziecięcego). Dodaje, że karetka to około 300 DM, więc lepiej, żebym zawiózł dziecko sam. O drugiej w nocy, w takim stanie… wybuchłem. Przeprosił, tłumacząc „oszczędnościami”, po czym sam wezwał karetkę. Po dwudziestu minutach byli. Spakowałem najpotrzebniejsze rzeczy, zapłakana Alina podała torbę ze śpioszkami.

W Landsbergu o czwartej. Daniel – nieprzytomny ze strachu – zanosił się płaczem. Rozebrałem go, siostra podała piżamkę. Pomiary, ważenie, krótki wywiad, badanie. Pierwsze wkłucie (lewa nóżka, od wewnątrz) nie weszło. Znów kłucie i znów ten niewinny, skrzywdzony płacz. Za drugim razem się udało; krople zaczęły płynąć. Uspokoiłem się. Zasnął, a ja słuchałem najpiękniejszego rytmu świata – równego oddechu. Z ust, pod smoczkiem, zastygała gęsta wydzielina.

Przewieźli nas do sali U-2. Za chwilę przyjechało łóżko i dla mnie. „Tato pić…” – prosił, a zaraz potem „tato buty…”, co brzmiało tak przejmująco, że chciało się wyć. W głowie krążyły czarne myśli i rachunek sumienia: co ja takiego w życiu zrobiłem.

Rano poprosiłem o coś na uspokojenie – siostra odmówiła: mają tylko dla dzieci, musiałbym wypić całą szklankę. Żeby niczego nie przeoczyć, zacząłem prowadzić dziennik.

7 lutego. Daniel kompletnie ufajdany – pieluchy z gumowymi majtkami do kubła, myjka też do wyrzucenia. Razem z siostrą zmieniam pościel. Uczę się z powrotem wszystkiego: składania dwóch pieluch, nabierania maści łopatką, mierzenia temperatury. Przez niewiedzę lekko odparzyłem mu pupę – zapomniałem zetrzeć środek dezynfekujący z termometru i nie użyłem maści. Już dobrze. O 14.30 przespałem się pół godziny – byłem wykończony. Błagałem Alinę przez telefon, żeby przyjechała choć na dziesięć minut. Udało się wcześniej.

Dwa razy tego dnia synek zaszalał w pieluchę, wcisnąłem w niego pół banana i trochę gotowanej marchewki. Następnego dnia gorzej: trzy wymioty i sześć luźnych stolców; właściwie jedzenie przez niego przelatywało. Pieluchy pachniały jak u niemowlęcia.

9 lutego. Spokojniej. Daniel nie wymiotuje i nie ma stolca, ale wciąż 39°. Zrobili zdjęcie klatki – podejrzenie zapalenia płuc. Wieczorem czytam książkę przywiezioną przez Margret (sąsiadka Krysi z Peiting), która podwozi Alinę na odwiedziny. Pierwszym razem była przygnębiona, źle się czuła i zaraz wróciła – za to często dzwonimy. Od pierwszego dnia, po podpisaniu zgody, mam w pokoju telefon.

10 lutego. Pomimo mocnego, głębokiego kaszlu Daniel wyraźnie lepszy – pierwszy uśmiech od tylu dni. Domaga się bajki. Poranek jak w zegarku: pielucha, temperatura, ja myję się i golę, potem moje dwadzieścia przysiadów „na brzuch”, skoro biegać nie mogę. Na śniadanie dwie bułki z masłem i dżemem, kawa – szpitalne jedzenie jest dobre i ładnie podane. Czekamy na wizytę. Wchodzi całe konsylium: szef z żoną i asystentką, plus dwie pielęgniarki. Daniel przyzwyczaja się do badań, choć łkając powtarza: „boli nie… boli nie…”.

Szefowa po godzinie siada spokojnie przy stole i tłumaczy: początki zapalenia płuc na zdjęciu, uszy – wiadomo. „Epidemia – nasz chleb powszedni, nic nadzwyczajnego” – uspokaja. Radzi oderwać się od łóżka. Siostry pracują po 7 godzin, a rodzicom zawsze współczuje. Po obiedzie, gdy Daniel śpi, idę na godzinny spacer. Jest prawie wiosna. Odkrywam, że szpital leży na peryferiach. Krążę po dzielnicy, kupuję zeszyt i mazak. Miasto wydaje się bardziej miejskie niż Schongau – przyznam, mam trochę dość naszej chłopskiej prowincjonalności.

Po powrocie Daniel broni się rękami i nogami przed mierzeniem tętna. Siostra musi użyć siły. W korytarzu malują – intensywny zapach pogarsza kaszel. Mimo pustego żołądka znowu wymiotuje. Dostaje inhalator, ale w tych oparach niewiele pomaga. O 12.00 antybiotyk do kroplówki, drugi raz o 17.00. Na wieczornej wizycie lekarz – rozszyfrowawszy artystę – po badaniu wciska mu w dłoń drewnianą szpatułkę i „rożek” poduszki. „Wszystkie dzieci to kochają”. Prognozuje spadek temperatury w ciągu doby – choć antybiotyk ma na to mały wpływ.

Noc 10/11 lutego. Kaszel męczy, niespokojna noc. Rano marudzi. Po 12.00 idę do kościoła – w samotności pozwalam sobie popłakać. W mieście kupuję bajkę z „chłopakami”. Wracam – Daniel śpi brudny po kolana. Dzwoni Alina: źle się czuje. Wymuszam wizytę u ginekologa – dostaje kroplówkę. Margret przywozi jej leki, ale przez swój stan rezygnuje z odwiedzin. Daniel zjada niemal całego sucharka i popija herbatą – od razu jaśnieję. „Świeczka pomogła” – myślę. Czytam. Siostra przynosi urządzenie do nawilżania powietrza – „dymiąca rurka” to hit: Daniel wkłada w nią palec od stopy albo smoczek. Dostaje leczniczego cukierka – nie umie ssać, więc go teatralnie wypluwa. Zasypia. Czekam na telefon.

21.25. Wracam z oddziału ginekologicznego (s. 139, tel. 0438). Margret przywiozła Alinę do szpitala – miała skierowanie. Wygląda nieźle, choć stale ma nudności. Wypełniam ankietę. Później rozmawiam z szefową – przy wirusie pokarmowym nie ma zagrożenia dla płodu. Uspokajam się. Nie mogę zasnąć; majaczę.

12 lutego. Ciężko podnieść się z łóżka. Przed siódmą siostra zleca mycie Daniela – „już pan powinien sam”, pomaga tylko przy pościeli. Po toalecie moje śniadanie, Daniel – lekarstwo i kilka łyżeczek HN (Heilnahrung). Dzwonię do Aliny – odbiera sama, ale szybko kończy; mdli ją. Idę na górę. Dostaje czopek, jest senna. Przynoszę wodę. Przy kolejnych odwiedzinach – puste łóżko: jest na USG. Siadam obok. W gabinecie po raz pierwszy widzę na monitorze następcę tronu: główka, nóżki, rączki. Lekarz ocenia ciążę na 14 tygodni, nie 17, jak wyliczył dr Klein z Schongau.

Daniela dziś mocno kłuli – za trzecim razem pobrali krew. Dalej chudnie: 12,6 kg z usztywnieniem do kroplówki. Na obiad wciskam w niego parę łyżek rosołu, trochę purée. Śpi – 12.43. Idę do Aliny, potem na krótki spacer.

13 lutego. Wyspany – spałem z przerwami, ale dobrze. Rano tak wypoczęty, że zacząłem siostrze mówić po polsku. Wieczorem szefowa poprawiła opatrunek przy kroplówce – palce były za bardzo wyprostowane; dziś widzę opuchliznę i zgłaszam. Za to apetyt wraca: na śniadanie prawie dwa tosty i herbata; w nocy dopił 120 ml – musiałem prosić o dokładkę. Alina lepiej wygląda, ale mówi innym głosem i porusza się jak w zwolnionym tempie. Dużo śpi. Przyprowadzam ją do nas – po paru minutach oczy się zamykają i „odpływa”. Daniel bawi się autkami i misiem na drążku – prezent od Margret. Znowu traci apetyt: pół sucharka i kilka łyków herbaty. 18.33. Wracam od Aliny – porażenie nerwów szczęki. Co jeszcze? Lekarz mówi: reakcja nerwowa. Boję się, czy nie dostała zbyt mocnych środków uspokajających. Dzwonię do Krysi – nie potrafi nic powiedzieć.

14 lutego. Po raz pierwszy od tylu dni kąpię Daniela, łącznie z głową. O siódmej bywa marudny – chciałby spać dłużej. Po karmieniu dzwonię do Aliny – może już mówić. Miała straszną noc, wkładała chusteczkę między zęby, żeby ich nie połamać. Teraz świeża, choć niewyspana. Schodzi do nas, ale zapachy szybko ją przepędzają. Dzwoni Krysia z pocieszeniami, potem Jurek Czerniawski, a dalej Klaudia rozmawia z Aliną.

Na wizycie lekarz stwierdza poprawę – zapalenie płuc ustępuje. Daniel jest bardzo słaby: gdy próbowałem go postawić, zachowywał się jak dziewięciomiesięczny. Pupa uciekała do tyłu, chwiał się, choć trzymał się łóżka. Często go sadzam; sam o to prosi. Zwijam kołdrę w rulon i robię oparcie. Bawi się autkiem – wczoraj dostał jeepa z napisem „Paryż–Dakar”. Po południu przyjeżdża Margret z córką. Jej mocny kaszel budzi Daniela; długo go usypiam – chodzę przed oknami, aż znudzony zasypia.

Z Margret wracam do Schongau po samochód i aparat. W tym czasie Alina siedzi przy Danielu. Nie mogę go zostawić samego – natychmiast koncert: „tato mośiek”, „tato mokry”, w nieskończoność. Na koniec dnia dyskusja z szefem (wcześniej z jego żoną) o zwolnieniu – bez rezultatu. Rozgoryczony. Tak oczywista sytuacja – i żadnego zrozumienia.

15 lutego. Budzę się po piątej, ale wyspany. Czytam w łazience. O 6.30 bierzemy się z siostrą za Daniela – gotowi na czas. Po raz pierwszy siedzi przy śniadaniu przy stole; oprócz tostów zjada całe jajko. Na obiad – zupy wyławia makaron i daje się namówić na kawałek mięsa.

Zwolnienie lekarskie odpada. Mogę wziąć jedynie urlop bezpłatny, a AOK pokryje koszty – na dziecko przysługują mi tylko 3–5 dni w roku. Lekarz twierdzi, że Daniel wkrótce wyjdzie – więc „po co zwolnienie”. Dostaję chociaż oficjalne potwierdzenie pobytu w szpitalu.

16 lutego. Po porannych rytuałach dzwonię do Bellindy: proszę kadrowego o trzy dni urlopu, a w razie potrzeby – bezpłatny. Daniel ma słabe nogi, boi się chodzić. Urządza koncert, gdy wkładam mu dół dresu i zmuszam do poruszania się bez pościeli. Mnie boli gardło, Alina ma katar. Lekarz zapowiada kontrolne RTG i – prawdopodobnie jutro w południe – wypis. Obiad Daniel je w bawialni z innymi dziećmi; idzie mu nieźle, choć potrzebuje wielu przerw, by pokonać zupę, dwa klopsy z odrobiną ryżu i kawałkiem kalafiora. Jadę do miasta po czekoladki dla personelu; Alina, choć senna, pilnuje syna. Po bombonierkach wszystkie siostry się rozpromieniają, pani doktor też. Resztę dnia spędzamy w bawialni – Daniel zaczyna zdrowo rozrabiać.

17 lutego. Noc niespokojna – co chwilę podaję smoczek. Przeżywam wyjście ze szpitala. Rano pakuję rzeczy. RTG kontrolne i ostatni „pik”: pobranie krwi. 9.17 – wymeldowałem telefon, czekamy na lekarza. Musimy dostosować się do Aliny – będzie wolna po obiedzie. 11.07 – po wizycie: Daniel wychodzi. Przez tydzień ma brać proszek na uregulowanie układu pokarmowego oraz krople do uszu. Parę dni bez spacerów. Zostają formalności i jeszcze jedno badanie u młodej lekarki – i do domu. Żegnaj, szpitalu.

Powrót do normalności

Kolejne spotkanie z Herr Duftnerem nie należało do przyjemnych. Miałem dosyć nocnej zmiany i chciałem przejść na dzienną. Szef nie wyrażał zgody. Na koniec rozmowy zostałem poinformowany o konsekwencjach. Zagroził, że odda mnie do dyspozycji kadrowego, jeżeli w dalszym ciągu będę się upierał przy swoim. Nie wierzyłem w zwolnienie, znałem swoją wartość i wiedziałem, że takich potrzebują. Pewności jednak nie miałem.

Zdecydowałem mimo wszystko, i bez oglądania się na konsekwencje, zakończyć pracę na nocnej zmianie. Powoli nasze życie przestawało być normalne.

Codziennie, po to, abym mógł się wyspać, Alina wychodziła z Danielem na długi spacer. Gdy jednak pogoda na to nie pozwalała, poruszała się po mieszkaniu na palcach, bezustannie uspokajając dziecko. Te zabiegi i tak nie wystarczały — dopiero wieczorem dochodziłem do równowagi. Ciągłe rozdrażnienie nie pozwalało w pełni cieszyć się wolnym czasem podczas weekendów i świąt.

Szef okazywał niezadowolenie; miał stały niedobór ludzi pracujących w nocy. Istniał poza tym drugi powód. Jeszcze w lutym, zjeżdżając na nartach z Tegelberg, wyłożyłem się na oblodzonym zboczu. Na drugi dzień nie mogłem ruszać ręką. Kontuzja okazała się groźniejsza, niż przypuszczałem. Uszkodzony bark usztywniono w szpitalu. Otrzymałem skierowanie na terapię u lekarza domowego. Gdy wróciłem do pracy po parotygodniowym zwolnieniu, długo nie mogłem osiągnąć wydajności sprzed wypadku, co oczywiście denerwowało szefa. Już wtedy dawał mi do zrozumienia, że to nie miejsce dla rekonwalescentów.

Pomimo tego postawiłem wszystko na jedną kartę. Niezłomnie podtrzymywałem swoje stanowisko. W rezultacie Herr Duftner zmiękł. Dalej co prawda straszył mnie kadrowym, ale póki co zostałem skierowany na ranną zmianę. Wiązało się to oczywiście z przemieszczeniem na stanowisku pracy. W „nagrodę” za swój upór otrzymałem najgorszą maszynę. Najgorszą, jeżeli chodzi o rodzaj pakowanych na niej rajstop, gdyż były one grube, elastyczne i bardzo drogie. Cena ich, w granicach 12–16 DM, zobowiązywała do nadzwyczajnej kontroli i idealnego układania, co oczywiście odbijało się na wydajności.

Dzięki temu zmniejszały się moje zarobki. Nie dość, że straciłem nocny dodatek, to jeszcze spadał akord. Nie miałem wyjścia — musiałem działać ostrzej. Potrzeby nasze nie malały, wprost przeciwnie — rosły!


Daniel zaczął chodzić. Stało się to nagle. Pewnego dnia przeszedł przez pół pokoju i, jak gdyby przestraszony tym, czego dokonał, usiadł na pupie i rozpłakał się. Od tego dnia wszystkie niebezpieczne przedmioty znajdujące się w jego zasięgu musiały powędrować wyżej.

Ponownie — choć tylko przez pół dnia — cieszyłem się życiem rodzinnym. Najfajniejsze były te tygodnie, kiedy pracowałem na ranną zmianę. Co prawda już o piątej musiałem stać przy maszynie, ale za to parę minut po trzynastej siedziałem w domu.

Nareszcie miałem czas nie tylko na żonę, dziecko, ale i na przyjemności. Fascynowałem się nadal kręceniem filmów. Pozostawałem wierny tradycyjnej „super 8”, choć coraz częściej spotykało się wideokamery. Nie wierzyłem, że piękny obraz na dużym ekranie zostanie na stałe zastąpiony przez jego namiastkę w telewizorze. Chociaż tendencje rynkowe wskazywały na co innego, ja trwałem przy swoim.

Gdy zobaczyłem na wystawie dźwiękowego Bolexa SM 80 Electronic za 300 DM, oczom nie wierzyłem — projektor, o którym w Polsce nawet nie mogłem śnić! Dla przykładu, podobne cacka firmy Eumig posiadali w kraju tylko organizatorzy festiwalu „Pol–8”. Musiałem go mieć!

Przypadkowo dowiedziałem się od kolegi z pracy, że to jego sąsiad, znudzony ciągłym oglądaniem jakiegoś filmu kung‑fu, oddał ten właśnie projektor w komis. Za zaledwie 200 DM! Bez długich targów sprawę udało się odkręcić i za jedynie 250 DM stałem się szczęśliwym posiadaczem.

Mogłem teraz nie tylko puszczać dźwiękowe filmy, ale również nagrywać do nich podkład muzyczny lub komentarz. Istniał jedynie pewien mankament — nie posiadałem kamery dźwiękowej! No i to stało się oczywiście przyczyną kolejnej choroby.


Zygmunt już od dłuższego czasu okazywał niezadowolenie z sytuacji w szpitalu. Narzekał na szefa, który nie dawał mu tyle operować, ile by chciał. Miał również problemy ze zdobywaniem doświadczenia, jeśli chodzi o sprawy kostne i chirurgię urazową. Znałem szwagra na tyle, by niczemu się nie dziwić. Zespół podobnych okoliczności istniał w Nysie, kiedy to pracował jako asystent na oddziale mojego ojca.

Nie zostałem więc specjalnie zaskoczony, kiedy Krysia zakomunikowała, że przenoszą się do Memmingen. Ta decyzja zapadła bardzo szybko. Podejrzewałem, że sytuacja w miejscu pracy Zygmunta musiała wyglądać dramatycznie. Dzięki temu pośpiechowi nie zdążyli w odpowiednim czasie rozwiązać umowy z właścicielem domu.

Zygmunt natychmiast rozpoczął pracę w miejskim szpitalu. Krysia, nie chcąc pozostawić go samego, w pośpiechu zapakowała rzeczy do kartonów, zamówiła ciężarówkę i po dwóch tygodniach również mieszkała w Memmingen. Nam pozostawiono cały dom do sprzątania i pomalowania.

Cieszyłem się oczywiście z fuchy. Jednak w pokojach, w których mimo wszystko spędziliśmy wiele przyjemnych chwil, powiało pustką. Nie mogliśmy przecież zapomnieć tych pierwszych miesięcy pełnych nadziei, spotkań z rodzicami, burzliwych dyskusji. W zasadzie, choć ta wyprowadzka nie dotyczyła nas osobiście, niemniej kończyła pewien okres w naszym życiu. Staliśmy się jeszcze bardziej zdani na siebie i dotkliwiej samotni.


Tego wrześniowego dnia padał deszcz. Po wizycie u Kiwińskich przejeżdżałem ulicami Geretsried. Gdzieś tutaj przecież mieszkały moje dzieci. Strasznie długo ich nie widziałem. Ostatnie nieporozumienia z Ireną miały dramatyczny przebieg i zakończenie.

Bez problemu odnalazłem ich adres. Spontanicznie, kierowany nastrojem chwili, zadzwoniłem do drzwi. Przyjęto mnie niespodziewanie miło.

Dzieci wydoroślały. W ich oczach odbijały się trudy czasu spędzonego poza domem. Cały rok uczyły się w szkole z internatem pod Norymbergą. Po zdanych egzaminach Julianna mogła pójść do 10. klasy w Geretsried. Michał niestety musiał powrócić i jeszcze trzy lata uczyć się do matury. Klaudia po powtórzeniu szóstej klasy szła do gimnazjum.

Starsza dwójka chwaliła się zdjęciami swoich sympatii poznanych w internacie. Julia chodziła z Hiszpanem, Michał z Rumunką. Klaudia poczęstowała mnie tortem własnego wypieku, o czym — z właściwą sobie egzaltacją — nie omieszkała wspomnieć Irena. Powstała tak sympatyczna atmosfera, że umówiliśmy się na następne spotkanie.

Wracałem do domu rozmarzony i pełen nadziei na poprawę stosunków.


Nasze życie urozmaicały od niedawna amerykańskie seriale. Początkowo oglądaliśmy z zapartym tchem intrygi rozgrywające się w „Dallas”. Po nich nastąpiła fascynacja bohaterami „Dynastii” („Denver Clan”). Na koniec, rozczarowani mydlanymi bańkami, które połykały miliony ludzi, natychmiast zmienialiśmy kanał, gdy tylko słyszeliśmy zapowiedź jednego z tych filmów.

Nas, wychowanych w socjalizmie — tych, którzy nie zetknęli się z bogactwem, przepychem, kobietami w lśniących autach czy z luksusowymi willami — potrafiłbym jeszcze wytłumaczyć. Dlaczego jednak tylu Niemców pozwoliło sobie założyć klapki na oczy?

Nieprawdopodobne, jak ludzie łatwo i bezkrytycznie ulegają czarowi bajek! Każdą bzdurę, jeżeli tylko atrakcyjnie zostanie opakowana, potrafią zaakceptować. Na szczęście istnieją chwile trzeźwości — takie chociażby, jakie nastąpiły po opublikowaniu w Paryżu wiadomości o bożyszczu kobiet, Rocku Hudsonie, homoseksualiście chorym na AIDS. Wtedy właśnie, gdy społeczeństwo dobrobytu przeżywało kryzys wiary, prawdziwy wstrząs dotknął Meksyk: pod gruzami domów zginęło ponad pięć tysięcy ludzi. Niedługo po tym siedemnastoletni Boris Becker odniósł zwycięstwo na kortach Wimbledonu. Z łatwością więc skierowano niemiecką opinię publiczną w stronę nowego, narodowego bohatera — i wszystko nadal wyglądało cacy.


Parę dni po swoich pierwszych urodzinach Daniel zaczął kaszleć. W nocy dostał gorączki. Lekarz przepisał antybiotyk. Pierwszy raz nasze dziecko chorowało. Rozpalone policzki nieprzyjemnie kontrastowały z bielą pościeli. Wesołe oczy, z których zawsze tryskało tyle energii, nie reagowały na nic. Stracił całkowicie apetyt, przełykał tylko parę kropli wody podawanych łyżeczką.

Obwinialiśmy siebie za wizytę w Memmingen. Mogliśmy tam nie jechać. Wiedzieliśmy przecież, że jego kuzynka, Daniela, niedawno miała anginę.

Pierwsza domowa wizyta lekarska również nie należała do przyjemnych. Już sam fakt zawezwania pomocy stanowił niesamowity stres. Sami, w obcym kraju, jakoś sobie radziliśmy, ale jeżeli chodziło o Daniela, nie chcieliśmy „jakoś” — chcieliśmy jak najlepiej. Jak można jednak najlepiej, kiedy nie rozumie się wszystkiego? Z bawarskim od samego początku mieliśmy kłopoty, a i niemiecki — jeżeli chodzi o słownictwo powyżej codziennych spraw — pozostawiał wiele do życzenia.

Daniel wyzdrowiał stosunkowo szybko, czego jednak nie dało się powiedzieć o nas. Strach przerodził się w uraz.


Po świętach Bożego Narodzenia, spędzonych znowu w Memmingen, przygotowywaliśmy się na wizytę trójki moich starszych dzieci, mającą nastąpić w pierwszym dniu Nowego Roku. Przed miesiącem byliśmy umówieni. Kupiłem im nawet z tej okazji wspaniały prezent. Będąc w IKEI, Alina zobaczyła efektowny, młodzieżowy fotel. Sami nie mogliśmy pozwolić sobie na coś takiego. Co innego, jeżeli chodziło o dzieci. Dawno nie dostały droższej rzeczy (alimenty stanowiły oczywistość). Postanowiliśmy się zrujnować, a przy okazji kupiliśmy sobie biało‑żółte zasłony do dużego pokoju.

Przystrojeni i odświętni, przygotowywaliśmy się do pierwszych odwiedzin. Nadaremnie! Zadzwonił tylko telefon. Irena pierwsza poinformowała mnie o „niespodziance”, po czym z dużą satysfakcją oddała słuchawkę Michałowi. Ten z kolei, bez specjalnej żenady, oświadczył, że zarówno on, jak i Julianna umówili się ze swoimi sympatiami na sylwestra i zostaną tam dłużej. Życzyłem im wszystkiego najlepszego.

Znowu postanowiłem, że nie pozwolę się więcej policzkować. Parłem ciągle do spotkań, umawiałem się, prosiłem, niemalże żebrałem, a rezultat był niezmienny. Tak jak w Polsce: Irena okazywała oficjalnie dobre chęci, tylko w końcowej fazie zawsze coś stawało na przeszkodzie.


Początkowo nic nie zapowiadało dramatów, jakie miał przynieść Nowy Rok. Pod koniec stycznia miliony ludzi zobaczyły, jak po 73 sekundach lotu rakiety „Challenger” rozlatywały się nadzieje Amerykanów w wyścigu podboju kosmosu. Spokój niebieskiej przestrzeni zakłóciła nagła eksplozja. Przez wiele mgnień wybuchały w przestworzach, targane tragicznym nieładem, szczątki promu kosmicznego. I każdy wiedział, że w danej chwili unicestwieniu ulegało siedem ludzkich istnień.

Trzy miesiące później nastąpił kolejny wybuch, jeszcze groźniejszy w skutkach — Czarnobyl!

A nasze życie biegło dalej dotychczasowym torem. Zacząłem „wyrabiać się” z akordem, a „dobrowolna” praca w wolne soboty pozwoliła utrzymać stary poziom zarobków. Mój prawy łokieć zaczął jednak odmawiać posłuszeństwa. Gdy się całkiem zbuntował, lekarz usztywnił go na szynie. Zwolnienie przedłużało się, ale ból nie ustępował. Dostałem skierowanie do ortopedy, a następnie na zdjęcia rentgenowskie.

Radiolog przed wręczeniem koperty z wynikami, jakby chcąc się upewnić, zapytał o mój wiek.

— Skończyłem czterdzieści cztery. — Tak… Ma pan osteoporozę. Wie pan o tym? — Nie. A co to takiego? — Odwapnienie kości. — Na podstawie czego pan tak sądzi? — Zdjęcia wykazują zmniejszenie gęstości kostnej. — Jak pan do tego doszedł? — Obraz nie jest tak kontrastowy. Jest… jakby to panu po prostu powiedzieć… wyblakły.

Nie przejąłem się diagnozą. Mogli przecież zdjęcia nie dowołać albo źle naświetlić. Poza tym byłem już tyle razy prześwietlany — również w Niemczech, w ramach akcji Urzędu Zdrowia — i nic takiego nie stwierdzono.

Ortopeda, po stwierdzeniu, że leczenie za długo trwa, zaaplikował serię zastrzyków. Przez pół godziny po każdym z nich wariowałem z bólu. Czułem w łokciu potworne napięcie, takie, jakby lada chwila miało go rozerwać. Za każdym razem, gdy dochodziło do granic wytrzymałości i chciałem wyć, następował spokój.

Koniec z szynami, bandażami. Musiałem poruszać ręką tak, jakbym siekierą rąbał drzewo. Bałem się tej terapii. Wiedziałem od ojca, że blokady mogą spowodować trwałe zmiany w stawach. Nie miałem jednak wyjścia. Z pokorą poddałem się brutalnej kuracji. Po którymś kolejnym zastrzyku znalazłem metodę: wyjechałem szybko za miasto i pędziłem wśród pól, przed siebie, bez opamiętania. Zmęczenie pozwalało znieczulić ból.

Po dwóch tygodniach leczenia nastąpiła poprawa. Mogłem pójść do pracy. Ręka wyzdrowiała, po kontuzji nie pozostało śladu, ale do dziś czuję i słyszę odgłos grubej igły lądującej w moim stawie.


Przygotowałem się na rozmowę z szefem — nie myślałem jednak, że przybierze taki charakter. Herr Duftner okazał całkowitą bezduszność. Zachowywał się tak, jakbym chorował dla przyjemności, a nie na skutek kontuzji nabytej podczas pracy. Opieprzał bez cienia współczucia. Interesowała go jedynie produkcja. „Zostałem zatrudniony, aby pracować, a nie chorować”.

Podczas całej kariery zawodowej miałem różne dołki, ale nikt mnie nigdy tak bezwzględnie nie potraktował. Nawet na budowie nie słyszałem, by majster — nawet maksymalnie wnerwiony — tak nieludzko obchodził się z robotnikami.

Powróciło pytanie: „Co ja tu robię?”. Teoretycznie mogliśmy wrócić do kraju. Na pewno dostałbym pracę. Mieszkanie też dałoby się jakoś załatwić… Co jednak ze spędzaniem urlopu na Zachodzie? Planowaliśmy właśnie wakacje w Hiszpanii. Chcieliśmy poza tym zobaczyć Grecję, Portugalię, Anglię, Skandynawię…

Ta sprawa rozstrzygała o wszystkim. Zawsze przecież mieliśmy otwartą drogę powrotną. Musiałem przestać się bać o utratę miejsca pracy, przełknąć upokorzenie i dalej w dużym tempie pakować rajstopy.

O moich kłopotach dowiedziała się Hanka. Wspólnie z mężem obiecała pomoc. Znali pewnego przedsiębiorcę budowlanego; potrzebowali moich danych. Przekazałem im w paru etapach: życiorys, odpis dyplomu, pozwolenie rządu bawarskiego, uprawnienia budowlane. Dziwiłem się, po co komu tyle szczegółów, ale skoro potrzebowali, dostosowywałem się. Chodziło przecież o moją sprawę.

Po tygodniach oczekiwań zostałem umówiony. Chciałem zaprezentować się jak najlepiej. Pojechałem do Geretsried „pod krawatem”, w garniturze. Gabinet mojego przyszłego szefa, na ostatniej kondygnacji bloku mieszkalnego, nie wyglądał imponująco. Zaskoczyło mnie jednak coś innego: przedsiębiorstwo zajmowało się montażem podwieszanych stropów. Nie rozumiałem, co ja tam mam robić. Sprawa dość szybko się wyjaśniła. Zaproponowano mi miejsce montera w brygadzie jeżdżącej po całym okręgu. Czas pracy: 10–12 godzin, łącznie z sobotami. Załogę stanowili głównie Jugosłowianie. Nie interesowałem się już stawką godzinową. Podziękowałem za poświęcony czas i wyszedłem.

Miałem dosyć Kiwińskich. Wyglądało, że chcieli znaleźć mi pracę w jakimś biurze projektowym i to co najmniej na stanowisku konstruktora. Wyszło co innego: próbowali załatwić swojemu kumplowi czy znajomemu taniego robotnika.

Czułem rozgoryczenie. Mierzyłem ludzi swoją miarką: „Jeżeli ja w danej sytuacji tak postępuję, mówię, reaguję… — wymagam od innych tego samego”. Niestety, zbyt rzadko to się zdarzało.

Tyle razy powtarzałem sobie: „Nie dam się więcej nabrać!”, a okazywało się znowu, że chcieć to nie zawsze móc.


Zamrożenie stosunków towarzyskich z Kiwińskimi nie przeszkadzało nam w przygotowaniach do wakacji. Przewodnik po Hiszpanii zdążyłem przestudiować, podobnie jak komplet map z ADAC. Wizy były w trakcie załatwiania. Busik, po zainstalowaniu nowej pompy benzynowej, spisywał się bez zarzutu.

W drodze wyjątku przyznano mi urlop na cały miesiąc. Pierwszy raz ruszaliśmy tak wcześnie — pod koniec maja. W czwartek, trzy kwadranse po zakończeniu pracy, byliśmy już na trasie. Nie udało się jednak tego dnia przekroczyć granicy. Dopiero następnego, wczesnym rankiem, wjechaliśmy do Francji.

Jedenaście lat wcześniej opuściłem ten kraj. Nadal czułem jego bliskość. Odżyły wspomnienia. Znajdowałem się jednak w zasadniczo odmiennej sytuacji: niezależny, pewniejszy, no i oczywiście starszy. Poza tym jechałem z żoną i dzieckiem, a nie jak wtedy samotnie.

Rozmyślania przerwała cisza silnika na skrzyżowaniu w jakiejś mieścinie. Starter z lekkością poruszał motor. Nic nie wskazywało na to, aby ożył. Wiedziałem w 90 procentach, co się stało: szlag trafił pasek zębaty!

Przy pomocy Aliny popchnąłem busik na placyk przed małym domostwem. Przypuszczenia potwierdziły się. Byłem przygotowany do napraw, ale zapasowego paska nie miałem. Na szczęście od miasta dzieliło nas tylko parę kilometrów. Przy nienajlepszej pogodzie ruszyłem w drogę.

Do Belfort dotarłem dosyć zmęczony. Po przemierzeniu części miasta odnalazłem warsztat Fiata. Bez problemu dostałem pasek i nawet instrukcję, jak ustalić punkty synchronizacyjne. W drodze powrotnej niebo pokryły ciemne chmury. Idąc, zatrzymywałem auta. Po jakimś czasie stanął czarny Peugeot 404. Zaczęło padać. Gadatliwy kierowca jechał w odpowiednim kierunku. Po paru uwagach na temat pogody zapytał:

— Jest pan obcokrajowcem? — Tak. — Ja też. Pochodzę z Polski. — No to cześć, rodaku. — Z ulgą przestałem wysilać się po francusku.

Filmowy zbieg okoliczności! Z miejsca rozmowa przybrała inny charakter. Nasze emigracyjne historie miały wiele wspólnych punktów. Mirek pochodził z Poznania. Z żoną i dwójką dzieci opuścił kraj w tym samym czasie co my. W Niemczech coś mu nie wychodziło, zdecydował się więc na Francję.

Miał kłopoty ze znalezieniem pracy. W Polsce skończył technikum samochodowe, ale we Francji dorabiał graniem na fortepianie. Natychmiast zaoferował pomoc przy naprawie samochodu.

Przy demontażu pojawiła się trudność: nie umiałem odkręcić dużej śruby — 36 mm. Przypadkowo za rogiem znajdował się warsztat naprawczy. Wypożyczonym kluczem poszło jak po maśle. Problemy pojawiły się znowu przy składaniu. Nie mogłem znaleźć punktu na obudowie — wskazówki do ustawienia pozycji wałka rozrządu z wałem głównym. Mirek też nie potrafił. W sklepie u Fiata narysowano mi na opakowaniu, jak to wygląda; pod wozem jednak tego nie widziałem. Mijały godziny, robiło się ciemno. Na koniec chcieliśmy, w oparciu o teorię, tak ustawić pierwszy tłok, aby znajdował się w chwili zapłonu. Również nadaremnie. Ręce drętwiały z zimna. Nagle zaczął padać grad. Wyglądało, że wszystko sprzysięgło się przeciwko nam.

Po plastikowej folii leżącej na ziemi ślizgały się małe kulki lodu. Miałem serdecznie dosyć włażenia pod auto. Przerwałem naprawę do następnego dnia. Mirek koniecznie chciał zabrać nas do siebie. Bałem się zostawić wszystkie rzeczy na pastwę losu. Samej Aliny z dzieckiem też nie mogłem puścić z obcym w sumie facetem.

Gorąca herbata i parę łyków wódki nie potrafiły mnie rozgrzać. Podrażniony niepowodzeniem nie miałem ochoty na małżeńskie przyjemności. W nocy trząsłem się z zimna. Para osiadła na wszystkich oknach. Poubierałem wszystkie ciepłe rzeczy, jakie zabraliśmy na upalne wakacje, i jakoś przekimałem do świtu.

Rano z nową energią wskoczyłem ponownie pod samochód. Zaświeciło słońce. Jeszcze raz szmatą przetarłem pokrytą brudem obudowę. Nie mogłem zrozumieć, dlaczego tego wczoraj nie widziałem. Znaczek połyskiwał jak byk!

Gdy po godzinie przyjechał Mirek — z suchymi roboczymi spodniami — kończyłem robotę. Motor zapalił od ręki. W jego równym chodzie dało się słyszeć pytanie: „Nie ro‑zu‑miem, czy coś by‑ło nie tak?”

Żona Mirka, Renia, podała do kawy pyszne bułeczki. Przyjmowali nas tak naturalnie, jak gdybyśmy znali się od dawna. Musiałem obiecać, że wpadniemy w drodze powrotnej. Grupowe, pożegnalne zdjęcie na tle naszego busika zakończyło niecodzienną przygodę. Przygodę, która później przerodziła się w wieloletnią przyjaźń.


Przejeżdżałem przez kraj, z którym wiązałem kiedyś tyle nadziei. Jak wyglądała realizacja planów sprzed lat? Czy rzeczywistość, w jakiej się znalazłem, miała z nimi coś wspólnego? Wbrew pozorom — bardzo dużo. Urealniałem, choć może w innej formie, dawne marzenia.

Do Lyonu mogłem dojechać stosunkowo szybko. Nie spieszyło się nam jednak tak bardzo, byśmy skłonni byli wydawać pieniądze na autostradę. Nasz fiat i tak nie rozwijał dużych prędkości, poza tym o ile więcej widziałem, przejeżdżając przez miasta i wioski.

Noc na osiedlu mieszkalnym w Lons‑le‑Saunier nie należała znów do upalnych. Obudzony dokuczliwym zimnem, ruszyłem w dalszą drogę jeszcze przed świtem. Alina z Danielem pozostali w betach aż do postoju nad strumyczkiem. Dopiero gdy poczuła ciepło promieni wstającego słońca, odważyła się opuścić śpiwór.

Bezpłatna autostrada z Lyonu do Saint‑Étienne dziwnie się postarzała. Zjechałem z niej wcześniej w nadziei odnalezienia starych śladów na asfalcie peryferii. Nie poznawałem drogi prowadzącej do miasta, w którym spędziłem cały rok. Szokowały mnie zmiany; wszystko wyglądało inaczej. Nawet Zbyszek mieszkał gdzie indziej. Nie zastałem go w domu — wyjechał z rodziną. Zostawiłem tylko parę słów w skrzynce pocztowej.

Alina miała dosyć jeżdżenia po mieście. Zupełnie nie rozumiała, co mogło mi się w nim podobać. Jej zachowania nie dało się wytłumaczyć jedynie zazdrością. W pewnej mierze miała rację; doświadczałem podobnego rozczarowania. W kolorowym obrazie tęsknoty pojawiło się wiele odcieni szarości.

Drogę na południe, po obu stronach Rodanu, znałem dość dobrze. Chciałem tym razem ukosem przejechać Masyw Centralny. Pociągał mnie przeczytany w przewodniku opis przełomu rzeki Tarn (Gorges du Tarn): europejski Grand Canyon — wąwóz długości 80 kilometrów, którego urwiste zbocza sięgają miejscami 500 metrów. Nim jednak zobaczyłem ten cud przyrody, czekała nas kolejna przygoda z autem.

Za Le Puy skończyła się dobra droga. Wjechaliśmy w dziki teren. Fiacik, po powierzchni pozbawionej niejednokrotnie asfaltu, pokonywał góry, zjeżdżał w doliny. Męczył się i pocił, aż w pewnej chwili wydał potężny ryk. Tym razem diabli wzięli tłumik!

Udając rajdowca dojechałem do najbliższego miasteczka. Na rynku, po którym spacerowała rzesza odświętnie ubranych turystów, zatrzymałem nasz hałasujący pojazd. Wyciągnąłem podnośnik i narzędzia, a Alina udała się na poszukiwanie starej puszki. Kloszard w Paryżu nie wywołuje ciekawości, ale na prowincji widok młodej kobiety z małym dzieckiem grzebiącej w koszach na śmieci wzbudzał sensację. Do tego — kobieta ta nie umiała wytłumaczyć, chcącym jej pomóc — czego szuka.

W rezultacie, w celu pozyskania kawałka blachy, musieliśmy zjeść nadprogramowo dwie mielonki. Z drutem poszło łatwiej, choć właściciel pobliskiej posesji, ogrodzonej siatką, nie okazałby na pewno zachwytu odnośnie mojej improwizacji.

Do Sainte‑Énimie dojechaliśmy o zmierzchu. Sił wystarczyło tylko na krótki spacer po kolacji. Chcieliśmy zostać tam cały dzień, zachwyceni pięknem miejscowości otoczonej wysokimi ścianami wapiennych skał. Niestety, kolejna zimna noc zmieniła plany. Postanowiliśmy jak najszybciej dojechać do Hiszpanii.

Pirenejami oczarowany zostałem dawno. Pojawienie się na horyzoncie pasma tamtejszych gór sprawiało — i jestem pewien, że zawsze będzie sprawiać — dużą radość. Obawy moje o to, czy urok ich, po latach rozłąki i zetknięciu się z Alpami, pozostanie nadal tak atrakcyjny, rozpierzchły się bezpowrotnie. Pewnym zaskoczeniem stało się tylko przejście. Potraktowano nas protekcjonalnym machnięciem ręki. Nie spodziewałem się, że w dniach przystąpienia Hiszpanii do Wspólnoty, na granicy zapanuje już taka swoboda.

Nadmorska droga prowadząca do Barcelony ma potworny mankament: linia kolejowa oddziela ją od plaży. Przez trzydzieści kilometrów, czując i słysząc morze, nie mogłem nigdzie zatrzymać auta. Widząc ludzi wbiegających z rozgrzanego piasku do wody, musiałem zadowolić się potem spływającym po plecach. Przechodziłem katusze.

Naszego fiata, wjeżdżającego do stolicy Katalonii, onieśmiela szeroka na kilkadziesiąt metrów aleja. Przez szyby dociera nastrój tętniącej życiem metropolii. Zostawiamy samochód na jakimś placyku przy fontannie. Początkowo dezorientuje nas regularna siatka ulic i skrzyżowań, ale w końcu szybko docieramy do kościoła Sagrada Família. Budowla robi duże wrażenie i swoją wielkością, i niecodziennością. Prace przy niej trwają już drugie stulecie. Charakterystyczne wieże, które — według znawców — kojarzyć się powinny z gigantycznymi stalagmitami, przypominają raczej smocze ogony zdobiące pawilon duchów w wesołym miasteczku. Jak na mój gust są zbyt kiczowate.

Więcej czasu przeznaczamy na spacer zacienioną aleją La Rambla. Wolno popychając wózek Daniela, obładowany fotograficznym sprzętem, docieramy w beztroskim nastroju do placu z kolumną Kolumba. Nieopodal, przy zakotwiczonej u nabrzeża replice karaweli „Santa María”, pstrykam zdjęcia — stanowią one końcowy akcent krótkiego pobytu w Barcelonie.

Za Tarragoną busik zaczął ponownie nabierać rajdowego brzmienia. Wystarczająco męczący był upał. Gdy do tego doszedł huk, mieliśmy dosyć. Bezludną okolicę urozmaicał jedynie ruch dalekiej autostrady. Bezradnie rozglądałem się za czymś, czym mógłbym ponownie załatać dziurę. Znowu dopisało nam szczęście. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki pojawiło się cmentarzysko samochodów. Wyglądało na opuszczone, ale zardzewiała siatka utrudniała wejście. Byłem gotów przejść przez płot.

Gardłowe warczenie czarnego wilczura całkowicie ostudziło zapał. Odsłonięte białe kły, połyskujące zza ogrodzenia, dobitnie przestrzegały przed próbą dostania się do środka. Zacząłem walić w bramę. Zdenerwowałem tym psa do tego stopnia, że w pośpiechu wskoczyłem z powrotem do samochodu. Po chwili usłyszałem głos uspokajający szczekanie. Z kolei ja zacząłem wrzeszczeć: „Señor! Señor!”

Właściciel złomowiska okazywał dużą sympatię, ale nie rozumiał, o co mi chodzi. Mój hiszpański w połączeniu z pantomimą prowadził do nikąd. W rezultacie dopiero, gdy zapaliłem silnik, sprawa stała się jasna. Z jakiegoś rozbitego seata wymontowałem tłumik. Przystosowanie go do fiata okazało się pracochłonne. Niemniej, przy pomocy pożyczonej piłki (w swoich narzędziach miałem tylko mały brzeszczot, którym mógłbym godzinami piłować) i kawałka dodatkowej rury, dzieło doprowadziłem do końca.

Właściciel nic nie chciał wziąć za części. Zaproponował nawet pozostanie u niego na noc. Podziękowałem. Wolałem w bardziej atrakcyjnym miejscu witać wschód słońca.

Nareszcie, po wielu kilometrach, mogliśmy porozumiewać się, nie krzycząc. Bez huku świat wyglądał przepięknie. Niestety, dzień dobiegał końca i należało znaleźć postój. Za Alcossebre, po długich poszukiwaniach, znalazłem ustronne miejsce. W ciemnościach rozpoznałem światła pobliskiego domu. Łagodny szum morza koił monotonią zmęczone uszy. Byliśmy tak senni, że nie chciało nam się rozkładać posłania.

Obudził nas upał. Dłużej w aucie nie dało się wytrzymać. Zaskoczenie nastąpiło po wyjściu na zewnątrz. Osłupieni spoglądaliśmy w kierunku nagiej krawędzi wysokiej skarpy. Staliśmy od niej o parę kroków. Nie nastąpiła filmowa scena, w której po otworzeniu drzwi bohater zawisa nad przepaścią, ale poczułem nieprzyjemny dreszcz, myśląc o nocnym manewrowaniu w tym miejscu.

Otaczał nas spokój. Lekki wiatr od morza omywał zaspane twarze, susząc równocześnie — po nocnym siusianiu — gołą pupę Daniela. Postanowiliśmy pozostać tam cały dzień. Pobliskim domem okazała się luksusowa willa, a jej właściciel — Niemiec na zasłużonej emeryturze. Uprzedził nas grzecznie, że w tym miejscu nie wolno biwakować. Usłyszał w odpowiedzi przeciągłe: „jaaa… jaaa…” — na tym zakończyła się i konwersacja, i reakcja.

Beztrosko kołysały się na wietrze śpiwory, a z garnka dochodził zapach wiedeńskich parówek. Urlopową atmosferę zakłócały tylko wieże wydobywcze, przecinające daleki horyzont, oraz gruby sznur łączący naszego syna z samochodem. Ten sposób asekuracji Daniela, chodzącego już coraz odważniej, znałem od dawna; na własnej skórze doświadczyłem go w dzieciństwie.


Walencja przywitała nas wieczornymi światłami. Na zwiedzanie zabytków nie mieliśmy już sił. Po całodziennych wrażeniach chcieliśmy jak najszybciej znaleźć miejsce na nocleg. Niemożliwe okazało się zatrzymanie w centrum. Krążenie zatłoczonymi ulicami stawało się coraz bardziej denerwujące. W rezultacie, straciwszy nadzieję, postanowiłem wyjechać z miasta. Parę kilometrów dalej otoczyły nas wysokie bloki przedmiejskiego osiedla. Znalazłem mały placyk. Po kolacji, gdy od zaśnięcia dzieliły nas sekundy, rozległ się potężny huk przechodzący w nieprzyjemny świst. Nad domami, tak nisko, jakby miał zaraz zaczepić o ich dachy, przelatywał Jumbo Jet. Niestety — nie pierwszy i nie ostatni tej nocy. Za każdym razem towarzyszył mu pisk przerażenia przebudzonego Daniela.

Zamglony ranek bezlitośnie obnażył otaczającą nas rzeczywistość: opuszczone osiedle, walające się po ulicach śmieci, zaułki wypełnione starymi materacami i koczujący bezdomni. Chciałem zrobić parę zdjęć, ale Alina nawet przez krótką chwilę bała się zostać sama.

Urok starego miasta pozwolił szybko zapomnieć o „przyjemnościach” nocy. Z przewodnikiem w ręku wędrowaliśmy, zaliczając najważniejsze punkty. Na naszej drodze nie zabrakło katedry. Znajdujący się w niej Święty Graal zrobił na mnie umiarkowane wrażenie. Przekaz głoszący, jakoby kielich ten służył przy Ostatniej Wieczerzy, wydał mi się mocno naciągnięty. Z drugiej jednak strony — skoro nasz papież przed paru laty składał na nim pocałunek, wypadało kupić jego podobiznę, choćby na pamiątkę.

Na dawnej rzece przedzielającej miasto powstały liczne mosty. Wspaniałość swoją zawdzięczają niezgodności z przeznaczeniem: przejeżdżają przez nie auta, przechodzą ludzie, ale pod spodem — zamiast wody — rozciąga się długi park z alejami ocienionymi palmami, płytkimi basenikami pełnymi nenufarów i fontannami. Zaskoczyło nas to bajeczne miejsce wypoczynku w centrum imponującej aglomeracji.

W tym mieście zaskoczyła mnie również młoda dziewczyna. Nie wyglądała na „dziwkę”, choć jej gorącej kobiecości nie zdołał ukryć skromny kostiumik. Poszedłem w stronę malowniczej uliczki zrobić kilka zdjęć. Alina z Danielem została na ławce, jedząc lody. Rozglądając się za motywem, zobaczyłem w obiektywie figlarny uśmiech. Właścicielka uśmiechu, nie tracącego intensywności, kierowała się w moją stronę. Nim opuściłem aparat, poczułem bliskość jej kształtów. Dziewczyna przytuliła się na krótką chwilę, zaczepiła o pasek moich spodni mały palec i delikatnie pociągnęła.

Po sekundzie widziałem łagodnie opadającą rękę i oddalające się, lekko rozkołysane biodra. W milczeniu trzymałem uniesiony na wysokości wzroku aparat, gotowy do zdjęcia. Nigdy nie zostałem w ten sposób zaczepiony. Mogę podać tysiąc argumentów, dlaczego tak „właściwie” postąpiłem. Nie jestem jednak przekonany, czy dobrze jest być niewolnikiem moralności niezgodnej z naturą.


Za Alicante wjechałem wprost na plażę. Mijał dziesiąty dzień wakacji, a ja wciąż się nie wykąpałem. Piękny piasek, brak ludzi, z samochodu parę metrów do wody — i wszystko na nic. Poszedłem tylko nad brzeg zamoczyć nogi. Nie miałem ochoty skakać do morza w czasie sztormu.

Po obiedzie w zamkniętym aucie zdecydowałem wjechać w ląd, kierując się do Grenady. Z dala od turystów i przelotowych dróg pokonywałem kilometry niezamieszkanego terenu. W wielkości przestrzeni czułem bliskość przyrody. Nie oglądam już westernów, choć kiedyś je lubiłem. Pozostawiły one namiętną tęsknotę za przemierzaniem dzikiej prerii, ciągnącej się hen, po horyzont.

Do Grenady dotarliśmy wieczorem. Koniec dnia, jak zwykle, wiązał się z marzeniem o odpoczynku. Nauczony doświadczeniem nie wjechałem do centrum. Zatrzymałem auto na wzgórzu. Z platformy widokowej, oświetlonej ostatnimi promieniami słońca, szukaliśmy ustronnego miejsca. Światła uliczne w tle dalekiego masywu Sierra Nevada przygotowywały miasto do nocnego życia. Ta imponująca panorama, konfrontowana z wyobrażeniami utrwalonymi słowami poety: „Bronią się jeszcze twierdze Grenady, ale w Grenadzie zaraza…”, zachwycała realnym pięknem.

Za naszymi plecami znajdował się mały kościółek. Zaciszny placyk leżący w jego pobliżu był idealnym ustroniem na nocleg. Problem był tylko z dojazdem. Nigdzie nie mogłem dostrzec drogi. Pokonałem niski murek i od środka zacząłem szukać. Obchodząc każdy kąt, znalazłem przesmyk pomiędzy ścianami zabudowań otulających kościół. Rozciągniętymi rękoma oszacowałem szerokość — miałem trochę luzu. Zaryzykowałem. W żółwim tempie, przy złożonych bocznych lusterkach, pokonywałem przeszkodę. Zdziwieni mieszkańcy plebanii z niepokojem przyglądali się moim manewrom, ale nikt nie protestował. Zatrzymałem się parę kroków przed wejściem do świątyni. Miejsce wyglądało fantastycznie; jedyny mankament dotyczył spraw fizjologicznych. Niechętnie korzystałem z turystycznego WC, ale w tym wypadku należało pokonać przyzwyczajenia.

Pogoda nas nie rozpieszczała. Zamglony ranek przypominał kapryśny początek kwietnia. Poubierani w ciepłe rzeczy ruszyliśmy na podbój Alhambry. Kolejka czekających na otwarcie kas była już spora. Ci, którzy chcieli zrobić zdjęcia, wiedzieli, że tylko o tej porze miało sens rozpoczęcie zwiedzania.

Po wejściu do środka postanowiłem szybko przemierzyć z aparatem niezatłoczony kompleks pałaców. Na Dziedzińcu Lwów stwierdziłem bezsens tego zachowania. Wyglądałem jak człowiek, który pragnąc pospiesznie zjeść lody, podgrzewa je w tym celu na patelni. Zawstydzony usiadłem przy fontannie. Nie mogłem przeciwstawiać się uspokajającemu, zmuszającemu do wypoczynku działaniu architektury. To jedyny na świecie tak wspaniały przykład lekkości arabskiego kunsztu.

W zadumie czekałem na Alinę. Bez uprzedzenia wyszło słońce. Gwałtownie uderzył upał. Na Daniela nie działały łagodząco fontanny i baseny. Wprost przeciwnie: nieustannie biegał i wszędzie, gdzie mógł, chlapał się w wodzie. Każdy napotkany schodek musiał rączkami poklepać i dwa razy pokonać. Alina miała dosyć pilnowania łobuza, rozrabiającego między nogami rzeszy turystów. W wózku nie chciał siedzieć, za rękę też nie pozwalał się prowadzić. Pałacowa atmosfera wyraźnie prowokowała go do samodzielności. Mozaikowa płyta patia dawnej posiadłości Karola V zamieniła się w swoistą bieżnię. Wyczerpany po tych wyczynach, nie pozwalał ściągnąć z siebie przepoconych rzeczy. Gdy jednak, przy mojej pomocy, udało się Alinie przezwyciężyć jego temperament i podać butelkę, nasz sportowiec gwałtownie zasnął, zostawiając niedopity łyk herbatki. Nareszcie mogliśmy bez stresu kontynuować zwiedzanie. Po pewnym czasie poczuliśmy nasycenie. Dzięki niemu spacer po słynnych ogrodach odłożyliśmy na „nieokreślony następny raz”.

Po posiłku, zamiast sjesty, wybrałem marsz w kierunku morza. Słoneczna pogoda prowokowała do wyłożenia się na piasku. Mimo to pojechałem do Malagi, choć nie była to najprostsza droga do wybrzeża. Miasto wiązało się dla mnie z dwoma rzeczami: po pierwsze ze słodkim, ciężkim winem, którego nadmiar raz zaznałem — z wiadomym skutkiem — oraz z podwórkową rymowanką młodości: „Ma‑laga świadczy o mnie”.

Po upalnym popołudniu spędzonym w aucie przeważyło marzenie o kąpieli. Spiesząc się, ominąłem obwodnicą Malagę i po trzydziestu kilometrach dotarłem do Fuengiroli. Już na sam widok łagodnie pomarszczonej tafli morza pierzchło zmęczenie. Pobiegłem sprawdzić temperaturę wody. W bezruchu stałem na brzegu, pozwalając ziarenkom piasku umykać spod gołych stóp. Za każdym uderzeniem łagodnych fal grzęzłem coraz głębiej.

Daniel w buciczkach podążył moim śladem. Schyliłem się, by wziąć go na ręce — i nagle zamarłem. Szalony ból zamroził ciało. Nie wiedziałem, co się stało. Jakby potężny sztylet ranił kręgosłup, rozrywał kręgi. Ogarnęło mnie przerażenie. Nie miałem siły wołać o pomoc. Każda próba ruchu paraliżowała wolę. Z zamarłym oddechem osunąłem się na kolana, podparłem rękoma.

Płacz Daniela zaalarmował Alinę. Mijały długie sekundy. Ciągle nie potrafiłem nabrać powietrza. Alina w panice zaczęła mną potrząsać. Czując jej bliskość, puścił uścisk zaciśniętej krtani. Bezwładnie, z przeciągłym jękiem, w zesztywniałej pozycji, opadłem na bok.

Na opustoszałej plaży, w zasięgu wzroku, nie było nikogo — nikogo, kto mógłby udzielić wsparcia. Jedynie po drugiej stronie drogi znajdował się hotel. Pomału zaczynałem rozumieć źródło bólu i zakres ruchów. Alina postanowiła pomóc mi dojść do samochodu.

Maksymalną siłą mięśni podciągnąłem się na jej szyi. Minęła panika. Ból nie ustępował, ale nie pociągał za sobą innych konsekwencji. Całym ciężarem zawisłszy na podtrzymującej mnie żonie, oparty drugą ręką o głowę dwudziestomiesięcznego syna, złożony w scyzoryk, wlokłem się w stronę auta. Po dotarciu musiałem długo czekać, aż Alina rozłoży posłanie. Nie wiedziała, jak to się robi; tę — dość skomplikowaną — czynność zawsze wykonywałem ja.

Po wczołganiu się do środka i znalezieniu najmniej bolesnej pozycji przyszedł czas na refleksję. Wciąż nie miałem pojęcia, co mnie spotkało. W aucie poczułem się bezpieczny, ale co dalej? Dalsza jazda, w takim stanie, nie wchodziła w rachubę. Od domu dzieliło nas dobre dwa tysiące kilometrów. Co zrobimy?

Zrozpaczona Alina poszła szukać lekarskiej pomocy. Miała szczęście, bo choć hotelu jeszcze nie otworzono, dowiedziała się od obsługi, gdzie i w jakich godzinach działa przychodnia.

Koszmarna noc w bezruchu trwała w nieskończoność. Rano, częściowo znieczulony Pabialginą, nie wiedziałem, jak się podnieść. Na szczęście Alina znalazła grubą linkę. Zamontowała ją pod dachem, dzięki czemu mogłem się podciągnąć.

Całą wieczność trwało, nim usiadłem za kierownicą. Wyciśnięcie sprzęgła graniczyło z bohaterstwem. Ruszyłem. Wolno, krok po kroku, z włączonymi kierunkowskazami i wykrzywioną bólem twarzą, dowlokłem się do przychodni. Przed recepcją zastałem tłum, na korytarzu kolejkę chorych — wypisz wymaluj jak w polskiej przychodni.

Do gabinetu wszedłem po dwóch godzinach. Lekarz bez specjalnych badań zorientował się, co jest grane. Zaaplikował zastrzyk, który należało powtarzać przez tydzień, i wypisał receptę. Zalecił leżeć w łóżku i zapomnieć o morskiej kąpieli przez tygodnie, a może miesiące. Nareszcie zrozumiałem, co oznacza zapalenie korzonków nerwowych.

Miły señor doctor polecił nawet — poznawszy sytuację — dziki camping przy viejo castillo, gdzie bez przeszkód i tanio mogę się kurować. Dostałem też zwolnienie lekarskie, które natychmiast wysłałem do Bellindy.

Po zastrzyku nastąpiła ulga. Co prawda ból przy każdym kroku posiadał „moc rażenia”, ale już nie paraliżował. Zaproponowane przez lekarza miejsce koło ruin zamku znalazłem bez problemu. Nieźle się jednak namęczyłem z odszukaniem dróżki biegnącej wokół góry i jej pokonaniem.

Olbrzymi plac, oddzielony od morza jedynie plażą, świecił pustkami. Ustawiłem się między samotnikiem z psem w furgonetce VW a campingbusem Anglików. Alina rozłożyła na rozgrzanej ziemi płótno żeglarskie. Przy jej pomocy położyłem się na nim.

wolno do otoczenia dostrajam organizm lekki wiatr roznosi zapach południowych ziół drga powietrze w oddali miękkimi warstwami promienie słońca znieczulają dotkliwy ból

Zdziwiony leżę w bezruchu, a za mną pozostał naglący czas, bieg, ustawiczny pośpiech. Przez długie lata marzyłem, aby zobaczyć, przeżyć, na filmie utrwalić. I nagle ogarnia mnie spokój. Z tych wszystkich pragnień muszę raptownie zrezygnować. Wiem, że nie zobaczę w Madrycie Prado, nie wejdę do Mezquity w Kordobie. Nie mogę już pędzić jak baran w stadzie. Czuję tylko przemożną radość i satysfakcję z prostego faktu istnienia.

uschły kwiat ostu z uporem osa szturmuje na ziemi mrówka z wysiłkiem targa trawy źdźbło chmurka na horyzoncie tak z morzem figluje jak nagi Daniel radośnie szczebiocący w głos

Na Aliny głowie spoczęło całe gospodarstwo. Musiała dbać od tej pory o dwoje dzieci, prać, gotować. Jako pielęgniarka niosła ulgę, spryskując moje plecy aerozolem. Najwięcej trudu sprawiało jej noszenie wody. Radziła sobie jednak dzielnie. Gdy spostrzegła, że zaczynam się poruszać, promieniała szczęściem.

Po trzecim dniu, wracając z przychodni, wyciąłem parę bambusów rosnących przy rowie. Ze zrobionego z nich wysokiego masztu, umocowanego linkami, zwisały zamiast flagi części wypranej bielizny i ręczniki.

Bezpłatną atrakcję stanowili sąsiedzi — dwie pary Anglików. Ich campingbus, z wysoko podniesionym dachem, spełniał podwójną funkcję: domu i namiotu cyrkowego. Co robili w środku — mogłem się tylko domyślać. W ciągu dnia ćwiczyli na zewnątrz. Ci młodzi ludzie, z dużym wdziękiem, godzinami doskonalili swój kunszt. Spektakl kończył się wieczorem, kiedy wyruszali do miasta na nocne występy.

Pod koniec zastrzykowej kuracji moja forma wyraźnie się poprawiła. Podpierałem się co prawda kijem, ale najważniejsze, że w ogóle mogłem chodzić. O dalszej jeździe nie mogłem jeszcze myśleć, jednak zacząłem znowu planować i uaktualniać trasę. Okres spokoju, wywołany chorobą, mocno wrysował się w moją świadomość. Zrozumiałem, że niekoniecznie trzeba bez przerwy „pędzić i brać, aby szczęśliwym być”.

Ruszyliśmy znowu w drogę. Za Gibraltarem, na ulicach Algeciras, podbiegł do nas facet o smagłej cerze. Kalecząc niemiecki, zaproponował kupno biletów do Ceuty. Oferta kusiła ceną. Prawdopodobnie, gdyby nie żeglarskie płótno, na którym spędziłem wiele godzin, zgodziłbym się natychmiast. Samo płynięcie promem mało nas pociągało. Postawienie nogi na afrykańskim kontynencie, atrakcyjne w formie, samo w sobie nie wystarczało. Na zwiedzanie Maroka nie mieliśmy ani czasu, ani wiz, a kupowanie pamiątek na arabskim bazarze wydało się bez sensu. Pojechaliśmy dalej nad ocean.

W Kadyksie, z okazji moich urodzin, postanowiłem pójść na obiad do nadmorskiej knajpki. Ze znalezieniem miejsc nie było problemu. Szereg restauracji kusił ocienionymi stołami na nabrzeżu. W oddali falowało morze. Cienka tkanina zatrzymująca prażące promienie słońca łopotała nad naszymi głowami.

Do zamówionych dań kelner zaproponował białe wino. Zawartość oszronionej butelki wydawała się początkowo ponad miarę. Parę toastów za zdrowie niespodziewanie zmieniło skalę odczuć. Wino, idealne do ryb, gasząc pragnienie, budowało błogi stan. Wiatr owiewał rozgrzane policzki. Intensywniał boski nastrój otoczenia.

Po wyjściu spod zadaszenia dopadł nas upał ulicy. Popychany przez Alinę wózek ze śpiącym Danielem toczył się po płytkach chodnika nierównym torem. Chciałem pomóc, ale nie mogłem dosięgnąć rączki.

— Ty się zalałeś! Ty się zalałeś! Ale numer! — chichotała Alina.

Radosny pląs doprowadził nas do auta. Po otworzeniu drzwi buchnęło jak z piekarnika gorące powietrze. Nadal nie opuszczał nas świąteczny nastrój. Usiedliśmy na krawężniku. Wiedziałem, że musi upłynąć parę godzin, zanim siądę za kierownicą. Z czasem nadeszło łupanie głowy. Zdołałem tylko wyjechać z centrum i dotrzeć do plaży. Nocne atlantyckie podmuchy zrobiły swoje.

Wracaliśmy więc do „normalności”, czyli do rzeczy, które nie trafiają do przewodników: budzik o 4:15, termos z herbatą, kanapka z serem i ten sam zapach zgrzewanej folii, który o świcie bywał bardziej realny niż sny o Andaluzji. Daniel wstał o wiele później ode mnie i z całą powagą człowieka po wielkich podróżach najpierw zażądał łyka z butelki, a potem ceremonii otwarcia szuflady z łyżkami. Alina dojrzale pogodziła się z faktem, że mąż wrócił cały i w jednym kawałku, choć opona życia dalej ocierała o zakole — i to nie zawsze po tej stronie, po której człowiek by chciał.

W Bellindzie nikt nie pytał o Sewillę ani o korzonki; pytano o procent. Hörauf mruczał jak zawsze, a mechanicy, bogowie drobnych cudów, kredą dopisywali nam minuty do rachunku sumienia. Nocą ocean zamienił się w żeliwną wannę pełną rajstop, a sztuczne ognie z Sewilli — w iskry zgrzewarki. Człowiek szybko dochodzi do wniosku, że egzotyka ma różne formy: raz pachnie rozmarynem, kiedy indziej rozgrzanym plastikiem.

Busik — nasz czerwony bohater na wysłużonym wahaczu — dostał w garażu obietnicę długiego życia, a przynajmniej do przyszłej wiosny. Przyjął ją z godnością, bo wiedział, że jeszcze niejedną skarpę pod nas podstawi. A ja, nauczony przez hiszpański wiatr i igłę w łokciu, zacząłem ćwiczyć nowy sport: nie spieszyć się. Czasem nawet mi wychodziło, zwłaszcza gdy Daniel zasypiał na moim ramieniu i świat spóźniał się o ten jeden, potrzebny człowiekowi kwadrans.

Rodzina przez telefon była zgodna, że „u nas też wszystko dobrze”, co w rodzinnej mowie oznaczało zwykle „później opowiemy”. Kiwińscy zamilkli, Etna w telewizji już nie dymiła, Becker znów kogoś ograł, a politycy tłumaczyli, dlaczego fajerwerki muszą kosztować. Ja zaś, wieczorem, przewijałem taśmę w Bolexie i nagrywałem na nią pierwsze słowa Daniela, które brzmiały mniej więcej jak „ta-ta” — co z radością przyjąłem jako niepodważalny dowód istnienia sprawiedliwości dziejowej.

Normalność nie przyszła w defiladzie. Wlazła cicho w próg: z parą nad kubkiem, z rachunkiem do zapłacenia, z praniem, które samo się nie powiesi. I to było w niej najlepsze — że nie udawała niczego więcej. Kiedy więc następnego ranka znowu stałem przy maszynie, a lustro kontrolne odbiło moją zmęczoną twarz, poczułem coś w rodzaju ulgi. Wróciłem. Do naszego miejsca na mapie, które nie ma czerwonych kółeczek atrakcji, za to ma drzwi, które otwierają się kluczem, i dwie ręce, które na mnie czekają.

A jeśli to się nazywa „powrót do normalności”, to niech tak będzie. Niech trwa — do następnego wyjazdu, do następnego wahacza, do następnego „ta-ta”, które już za chwilę stanie się „tato, chodź”. I wtedy, wiadomo, znowu pobiegniemy. Ale na razie — oddychamy.

– Ty się zalałeś!… Ty się zalałeś!… Ale numer!… – chichotała Alina.

Radosny pląs doprowadził nas do auta. Po otwarciu drzwi buchnęło jak z piekarnika gorące powietrze, które natychmiast zneutralizowało resztki roześmianej fantazji. Nadal byliśmy w wybornym humorze, choć rzeczywistość zaczynała domagać się swoich praw – w tym choćby chwili odpoczynku. Usiedliśmy na krawężniku. Wiedziałem, że musi minąć parę dobrych godzin, zanim siądę za kierownicą. Z każdą minutą ochota na świat gasła, a na jej miejsce przyszło łupanie głowy. Udało mi się tylko wyjechać z centrum, znaleźć spokojniejszą ulicę i dotrzeć do plaży. Nocny podmuch od Atlantyku zrobił swoje – ukoił ból, przyniósł sen, przywrócił oddech.

Z Kadyksu do Sewilli dojechaliśmy zaskakująco szybko. Witało nas uśpione jeszcze miasto. Ulice, zroszone poranną wodą, parowały od wczesnego słońca – zapowiadał się dzień trudnego upału. W alei przy Placu Hiszpańskim znalazłem miejsce pod drzewami – idealny punkt postoju. Napełniliśmy plecak napojami, bułkami i ruszyliśmy – tym razem nie w stronę plaży, lecz śladami Don Juana i Carmen.

Przechodząc koło uniwersytetu, poczułem znajomy, nieświeży zapach unoszący się znad wózka. Nie musiałem nawet zaglądać do pieluszki – wszystko było jasne. Ruchliwy chodnik wykluczał plan „pielęgnacji mobilnej”, a patio za bramą uczelni – z ławkami, cieniem i kojącym spokojem – było jak z nieba. Tam, na chłodnych kamieniach, Daniel został przewinięty, a scena ta – chichoczący ojciec, skoncentrowana matka i maluch w glorii naturalności – uwieczniona na zdjęciach. Pamiątka z Sewilli, nadająca miastu absurdalnie bliski wymiar.

Katedra zachwyciła. Ekstaza gotyku. Monumentalne kolumny, migotliwe mosiądze, a ponad wszystkim – złotem kapie wszystko, co mogło kiedykolwiek kapnąć w Kościele Chrystusowym. Tylko ręka nieboszczyka może tak szczodrze wydawać cudze pieniądze. Dech zapierała półtonowa monstrancja, a ja czułem, że szesnastowieczne statki wypłynęły po to złoto jak po czyjąś ostatnią nieruchomość. Gdybym miał wtedy pióro zamiast aparatu, napisałbym: „te bogactwa mają odcień krwi”.

Wieczorem czekała niespodzianka. Hiszpański Plac zmienił się w estradę. Ulicę zamknięto dla samochodów; wszędzie stawały budki z jedzeniem, warczały głośniki, a powietrze było ciężkie od rytmicznych werbli. Podekscytowani agitatorzy wpięli nam w koszule okrągłe plakietki, wręczyli proporczyki w barwach kraju. Weszliśmy w politykę, zanim zdążyliśmy się zorientować. Teraz to już nie był spacer – to była wyborcza gorączka z orkiestrą, śpiewem i pokazem fajerwerków wielkości pół miasta.

Zjedliśmy w tym gwarze kolację – Daniel usnął w wózku, przebudzony tylko na moment przez któryś detonujący „Viva España”. Przed północą mieliśmy rozłożyć posłanie – ale tłum nie zwalniał. Dwukrotnie przechodzili obok auta rozbawieni chłopcy, naciskali dłonią na karoserię, komentowali niemieckie tablice. W końcu zaczęli rozkołysanymi uderzeniami bujać całym fiatem. W piżamie przeszedłem do szoferki i odpaliłem silnik.

Zamierzaliśmy zostać w Sewilli jeszcze jeden dzień, ale skoro los tak chciał… Alina już drzemała – nie chciałem wyciągać mapy. Po prostu jechałem przed siebie, dolinami pustych szos, aż chłód nocy oprzytomnił myślenie. Nie potrafiłem przestać się zastanawiać: ile pieniędzy wydaje się na przekonywanie ludzi, że coś jest ważne – i ilu ludzi naprawdę w to wierzy?


O świcie dojechaliśmy do Rondy.

To miasto nie było w planie, ale przewodnik mówił jasno: trzeba. Zjedliśmy śniadanie w samochodzie i poszliśmy zobaczyć kamienne cudo – jakby ktoś rozciął na pół ogromną skałę, a po obu stronach wybudował dwa inne światy. Mosty łączące te światy nie były zwykłymi przeprawami – przypominały katedry bez dachu. Przepiękne miejsce, ale zapamiętam je inaczej.

Jedliśmy zupę. A ta zupa – zamiast makaronu czy ryżu – miała w sobie dziesiątki muszelek. Maleńkich, białych, jakby wyłowionych prosto z raju plażowego katalogu. Kiedy zanurzałem łyżkę, wydawały delikatny dźwięk – jak uderzające o siebie kamienie. Byłem przekonany, że to żart lokalny – okazało się, że nie. Tak tu jedzą. Alina parsknęła śmiechem, a ja poczułem się identycznie jak wtedy, gdy ktoś próbuje mi sprzedać atmosferę na talerzu. Może trzeba było zamówić tortillę.

Z Rondy do San Pedro de Alcántara prowadzi jedna z najpiękniejszych dróg, jakie widziałem. Wspina się, zakręca, przeplata zieloności na skraju wąwozów, pozwala światu rozszerzać się w nieskończoność. Ale z tą drogą wiąże się coś jeszcze – coś, co krótko później zaczęło wracać jak echo.


Z Malagi mieliśmy tylko wrócić nad morze. Zobaczyć jeszcze raz port, ulice. Zjedliśmy kawę „con leche” w knajpce jak z westernu i przeżyliśmy taką eksplozję smaku, jakiej później nigdy w życiu nie udało nam się odtworzyć.

W drodze do Lorci usłyszeliśmy dziwny dźwięk z tyłu auta – szuranie, które narastało na zakrętach. Alina przewróciła wszystko w skrzyniach – bez skutku. Zatrzymałem się. Poczuliśmy spalony zapach gumy. Opona była ciepła, ale nie gorąca. Dopiero w Alicante, pod palmami, raz jeszcze podniosłem auto. Okazało się: pęknięty wahacz. Rdza zjadła konstrukcję. Mogliśmy jechać – ale mogliśmy też zostać na środku drogi.

To była dziwna podróż powrotna. Alina patrzyła na mnie z niepokojem, a ja – z pewnością, której nie miałem. Daniel za to, dumny jak pomocnik w warsztacie, trzymał śrubokręt przy każdym postoju i robił porządek w skrzynce. Takie są dzieci – zmieniają tragedię w zabawę.

Kiedy wróciliśmy, w jednym z czasopism natknąłem się na zdjęcie identycznego fiata – jak nasz – jadącego na podnośniku, bo mu się zawieszenie poddało. Ten typ tak ma. To sobie zanotowałem.

A my? My znów mieliśmy swoją drogę. Razem pokonaliśmy Pireneje, katedry, zupy z muszelkami, wahacze, bóle, śmiechy i niewinne pieluszki na murach uniwersytetu. Takie wakacje – powiem kiedyś Danielowi – nie dostaje się za darmo. Ale każdy kilometr wart jest przejechania.

Kiedy mały zasnął tego pierwszego dnia w domu, a my siedzieliśmy nad wątłym światłem lampki z IKEA, powiedziałem do Aliny:

– Wiesz, nawet jak się wszystko sypie – to wolę jechać starym gratem na koniec świata, niż stać w miejscu najnowszym mercedesem.

Uśmiechnęła się. Policzki miała jeszcze lekko brązowe od hiszpańskiego słońca. I ja też. Jakbyśmy na chwilę przenieśli się tam z powrotem.

I może tak właśnie przechowuje się wakacje. Nie w zdjęciach, nie w nagraniach. Ale w głowie, ramionach, tęsknocie.

I w tym, że jutro, znowu – będziemy mieli o czym myśleć przy pierwszej kawie.

Dymiąca Etna

Frapujące zajęcie, które towarzyszyło nam od początku ciąży Aliny, miało jeden temat: jak nazwać pierworodnego. Pod koniec lista skurczyła się do polskich imion z paszportem wizowym na Zachód. Ostatnie słowo – wiadomo – należało do Aliny. Padło na „Daniela”. Brzmiało to odrobinę jak rodzinne małpowanie, ale nikt nie miał zamiaru się tym martwić: Krysia też szykowała „Daniela”, tylko że los spłatał jej trzecią córkę, więc została „Daniela” – przez dodanie jednego, niewinnego „a”.

Chrzciny upłynęły w atmosferze wzorcowo polskiej. Zawiódł tylko ksiądz – i tu pretensje mogliśmy mieć wyłącznie do siebie. Zygmunt mówił, że w kaplicy szpitalnej rezyduje polski misjonarz; zapragnąłem „naszego” akcentu. Ksiądz-rodak zgodził się bez ceregieli, mniej chętnie – proboszcz. „Można, ale nie jest to najszczęśliwsze” – mruknął.

Podczas ceremonii nasz kapłan czuł się obco jak w cudzym sutannie: dłonie mu drżały, oczy biegały, głos gasł, ministrant rzeźbił na twarzy wszystkie znane ludzkości grymasy. Kulminację mieliśmy przy samym akcie: cała święcona woda opuściła naczynie jednym zamachem i wylądowała – oprócz dziecięcej główki i becika – na odświętnych rękawach oraz nogach matki chrzestnej. Zamilkliśmy. I szybkim krokiem opuściliśmy kościół.

Przy stole poszło już książkowo. Ksiądz z Podhala, misjonarz w Afryce, opowiadał – każdemu z osobna i wszystkim naraz – jak to Etiopczycy dostali bydło do hodowli i „zamiast paść, zżarli”. Próbowałem skierować rozmowę wyżej: świeżo po felietonie Kisiela o Dobrym Bogu i Diable zapytałem o Pearl Harbor, o cenę krwi, o politykę pod osłoną Opatrzności. Usłyszałem: „Niezbadane są drogi Boże!”, po czym wróciliśmy do – bądźmy szczerzy – atrakcyjniejszych anegdot o ludowej pomysłowości w Afryce.

Po tych uniesieniach wracała rutyna Bellindy. Każdego wieczoru lekko popychałem kołyskę i z zaciśniętymi zębami wymykałem się do pracy, domykając cicho drzwi. Szef nocnej zmiany, Herr Kamicki, dorabiał na perkusji i woził bębny furgonetką Fiata. Patrzyłem na ten wóz jak na cztery koła wolności. Jeszcze w latach sześćdziesiątych roiłem o traktorze z przyczepą do włóczęgi. We Francji widziałem mini-ciężarówki-kampery, w Niemczech – całe flotylle domków na kołach. Piękne, komfortowe, zawstydzająco drogie. Włochy tylko podkręciły zazdrość: oni stają, zasłaniają okna i śpią. My – szukamy parceli.

W Bellindzie nocne rozmowy toczyły się wokół trzech żywiołów: baby, futbol i samochody. Po jedenastu miesiącach przerw i kanapek dowiedziałem się, że Kamicki sprzedaje Fiata. Cena była śmiesznie niska. Jazda próbna? Formalność – ja już byłem jego. 3700 DM za marzenie – brać, zanim ktoś się obudzi. Kredyt dostałem od ręki – pięć tysięcy na konto, 162 marki raty. Zostało tylko przerejestrowanie.

W nocy sypnęło śniegiem. Zanim ruszyłem, odgarniałem szyby. Pod Wydziałem Komunikacji – panika: gdzie teczka?! W niej wszystkie papiery, w tym Ausweis samego Kamickiego. Zgubić dowód szefa – brakowałoby tylko marszu hańby przez halę. Olśnienie: przed odśnieżaniem położyłem teczkę na tylnym zderzaku. Wysiadam, obchodzę auto… Leży. Przypruszona, posłuszna. Ten samochód miał szczęście w standardzie.

Potem już poszło w gorączce. Z desek z tartaku zrobiłem rozkładane łóżko-siedzenie, sufit i ściany okleiłem filcem, w blaszanym boku wyciąłem okno (brzeszczoty pękały jak zapałki), wstawiłem kuchenkę i szafkę-spiżarnię z blatem na zawiasach. Część rozwiązań podpisałby tylko zdesperowany wynalazca: skóra starych butów na zaczepy, spryskiwacz z autozłomu jako pompa do umywalki wystruganej z pojemnika po wodzie destylowanej, aluminiowe rurki – resztki bagażnika malucha – jako konstrukcja pod markizę (białe prześcieradło), futro z jugosłowiańskiego kożucha na siedzenie. Dziury w karoserii – żywica z włóknem albo blaszki na nity. Cztery nowe opony, karminowa buda, czarny pas i ptasie kontury – i byłem dumny jak kierownik lakierni.

Urlop w Bellindzie miał termin odgórny: fabryka zamknięta, wszyscy won – znaczy: odpoczywać. Wizy austriacka i włoska grzecznie podbite, słoiczki dla Daniela zapakowane. Sobota, 20 lipca – start.

Po siedmiu kilometrach – tradycyjny postój u Krysi. Po obiedzie – prawdziwy start. Burza gradowa w Austrii, nocne przekroczenie Reschenpass, a na dole – krótki sen na niedokończonym osiedlu. Rano Daniel domagał się śniadania, więc świat od razu odzyskał sens.

W drodze wszyscy troje siedzieliśmy z przodu – Daniel w foteliku. Gdy marudził, Alina przenosiła go na tył, do kojca. Największy problem miał kółkowy tron królewski – wózek spacerowy. Wieczorami składałem go i wciskałem do szoferki, rano – operacja odwrotna. Wojna pozycyjna o centymetry.

Lago di Garda – widok w podręczniku geografii miałby kompleksy. Z góry: zielony szyfon wody, na nim białe paciorki żagli. Werona – dwie noce na placu pod murami. Amfiteatr może i mniejszy niż Koloseum, za to żywy – z tyłu rogate, egipskie makiety do „Aidy”. Balkon Julii – tłum, lampy, flesze. Wieczorem pod naszym placem dziewczyny w mini-mini zatrzymywały auta z zawodowym wdziękiem. Trudno zasypiać, kiedy życie tak wyraźnie nie śpi.

Rzym. Dwa dni w piecu. Udało się zobaczyć papieża na placu św. Piotra; biała kropka w słońcu, atmosfera – nie krakowska, lecz godna. Wieczorem do koleżanki z Inwestprojektu – wyszła za Włocha. Myśleliśmy o skromności, zastaliśmy centrum Rzymu, dwoje dorodnych dzieci i męża-architekta jak z reklamy. Wyszliśmy z przepisem, który przeszedł do legendy: ziemniaki na patelni z rozmarynem i czosnkiem.

Neapol witał strajkiem śmieciarzy: zwały czarnych worków, zapachy, których nie reklamują. Złapałem gumę, Włoszka z progu poradziła, bym pilnował rzeczy. Pociekło ze mnie wszystko, łącznie z poezją. Za Sorrento świat wrócił do siebie: palmy, plaże, willowe serpentyny przez Positano, Amalfi, Minori, Maiori aż po Salerno. Noc na pustym campingu – obok dyskoteka, a w morzu… fosforyzujące fale. Wskoczyłem – każdy ruch kreślił w wodzie neon. Z zachwytu zgubiłem nowe sandały. Zasypialiśmy kołysani miksem: bas z dyskoteki plus szum morza.

Na prom w Reggio di Calabria wjeżdżałem z przygodą: silnik obraził się na upał. Żar bił spod klapy jak z pieca hutniczego. Zepchnąłem auto na bok, odczekałem, wypiłem colę – i cudownie zapalił, jakby nigdy nic. Messyna, Sycylię przywitały te same twarze i ten sam język – różnił się tylko cennik autostrady i pancerność banków w Milazzo. Tyle szyb, tylu uzbrojonych ochroniarzy – człowiek automatycznie liczy własne palce.

W drodze ku Palermo zobaczyliśmy rzekę czarnego dymu: płonące auto na autostradzie. W czterdziestostopniowym piekle ogień wygląda jak z podręcznika Apokalipsy. Potem Tyndaris i panorama jak z pocztówki: żółte mierzeje daleko w morze, zarysy Wysp Liparyjskich. W „Santuario della Madonna Nera” Alina musiała dociągnąć brakujący metraż ubrania – świętość miejsca nie lubi dekoltów i krótkich spodenek. Zjechaliśmy do Marina di Patti: camping z bambusowymi pergolami i kiściami winogron. Sami Włosi – nie turyści, tylko uciekinierzy od własnych mieszkań. Rano panowie do pracy, panie gotują i piorą, po obiedzie – cisza absolutna. My łamiemy rytuał i siedzimy nad morzem. Upalna kuchnia przeniosła się natychmiast na zewnątrz – busik mógł być wszystkim, ale nie piekarnikiem.

Po tygodniu lenistwa – w trasę. Palermo za daleko i za gorąco, poza tym sycylijska koleżanka z pracy mówiła krótko: „Tam można stracić wszystko, łącznie ze spodniami”. Zapadła decyzja: Etna.

Z Patti wąską drogą wspinaliśmy się w górę. Linia morza zostawała coraz niżej. Na Portella dello Zoppo śmieszyły nas tyczki przy drodze – do czasu, aż wysiadłem wśród kwitnących kaktusów. Zrobiło się zimno jak w lodówce. Śnieg? Oczywiście, że bywa.

Górę rozpoznaliśmy z daleka: łagodny stożek, jak usta ziemi, palił fajkę. Sielankę przecinały czarne języki lawy wgryzające się w zieleń. Za Randazzo nowa droga ciągnęła się między polami zastygłej porowatości. Sady oliwne zamienione w kikuty – świeży ślad erupcji. „Piekielny oddech” nie był metaforą.

Chcieliśmy dotrzeć jak najbliżej krateru. Nagle zza zakrętu – sportowe cacko, pisk, ślad gumy i znikło. Po kilometrze wszystko jasne: rajd górski, indywidualna jazda na czas. Ryk silników przechodzący w wysoki pisk, opary spalenizny, oklaski i już kolejny zjazd w dół. Dopiero gdy stumanione porsche, ferrari i renaulty wróciły do boksów, alpejscy strażnicy puścili nas wyżej. Mój fiat-busik, mimo dopingowania, nie znał pojęcia „pisk opon”, ale wdrapał się uczciwie. Na szczyt, dokąd dało się dojechać. Stamtąd terenówki zwykle dowożą pod krater, ale nie, kiedy Etna warczy. Dla nas dym wyglądał niewinnie, dla przewoźników – jak preludium do erupcji. Z Danielem „na barana” nie było wątpliwości: spacer po czarnej równi spychacza, kilka ujęć, parę kamyków lawy do kieszeni i filmik z wulkanem w tle – to nasz „atak szczytowy”.

Zjeżdżaliśmy nad morze z uczuciem niedosytu. Randazzo – miasto z lawy – domknęło sycylijski rozdział. Droga z Taorminy do Messyny malownicza, zatłoczona. Prom – wicher w cieśninie wywietrzył rozczarowanie.

Noc w Palmi, poprzedzona kąpielą w Morzu Tyrreńskim, i zygzak na Jońskie. Villapiana Lido – kolorowy kurort, więc zostaliśmy. Plaża kamienista, horyzont szeroki. Stąd kiedyś wielki Hannibal uciekał do Afryki. Nas gonił tylko agregat sąsiadów – buczał całą noc, mrożąc ich lody i mój zapał do poezji.

Dopiero droga powrotna wzdłuż Adriatyku przyniosła prawdziwe rozluźnienie. Widoki piękniały, ludzie łagodnieli, Daniel śmiał się głośniej, a seks z Aliną odzyskał dawne kolory. Przestawiłem się – wreszcie – z nocnej zmiany na normalne życie.

Giovinazzo – tak urocze, jak brzmi. Zatrzymaliśmy się na obiad, a czas stanął w sjeście. Na nabrzeżu chłopcy suszyli pomidory na kartonach; czerwony miąższ kurczył się pod słońcem jak wstyd. Parę kroków dalej świeżo poślubieni pozowali do zdjęć, druhna w cieniu auta ssała palec z nabożną powagą. Obróciłem aparat i… na gumowym materacu opalała się kobieta o kształtach, które zasługują na własny rozdział w podręczniku anatomii zachwytu. „Głodnemu chleb na myśli” – przypomniałem sobie, że idę po zakupy. Oderwałem wzrok z trudem godnym lepszej sprawy i – choć to bolało – skręciłem do piekarni.

Październikowe popołudnie

Pod koniec lata, bogatego w przygody i nerwy, zajechała do Peiting Zosia z całą rodziną. Dzieci wystrzeliły jak na drożdżach; najmłodszy, Łukasz, zmienił się tak, że minąłbym go na ulicy bez mrugnięcia. Stefan roztaczał różowe wizje sytuacji w Polsce, a moja siostra przytakiwała z zapałem. Nie dzieliłem ich entuzjazmu — znałem nastroje rodaków, a nieustająca akcja paczkowa skutecznie studziła wszelki optymizm. Czułem też podskórnie, skąd ten ton: jako jedyni z naszej rodziny zostali w kraju i — może odrobinę z zazdrości — chcieli pokazać, że wcale nie mają gorzej. Z drugiej strony, przechwałki szwagra o państwowej nagrodzie stawiały ich „dobrą passę” w innym świetle. Nie wdawałem się w spory. Głowę i ręce zajmowało mi coś ważniejszego.

W oczekiwaniu na powiększenie rodziny było co robić. Na wszystko nas nie stać — więc kombinowałem. Dzięki sąsiadom tanio dopadłem głęboki wózek ze spacerówką, a piękną, retro-kołyskę udało się pożyczyć (niestety tylko na okres niemowlęcy).

Chciałem też zostawić po sobie ślad w drewnie. Od początku zbierałem narzędzia i maszyny — w Polsce o takim zapleczu mogłem tylko marzyć. Pierwsze stolarskie próby zacząłem jeszcze w piwnicy u Krysi: powstała rama obrazu rozmiaru „ambitnego”. Potem biurko według własnego projektu, wpasowane w sypialnię co do milimetra. Kupowałem w tartaku suche deski, sklejałem blaty, szlifowałem półki, frezowałem nogi. Z czasem przybywało skrzynek, wieszaków i kuchennych drobiazgów. Wreszcie rzuciłem sobie wyzwanie: szafka-przewijak — dwa w jednym.

Piwnica miała tylko jedną wadę: brak gniazdka. Na początku ciągnąłem przedłużacz przez klatkę schodową, ale osiedlowa „strażniczka porządku” (emerytka z energią plutonu saperskiego) zaprotestowała przeciw wiszącemu kabelkowi. Zamiast dzwonić po firmę, sam położyłem instalację — przecież pracowałem już jako elektryk we Francji. Tylko jakoś nie zauważyłem (lub nie chciałem), że przy okazji produkuję tony pyłu. Uszczelniłem więc ażurowe ściany kartonami, a na drzwi i resztę otworów przykleiłem plakaty — reprodukcje „Panoramy Racławickiej” (rok wcześniej dostałem od Leona z Wrocławia). Mimo barykad kurz dalej osiadał na wszystkim, co stało spokojnie dłużej niż trzy minuty. Sasiad z pierwszego piętra miarkę stracił, podejrzewając nawet, że podpiąłem się „na dziko” do sieci. Skończyło się na wezwaniu fachowca i pisemnym potwierdzeniu, że instalacja jest jak trzeba. Trzydzieści marek — i spokój. A w twórczym pyle wyrósł unikatowy mebel.

Przeciw zabobonom rodzinnych cioć przygotowaliśmy wszystko z wyprzedzeniem. Alina spakowała torbę i spokojnie czekała. Po ostatniej wizycie dostała skierowanie do szpitala — pojechała dzień przed wyznaczonym terminem.

W domu nagle zrobiło się za cicho. Po nocnej zmianie krążyłem jak satelita wokół telefonu. Spać się nie dało. Wszystko gotowe, a człowiek nie miał się czego uczepić.

Po dwóch dniach czekania zadzwoniło. Alina już na porodówce. W nocy były skurcze, ale porodu brak. Po bolesnym zastrzyku męczyła się do rana — aż położna obwieściła, że „zaczęło się”. Wtedy telefon do mnie.

Błyskawiczny prysznic, parę łyków kawy i sprint do szpitala. Sprzęt foto i kamera czekały tam od wczoraj — z premedytacją. Zimne październikowe powietrze kleiło się do skóry, potęgowało dreszcze. Promienie słońca przez przednią szybę drażniły oczy, a błękit nieba bezczelnie suszył łzy.

Wpuścili mnie do Aliny, gdy bóle były co dziesięć minut. Akuszerka: „Pół godziny i po wszystkim”. Minęło pół, minęła godzina — a rozwarcia jak na lekarstwo. Wpadła lekarka, energiczna jak orkiestra marszowa, i przejęła batutę.

Alina łapała powietrze krótkimi haustami i parła. Trzymałem ją za rękę, napinałem się razem z nią, dopingowałem: „Dasz radę! Mocno! Wytrzymaj!” Oddychałem równo, liczyłem z nią sekundy, jakbym mógł oddechem przestawić tryby natury.

Komendy przyspieszały, napięcie rosło. Błagałem po cichu wszystkie moce nadziemskie, żeby obeszło się bez skalpela. Nie ze strachu przed cięciem — z ambicji. Chciałem, by przyszło na świat „po bożemu”.

Nagle zobaczyłem czarne włosy. Alina, zmordowana, parła już bez przerwy, a rozwiązania ani widu.

— Dasz radę! Mocno! Wytrzymaj!
— Dasz radę! Mocno! Wytrzymaj!
— Dasz radę! Mocno! Wytrzymaj!

Pot, brak sił, krótka pauza, nerwy. Alina nabrała powietrza, uniosła głowę i krzyknęła. Lekarka położyła dłonie na brzuchu i pomogła ostatnim, decydującym naciskiem.

Położna położyła maleństwo na piersi — jeszcze z nieodciętą pępowiną, w mazi porodowej. Obraz skakał mi jak w zwolnionym filmie; klatka po klatce. Wstrzymałem oddech, wytarłem oczy. Dłuższą chwilę trwało, nim dotarło: to już.

Blada twarz Aliny, szeroko otwarte oczy — i szczęście, którego nie da się wypowiedzieć. Czuła ciepło swojego ciała poprzez ciepło ciała dziecka. Jej ręce, drżące i niepewne, objęły najdroższe: naszego pierworodnego syna.

Lekarka uśmiechnęła się i skinęła na kamerę.

— Zdaje się, że miał pan filmować.
— Za bardzo byłem przejęty.
— To właśnie teraz jest najlepsza chwila.

Aparat ślizgał mi się w spoconych dłoniach, ale zacząłem „cykać”. Nagle dobitnie zrozumiałem, że to chwile jedyne — i trzeba je ocalić.

Przed porodówką czekała Krysia z kwiatami — Zygmunt miał akurat dyżur, więc wieść poszła szybko. W jej gratulacjach brzmiała cieniutka struna zazdrości. Nie docierało to do mnie — pławiłem się we własnym szczęściu. Bezwstydnie, z mokrymi oczami powtarzałem: „To był cud! To był cud!”

— Nie przesadzaj z cudami — roześmiała się Krysia. — Normalna sprawa, jak tysiące innych.

Ona — lekarz — widziała to zawodowym okiem. Ja upierałem się przy swoim. Bo dla mnie to był największy, najprawdziwszy cud.

Nocna zmiana

Rok nie zaczął się szczęśliwie. Na święta przyjechali rodzice — wzmożone kontakty doprowadziły do napięć. Iskry leciały przy każdym spotkaniu.

Rodzice mieszkali u Krysi w Peiting. Nastrój tego domu od dawna nie nastrajał nas optymistycznie. Najwięcej fermentu siały dziewczynki, a Krysia niezmiennie stawała w ich obronie. Zygmunt, choć często miał rację, gdy chodziło o temperowanie córek, nie umiał załatwić spraw „po męsku”. Kończyło się wrzaskami, po których Aniela i Helenka wychodziły w glorii zwyciężczyń — jeszcze pewniejsze swej pozycji.

Ja też miałem pretensje — do wszystkich po trochu. W pierwszej kolejności, korzystając z obecności rodziców, chciałem się dowiedzieć, co stało się z rzeczami pozostawionymi w Polsce. Po wyjeździe mnożyły się niejasności, a listownie dostawałem co najwyżej wymijające odpowiedzi. Postanowiłem zastosować metodę konfrontacji. Skończyło się na postanowieniu.

Nie potrafiłem rozgryźć sprzecznych wyjaśnień, a sprawdzić ich nie miałem jak. Na pytanie: „Gdzie jest obraz po babci?” albo: „Co zepsuło się z suszarką do zdjęć?” słyszałem: „Nie wiemy, myśmy tego nie zabrali, Zosia też nie — może wie siostra Alinki.” Gdy odpowiadałem, że Iwona również nic nie wie i przypuszcza, iż to właśnie wy albo Zosia możecie wyjaśnić sprawę, ojciec czerwieniał i wybuchał. Dobrze wiedział, że rzecz dotyczy wyłącznie Zosi i Iwony, ale nie mógł dopuścić, by cień podejrzenia padł na jego „święte dziecko”. Po kilku próbach — każdorazowo kończonych obrazą — doszedłem do wniosku najprostszej treści: kiedyś coś miałem, dziś po prostu nie mam.

Pragnienie, by zrzucić z barków te kłopoty, brzmiało jak nierealne marzenie. Aż tu — nagle — wydarzenie, które wszystkie dotychczasowe problemy zredukowało do rozmiaru błahostki.

Na zlodowaciałej ścieżce, skąpanej w porannym słońcu, brykały figlarne kryształki śniegu. Nasza ulubiona dróżka na skarpie zamieniła się w radosną promenadę. W chwili, gdy już wątpiliśmy, niespodziewana wiadomość wypełniła nas szczęściem: Alina była w ciąży. Szliśmy do szpitala na USG, które miało przypieczętować diagnozę.

Głupio czułem się w kolejce ciężarnych, ale jeśli chciałem zobaczyć na monitorze to, co począłem — musiałem stać i przełknąć wstyd. Minuty dłużyły się niemiłosiernie. Wreszcie weszliśmy. Alina położyła się na łóżku z papierowym prześcieradłem. Lekarz rozsmarował na jej brzuchu chochlą galaretowaty żel i zaczęło się widowisko. Prawdę mówiąc, na ekranie nie rozpoznawałem niczego — do chwili, gdy rozległo się szybkie trzepotanie maleńkiego serca. To wystarczyło. Wiara stała się ciałem.

Byliśmy pijani ze szczęścia. Jedna jedyna myśl krążyła jak kometa; reszta świata mogła poczekać.

  •  

W garażu bezużytecznie dusiła się przyczepa z „Predomu”. Kiedyś, zaczepiona o hak maluszka, przywiozła z Katowic do Schongau rzeczy uznane wówczas za „najcenniejsze”. Po trzech latach postanowiłem: albo ją uruchomię, albo sprzedam. Policzyłem, że świeżo zarobione dwie stówki — roznoszenie reklamówek i rozładowywanie kur — powinny starczyć na formalności w komunikacji.

Zwolnienie z cła poszło gładko. Schody zaczęły się przy TÜV. Trzeba było przeróbek: najdroższy okazał się zaczep. To, że polski był nowy i działał bez zarzutu, nikogo nie interesowało — nie miał atestu. Do tego tylne lampy i masa drobiazgów. Kupiłem wszystko u handlarza przyczep i tam też wybijano numery na dyszlu oraz montowano tabliczkę identyfikacyjną. Facet szybko wyczuł moje manualne talenty i zaproponował pracę w warsztacie. Obiecał też pomóc sprzedać przyczepę.

Mechanikiem byłem przez jeden dzień. Wracam dumny, szczęśliwy, kolacja może i istnieje, ale po co — i dzwonek. W progu sąsiadka z poprzedniego adresu, tym razem jako sekretarka szefa w Bellindzie. Mam się stawić jutro w kadrach: „Herr Kiwinsky kazał pozdrowić”.

Zamurowało mnie. Do Bellindy (rajstopy wszelkiej maści) próbowaliśmy wejść z Aliną dwa lata wcześniej. Przeszliśmy test, ale ostatnie słowo miał Urząd Pracy: najpierw Niemcy, potem EWG, potem Jugosławia, a na końcu my. Ja już słyszałem tę melodię.

Erwina Kiwińskiego poznaliśmy u Lucyny i Mariana, przy okazji ich przeprowadzki do Pöcking. Hanka — jego żona — piękna, żywiołowa; on — przystojny brunet, trochę z dystansu. Marian szeptał, że Erwin robi biznesy w Polsce, lata do ZSRR, jest ustawiony. Hanka bez ceregieli: „Erwin zna szefa produkcji w Bellindzie. Załatwisz?”. „No problem” — odparł dwumetrowym głosem. Ja w tym czasie studiowałem wzór na jego krawacie, bo gdzieś trzeba było patrzeć.

Zapomniałem o sprawie. Obietnice mają krótki termin przydatności. Tym razem jednak stał się cud.

7 maja. Z sercem w gardle przekraczam bramę. Portier puszcza mnie od razu do szefa produkcji. Herr Durach — rubaszny — w kilku zdaniach streszcza robotę i odsyła do wiceszefa Dufnera, żeby pokazał stanowisko. Na pożegnanie żart: „Jako inżynier nie powinien mieć pan kłopotów z kwitami”. Zamiast na halę — do kadr. Papiery. Pozwolenie na pracę? Znowu czarne myśli. Kadrowy dzwoni, czeka na zwrotkę, po czym daje mi do podpisu in blanco formularz z Urzędu Pracy. Załatwione.

Bonów na odzież roboczą nie zrealizuję — sklep zamknięty. Więc w odświętnym garniturze i z aktówką pełną dokumentów idę przez halę. Szefowa zmiany oddaje mnie pod opiekę korpulentnej Włoszki z 25-letnim stażem. Tempo? Z wrażenia stoję jak kołek, ale w środku tańczy wariacka radość: koniec bezrobocia.

Zatrudniono mnie jako pakowacza w akordzie. Po dwóch tygodniach szkolenia — nocna zmiana. Na oko praca bajecznie prosta: maszyna sama pakuje, ja tylko kładę towar na skokowe palety. 24 takty na minutę wydają się ślamazarne — dopóki nie spróbuję. Skupiam się na „trafianiu” i po kilku sekundach coś zgrzyta: stop. Palec Włoszki pokazuje kłębowisko. Rajstopy wymieszane z papierem sterczą na końcu maszyny jak róg obfitości. Otwiera klapę, wyciąga, liczy, spisuje na straty. Następnym razem blokada totalna — wzywam mechanika. Do końca zmiany stoję z boku i uczę się pokory.

Patrzę: na położone rajstopy długie ramię kładzie tekturkę, polerowane płaskowniki zawijają nogawki z górą, kolejne ramię z ssawkami przykrywa to papierem reklamowym, klapki formują pakiecik, kleszcze wpychają go w woreczek, zgrzew, naklejka, powrót transporterem, urządzenie spawa 2-, 3- albo 5-parówki. Maszynę pieszczotliwie zwą „Hörauf” — od nazwiska fabrykanta. Operatorka kontroluje wszystko, a to co dzieje się za plecami — podgląda w lustrze. Sortowania na podświetlonym pulpicie na razie mnie oszczędzono. Wystarczy, że zmagam się z woreczkami, które żyją własnym życiem: ślizgają się, kleją, podwijają, a trzeba je ułożyć co do milimetra.

Popołudniu trafiam pod skrzydła energicznej Niemki — „męża zaufania”. Daje mi „na rozruch” tekturki do przekręcania. Człowiek rośnie w oczach.

Ten 7 maja zapamiętam na zawsze: koniec trzyletniego bezrobocia, początek kariery robotniczej, fundament dla powiększającej się rodziny. Razem z fundamentem przyszła jednak kapitalistyczna choroba przewlekła (niektórzy mówią: filar): lęk przed utratą pracy.

Nazajutrz — bez fajerwerków — idzie lepiej. Dostaję harmonogram: ile muszę zapakować w osiem godzin. Akord biorę sportowo. Stawka jest jasna: poniżej 100% — wypad, powyżej 100% — premia. Po trzech dniach (zamiast po czternastu) przechodzę na noc. Niemcy, których przysyła Urząd Pracy, odpadają jeden po drugim: jednego maszynowa dżungla odstrasza z progu, drugi składa broń po paru godzinach.

Przed pierwszą nocką boję się: czy dowiozę do rana? Czas leci szybciej niż w dzień. Głodu nie czuję, pragnienia też — tylko licznik w głowie. Pięć tysięcy par — granica godności. Dla starych wyjadaczy to chleb powszedni. Zaskakuje mnie wejście zaspanych kobiet — już poranna zmiana. W domu długo nie zasypiam. Jeszcze walczę na taśmie, aż szklanka wina odcina prąd.

Hörauf żąda tysięcy identycznych ruchów, które niszczą nadgarstki i kręgosłup. Robota dla kobiet — liczy się lekkość, nie siła. Wiedzą o tym w biurach, ale noc należy do mężczyzn.

Zmiana: 21:00–5:00. Najprzyjemniejsza pierwsza godzina — kobiety jeszcze przy maszynach, a my, faceci, robimy poprawki: nowe etykietki na źle oznaczonych pakietach. Kontrolerki skrupulatnie liczą błędy, ujemne punkty lecą jak grad; po przekroczeniu limitu — do widzenia. Dwie przerwy, kantyna, zakaz palenia i zakaz jedzenia przy maszynach — cywilizacja.

Koledzy: Jugosłowianie i Turcy. Osiemdziesiąt procent załogi to obcokrajowcy. Niemcy — administracja, kierownictwo, mechanicy. Szef nocnej — Herr Kamicki. Do słowiańskości się nie przyznaje, chociaż jego ojciec jeszcze potrafi parę słów po polsku.

Mechanicy — kasta szczególna. Od nich zależy wszystko: naprawią, wpiszą minuty za awarie, przybiją pieczątkę „zły towar”. Niewielu umie (albo chce) ustawić maszynę tak, by taśma śpiewała, a nie wyła. Nerwy i akord liczą wtedy do trzech.

Na koniec każdej nocy informatycy wydają plik wydruków. Człowiek wyłuskuje swoje liczby jak wróżbita z fusów. Najważniejszy jest procent. Z niedowierzaniem patrzę na wyniki powyżej 150. Kamicki poklepuje: „Przyjdzie i na ciebie”.

Hala pakowni to hałas, gryzący dym ze zgrzewarek i całe stado czterokołowych wózków. Wozi się nimi kartony z magazynu i odwozi wanny pełne gotowych pakunków. Awarie? Proszę bardzo. Gdy przewróci się wieża kartonów — pół biedy. Kiedy wysypią się setki opakowań z wanien — zbieranie, segregowanie, liczenie… Wesoło ma cała zmiana, oprócz jednej osoby.

Jugosłowianie to najliczniejsza i najlepiej zorganizowana grupa — i kobiety, i mężczyźni. Rekrutowano ich jak niegdyś na Śląsku chłopów do Huty Katowice: obietnice, umowy, tani i wydajni. Pochodzą z tych samych regionów, wiosek; trzymają się razem. Zazdrościłem im tej jedności. Oni zawsze pierwsi wiedzieli: co za towar, co lubi kontrolerka, jak zagadać mechanika.

W całej Bellindzie — około sześciuset osób. Pakownia wielka, lecz nie najważniejsza. Pierwsze skrzypce gra dziewiarnia: huk piekielny, ale płacą. Najmilej w szwalni, najgorzej — w farbiarni: smród chemii, duchota, wilgoć. Samo przejście korytarzem przy tym dziale przyprawia o zawrót głowy. Magazyn pęka w szwach: ćwierć miliona par dziennie w drogę — brak rąk normą. Często ściągano posiłki z naszego wydziału.

Większość towaru nie pochodziła z naszych linii. Rajstopy szły z Jugosławii, Tunezji, Sri Lanki. Bellindę opuszczał „niemiecki” produkt — pięknie zapakowany, z nogami modelek na okładce. Kto by tam dociekał, gdzie powstał.

  •  

Nocna praca przemeblowała nam życie. Spałem od piątej trzydzieści do drugiej po południu. Dzień skurczył się o połowę. Alina, chodząc rano na palcach, budziła w sobie anielską cierpliwość. Najgorzej było w soboty i niedziele: noc nie do spania, dzień nie do życia. Ale w porównaniu ze szczęściem „człowieka pracującego” — drobiazg.

Brzuch Aliny rósł pięknie — nie w takim tempie jak u Krysi, ale rósł. Krystyna zaszła w trzecią ciążę, bo — jak przypuszczałem — marzył się chłopiec (Zygmuntowi również, po dwóch dziewczynkach). Ciąża przebiegała dobrze, lecz w ósmym miesiącu Krysia trafiła do szpitala — groził przedwczesny poród. W tym czasie Alina przeniosła się do Peiting: spała tam, gotowała, pilnowała Anieli i Heleny. Efekt? Po krótkim czasie dziewczynki były do rany przyłóż — cud wychowawczy.

Krysia urodziła zdrową córeczkę. Nazwali ją Daniela — podejrzewam, że plan był na „Danila”. Nasze życie wróciło do normy, a dziewczynki — do dawnego temperamentu.

Po dwóch miesiącach pracy należał mi się tydzień urlopu. Chciałem do Włoch, ale Alina — słusznie — bała się dalekiej trasy. Zwyciężył Berchtesgadener Land — nieznany nam skrawek Bawarii.

Camping odpadł: pogoda w górach kapryśna, a brzuszek zobowiązuje. W Königssee bez trudu znalazłem pokój. Status „zarabiającego” pozwolił nam na odrobinę szaleństwa. Po drodze, nad „bawarskim morzem”, czyli Chiemsee, spróbowaliśmy hotelu — smakowało.

Mimo chmur, od razu poszliśmy nad jezioro. Tafla gładka jak szkło, wokół pionowe ściany gór. Cichutkie, elektryczne stateczki kreśliły na wodzie ledwie widoczne kreski. Kolor zdradzał głębię — i spokój, mimo tłumów.

Nazajutrz rejs. Pierwszy raz płynąłem w tak absolutnej ciszy. W połowie jeziora kapitan zatrzymał łódź, uchylił drzwi kabiny, wyjął trąbkę i zagrał. Odstawił instrument — a dźwięk brzmiał dalej. Watzmann odbijał i mnożył melodię, która cichła dopiero gdzieś w chmurach. Z końcowego przystanku można dojść szlakiem do Obersee. Alina czuła się świetnie, słońce wyszło zza zasłony, dzikie kaczki robiły za przewodników gastronomicznych.

Byliśmy osobliwą parą: jedno z plecakiem, drugie z bezcennym balastem „po przeciwnej stronie”. Barierki, stalowe liny, lekka wspinaczka. Mijani turyści ustępowali i żartowali: „Ta trzecia osoba na pewno zostanie alpinistą”.

Wąski ślad nad wodą zatykał oddech nie tylko stromizną. W dole szmaragd, w nim odbite szczyty — majestat. Niektórzy mówią, że to najpiękniejsze miejsce w Niemczech. Ja dodam: także najciszej grające.

Zdjęcia robiłem ja, Alina kręciła film. Po wejściu do Bellindy sprawiłem sobie kamerę Super 8. Chciałem nowocześnie dokumentować ciążę i poród. Do wideo nie byłem przekonany — wydawało mi się zbyt „telewizyjne”.

W najwyższym punkcie uznaliśmy, że starczy. Schodzenie — jak zwykle — trudniejsze. Alina obiema rękami tuliła przyszłego alpinistę, który rozpychał się łokciem (lub kolankiem — zgaduj zgadula). Na koniec wyskoczyliśmy jeszcze przy St. Bartholomä. Kościół — klasyk wszystkich pocztówek: czerwone cebulaste kopuły, ściany wyrastające niemal prosto z wody. Ale nam na myśl przyszły nie tyle anioły, co… pstrągi. Z pobliskich wędzarni ciągnął zapach, który mógłby nawracać ateistów. Ustawiłem się w kolejce, wróciłem z ciepłym, zawiniętym w szary papier pstrągiem. Rozwinęliśmy go na trawie i palcami przeprowadziliśmy degustację. Zniknął natychmiast. Pobiegłem po drugiego — sprzedane.

Po rejsie przeszliśmy się jeszcze wzdłuż sztucznego toru saneczkowego. Zimowa sława latem wygląda dość mizernie — jak teatr bez świateł.

W nocy śniły mi się pieczone kaczki. Opalone ministrantki przy St. Bartholomä rozdawały je wiernym, a ksiądz okadzał ołtarz zapachem wędzonych pstrągów.

Nad ranem krople stukały w parapet. Nie chciało się wstawać — a przed nami jeszcze przejazd przez austriackie Alpy. Koniec urlopu oznaczał powrót do „nocnego życia” i poranne chodzenie Aliny na palcach.

Zmiana rejestracji

Nic nie wskazywało na koniec letniej pogody — jedynie upały zamknęły bogaty sezon. Wakacyjny klimat podtrzymywały świeżo wywołane przeźrocza, pozwalające już z dystansem przeżywać minione dni. Z urlopu w Hiszpanii wróciła Krysia z rodziną, mieliśmy więc o czym opowiadać i czym się chwalić. W trakcie popijania andaluzyjskiego wina słoneczne wspomnienia stawały się jeszcze gorętsze, a w ich promieniach gasły dawne nieporozumienia.

Zwyczajny telefon, taki jakich w ciągu dnia odbiera się wiele, gwałtownie przerwał pogodną atmosferę, wywołując niepokój. Mina Krysi, która podeszła do aparatu, wyrażała zaskoczenie. Rozmawiała po polsku, zwracając w moją stronę zakłopotaną twarz pokrytą wypiekami. Po chwili oddała mi słuchawkę. W międzyczasie zdołałem się zorientować, z kim rozmawiała. Pomimo tego, gdy usłyszałem słodszy od miodu głos Ireny, zatkało mnie.

Znajdowała się wraz z dziećmi na obozie w Königsdorf. Czuła się zagubiona, bezradna i zdezorientowana. Prosiła, abym pomógł jej w podjęciu decyzji. Nie mogła zdecydować się na pozostanie. Oczywiście — nie wierzyłem jej. Wiedziałem dobrze, co oznacza przymilne zachowanie. Poza tym doskonale zdawałem sobie sprawę, że moje zdanie nie jest jej do czegokolwiek potrzebne.

Natomiast obecność dzieci, oddalonych o parędziesiąt kilometrów, oznaczała zupełnie coś innego. Z gwałtowną siłą odżyły wszystkie uczucia. Jaśniałem szczęściem. Nie mogłem uwierzyć, że po tylu latach nareszcie je zobaczę. Umówiłem się na następny dzień.

Pojechałem z Aliną, choć Irena wolała, abym zabrał Krystynę. Bez problemu znalazłem obóz; polskie dzieci przyjeżdżały tam każdego roku. Zostawiłem samochód na parkingu i bezradnie rozglądałem się dookoła. Umówiłem się, że ktoś wyjdzie na moje spotkanie. Na końcu alei zobaczyłem jakiegoś wyrostka w czerwonej koszulce, który na mój widok pędem pobiegł do pobliskiego budynku. Domyśliłem się.

Dlaczego jednak Michał w pierwszej kolejności nie przywitał się ze mną? Musiał najpierw zawiadomić Irenę. Gdy zbliżyliśmy się do domu, zobaczyłem w oknie pierwszego piętra całą uśmiechniętą trójkę, łącznie z ich matką. Niestety, radość spotkania popsuła sztuczność zaplanowanej sytuacji. Witano nas z góry, ukazując wyreżyserowany dystans. Zabrakło miejsca na spontaniczność. Widziałem w oczach dzieci radość i zniecierpliwienie, musiały jednak pozostawać na swoich miejscach.

Wizualnie z całej trójki najbardziej zmienił się Michał, najmniej Klaudia. Julianna wzrostem dorównywała Michałowi; wydoroślała, ale rysy buzi pozostały niezmienione. Niestety, zachowanie jej zdradzało całkowite podporządkowanie się woli matki. Z kolei długie włosy Michała trąciły prowincją, ale wskazywały na silną niezależność.

Tak się jakoś pokręciło, że choć radość i szczęście wywołały wypieki i łopotanie serca, to jednak nie potrafiłem okazać całej głębi tęsknoty i miłości. Znowu stawałem oko w oko z rzeczywistością. Lata, z jednej strony nieobecności, z drugiej ciągłego dostarczania jednostronnych prawd, zrobiły swoje. Zdałem sobie sprawę, że nie tak szybko uda mi się ponownie nawiązać nić porozumienia.

Wyszedłem z nimi na spacer. Dzieci, oszołomione możliwością pozostania w Niemczech, ciekawiło wszystko. Chciały w pierwszej kolejności zobaczyć mojego forda. Zaprosiłem je na małą przejażdżkę, podczas której pozwoliłem Michałowi poprowadzić auto.

Chciałem całą trójkę zabrać na parę dni do Schongau. Organizatorzy obozu chętnie widzieli takie inicjatywy. Niestety, Irena jak zwykle znalazła wymówkę. Bała się, aby nie wyszło na jaw, że ja przebywam w Niemczech. Zataiła ten fakt z obawy — nie wiadomo tylko, przed czym.

Umówiłem się z dziećmi na następny dzień. Odjeżdżałem, tak jak zawsze, z kwitkiem. Z kwitkiem to przesada — wiozłem pełen bagażnik tobołów, aby chociaż częściowo rozładować wielką ilość rzeczy nagromadzonych przez moją ex-żonę.

Podczas powrotu do domu miotały mną mieszane uczucia. Z kolei Alina, wyraźnie rozgraniczająca czarne od białego, nie mogła wyjść z „podziwu” nad organizacyjnymi umiejętnościami Ireny. „Jak to możliwe, aby na obóz zorganizowany dla najbiedniejszych śląskich dzieci, w celu poprawienia ich kondycji psychicznej i fizycznej, dostała się moja trójka?” Choć ogromnie cieszyłem się z zaistniałej sytuacji, zdawałem sobie sprawę z wielkości wykręconego numeru. Dodatkowej pikanterii całemu zajściu nadawał fakt powierzenia Irenie funkcji lekarza obozowego. Naprawdę niezbadane były drogi, nie mówiąc już o możliwościach pani doktór. A może, mimo wszystko, nie dostrzegałem przez dziesięć małżeńskich lat zalet Ireny i jej, nie tylko duchowego, uroku.

Dzień nad Starnberger See przebiegał w majówkowej atmosferze. Wszystkim wybornie smakowały przysmażone na rożnie kiełbaski z chrupiącymi bułeczkami. Zielona łąka stwarzała nieskończone możliwości. Michał obracał głowę za każdym topless. W tak naturalny sposób okazywał zachwyt, że okrzyki typu: „Popatrz, jaka dupa!”, gorszyły tylko Irenę. Klaudia śmiała się, graliśmy w badmintona, co chwila wskakując do wody. Wszystko stanowiło dla nich nowość: zarówno roznegliżowane dziewczyny, jak i deski surfingowe. Do pełni szczęścia brakowało tylko Julianny. Podobno nie chciała, aby jej obozowa przyjaciółka pozostała sama. Irena tłumaczyła, że dostała okres. Niemniej — gdyby pojechała z nami — ograniczone możliwości auta nie pozwoliłyby zabrać jej matki, która jak zawsze, nawet na sekundę, nie chciała pozostawić swoich piskląt pod moją opieką.

Niestety, na piętnastą musieliśmy wrócić. Irena miała jakieś ważne spotkanie, poza tym nie chcieli opuścić obiadu. Po południu odbyła się Msza święta pod gołym niebem. Uczestniczył w niej również ksiądz, który przyjeżdżał regularnie, co niedzielę, do kościółka w Schongau. Gdy oglądałem twarze rozmodlonych śląskich dzieci, których przezroczystości skóry nie zdołało zatrzeć nawet bawarskie słońce, uścisk w gardle wzrósł do bólu. Jaka przepaść nas dzieliła…

Michał z Klaudią próbowali jeszcze raz nakłonić matkę, aby pozwoliła im pojechać do mnie. Tym razem Irena bała się porywaczy i agentów.

W części artystycznej wieczoru wystąpił teatr pantomimy, po którym rozpoczęły się przygotowania do ogniska. Dzieci ciągnęło do zabawy z rówieśnikami. Po pewnym czasie dziewczyny się ulotniły. Michał ze starszymi kolegami ukradkiem popijał piwo. Wracałem do domu znowu całkowicie obciążony. Tym razem wiozłem część rzeczy, które Irena, ze zdwojoną przezornością, zdołała zgromadzić w czasie trwania obozu. Wiele prywatnych osób oraz grup społecznych organizowało składki dla polskiej młodzieży. Miała więc w czym wybierać. Gdy oglądaliśmy eleganckie ciuchy zapakowane do plastikowych worków, ogarnął mnie i Alinę pewien rodzaj zazdrości. My nie mogliśmy sobie pozwolić na noszenie czegoś takiego.

Irena postanowiła dotrwać do końca obozu. Bardzo się bała, choć miała w pełni przygotowany plan ucieczki. Poprosiła mnie o pomoc. Spodziewając się znowu przewożenia dużej ilości pakunków, pojechałem do Königsdorf sam. Nie zaskoczyła mnie specjalnie duża grupka osób biorących udział w akcji.

Z Michałem dosyć sprawnie i szybko zapakowałem po brzegi auto i czekaliśmy na parkingu. Mnie również ogarnęła nerwowa atmosfera, a Irena ciągle miała coś jeszcze do załatwienia. Najpierw załadowała garbusa, którym przyjechały jej pomagać córki poznanego lekarza. Następnie szukała księdza, aby się z nim pożegnać. W końcu zjawiły się dwa samochody, z dziwnie zachowującymi się kierowcami; sprawdzali olej, dopompowywali koła. Południowe typy; jeden nawet sympatyczny, drugi w roboczym kombinezonie. Nie chcieli zwracać na siebie uwagi, przez co jeszcze większe wzbudzali podejrzenie. Gdy wreszcie Irena z dziewczynami wsiadła do samochodu jednego z nich, ruszyli z piskiem opon. Wystartowali z takim impetem, że z trudem im dorównywałem. Po paru kilometrach gwałtownie zjechali w leśną dróżkę. Niczego nie rozumiałem, a scena, jaka nastąpiła, mogłaby wywołać atak śmiechu, gdyby nie śmiertelnie przejęte twarze wspomnianych kierowców. Wyskoczyli z samochodów i w tempie przypominającym wymianę kół w czasie wyścigów Formuły 1 zmienili tablice rejestracyjne. Irena tłumaczyła się potem, że pomagali jej uczynni Jugosłowianie, którzy bali się domniemanych donosicieli czy jakichś tam agentów. Podejrzewałem jednak ją samą o podobne obawy i zorganizowanie akcji przypominającej epizod z taniego, szpiegowskiego filmu.

Pojechaliśmy bezpośrednio do Ausländeramt w Bad Tölz. Irena, w towarzystwie sympatycznego Jugosłowianina spełniającego rolę tłumacza, poszła załatwić zameldowanie. Nie chciała, abym jej pomagał. Niespodziewanie do urzędu poproszono również mnie. Zostałem zaskoczony żądaniem zawiezienia dzieci do obozu w Norymberdze. W pewnym sensie przyciśnięty do muru, zgodziłem się, ale poprosiłem o pieniądze na benzynę. Po dłuższej dyskusji wręczony został Irenie czek na 70 DM.

Zakonne siostry w Benediktbeuern z otwartymi ramionami oczekiwały na matkę, która wraz z trójką dzieci, poszukując nowej ojczyzny, zdecydowała się wybrać wolność. Pobyt o charakterze tymczasowym miał trwać aż do momentu załatwienia formalności urzędowych. Gdy do pokoju, przy pomocy wielu rąk — łącznie z moimi — wniesione zostały wszystkie rzeczy, Irena poczuła grunt pod nogami. Oznaczało to nie co innego, jak tylko zamianę próśb na żądania.

Zaczęło się od błahych spraw, mających jednak symboliczną wymowę. Stos brudnej odzieży, używanej w czasie trwania obozu, należało wyprać. Gdy wyraziłem zgodę na zabranie tylko niezbędnych do ubioru ciuchów, draka wybuchła momentalnie: „Nieznani ludzie się poświęcają, chętnie niosą pomoc, ofiarują mi serce, współczują, a ty, ojciec, nic nie możesz zrobić. To twoim obowiązkiem jest zawiezienie nas do Norymbergii, bez oglądania się na pieniądze za benzynę. Obcy zrobiliby to bezpłatnie”. Michał, podpuszczony przez Irenę, włączył się do dyskusji: „Jeżeli matka sama, bez niczyjej pomocy mogła nas przez tyle lat wychowywać, to ty mógłbyś nie robić problemów i łaski”.

Na koniec wywleczona została, jak zawsze przy takich okazjach, niepodważalna prawda: „Pozostawiłeś rodzinę dla tej… Aliny”. Dzieci stały murem po stronie matki.

W zasadzie nawet nie próbowałem się tłumaczyć. Doznałem potwornie przykrego uczucia. Kochałem je bezgranicznie, w zamian jednak chciałem odczuć chociażby okruch wzajemności. Po tylu latach oczekiwania i nadziei spotykało mnie rozczarowanie. Nauczone zostały tylko brać.

Irena nie zmieniła się; dalej musiała rządzić. Nie znosiła najmniejszego sprzeciwu. Gdy stąpała po niepewnym gruncie, potrafiła nie wyciągać pazurów. Czując tylko jakieś oparcie, ukazywała prawdziwe oblicze.

Miałem potworny nastrój. Przygniatała mnie porażka. Rzeczywistość miażdżyła ciągłe marzenie o dniu, w którym dzieci po skończeniu czternastego roku życia zadecydują, z kim chcą żyć. Nie miałem złudzeń — zostały przekabacone. Nieważne, czy wszystko zapomniały, czy nie chciały pamiętać; możliwość pozostania ich ojcem zredukowana została przez Irenę do zera. Nie było szans na polepszenie sytuacji. Dzieci doskonale zdawały sobie sprawę z „materialnych korzyści”, jakie mogłem im zaoferować. A niestety ten fakt miał decydujące znaczenie.

Z trudem powstrzymywałem napływające łzy. Na koniec, już bez dyskusji, załadowałem do auta brudy i odjechałem. W Peiting wsadziłem pierwszą partię rzeczy do pralki, prosząc Krysię, aby resztę zrobiła za mnie.

Aliny nie zastałem w domu, znalazłem natomiast wiadomość: „Wyszłam na dłuższy spacer”. Jeszcze jedna niespodzianka; nigdy tego nie robiła. Zdenerwowanie pogłębiało i tak fatalne samopoczucie. Na stole leżał rozpoczęty list adresowany do Marysi, jej przyjaciółki z Mysłowic. Zacząłem czytać. Wzrósł niepokój, a czarne myśli podpowiadały dramatyczne rozwiązanie. Czuła się strasznie samotna, niepotrzebna i zagrożona. Nie chodziło jej w sumie o dzieci, tylko o Irenę. Bała się, że mógłbym w zaistniałej sytuacji odejść od niej.

Widziałem już wszystko: wysoką skarpę nad Lechem, rwący nurt wody przepływający przez tamę, tory kolejowe. Nie wiedziałem, co mam robić, gdzie jej szukać, w którą stronę biec. Gdy zdecydowałem się zadzwonić na policję, Alina stanęła w drzwiach. Nie rozumiała mojego zdenerwowania: „Jak ciebie nie ma cały dzień, to chyba mam prawo pójść na spacer”. Nie przyznałem się, że czytałem list. Opowiedziałem natomiast o sytuacji i o tym, jak bardzo jestem rozżalony i zawiedziony.

Nie potrafiłem w pełni zrozumieć, co zaszło, niemniej wiedziałem, że muszę pozbyć się złudzeń. Po paru dniach pojechałem do Peiting. Krysia z obrzydzeniem opowiadała o praniu, które jej pozostawiłem. Największy niesmak wzbudził zużyty kondom, znaleziony w kieszeni szlafroka Ireny. Pomimo niezadowolenia z powodu dotykania takich brudów, pożyczyła mi samochód i razem z Aliną zawieźliśmy dzieciom czyste rzeczy. Zachowałem już pewien dystans, spotkaliśmy się w pokoju gościnnym, nie wszedłem do nich na górę. Poinformowałem o awarii mojego auta, a w związku z tym o braku możliwości zawiezienia ich do Norymbergii. Krótki spacer w pobliżu katedry zakończył pobyt, po którym ustały nasze kontakty.

W jakiś czas potem dowiedziałem się od Krysi, że dzwoniła Irena; nie pojechali do obozu, gdyż Michał zachorował na wietrzną ospę. Zdecydowałem się tylko na napisanie kartki. Życzyłem szybkiego powrotu do zdrowia.

Dodatkowo wnerwiony zostałem listem ze starostwa w Bad Tölz. Dowiedziałem się z niego, że Irenie z dziećmi przyznano miesięczną pomoc socjalną w wysokości 836 DM, a mnie — na podstawie ustaw i paragrafów — ostrzegają przed konsekwencjami, jeżeli nie będę wywiązywał się ze świadczeń alimentacyjnych. Natychmiast poinformowałem ich, że nie mogą nic mi zrobić, gdyż sam otrzymuję pomoc socjalną, niemniej rozpoczęcie przez Irenę akcji biegania po urzędach nie wróżyło niczego dobrego. Po polskich doświadczeniach zdawałem sobie sprawę, jaki to słodki okres mam przed sobą.

Do Benediktbeuern pojechałem — bez Aliny, z Krysią i jej dziewczynkami — dopiero na urodziny Michała. Krysia czuła się w pewnym stopniu zobowiązana. Trzymała go przecież do chrztu, a ponadto chciała okazać solidarność obowiązującą wszystkich lekarzy. Znajdowała się, poza tym, w dość niewygodnej sytuacji: Michał od swoich pierwszych dni wzbudzał zachwyt całej rodziny. Gdy zaczął chodzić, wszyscy uważali, że nie ma słodszego dziecka na świecie. Zygmunt z Krysią, planując już wtedy wyjazd do Niemiec, obiecali mu samochód. Nikt nie spodziewał się, że Michał też znajdzie się na zachodzie.

Przyjęcie urodzinowe Irena urządziła w polskim stylu. Przy długim stole, na honorowym miejscu, usiadł ksiądz. Do grona zaproszonych, oprócz oczywiście sióstr zakonnych, należeli jedynie tacy goście, którzy dogłębnie wzruszeni sytuacją samotnej matki chcieli nieść jej pomoc. Wszyscy radzili, w jaki sposób polepszyć los biednych dzieci i jak w pełni integrować je z nową społecznością. Irena okazywała zadowolenie z otaczających ją warunków, ale bardzo się żaliła, że w szerokim łóżku musi spać sama. Ksiądz i nauczyciel wyrażali gotowość niesienia pocieszenia, ale jednemu przeszkadzała sutanna, drugiemu — żona.

Chwilę siedziałem przy stole, rozkoszując się tą sympatyczną atmosferą, po czym poszedłem z dwójką dzieci na plac zabaw. Klaudia, pomalowana w białe cętki z powodu wietrznej ospy złapanej od brata, musiała pozostać w łóżku.

Tuż przed wyjazdem podszedł do mnie jeden z gości. Poznałem już go wcześniej. Kulawy facet brał udział w akcji opuszczania obozu. Zaczął od komplementów, że niby tak ładnie bawię się z dzieciami. W sumie jednak miał prośbę, abym częściej zajmował się rodziną, bo oni tego potrzebują. Czułem w tym robotę Ireny, niemniej krótko mu odpowiedziałem: „Ja bardzo chętnie zajmę się dziećmi, chcę nawet zabrać je do siebie, ale ich matka na to nie pozwala”. Okazywał zrozumienie.

Na odchodnym Krysia wręczyła Michałowi 50 DM (zapomniała z domu prezentów), a dziewczynom — po długopisie. Dopiero w drodze powrotnej dowiedziałem się od niej o „bezwstydnym zachowaniu Ireny”. W podekscytowaniu opowiadała, jakimi wyrafinowanie pikantnymi ofertami poczęstowana została męska część gości.

Prawie w tym samym czasie cieszyliśmy się z odwiedzin rodziny. Do Krysi przyjechała Zosia, a do nas — mama Aliny. Pobyt teściowej związany jest z nietypowym zdarzeniem: wiedzieliśmy na podstawie listu, w którym dniu należy jej się spodziewać. Studiując rozkład jazdy, ustaliliśmy pociąg i godzinę jego przyjazdu do Monachium. Jakie było nasze zdziwienie, gdy wczesnym rankiem określonego dnia zadzwonił dzwonek, a w drzwiach stanęła obca kobieta. Po upewnieniu się co do właściwego adresu poprosiła o zapłacenie kursu z dworca kolejowego i o odebranie pasażerki.

Teściowa nie mogła opanować wściekłości. Miała pretensje o to, że nie czekaliśmy na nią w Monachium. Pierwszy raz wybrała się za granicę, a „córka z zięciem nie byli łaskawi godnie jej przywitać”. Zagroziła, że jeżeli taka sytuacja powtórzy się w przyszłości, to przyjedzie taksówką prosto z Monachium. Długo musieliśmy tłumaczyć, skąd wynikło nieporozumienie, aż wreszcie dała się udobruchać.

Pomimo skomplikowanej sytuacji pojechaliśmy wszyscy na winobranie do St. Martin. Pobyt mieliśmy zaklepany od zeszłego roku. Herr Rüffel powitał nas znowu jak rodzinę. Do wytworzenia niepowtarzalnej atmosfery skutecznie przyłączyli się inni goście z Polski. Rozróby po dniu pracy, a i również w trakcie, dzięki Tadkowi ze szwagrem Ryśkiem, nie miały końca. Istotny wpływ na to miało wino najstarszych roczników, które w dowolnej ilości opuszczało najbardziej niedostępne piwniczne zakamarki. Alina zapomniała o najświeższych przeżyciach dzięki urokowi, nie tyle wina, co Tadka. Chłopak wodził za nią oczyma z taką intensywnością, że musiałem interweniować, choć wszystkie dobrodziejstwa takiego stanu spadały na mnie.

Na parę dni musieliśmy przerwać pobyt i powrócić do Schongau. Należało odwieźć mamę Aliny do Monachium. Wiza pobytowa kończyła się i choć przedłużenie jej nie nastręczało specjalnych kłopotów, to jednak ogrom przeżyć i tęsknota za rodziną w kraju zdecydowały o powrocie teściowej w ustalonym wcześniej terminie.

Jeszcze jedna, strasznie sympatyczna historia wiąże się z pobytem mamy Aliny: w czasie winobrania zarabiała tak jak wszyscy i w sumie otrzymała sumę paruset marek. Pokupowała tyle artykułów żywnościowych, ile mogła zabrać, a resztą pieniędzy podarowała nam na zakup nowej lodówki. Czterysta marek dla przeciętnego Polaka, w kraju skazanym na paczki i zewnętrzną pomoc, znaczyło bardzo dużo. A pomimo tego teściowa potrafiła wystąpić z tak wspaniałomyślnym gestem!

Używana chłodziarka, którą kupiliśmy za 50 DM przy urządzaniu mieszkania, mroziła bardzo dobrze. Za dobrze; agregat chodził bez przerwy, potwornie hałasując. Naprawa nie opłacała się: koszt wymiany termostatu przekraczał wartość całego urządzenia. Z katalogu Neckermanna kupiliśmy na raty nową lodówkę. Za każdym razem, gdy ją otwieram, z wzruszeniem wspominam dobroć mamy Aliny.

W czasie sobotnio-niedzielnego pobytu w Schongau, po odwiezieniu teściowej do Monachium, odwiedziliśmy Krysię. Czekał tam na nas list od dzieci. Julianna prosiła o przywiezienie ciepłych rzeczy. Ton paru suchych zdań przypominał raczej żądanie niż prośbę. Najbardziej zdenerwowało mnie jednak otrzymanie otwartego listu i fakt, że nikt nie chciał się do tego przyznać. Ciekawość w rodzinie nikogo nie dziwiła, ale też nikt nie czytał bez pozwolenia cudzej korespondencji. Rozmowa z małą Anielą dawała zawsze pożądane rezultaty. Okazało się, że to Zosia nie mogła poskromić skłonności do poznawania obcych tajemnic, za co dopiero po jej wyjeździe przeprosiła Krysia.

Do Benediktbeuern zadzwoniłem dopiero po przyjeździe z winobrania. Irena jak zwykle wytoczyła całą litanię pretensji. Nie robiły już one na mnie wrażenia. Gdy dałem jej do zrozumienia, że minęły czasy, kiedy mogła mi rozkazywać, stała się jeszcze bardziej agresywna i wpadła w histerię: „Nie pozwolę się tak traktować! Wykorzystujesz, że jestem sama i nikt nie może stanąć w mojej obronie. Jak to niedługo się zmieni, nie ośmielisz się tak do mnie zwracać!”. Niewzruszony groźbami, zobowiązałem się jednak do przywiezienia ciuchów, pod warunkiem, że w nadchodzącą sobotę zabiorę wszystkie dzieci do siebie. Po długich targach zgodziła się.

Następnego dnia zadzwonił Michał. Pytał, czy w środę zastanie mnie w domu, bo chce z nauczycielem przyjechać po rzeczy. Gdy zagadnąłem go o weekend, który mieliśmy wspólnie spędzić, zaczął się wymigiwać. Nie ukrywałem zdziwienia. Okazało się wtedy, że matka po naszej ostatniej rozmowie zachorowała, w związku z czym nie będą mogli zostawić jej samej. Zostałem znowu zaskoczony, chociaż mogłem się spodziewać takiego obrotu spraw. Po namyśle i konsultacji z Aliną doszedłem do prostego wniosku: „Nie pozwolę, aby mnie robiono w konia!”. Zadzwoniłem jeszcze raz, prosząc do telefonu Irenę. Podszedł znowu Michał. Oświadczyłem mu, że niestety w środę nie mam czasu na spotkanie.

Po dłuższej chwili milczenia wybuchł: „Znamy takie numery! Dla własnych dzieci nie możesz niczego zrobić!”. I zaczęło się wszystko od początku; jak to inni ludzie pomagają, a ja, ojciec, wykręcam się od odpowiedzialności. Jak im jest trudno, a nie mogą na mnie liczyć. I w końcu obciążył, jak zawsze, Alinę całą winą za ich krzywdy. Gdy oskarżenia stały się jeszcze bardziej aroganckie, powiedziałem mu parę ostrych słów i odłożyłem słuchawkę. Po paru minutach zadzwonił znowu telefon. Oświadczyłem Alinie, że mnie nie ma.

„Chciałem podziękować ojcu za rzucenie słuchawki!” — zakomunikował Michał i w rezultacie to on zakończył rozmowę.

Po dwóch dniach znowu zadzwoniłem do dzieci. Przy telefonie stawiła się cała trójka. Z Michałem nie chciałem rozmawiać. Uważałem, że powinien najpierw mnie przeprosić. Dziewczyny zaczęły deklamować monologi, przygotowane przez Irenę. Zostały dokładnie przygotowane. Solidarnie występowały w obronie swojej matki. Próbowałem coś im wytłumaczyć na temat rzeczywistej sytuacji, o moich obowiązkach i możliwościach. Zorientowałem się, że nad wspólnym frontem bezpośrednią pieczę sprawowała Irena. Słyszałem nawet jej podpowiadający głos. Zrezygnowałem z argumentacji.

Pomimo znikomych szans na nawiązanie nici porozumienia pozostałem optymistą. Wierzyłem, że może kiedyś, za rok… za dwa… jak dorosną… kiedy staną się niezależne, samodzielne, wtedy sytuacja się zmieni.

W słoneczne sobotnie popołudnie, w towarzystwie księdza, moje dzieci przyjechały po odbiór rzeczy. Usiedliśmy przy stole — Alina podała herbatę z ciasteczkami. Rozmowa przybrała niespodziewany obrót. Cała trójka z powagą wysłuchiwała moich uwag o roli ojca w rodzinie. Żadne z nich nie protestowało, nikt nie występował w obronie matki. Nie wierzyłem własnym oczom i uszom. Ksiądz również aprobował moje wypowiedzi, a nawet radził się odnośnie szkół, do jakich dzieci powinny niebawem pójść.

Tak dalece zostałem zaskoczony zaistniałą sytuacją, że postanowiłem wykorzystać autorytet osoby duchownej w Benediktbeuern. Niestety, ksiądz nie chciał przystać na uczestniczenie w rozmowie z udziałem Ireny. Natchnęło mnie to jednak na inny pomysł. Skoro czują taki respekt przed przedstawicielem Kościoła, to powinny podobny czuć przed podstawowymi zasadami wiary, zawartymi w katechizmie.

Z satysfakcją pomyślałem, że ta książka, ostatni prezent rodziców, zostanie dopiero pierwszy raz z pożytkiem użyta. Zacząłem przygotowywać się jak do prelekcji. Całą obronę swoich praw i „przynależnej mi czci” oparłem na czwartym przykazaniu: „Czcij ojca swego i matkę swoją” — jednym z ważniejszych obowiązków moralnych, zobowiązujących człowieka do szacunku dla tych, którym zawdzięcza życie.

Z podkreślonym tekstem i stronami założonymi papierkami, z godnością wkroczyłem do klasztoru, niosąc przed sobą nowy egzemplarz katechizmu. Rozmowa z dziećmi trwała do czasu pojawienia się w świetlicy Ireny. W jednej chwili zorientowała się, co jest grane. Wpadła w wściekłość, ale w obecności sióstr nie mogła pozwolić sobie na rękoczyny. Ta niemoc doprowadziła dodatkowo do niespotykanego ataku furii. Chyba pierwszy raz w życiu ją zaskoczyłem. Nie spodziewała się, że mogę walczyć jej bronią.

„Jak ty śmiesz powoływać się na Pismo Święte! Ty nie masz prawa dotykać tej księgi! Tyle krzywd nam wyrządziłeś i ośmielasz się mówić o Bogu! To największe świętokradztwo!”

Wyrwała mi z rąk katechizm. Julianna w histerycznym płaczu uciekła do pokoju. Pozostała dwójka, na rozkaz matki, podążyła za nią.

„Więcej się tu nie pokazuj. Ani ja, ani dzieci nie chcą cię znać i widzieć!”

Nie czekałem już na cud. Moje rzadkie odwiedziny z okazji świąt, urodzin czy imienin nabrały oficjalnego charakteru.

W niedługim czasie po klasztornych zajściach Irena dostała w Geretsried wielopokojowe mieszkanie i zaczęła jeździć pięknym mitsubishi combi. Gdzieś po roku dowiedziałem się z urzędowego listu dotyczącego alimentów, że moje dzieci zostały Niemcami. Oczywiście ich matka również otrzymała niemieckie obywatelstwo.

W pewnym sensie widziałem pozytywne strony zmiany narodowości. Rozżaliło mnie jednak co innego. Mimo wszystko, w jakimś tam stopniu, wierzyłem w niemiecką uczciwość. Nikt nie pozbawił mnie przecież ojcostwa. Dlaczego więc, bez mojej wiedzy, zadecydowano o tak istotnej sprawie? W zestawieniu z nią małe już znaczenie miało niekonsultowanie się ze mną przy podejmowaniu decyzji odnośnie szkoły, do której dzieci zaczęły uczęszczać. Zmiana narodowości, bez pytania mnie o zgodę, cuchnęła nieprzyjemnym kantem. Kantem to mało powiedziane — śmierdziało oszustwem!

Z ziemi włoskiej do Murnau

Analizując naszą sytuację, ze zdziwieniem doszedłem do przekonania, że niepostrzeżenie zaczynaliśmy się zadomawiać. Rzeczywistość korygowała początkowe założenie: tylko przeczekać i przy pierwszej okazji wyjechać do Francji.
W ostatnich latach setki tysięcy Polaków opuściło ojczyznę. I choć znaleźli schronienie w wielu krajach Europy, nikt nie okazywał zachwytu z takiej ilości emigrantów. Pomimo tego mogliśmy liczyć na pewną sympatię. „Solidarność“, a potem stan wojenny poruszyły serca wielu ludzi. Rosnące jednak bezrobocie i pogarszająca się sytuacja socjalna, zasadniczo utrudniały start w kapitalistycznym świecie.
Coraz jaśniej zdawałem sobie sprawę, że ogólny trend nieszybko się zmieni, w związku z czym moje plany stawały się nierealne.

Perspektywa otrzymania nowego mieszkania przyprawiała nas o ataki szaleńczej radości. Do pełnego szczęścia jednak, jak mawiał wujek Wilu, brakowało wiele.
Nie tracąc optymizmu walczyłem dalej, choć skłonności Aliny do oceniania wszystkiego w negatywnym świetle, zaczęły przybierać niepokojące rozmiary.
Uważała, że to ja ją wyciągnąłem z kraju, skazując na tułaczkę. Brakowało jej bliskich. Tęskniła za rodzicami, siostrą, znajomymi. Nie miała do kogo otworzyć ust. Odczuwała straszną samotność.

Wiele straciłem w oczach żony. Wychodziła za mąż za inżyniera na stanowisku projektanta, odnoszącego zawodowe sukcesy, otoczonego liczną rodziną i przyjaciółmi.
Co jej zostało z dawnych lat? – Degradacja i poniżenie.
Na szczęście w łóżku nadal nam było dobrze, ale wraz ze świtem wstawał ponury dzień niezadowolenia.
Czułem brzemię odpowiedzialności i wbrew twardym postanowieniom, zdecydowałem się spełnić największe marzenie Aliny.
Chciałem zrobić to jednak w niebanalny sposób.

Otaczało nas chłodne powietrze jesiennego ranka. Promienie słońca nieśmiało przedzierały się przez zimną mgłę, pozostawiającą mokre ślady na kamieniach leśnej drogi. W teatralnym geście zaprosiłem Alinę do zajęcia miejsca na stosie okorowanych i przygotowanych do transportu sosnowych pni.

– Chcę z tobą porozmawiać.
– Cały czas to robimy.
– Tym razem o czymś ważnym.
– A te wszystkie nasze sprawy, to błahostka?
– O czymś bardzo osobistym.
– Co udajesz takiego przejętego.
– Alina, przestań się wygłupiać.
– To ty się wygłupiasz z tą odświętną miną.
– Dobra, zapytam cię wprost: chcesz mieć dziecko?
– Ja…? Głupie pytanie. Przecież tyś uparł się nie mieć więcej dzieci.
– A jakbym zmienił zdanie.
– Ja w cuda nie wierzę.
– Alina, posłuchaj – zdecydowałem się. Proszę jednak, żebyś mi coś obiecała.
– Potem będziesz robił ciągłe awantury, tak jak teraz.
– Co w tym złego, że chcę, abyś na przykład nauczyła się pływać?
– Widzisz… Znowu zaczynasz!
– Obiecaj mi, że dziecko nie zmieni naszego układu.
– Już jesteś zazdrosny?
– Nie! Boję się tylko…
– Dobrze! Obiecuję ci. Będziesz tym najważniejszym w rodzinie. Czy mogłoby być zresztą inaczej?

Spodziewałem się ataku radości, uścisków, łez szczęścia…
Po chwili milczenia zeszliśmy z pni. Alina z łobuzerskim uśmiechem ujęła mnie za rękę, ciągnąc w stronę miasta.

– Chodź! Wracamy do domu. Powiedz mi tylko: jak to jest z tym „gorącym żelazem”…?

Bez przeszkód rozkoszowałem się nową sytuacją małżeńską. Szare dni skłaniały do dłuższego pozostawania w łóżku. Atmosfera zmysłowości szczelnie wypełniała całe mieszkanie.
Upojenie związane z nieprzerywaniem najwznioślejszych chwil, sięgało zenitu. Mijały tygodnie, a rezultatu naszej działalności nie dało się dostrzec.
Do dzieła zabraliśmy się z jeszcze większą energią. I dalej nic.

Po wizycie u fachowca okazało się, że wszystko jest w porządku. Niemniej musieliśmy skończyć z szaleństwem i systematycznie realizować obraną strategię.
Na skutek rannych pomiarów temperatury powstawały wykresy – drogowskaz najpłodniejszych dni. Rozpoczął się długi okres wytężonej pracy, której owoce zależały od konsekwentnego postępowania.

Sytuacja związana z przydziałem nowego lokalu zaczęła się komplikować. Umieszczono nas, co prawda na liście, ale panowała niejasność, odnośnie możliwości metrażowych. Wiedziałem, że mieszkania dwupokojowe zarezerwowane zostały dla małżeństw w podeszłym wieku, natomiast na trzypokojowe zgłosiło się bardzo dużo chętnych.
Naszą sytuację w zdecydowany sposób mogło poprawić zaświadczenie lekarskie. Nie było jednak mowy, aby jakiś ginekolog wydał lewy druk. W rezultacie Alina uzyskała jedynie zaświadczenie stwierdzające, że znajduje się w trakcie kuracji mającej doprowadzić do zajścia w ciążę.
Z kopią tego dokumentu udałem się do urzędu. Brodacz zza biurka żałował, że o tym wcześniej nie wiedział. Mieliśmy szansę dostać duże mieszkanie, niestety już je przydzielono. Natomiast dwupokojowe, na parterze stało do naszej dyspozycji. Wyraziłem zgodę. Na odchodnym dostałem plan całego budynku.
Radość nasza nie miała granic. Prawie codziennie chodziliśmy kontrolować postęp robót budowlanych, narażając się niejednokrotnie robotnikom, a w trakcie długich wieczorów i ranków namiętnie ustawialiśmy w przyszłym lokalu wyimaginowane meble.

Cała polonia podczas indywidualnej walki o podstawowe prawa, nie znając ani zasad gry, ani dostatecznie języka niemieckiego, przeżywała ciągły stres.
Brak stabilizacji wywołany stałą niepewnością źle wpływał na naszą odporność psychiczną. Wybuchały nieporozumienia między znajomymi, dochodziło do kłótni małżeńskich. Głównie kobietom puszczały nerwy. W okolicznościach, gdy doświadczaliśmy dodatkowych obciążeń, powstawały dramatyczne sytuacje.

Jacek Przybrzeżny, internista, wylądował w szpitalu. Od dawna skarżył się na bóle brzucha. Gdy jednak stwierdzono zapalenie woreczka żółciowego – nieodzownym rozwiązaniem stał się skalpel. Wydawałoby się, że jego żona Ewa, będąca również lekarzem, powinna bardziej od innych rozumieć sytuację. Stało się inaczej. Nie zniosła napięcia i zamiast optymistycznie podejść do jedynego rozwiązania, jakim był zabieg, miotała się w niemocy i rozpaczy, bezustannie wykrzykując:
„Nie pozwolę, ażeby ci hitlerowcy go krajali! Zabiją go!”.

Znała przecież sytuację i nie mogła mieć jakichkolwiek wątpliwości, że opieka lekarska, a szczególnie poziom usług w niemieckich szpitalach, stał na najwyższym poziomie.
Jacek szczęśliwie przeszedł operację i okres rekonwalescencji. Ewie jednak pozostały blizny – nie chirurgiczne, a w duszy.

Nieporozumienia między znajomymi są nieprzyjemne, ale w rodzinie mają szczególny wymiar – przez co bolą inaczej.
Moje stosunki z siostrą od pierwszych dni po przyjeździe nie układały się najlepiej. Obwiniałem oczywiście za to głównie Zygmunta. Denerwował mnie jego konformizm i sposób, w jaki za wszelką cenę chciał w oczach Niemców zdobyć uznanie. Nie zdawał sobie sprawy, że ci Niemcy, wśród których obecnie żył, mało wspólnego mieli z obrazem Vaterlandu sprzed pięćdziesięciu lat, przekazanym mu przez matkę.

Dzięki temu wszystko, z czym obcował, było najlepsze.
Na początku zgadzałem się z tym poglądem – nawet drzewa i krowy wydały mi się dorodniejsze. Niemniej, nauczony w Polsce czytać między wierszami, dosyć szybko zobaczyłem otaczający nas świat w innych proporcjach.
Niemiecka dokładność, uczciwość, pracowitość… rażąco odbiegała od stereotypu. W zasadzie tylko 3 × K (Kinder, Küche, Kirche) przetrwały.

Zrozumiałem też, że sytuacje z telewizyjnego serialu, w których uczestniczył Kloss, wcale tak bardzo nie mijały się z prawdą. Jeszcze nie tak dawno śmiałem się z satysfakcją, zachwycony opowieścią Stefana – mój drugi szwagier również uwielbiał NRF – jak to rozpoznany w Jugosławii Stanisław Mikulski „dostał po ryju” za wyśmiewanie się z Niemców.

Do Zygmunta natomiast nie dochodziły żadne zewnętrzne impulsy. Trwał w wyimaginowanym przekonaniu sprzed półwiecza. W tym wypadku teza o ślepej miłości sprawdzała się w stu procentach.

W zasadzie powinienem mu współczuć. Po dramatycznej śmierci rodziców pozostał w Polsce sam. Gdy znalazł się więc w Niemczech, chciał uważać wszystkich ich obywateli za swoich bliskich. Im bardziej starał się o to, tym brutalniej zostawał odrzucany.
Nie dawał za wygraną. Uważał, że bezbłędna znajomość języka niemieckiego pozwoli jemu i całej rodzinie na szybką integrację. Nie zdawał sobie tylko sprawy, że tej perfekcji nigdy nie osiągnie.

Za wszelką cenę chciał wtopić się w społeczeństwo i zrzucić z siebie znamię obcokrajowca. Robił to niestety w sposób nachalny, nie dostrzegając, jak bardzo się poniżał.

Pewnego razu, w czasie Wielkanocy, znajoma urzędniczka z banku, słysząc życzenia papieża kierowane do Niemców, palnęła:
– Zygmunt! Nareszcie wiem, skąd masz ten akcent!
Mojemu szwagrowi opadła szczęka.

Wiedziałem, skąd brały się jego kompleksy. Spodziewał się powitania z fanfarami. Rodacy jednak nie otworzyli tak szeroko ramion, jak oczekiwał. Wraz z rodziną musiał znieść upokorzenie obozu dla uchodźców, pokornie wystawać z plikiem formularzy przed drzwiami urzędów, znosić poniżenie prosząc o pomoc socjalną, i wreszcie przełykać gorycz przy szukaniu pracy.

W końcu osiągnął pewną stabilizację. Uważał jednak, że jeżeli on, Niemiec, szedł taką ciernistą drogą, to tym bardziej my powinniśmy dostać ostrzej w kość.
Nie znosił mojego optymizmu i dyskusji o godności. Ze złością kończył temat:
– Bogaty to godny poważania!

Wszystko wiedział najlepiej. Wychodził z prostego założenia, że przedstawiciel tak wspaniałej rasy, w konfrontacji z jakimś tam bezrobotnym, w dodatku na „duldungu”, musi mieć rację.
Obiecywałem sobie tysiąc razy, że nie dam się sprowokować. Nie wytrzymywałem i dochodziło zawsze do awantury, ze słownictwem poniżej pasa.

Po każdym pobycie w Peiting mieliśmy moralnego kaca. Pomimo tego – jak uzależnieni – parliśmy do tych, niby bliskich, kontaktów. W rezultacie również Krysia miała dosyć sprzeczek i po pewnym czasie zaczęliśmy się spotykać tylko wtedy, kiedy Zygmunt dyżurował w szpitalu.

To, że „miłość jest ślepa”, dotyczyło również mojej siostry – tylko na innej płaszczyźnie.
Krysia, choć nie była egoistką, bardzo lubiła wygodne życie. W Polsce mogła sobie pozwolić na taki luksus dzięki instytucji babci. Gdy znalazła się w obcym świecie, ciężar odpowiedzialności przerósł jej siły.
Z kolei artystyczna dusza cierpiała katusze innego rodzaju. W kraju, w którym miała wieść szczęśliwe i beztroskie życie, pierwsze przykazanie brzmiało: „Ordnung muss sein”, a Krysia od dzieciństwa nie znosiła takich nakazów.

W pierwszym okresie po przyjeździe, znając bardzo słabo język niemiecki, odpuściła możliwość podjęcia pracy zawodowej. Pozostały więc jej trzy „K” – z wyraźnym podkreśleniem Kinder, czyli córek.
Zanim jednak przelała na nie całe uczucie, przeszła, niedługo po przyjeździe, załamanie psychiczne. Dopiero po latach przyznała się do tego najdramatyczniejszego okresu w swoim życiu.

Anielę i Helenę rozpuszczano w sposób bezprzykładny. Dziewczynki robiły, co chciały – jadły, na co miały ochotę, zajmowały się tym, co uważały za stosowne. Krysia pozwalała im na wszystko w imię źle pojętej matczynej miłości, natomiast Zygmunt robił to z premedytacją: widząc dookoła rozbrykane niemieckie dzieci, chciał oczywiście, aby jego córki nie pozostawały w tyle.

W związku z tym, w czasie spotkań rodzinnych, jeszcze jedna kwestia wywoływała napięcia. Małe smarkule, choć ładne i inteligentne, bez szacunku odnosiły się do wszystkich. Nas to dotyczyło w sposób szczególny. Ojciec zdołał im wpoić swoje przekonanie – „co niemieckie to najlepsze”. Inaczej mówiąc, otrzymały zielone światło, aby zarówno nas, jak i nasz język, pogardliwie lekceważyć.

Gdy dochodziło do takich sytuacji, reagowaliśmy wprost histerycznie. Wykazywaliśmy zapewne zbyt duże przewrażliwienie, zapominając o wyrozumiałości czy pobłażliwości? Nie wiem jednak, czy dzisiaj umiałbym zachować się inaczej. Głupota to coś, czego nie potrafię tolerować.


Wiosną ’83 huśtawka nastrojów osiągnęła maksimum.
Rozpoczęło się od telefonu Zosi: siostra zawiadamiała nas, że Irena wystąpiła do prokuratury z żądaniem ścigania mnie międzynarodowym listem gończym.
Cała rodzina utrzymywała w tajemnicy przed nią miejsce mojego pobytu. Listy, jakie pisałem do dzieci, adresowałem do Zosi i tylko ona mogła im je czytać.

Zosia w zasadzie zajmowała się wszystkimi sprawami. Na jej głowie pozostawiłem sądy, ubezpieczenia, alimenty i całą masę innych drobiazgów. Prowadziła księgowość i rozdział paczek żywnościowych.
Zachowanie mojej ex przekroczyło granice bezczelności.

Regularnie otrzymywała alimenty w wysokości 5400 złotych. Przy każdej okazji świąt, imienin czy urodzin Zosia dostarczała jej paczki. Ciocia Cesia często odwiedzała dzieci, nie przychodząc nigdy z pustymi rękami, chociaż największy dar stanowiło jej serce i troskliwość. Również moi rodzice pamiętali o swoich pierworodnych wnukach. W porównaniu z większością rodzin, którym w tamtym okresie powodziło się źle, Irena miała wszystko.

Pracowała zawodowo i – uwzględniając parę dodatkowych półetatów – otrzymywała wysokie pobory. Pomoc rodziny z jej strony była oczywistością.
Wyspecjalizowała się w wykorzystywaniu ludzi. Siostry zakonne, sąsiedzi, księża, wdzięczni pacjenci, oficjalna pomoc ze strony Caritasu – wszyscy wzruszali się. Zewsząd płynęło współczucie nad dramatycznym losem porzuconej kobiety z trójką dzieci.

Jej pazerność wykraczała poza granice przyzwoitości.
Nie potrafiliśmy sprostać tak wysokim żądaniom. Sprzedaliśmy na ten cel cały dorobek pozostawiony w Polsce: meble, sprzęt gospodarstwa domowego, radio, telewizor, magnetofony, automatyczną pralkę, sprzęt fotograficzny i filmowy.
Czego chciała więcej? Spodziewała się zapewne – tak jak większość rodaków – że skoro znalazłem się w NRF, to muszę mieć miliony.

Traktowanie jej przez całą rodzinę, a szczególnie męską część (wyjątek stanowił Zygmunt), dodatkowo doprowadzało nas do szału wściekłości.
Wszyscy jej współczuli, pomimo tego, że wylewała na nich spienioną żółć niezadowolenia, poniżała, używając ordynarnych słów, i obrażała.
Pewnego razu nazwała Zosię złodziejką okradającą dzieci – tylko dlatego, że przynosiła otwarte paczki.

Początkowo tłumaczyłem ten stosunek solidarnością tych, którzy pozostali.


Miałem pewne wyobrażenie, jakimi sposobami Irena podporządkowuje sobie facetów.
Po rozwodzie przestałem podchodzić do tego emocjonalnie.
Zawsze jednak denerwowałem się, jak ktoś z tych przekabaconych występował w jej obronie.

Mąż Zosi, Stefan, a szczególnie jego brat Karol, należeli do takich.
Karol, stomatolog, uchodził w Ligocie za tzw. dobrą partię.
Pomimo tego nie układały mu się jakoś kontakty damsko–męskie. Cała rodzina swatała go, on jednak nie umiał się zdecydować. Wyglądało, że kochał jedynie pracę zawodową.

Matka jego, kobieta twardo chodząca po ziemi, zainteresowała go Ireną. Przymiarki rozpoczęły się już w trakcie rozpadu naszego małżeństwa.
Irena szybko zorientowała się w sytuacji i w intensywny sposób rozpoczęła dbać o swoje zęby.
Parę posiedzeń w mini sukience na nowoczesnym fotelu stomatologicznym zrobiło swoje.
Karol nie ukrywał zachwytu, a dobre imię całej rodziny wymagało jednomyślności wszystkich jej członków.

W czasach, kiedy NSZZ „Solidarność“ umacniał swoją pozycję, Karol wyjechał do Niemiec. Jego uprzedzenie do nowego, a może strach przed utratą starego, odczytywałem w sposób jednoznaczny. W Niemczech bardzo szybko uzyskał obywatelstwo.
Stefan, choć oficjalnie nie mógł mu tego wybaczyć – jako że ich dziadek walczył w powstaniach o polskość Śląska – to jednak nie ukrywał zadowolenia z takiego obrotu rzeczy. Niedługo po tym utartą drogą podążył następny brat, Mateusz.

Karol, zaproszony przez Krysię i Zygmunta, przyjechał na parę dni urlopu do Peiting.
Mieszkał i pracował w Bonn. Obracał się, jak opowiadał, w kręgach elit rządzących. Bywał na przyjęciach w takich posiadłościach, że „Dallas wysiada”. Bufonadę jego potrafiłem przełknąć, gdy jednak wystąpił w obronie pokrzywdzonej Ireny, dostałem zaparcia.

Uważałem go – mimo wszystko – za inteligentnego faceta i nie przypuszczałem, aby miał zamiar mnie rozwścieczyć. Dlaczego więc dał mi do przeczytania list Stefana adresowany do niego? Przypuszczałem, że chciał się usprawiedliwić przed zaplanowanym krokiem. Postanowił ściągnąć Irenę do Niemiec.

Do takiego wniosku doszedłem później. Gdy jednak czytałem opowieść wyrażającą współczucie, solidarność, ubolewanie nad losem borykającej się z problemami biednej Ireny, krew mnie zalała. Mąż siostry, której pozostawiłem wszystkie sprawy, z najbardziej osobistymi, podsumowywał sprawozdanie retorycznym pytaniem: „Jak może, dlaczego nie ma sobie polepszyć?” – a dotyczyło to uzyskania w sposób urzędowy alimentów w markach niemieckich.
Potraktowałem to – najdelikatniej mówiąc – jako szczyt nielojalności.

Kiedy rodzice przyjechali na Wielkanoc, świąteczne spotkania zamieniły się w ostre starcia. Zarzuciłem ich pretensjami. Nie dostawałem logicznej odpowiedzi na podstawowy zarzut:
„Jeżeli wy nie potraficie, dlaczego nie wzięliście adwokata? Od dawna o to prosiłem!”
Najpierw bezradnie rozkładali ręce. Gdy naciskałem, tłumaczyli się starością i brakiem energii. Nie umieli znaleźć prawnika, który wystąpiłby w moim imieniu.
Podejrzewałem, że nie chcieli, a powodów mogłem się tylko domyślać.

Ojciec martwił się czymś innym:
„Gdybyś pracował, wszystkie sprawy mógłbyś bez problemu rozwiązać.
Jaka jest twoja pozycja w społeczeństwie?… Co dla niego robisz?…”
Przy okazji przypomniał, jaki to lekceważący stosunek do pracy miałem też dawniej. Aluzja dotyczyła mojego projektu z czasów studenckich; marzyłem o tym, aby emeryturę dostawać w młodości – to jest wtedy, kiedy się chce żyć, a nie ma się na to środków.

Alina nie kryła rozczarowania; z żalem musiała skorygować wyobrażenie o pozycji pierworodnego syna. Drogi rodzinne zaczęły się rozchodzić, a z nimi uczucia.
Wskutek nieporozumień i pomówień doszliśmy do banalnego wniosku: tylko na siebie możemy liczyć.


W niedługim czasie po wyjeździe rodziców dostałem urzędowe pismo ze starostwa w Schongau. Po pierwszym czytaniu zrozumiałem tylko tyle, że sprawa związana jest z Ireną. To wystarczyło, aby najczarniejsze myśli podpowiedziały resztę. Gdy, korzystając ze słowników, rozpocząłem tłumaczenie, diabeł przestał być taki straszny, aż w końcu okazał się niewiniątkiem.

Polski Czerwony Krzyż występował w imieniu Dr Ireny Phawros do Bundesverwaltungsamt o udostępnienie mojego adresu. Urzędnik starostwa, Herr Steiger, zwracał się z uprzejmym zapytaniem, czy zgadzam się, aby oni mogli przekazać PCK mój adres.
A więc cała sprawa nie miało nic wspólnego ani z prokuratorem, ani z listem gończym.
Z wolna następowało odprężenie i… radość. Radość, gdyż Irena nie mogła mnie dorwać, a jej macki – mimo wszystko – miały określony zasięg. Czułem się bezpiecznie.


Maj! Maksymalnie podekscytowany, przemierzałem wzrokiem żółtą płaszczyznę bawarskich łąk, nie zatrzymując go na bieli alpejskich szczytów. Już dwa lata górski horyzont ograniczał naszą wolność. Nareszcie koniec!
Wiadomość przyszła niespodziewanie. Z Urzędu dla obcokrajowców otrzymaliśmy zawiadomienie, że Fremdenpass czeka na odbiór. Dwa zdania suchego komunikatu, a radość przekroczyła wyobrażalne rozmiary.

Ponieważ tylko polski paszport Aliny stracił ważność, więc w sumie jedynie ona miała powód, by się cieszyć z nowego dokumentu. W praktyce nie miało to jednak żadnego znaczenia, bo tak czy tak mogliśmy jechać tam, gdzie się nam chciało.

Wakacyjne plany musieliśmy jednak dostosować do realiów życia. Z pewnych spraw mogliśmy zrezygnować, ograniczyć się w wielu dziedzinach, ale zużycie benzyny pozostawało stałe i kosztowne. Odległość w kilometrach stała się więc jedynym limitem. Inny, później, narzuciło życie.

W sumie nie mogliśmy narzekać na sytuację materialną. Dorabialiśmy wszędzie, gdzie się dało. Alina sprzątała regularnie w willach sąsiadek Krysi, które z czasem polecały ją innym. Ja, dzięki znajomościom Kazika, roznosiłem reklamówki w Peiting i Schongau, zachęcające do kupna świeżych jajek i drobiu. Raz uczestniczyłem nawet w wyładunku trzech ciężarówek kur.

Nie oszczędzaliśmy na jedzeniu (tylko mniej piliśmy w porównaniu z polską normą), wysyłaliśmy często paczki rodzinie i znajomym. Filmy do kamery i aparatu oraz dodatkowy sprzęt też nie stanowił problemu. Niemniej na wyjazd za granicę mogliśmy przeznaczyć jedynie 600 DM.

Rozstrzygnięcie zasadniczego pytania „dokąd?” nie nastręczało kłopotów. Wiadomo – tam, gdzie blisko, ciepło i wesoło! A więc do Włoch.

Trasa nie wymagała dyskusji: Schongau – Füssen – Innsbruck – Brenner – Bolzano – Verona – Mediolan – Genua – La Spezia – Pisa – Florencja – Werona – Innsbruck – Garmisch – Schongau.
Obliczenia wykazały łącznie 1800 kilometrów. Zatankowany po korek eskort i termos z kawą wystarczyły na start.

Już za Innsbruckiem zaczęło się święto. Słońce, jakby przeczuwając naszą włoską tęsknotę, grzało serdeczniej, a w dolinach powietrze miało słodki smak dojrzewających owoców.
Przekraczając Brenner, czuliśmy się jak dzieci, którym ktoś otworzył furtkę do zakazanego ogrodu. Świat nabrał koloru, zapachu i muzyki.

W Bolzano zatrzymaliśmy się na kawę. Na rynku, pod arkadami, starsi panowie w kapeluszach i lnianych marynarkach popijali espresso, a ich gesty miały w sobie coś z renesansowych fresków.
Włoski gwar mieszał się z zapachem kawy i wina, z ciepłem kamienia, który pamiętał Cesarstwo Rzymskie.
– Czujesz? – zapytała Alina, wdychając powietrze.
– Co?
– Wolność.
Nie odpowiedziałem. Włochy mówiły za nas.

Za Weroną wjechaliśmy na autostradę w stronę Mediolanu. Słońce zaczęło przypiekać na serio. Radiowe disco wypełniało wnętrze samochodu, a ja z dumą zerkałem na Alinę w dużych okularach i letnim kapeluszu. Złoty lakier „Alaski” mienił się jak wąż, a my płynęliśmy razem z innymi, szczęśliwymi i wolnymi.

Genua!
Miasto rozlane na zboczach, domy jak pastelowe pudełka, port pełen statków i zapachów. Zaparkowałem przy porcie, z którego odchodziły promy na Sardynię.
Zeszliśmy na nabrzeże. Pod nami szemrało morze.
– Dotknij – powiedziałem. – Teraz już naprawdę jesteśmy w Italii.
Zanurzyła palce w wodzie, po czym, uśmiechając się jak dziewczynka, powiedziała:
– Ciepła… jak wino.

Wieczorem zjedliśmy pierwsze w życiu spaghetti alle vongole. Wino z Ligurii sączyło się leniwie, a w powietrzu unosiła się muzyka. Włosi śmiali się, tańczyli, całowali – jakby życie nie znało granic.

Z Genui ruszyliśmy w stronę La Spezii. Droga wiła się serpentynami wzdłuż morza, a za każdym zakrętem otwierał się nowy pejzaż – coraz bardziej nierealny.
Portofino było jak sen: miasteczko wciśnięte między skały i turkusową zatokę, wąskie uliczki, maleńkie restauracje, w których kelnerzy mówili do ciebie jak do starego przyjaciela.

Usiedliśmy na nabrzeżu. Słońce powoli schodziło w morze, cienie wydłużały się, a powietrze pachniało lawendą i solą.
– Wiesz – powiedziała Alina – gdybyśmy tu zostali, wszystko mogłoby się zacząć od nowa.
– Wiem – odpowiedziałem. – Ale nawet tu, prędzej czy później, przyszedłby rachunek.
– Nie szkodzi. Wystarczy, że chwilę jest pięknie.

I rzeczywiście było.

Pojechaliśmy jeszcze do Pizy – zrobiliśmy zdjęcie pod krzywą wieżą, jak wszyscy turyści, i kupiliśmy miniaturową kopię z gipsu.
W Florencji przechadzaliśmy się po Ponte Vecchio, dotykając balustrady w miejscach, gdzie wygładziły ją miliony dłoni.
Nie było nas stać na muzeum Uffizi, ale widok Arno o zachodzie słońca wynagrodził wszystko.

Podczas powrotu pogoda zmieniła się nagle. Nad górami, jakby znikąd, zebrały się chmury, a po chwili rozpętała się burza.
Zatrzymaliśmy się w przydrożnej trattorii, z której okna widać było grzmiące niebo nad doliną. Właściciel, w białym fartuchu, podał nam talerz gorącego risotta i wino domowej roboty.
Burza dudniła coraz bliżej, ale w środku było ciepło i bezpiecznie.

– Wiesz – powiedziała Alina, patrząc w szybę, po której spływały krople – chyba po raz pierwszy niczego mi nie brakuje.
– To znaczy?
– Ani domu, ani planów, ani ludzi. Tylko ciebie i tej chwili.

Nie umiałem nic odpowiedzieć. W milczeniu dopiliśmy wino.

Następnego dnia, już po stronie austriackiej, krajobraz znów się zmienił. Ciche doliny, zielone hale, krowy z dzwonkami – jakby nic się nie wydarzyło.
A jednak coś się wydarzyło.
Zrozumieliśmy, że nawet jeśli nie mieliśmy domu w sensie geograficznym, to mieliśmy go w sobie – w tych chwilach, które łączyły nas przeciw światu.

Kiedy po długiej podróży dojechaliśmy do Murnau, nad jeziorem Staffelsee zapadł wieczór. Woda była gładka, a niebo miało kolor różowego wina.
Z parkingu rozciągał się widok na ośnieżone Alpy, a wiatr pachniał sianem.

Usiedliśmy na ławce.
– Wiesz – powiedziała cicho Alina – tu mogłabym zostać na zawsze.
– Ja też – odpowiedziałem. – Ale najpierw trzeba znowu zacząć od początku.

Milczeliśmy długo.
Gdzieś z oddali dobiegało dzwonienie krów i skrzypienie wioseł.
Zza horyzontu wychodził księżyc.

Lech – rzeka, od której zaczęło się nasze nowe życie – płynął gdzieś niedaleko, niosąc w stronę Dunaju to, co w nas zostało z Bawarii i z Polski.
A może i coś więcej – coś, co się nie kończy.


To był koniec włoskiej podróży, ale początek prawdziwego dojrzewania – między ludźmi, miejscami i wspomnieniami, które na dobre zaczęły układać się w opowieść.

Winobranie

Świeżość lipcowego ranka zapowiadała upał. Kanikuła trwała już trzeci tydzień. Pomimo tego, że dysponowaliśmy tylko paroma godzinami, namówiłem Alinę na wyjazd nad Forggensee. Nasze ulubione miejsce znajdowało się po przeciwnej stronie jeziora; autem nie dało się tam dojechać. Za przyjemność przebywania we względnej samotności płaciliśmy półgodzinnym spacerem.

Tym razem, z braku czasu, rozłożyliśmy się niedaleko parkingu. Nadbrzeżną łąkę pokrywał szczelny dywan koców, obklejonych dosadnymi kształtami roznegliżowanych wczasowiczek. Woda, zazwyczaj lodowata, na szczęście miała tak przyjemną temperaturę, że mogłem w niej siedzieć cały czas, nie musząc konfrontować zakodowanego obrazu ponętnych zaokrągleń z niemiecką rzeczywistością.

Minuty mijały szybko. Niechętnie ruszyłem do samochodu pozostawionego w pełnym słońcu. Śmiać mi się chciało z paradoksalnej sytuacji: w porze, gdy wszyscy marzyli o przebywaniu nad wodą, my wracaliśmy w „piekarniku” do miasta. Cóż zrobić – należało dostosować się do nakazu administracyjnego. Będąc całkowicie uzależnionymi od Urzędu Socjalnego, musieliśmy stawiać się na każde jego wezwanie. Chodziło zazwyczaj o banalne rzeczy, niemające wpływu na nic. Doskonale zdawałem sobie sprawę, że sprawdzano nas pod pretekstem jakiegoś tam „wyjaśnienia”. Terminy ustalano z dnia na dzień i dostarczano specjalną pocztą. Niezgłoszenie się mogło ograniczyć pomoc finansową.

Nasze twarze zdobiła świeża opalenizna. Krępowało nas sprawianie wrażenia beztroskich turystów, choć w zasadzie pokrywało się to z rzeczywistością. Nadmiar słońca korygowała więc pokorna mina. Wizyta w urzędzie trwała parę minut. Człowiekowi zza biurka podobało się nasze zachowanie; w sposób wyraźny, choć niebezpośredni, dał nam do zrozumienia, że wakacyjna postawa – w odróżnieniu od pracy „na czarno” – jest tolerowana.

Przyjazd rodziców nie wywołał takiego zaskoczenia jak za pierwszym razem. Oczekiwaliśmy ich i kolejnej partii rzeczy pozostawionych w Polsce. Albumy, zdjęcia, książki, nie mówiąc już o ciuchach, sprawiały nam nie tylko przyjemność. Poczuliśmy się dzięki nim pewniej – mieliśmy coś swojego, niewyżebranego w Urzędzie Socjalnym. Rodzice zamieszkali w Peiting. Krysia, ograniczona domem, dziećmi i mężem, nie mogła poświęcić im tyle czasu co my; na nas więc spoczął – nie tyle obowiązek, co przyjemność – organizowania wspólnych wycieczek.

W Augsburgu, po zwiedzeniu miasta, pojechaliśmy do pewnych ludzi z Polski. Rodzice znali ich z Nysy: kobieta pracowała jako pomoc w domu dyrektora szpitala, a jej mąż dorabiał malowaniem mieszkań. Wyjechali z kraju w tym samym czasie co my, ustawili się jednak inaczej. Nie tyle duże mieszkanie w ładnej dzielnicy określało dzielącą nas różnicę, co fakt, że obydwoje zostali zatrudnieni. O ich stabilizacji zadecydowało pochodzenie – w krótkim czasie, na podstawie papierów, stali się niemieckimi obywatelami.

Klaudia i Michał, przyjaciele rodziców z czasów kłodzkich, od paru lat przebywali w Niemczech. Znaliśmy się bardzo dobrze. Po zdaniu matury – podobnie jak z Jankami – przeszedłem z nimi na ty. Liczne spotkania i wspólne wycieczki pogłębiły naszą zażyłość. Nastrój ostatnich czasów ograniczył towarzyskie kontakty. Kończyły się lata wystawnych przyjęć, beztroskich biesiad, kącików brydżowych. Rodzice chcieli koniecznie spotkać się z Michasiami. Po rozmowie telefonicznej powstała przyjemna atmosfera – nasi przyjaciele przyjęli zaproszenie i postanowili przyjechać.

Na krótki czas ich odwiedzin powrócił nastrój dawniej niedocenianych, beztroskich dni. Spotkaliśmy się jednak w nowej rzeczywistości. Choć pozostała bliskość i zażyłość, poczułem jednak inność; zabrakło może otwartości. Mimo wszystko czas mijał sympatycznie. Michał ostatnio pracował w Edenkoben, w prywatnej klinice geriatrycznej. Opowiadał o niesamowitych metodach odmładzania przy stosowaniu jąder byków. Łącznie z Klaudią poddał się tej kuracji. Wyglądali faktycznie wyśmienicie.

Do szerokiego grona jego znajomych poznanych w Niemczech należał winiarz z St. Martin. Zorientowawszy się w naszej sytuacji, bez ceregieli obiecał załatwienie u niego fuchy w czasie winobrania. Alinę nie zachwyciła ta propozycja; bała się bez pozwolenia wyjechać z Bawarii. Ja nie miałem takich zahamowań; przeciwnie – bardzo chciałem gdzieś się wyrwać, poznać coś nowego i jeszcze zarobić parę groszy. Nie całkiem jednak wierzyłem w możliwość zrealizowania planów.

Michał zadzwonił gdzieś pod koniec września. Mile nas zaskoczył: wszystko zostało przygotowane, oczekiwano naszego przyjazdu. Wybierając się w pierwszą dłuższą podróż, odczuwałem niepewność związaną z autem. Przed wyjazdem eksperymentowałem z motorem i – prawdę powiedziawszy – nie przetestowałem go należycie.

Niedługo po kupieniu samochodu, szukając na złomowisku zimowych opon, natknąłem się na rozbitego Eskorta. Zadowolony, ściągnąłem dobre koła. Zorientowałem się jednak, że te części, które nie brały udziału w wypadku, znajdowały się w idealnym stanie. Miałem ochotę wymontować wszystko. Właściciel Schrottplatz zgodził się za 30 DM odstąpić silnik. Serce samochodu za taką cenę! – takiej okazji nie mogłem odpuścić. Motor miał o 200 cm³ większą pojemność od mojego – nic więc nie stało na przeszkodzie, bym jeździł mocniejszym i szybszym autem. Nie miałem jednak odwagi wymieniać całego silnika. Zdecydowałem się w pierwszej kolejności na zamianę głowicy z gaźnikiem. Efekt „podrasowania” przerósł oczekiwania. Nie wiedziałem tylko, jakie zużycie benzyny pociągnie ta przeróbka.

W drodze do St. Martin tankowałem co sto kilometrów i obliczałem. Po dwóch próbach wynik okazał się zadowalający – około dziewięciu litrów na setkę. Mogłem więc bez przeszkód delektować się tętniącą życiem autostradą. Alinę ruch przerażał. Nie mogła doczekać się końca drogi. Poza tym dręczyła ją niepewność, jak nas przywitają i jakie warunki zastaniemy na miejscu.

Żyjąc w Bawarii przyzwyczailiśmy się do łąk pachnących gnojówką. W Palatynacie – co innego: nasze nosy zaczęły chłonąć woń sfermentowanego wina. Na otwartej przestrzeni czuliśmy się egzotycznie, we wsiach i miasteczkach intensywność zapachu zmuszała do zakręcania szyb. Wraz z zapachem zmienił się krajobraz. Prostokąty pól, poprzecinane równymi liniami winorośli, szczelnie pokrywały łagodne pagórki. Lekkie podmuchy wiatru leniwie poruszały nagrzanym powietrzem. Dojrzałe kiście winogron wywoływały intensywne przełykanie śliny.

W St. Martin przywitano nas rodzinnie. Herr Rüffel, pogodny gospodarz, wyglądem i zachowaniem przypominający raczej Francuza, oprowadził nas po swojej posiadłości. Wszystko nas interesowało, największe zainteresowanie wzbudziły jednak piwnice. Pokój, w którym mieliśmy zamieszkać, nie przypominał hotelowego – ale też nie na to liczyliśmy. Nie przywiązywaliśmy najmniejszej wagi do tego, że na przykład łóżka skrzypiały, a łazienka znajdowała się na końcu korytarza. Wszędzie dbano o czystość i panował wzorowy porządek.

Dzień zaczynał się o świcie wspólnym śniadaniem. Do stołu zasiadał gospodarz z gospodynią, ich trzej synowie z żonami, babcia seniorka i my. Kawa, świeże pieczywo, sery, wędliny – należało najeść się do syta. Transport do winnicy odbywał się ciężarowym Fiatem pokrytym plandeką. Siedzieliśmy na drewnianych ławkach ustawionych po bokach skrzyni, oparci o długi stół. Wraz z nami jechało parę miejscowych kobiet, tradycyjnie od wielu lat pomagających przy winobraniu.

Praca tylko na pierwszy rzut oka mogła się wydawać łatwa. Każdy z nas otrzymał plastikowy Kübel (kubeł) i sekator. Nic prostszego, jak obcinać kiście winogron i wrzucać je do wiadra. Ustawieni parami w jednym rzędzie, posuwaliśmy się za małym traktorem ciągnącym przyczepy. Ranna rosa pokrywająca liście winorośli moczyła ubranie; po pewnym czasie z zimna drętwiały palce. Pierwszy raz, w czasie jazdy do winnicy, obserwując kobiety z naciągniętymi zarękawkami – wyglądające jak przedwojenne urzędniczki – wymieniałem z Aliną ironiczne spojrzenia. Teraz zazdrościliśmy im.

Ciszę szczękających sekatorów przerywał monotonny okrzyk: „Kübel… Trauben…”. Na to hasło kierowca traktora, zazwyczaj syn gospodarza, stawiał przed wołającym puste wiadro; wypełnione winogronami odnosił do przyczepy. Kobiety dużo sprawniej radziły sobie z błyskawicznym znajdywaniem miejsca cięcia. Ambicja nie pozwalała mi pozostać w tyle. Pracując na pełnych obrotach, o mało nie złapałem za palec sąsiadki. Ostudziło to moje zapędy. Nie chciałem doprowadzić do rozlewu niemieckiej krwi. Przy każdej nadarzającej się okazji wykorzystywałem więc okrzyk „Trauben” i sam odnosiłem pełne wiadra.

Czas przerwy obiadowej był najwspanialszą niespodzianką. Plandeka bocznych ścian skrzyni ciężarówki wędrowała w górę. Do stołu zastawionego wędlinami, świeżym pieczywem i winem zasiadała wygłodniała gromada. Jeść i pić mogliśmy bez ograniczeń. Dookoła rozpościerał się urzekający spokojem widok pagórków, szumiących liśćmi winorośli. Z błękitnego nieba dochodził świergot ptaków. Mijało zmęczenie, a wino podsycało przekonanie, że nie ma wspanialszego miejsca pod słońcem.

W czasie krótkiej sjesty ziemia pachniała wrześniową dojrzałością, a w uszach wciąż dźwięczały okrzyki: „Trauben… Kübel… Kübel… Trauben…”. Wieczorem, po odświeżeniu się pod prysznicem, zasiadaliśmy wspólnie z całą rodziną gospodarzy do kolacji. Wszyscy w spokoju delektowali się końcem dnia. Pan Rüffel – poza fachową wiedzą z dziedziny winiarstwa – posiadał dar gawędziarski. Do późnych godzin nocnych słuchaliśmy jego anegdot. Młode wino z cebulowym plackiem albo ze smażonymi kasztanami miało niepowtarzalny smak. Po zrównoważonych – ze względu na piszczące sprężyny – niemniej namiętnych pieszczotach ogarniał nas kamienny sen.

Długie spacery w sobotnio-niedzielne, wolne od pracy dni – wśród winnic, lasów i pagórków wypełnionych jedynie dźwiękami przyrody – oszałamiały spokojem. Ciszę rozległych łąk Bawarii rozładowywały chociaż dzwonki pasących się krów; natomiast w Palatynacie tylko bujna wyobraźnia mogła wytworzyć odgłos dojrzewających winogron.

Pierwszy raz koniec lata nie nastrajał mnie nostalgicznie. Gdy dłonie lepiły się od słodkiego soku ciężkich kiści, a wino gasiło pragnienie, trudno było myśleć o pomidorach. Pięć marek za roboczogodzinę też robiło swoje. W dowód radosnego samopoczucia Alina dostała wisiorek na złotym łańcuszku – małego byka, jej znak zodiaku. Ja chciałem coś droższego: maszynę do szycia. Ten luksusowy zakup postanowiliśmy załatwić po powrocie do Schongau.

Pomimo że gospodarz hojnie obdarował nas na pożegnanie skrzynką dobrego wina, zdecydowaliśmy przeznaczyć znaczną część zarobionych pieniędzy na jeszcze większy zapas tego boskiego napoju. Takiej niepowtarzalnej okazji, dotyczącej ceny i jakości, nie należało zmarnować. Eskorcik, obciążony dziesiątkami butelek, ostrożnie zmierzał w stronę domu. Bałem się tylko policyjnej kontroli. Nie miałem pojęcia, jak mógłbym rozproszyć niejasności przedstawiciela władzy, zadającego pytanie: dlaczego niepracujący obywatel, znajdujący się nielegalnie poza obszarem Bawarii, a będący na zasiłku socjalnym, ma samochód załadowany po brzegi kartonami z winem? Do takiej konfrontacji nie doszło, a napój z flaszek zaopatrzonych etykietkami winiarni Herr Rüffel długie miesiące cieszył nasze gardła.

Cieszyły nas również zarobione pieniądze: Alina dostała parę ciuchów, kilka gospodarczych drobiazgów wzbogaciło kuchnię, a w torbie fotograficznej – w otoczeniu szerokiej gamy slajdów Fuji – spoczął nowy obiektyw. Sklepowe szaleństwo ukoronowaliśmy kupnem elektrycznej maszyny do szycia. Lubiłem od dawna coś tworzyć – i to nie tylko dla własnych potrzeb.

O naszym nielegalnym pobycie na winobraniu wiedziała tylko Krysia. Obawialiśmy się, by informacja o wyjeździe z Bawarii nie przeciekła do urzędu. Z tego też powodu nie mogliśmy się chwalić nowymi rzeczami. Podpadlibyśmy znajomym od razu – i to z dwóch powodów: za konspiracyjne poczynania i z zazdrości. Wszyscy znajdowaliśmy się w mizernej sytuacji finansowej; nietaktem byłoby więc „szastanie” markami wtedy, gdy na przykład podczas spaceru towarzystwo zbierało w lesie puste butelki po piwie, by później oddać je za 15 fenigów sztuka.

Apetyt rośnie w miarę jedzenia – zapragnęliśmy większego mieszkania. Kawalerka z niszą kuchenną stawała się za ciasna. Teoretycznie rozważając sprawę, doszliśmy do przekonania, że skoro Urząd Socjalny płacił za nas czynsz, powinien także płacić w przypadku lokalu większego – odpowiadającego potrzebom dwuosobowej rodziny.

Policja w Schongau korzystała często z usług Kazika. Gdy obcokrajowcy balansowali na granicy prawa, nasz znajomy występował w charakterze tłumacza. Wskutek tego poznał przepisy i rozmaite urzędowe kruczki. I właśnie dzięki niemu dowiedzieliśmy się, jak teorię przekształcić w czyn. Sprawa wyglądała dość prosto: należało złożyć podanie w urzędzie zajmującym się rozdziałem mieszkań socjalnych (prosto – o ile się wiedziało, gdzie jest taki urząd i że w ogóle istnieje).

Jak zwykle pełni obaw, z duszą na ramieniu, stanęliśmy przed obliczem urzędnika. Sympatyczne spojrzenie wysokiego brodacza wywołało nasze zaskoczenie. Pierwszy raz w instytucji publicznej potraktowano nas nie jak cudzoziemców, lecz jak zwyczajnych petentów. Po wypełnieniu krótkich formularzy zostaliśmy umieszczeni na liście oczekujących. Uprzejmy brodacz, przeglądając papiery dotyczące naszej sytuacji materialnej, ze zdziwieniem spytał, dlaczego nie wystąpiłem do Urzędu Finansowego o zwrot podatku. Znowu pierwszy raz ktoś zza biurka chciał nam pomóc. Z ilu to możliwości nie skorzystałem, nie wiedząc, że mi się należą?

Największą niespodzianką okazał się termin oczekiwania. Budynek, w którym mieliśmy dostać mieszkanie, znajdował się w trakcie budowy; jej zakończenie wyznaczono na połowę przyszłego roku.

Lach przy Lechu

Dręczące marzenie posiadania zachodnioeuropejskiego samochodu stawało się nie do wytrzymania. Zderzenie szarości z ulicą pełną kolorowych aut skutecznie blokowało logiczne myślenie. Na maluszka – który mimo konkurencji spisywał się bez zarzutu i którym mógłbym jeździć jeszcze długo (Zosia bez problemu przedłużała ubezpieczenie w Warcie) – zapadł więc wyrok: sprzedajemy. Szybko okazało się jednak, że cudzy Zachód ma własne kaprysy. W warsztatach i u handlarzy wzbudzałem zainteresowanie, lecz nikt nie chciał kupić auta na polskich numerach. Najpierw – niemiecka rejestracja.

W urzędzie celnym dostałem zaświadczenie o przywozie i zwolnienie z opłat. Do przeglądu musiałem zdemontować hak holowniczy bez atestu. W końcu przeszedłem pomyślnie „specjalną kontrolę” dla aut z zagranicy – niemiecka punktualność i polska cierpliwość spotkały się tym razem w połowie drogi. Przy okazji wyrobiłem też niemieckie prawo jazdy: na polskim można jeździć tylko rok, a ja najwyraźniej planowałem dłużej niż chwilę.

Szukając wymarzonego pojazdu obejrzeliśmy wszystkie „okazje” w Schongau i okolicy. Spośród szalonego wyboru zdecydowaliśmy – prawdę mówiąc, Alina zdecydowała – na sześcioletniego forda eskorta. Lakier metalik o egzotycznej nazwie „złoto Alaski” cieszył oczy, a równomierna praca silnika – uszy. Nie obyło się bez chwili grozy: podczas próbnej jazdy, po mocniejszym depnięciu, pękł wężyk hamulcowy. Do warsztatu wróciłem „na sucho”, ale awarię usunięto natychmiast i nawet przeproszono – cywilizacja.

Ford kosztował 3400 DM, więc pozostało wycenić fiacika. Właściciel warsztatu trzymał się rocznika, ja – nowej karoserii. Po krótkim targu dopłaciłem 400 DM. Radość z posiadania „samochodu roku 1975” otwierała nowy, szczęśliwszy rozdział emigracyjnego życia – przynajmniej w teorii.

Zimowa Bawaria dostarczała nowych doznań. Zachwyt nad puchatą bielą zawieszoną na gałęziach drzew, nad rozmytymi sylwetkami alpejskich szczytów uwieczniałem na zdjęciach i slajdach. Filmy 2×8 mm kosztowały sporo, ale czego się nie robi dla udokumentowania: Alina tańczy w śnieżnych koleinach, a rozszczepione promienie słońca pryzmatami Cokina podkręcają romantyzm. Błękit nieba polaryzatorem potrafi być jeszcze bardziej błękitny – kto bogatemu zabroni.

Nauczyciel niemieckiego skontaktował mnie ze swoim kolegą partyjnym – właścicielem biura konstrukcyjnego. Herr Grasberger wyglądał na człowieka interesu i wykazywał zrozumienie dla moich braków językowych. Wyjaśnił, że etatu konstruktora zaproponować nie może: nawet niemieccy inżynierowie po studiach zaczynają od „niższych szczebli”. Zgodziłem się na ucznia z obietnicą pełnego etatu po kilku miesiącach praktyki. Warunki – ośmiogodzinny, „płynny” czas pracy i 420 DM „na rękę, bez podatku” – przyjąłem niemal z pocałowaniem ręki. Kilkaset marek ponad socjalne wsparcie nie chodzi piechotą, a perspektywa zaczepienia się w zawodzie oszałamiała.

Życie znów nabierało rytmu: rano do pracy, punktualny obiad, wieczorem relacja z dnia. Biuro nie miało wiele wspólnego z tym, co znałem w Polsce: administracja na parterze domku jednorodzinnego, pracownia w piwnicy – trzy stare deski kreślarskie, parę antyczno-ludowych stolików, w komórce kopiarka z obcinarką. Brak okien rekompensowały jarzeniówki – migotliwe, lecz konsekwentne. Specjalizowali się w stali. Rysunki wykonywało się wyłącznie ołówkiem. Sposób wymiarowania wydawał mi się… nieszkolny. Postanowiłem robić „po naszemu”. Szef okazał zniecierpliwienie: „Tak się tu nie robi”. Wkrótce zrozumiałem dlaczego.

Po tygodniu pojechaliśmy do Ingolstadt. Dla fabryki Audi projektowano nową halę. Automatyczne spawanie, sterowane komputerami – tu każdy milimetr musiał być podany jak dla maszyny, nie dla dyskutanta. Logika przemysłu wygrywała z logiką wykładu.

Herr Grasberger pasjonował się lataniem. W pracowni piętrzyły się czasopisma lotnicze. Chwalił się licencją pilota, a z opowieści o służbie wojskowej przebijał dreszczyk dawnych nocnych przelotów „nisko, ale skutecznie” nad ZSRR. Zaproszenie na przelot prywatną cessną wzięliśmy więc jak los na loterii.

Nigdy wcześniej nie leciałem. Gdy koła oderwały się od pasa, poczułem zaskakującą lekkość. Ryk silnika ustąpił równemu mruczeniu, a delikatne kołysanie podsunęło złudzenie wolnego ptaka. W zagłębieniach terenu broniły się resztki śniegu, zabawkowe autka mozolnie pełzły po nieskończonej pajęczynie dróg. Mały człowieczek – szara kropka – zmierzał do celu. Jakiego? Nawet z lotu ptaka nie było widać.

Jako pierwszy z naszej polonijnej paczki zacząłem pracę. Mniej czasu na spotkania, za to jaką przyszłość – wszyscy zazdrościli. Dwa małżeństwa azylantów hołdujące tradycji „polskiej integracji przy butelce” dostały mieszkania i zniknęły z kursu. Nikt, łącznie z nauczycielem, nie rozpaczał – zrobiło się luźniej i poważniej.

„Nowa żona starego emigranta”, Ola, przyszła raz z mężem. Kazik Szpurowski – roczne dziecko wywiezione z matką na roboty – dzieciństwo miał ciężkie jak żeliwo. Mówił biegle po bawarsku, po polsku – twardo i po swojemu. Ta mieszanka i wschodnia gościnność dawały swojskość bez dekoracji. Zaprosili nas w karnawałową sobotę do Rottenbuch. Knajpka znana wtajemniczonym, muzyka ludowa, cymbały, czerwone wino, tańce z podmianą partnerek – aż tu nagle zgrzyt: orkiestra uderzyła w czastuszki.

Usiadłem tyłem do sceny. Chciałem wstać i wygłosić płomienne, Kazik mnie powstrzymał:
– Mnie tu znają. Nie rób wstyda.
– To oni robią wstyd.
– Daj spokój.
– Słyszą, że jesteśmy Polakami! Wiedzą, że u nas stan wojenny?
– Wiedzą.
– To niech przestaną grać rosyjskie kawałki!
– Ludzie chcą się bawić. Tu tak nie myślą.
– Ty, Kazik, może ty kochasz bolszewików?
– No… nie wiem.
– Czego nie wiesz? Załatwiliby nas jak Czechów.
– Może. Ale orkiestry się nie czepiaj.
– To prowokacja grać, gdy ludzie przez nich giną i siedzą!

Bawaria miała też swój teatr uliczny: „dni skarbów”. Cała polonia znała harmonogram, kiedy Niemcy wystawiają stare rzeczy. Od południa zaczynało się polowanie. Krążyliśmy autami w żółwim tempie, a atak – dopiero po zmroku, bo wstyd lepiej znosi półcień. Zasada prosta: kto pierwszy, ten lepszy. Konkurencję robiły przyczepy zawodowców. Nas interesowało wszystko – wszystko mogło się przydać. Jedni wystawiający byli wzruszająco pedantyczni: starannie zapakowany globus z kartką „Skorowidz obok” budził wiarę w człowieka. Inni – zazdrośni: pocięta tapicerka kompletu najlepiej świadczyła o charakterze „psa ogrodnika”. Pomagali w tym niestety nasi: podkradanie „upatrzonych” rzeczy i awantury nie zwiększały sympatii tubylców.

Zbierałem ile wlezie, lecz piwnica pęczniała. W pokoju musiało zostać trochę miejsca po wstawieniu kozetki i telewizora. Z ilości trzeba było przejść w jakość. Czerniawscy mieli lepiej: właścicielka oddała im suterenę, gdzie stworzyli magazyn-warsztat. Rowerów – armia, pralki, lodówki, odkurzacze, radia, magnetofony, narty, meble – wszystko naprawiali. O skali przekonali się dopiero przed wyprowadzką, gdy na ulicę wynieśli „pozostałości” i na pół dnia zakorkowali dzielnicę.

Mijały trzy miesiące pracy, a Herr Grasberger jakby zapomniał o obietnicy. Rosła niecierpliwość. Odczekałem jeszcze dwa tygodnie i zacząłem rozmowę. Szef zaczął wspominać „pracochłonność poprawek” – których dotąd nie sygnalizował – i „barierę językową”, nagłą jak marcowy śnieg. Podejrzewałem od początku, że byłem atrakcyjny głównie jako tania siła robocza, lecz sumiennie robiłem swoje: może uczciwość przeważy. Przeważyła ekonomia.

Zapytałem wprost, na jakich warunkach opłaca mu się mnie zatrudnić. Nazajutrz padła odpowiedź: 1800 DM od 1 maja. Zgodziłem się. Skoro mogłem tłuc asfalt, to i karierę kreślarza zaczynać potrafiłem.

Wszystko wyglądało na normalizację. Szef zadowolony, ja pracowity, szefowa uśmiechnięta – kawa w przerwie smakowała jak zgoda społeczna. Tygodniowy urlop szefostwa (Włochy, a jakże) wykorzystałem na fotografowanie: żółte połacie mleczy po horyzont tworzyły dywan nadziei – trochę sztuczny, ale miękki.

Zaproszenie z Urzędu Socjalnego na „wyjaśnienia” w sprawie mojego stażu wziąłem za formalność. Znów zaskoczenie: urząd żądał zwrotu pieniędzy zarobionych ponad minimum socjalne. Zwolnienie z podatku nie znaczyło „wolne od limitu”. Mogłem oddawać w ratach – kraj porządku lubi porządek.

Paszport Aliny wygasł w marcu. Duldung mieliśmy, ale poza Bawarię ruszać się nie wolno. Złożyłem wniosek o Fremdenpass. W uzasadnieniu dopisałem, że nie chcemy mieć nic wspólnego z reżimem generała Jaruzelskiego. Poprosiłem Herr Grasbergera o korektę brudnopisu – z życzliwością skreślił wszystkie polityczne akcenty. „Niewskazane”. Posłuchałem – lokalna mądrość ludowa.

Frau Zorn przyjęła podanie uprzejmie i zastrzegła, że „to potrwa”.

Zbliżał się 1 czerwca. Z niecierpliwością czekałem na wypłatę. Minął dzień – cisza. Poprosiłem grzecznie o „forsę”. Szef, równie pogodny co zwykle, podał kopertę. Pofrunąłem na rowerze do domu.

– Dlaczego tak mało? – Alina przeliczyła dwa razy.
– Żartujesz. W Polsce to fortuna.
– Miałeś dostać 1800.
– Ile jest?
– Trzynaście z groszami.

Krew mnie zalała. Wróciłem, pedałując szybko jak do pożaru. Szef wygłosił wykład o wysokich kosztach zatrudnienia. Gdyby odliczyć urlop, „wyszłoby na jedno”. Pytanie, czemu nie uprzedził – utonęło w słowach bez znaczenia. Poczułem cios poniżej pasa. Zamiast trzasnąć drzwiami, złożyłem dumną rezygnację i wyszedłem z podniesioną głową. Uczciwość niemiecka okazała się równie zróżnicowana jak bawarski dialekt.

W domu czekała niespodzianka: nowy, kolorowy telewizor – prezent Aliny „na pierwszą pensję”. Za poradą Jurka i Mariana pojechała z nimi po superokazję aż do Weilheim. Cóż, życie w nowych warunkach musiało toczyć się dalej; włosów rwał nie będę – jeszcze były.

W tyrolskich Alpach, gdzieś na dwóch tysiącach, tryskają źródła rzeki. Lodowata woda, po drodze okiełznana zaporami, dociera do Schongau. Nazwa „Lech” – przyjemnie słowiańska – każdorazowo poprawiała nastrój. Dolina zachwycała: wysokie skarpy, fantazyjne zakola, groźne przełomy, rozśpiewane ptasie wysepki, tafle zalewów poprzecinane białymi żaglami i niby mimo wszystko – spokój. Spacery uspokajały. Nie bolała wtedy szybka z wystawy oddzielająca nas od „tej rzeczy”. Nie denerwowały przepisy ani bezradność w urzędach. To nie była ucieczka – raczej sposób, by dać się obdarować tym, co przyroda rozdaje po równo.

Z czasem zapragnęliśmy wody „od strony wody”. Wynajęcie jachtu odpadało: raz, z Krysią i Zygmuntem, wypłynęliśmy kabinówką po Ammersee – 70 DM. Innego dnia wiosłowaliśmy rybacką łódką po Tegernsee wśród monachijskiej śmietanki. Za mało. Letnie upały prowokowały do częstych wypadów, a samo opalanie nużyło. Decyzja: kupujemy ponton.

Stomilowe ideały okazały się tutaj luksusem. „Zwykłe” gumowe kosztowały ponad tysiąc marek. Plastikowe, krzykliwie kolorowe – mieściły się w naszych możliwościach. Nie zawsze, co ładne, to dobre – ale zawsze, co w zasięgu, to nasze.

Granatowo-pomarańczowa łódź, niby na dwie osoby i dziecko, unosiła szczęśliwą parę. Na wodzie rozpływały się ośnieżone szczyty, lekki wiatr roznosił zapach kremu, z brzegu dochodził gwar. Zupełny high-life. Niestety – po tamtej stronie gór leżała Italia, ledwie dwie godziny jazdy. I co z tego, skoro my – w Bawarii, bo Duldung. Rzesza urlopowiczów wydawała grube pieniądze na zamki i muzea, my wśród nich. „Powinieneś być szczęśliwy” – mówił rozsądek. Słuchałem, ale jakoś nie wpadało w ucho.

Częste wizyty u Frau Zorn ostatecznie nas uziemiły: paszportów prędko nie będzie, na pewno nie w tym roku. Skoro tak, należy wziąć Bawarię w pełni.

Lech między Dessau a Schongau kusi nie tylko z wysokiego brzegu. Często widzieliśmy spływy kajakowe. Dlaczego nie my? Alina bała się głębokiej wody, ale dała się namówić. Skłębiony nurt spod zapory wyglądał niewinnie. Rzeka po minięciu przeszkody zaczynała nowe życie. Drżenie pontonu pod stopami mówiło więcej niż przewodnik. Po paru setkach metrów pluskot przerodził się w szum. Przed zakolem – wysepka. Z prawej rwący nurt i wystające głazy, z lewej głębiej, za to gałęzie. Wybrałem ryzyko rozdarcia. Prąd porwał, odbiło nas, zaczęło kręcić. Pod tyłkiem czułem kamienie, wiosłem mijałem co większe. Przełom minęliśmy. Podłoga cała, ale Alina – blada, z palcami zaciśniętymi na drzewcu – bez głosu.

Dobiłem do kamienistej wysepki. Dopiero na brzegu wydobył się krzyk:
– Nigdy więcej do tego cholernego pontonu!
Usiadła, schowała głowę między kolana i szlochała. Otaczała nas z jednej strony skarpa, z drugiej głębina. Musieliśmy płynąć dalej. „Najgorsze za nami” nie przekonało jej, dopiero potwierdzenie od grupy kajakarzy. Reszta spływu przebiegła spokojnie. Tyle że ponton do końca sezonu już nie wypłynął – piwnica przyjęła go jak starego znajomego.

A my uczyliśmy się dalej: obywatelstwa codzienności, gramatyki przetrwania i delikatnej sztuki ironii – tej, która pozwala przełknąć to, czego zmienić się nie da.

Azylanci

Gdy pogoda psuła wycieczkowe plany, jechaliśmy do V-Marktu. Samoobsługowa kraina obfitości: człowiek mógł chodzić godzinami i wciąż mieć wrażenie, że niczego jeszcze nie widział. Po zakupach spożywczych rozdzielaliśmy się: Alinę wciągały kosmetyki, mnie – narzędzia, wiertła, frezy. Olbrzymie możliwości, wszystko dostępne, aż się chciało naprawiać nawet to, co działa.

Przy stoisku Boscha usłyszałem podekscytowane głosy rodaków. Obmacywali najnowsze wiertarki z nabożnym skupieniem. Zachwycali się tak, że nie miałem odwagi podejść – trudno przeszkadzać komuś na prywatnym nabożeństwie.

Przy wyjściu Alina kiwnęła głową w stronę żywo gestykulującej grupy.
– To Polacy. Zaczepiłam ich.
– Widziałem przy boschowskich cackach. Podniecenie jak na defiladzie.
– Też mieszkają w Schongau. Dali adres.
– Nowi?
– Widać. I mili.

Wieczorem poszliśmy. Drzwi wejściowe stały otworem, polifonia rozmów niosła się z góry. Zapukałem do pierwszych drzwi: stół, półlitrówka, paluszki, wesołe towarzystwo.
– Szukamy… małżeństwa z dziewczynką.
– Same małżeństwa. Z dziewczynką – obok.
Do trzech razy sztuka – w końcu trafiliśmy.

– Cześć! Niełatwo was tu namierzyć.
– Cześć, cześć!
– Sporo rodaków.
– Trochę za dużo. Tu się nie „gada”, tu się baluje do nocy. Dzieci nie śpią.

Dwaj bracia, Marian i Jurek Czerniawscy – drukarze z Warszawy – przyjechali autami przez Wiedeń. O szczegółach podróży mówili ostrożnie. Wystąpili o azyl, chcieli zostać. Łączyło nas przynajmniej jedno: niemiecki w wersji „podstawy w opracowaniu”. I właśnie to nas zbliżyło – nie kompleksy, tylko wspólna nauka.

Kurs niemieckiego zorganizował się niemal sam. Prowadził go nauczyciel ze szkoły zawodowej – z zapałem i społecznie. Jego bezinteresowność udzielała się nam. Spotykaliśmy się dwa razy w tygodniu, wieczorami. Z lekcji na lekcję coraz pewniej składaliśmy pierwsze zdania, które Niemcy rozumieli bez domyślania się w trzech krokach.

Grupa rosła: murarz, spawacz, małżeństwo lekarzy, mechanik, lakiernik, „nowa żona starego emigranta”, nawet zgrabna dziewczyna, która szczęścia szukała najpierw we Włoszech jako modelka. Z Czerniawskimi szybko złapaliśmy kontakt – fotografia nas połączyła. Marian i Jurek mieli oko i, z racji zawodu, sporo do powiedzenia o kolorze. Jurek rysował, uwielbiał jeździć, majsterkować. Dzięki nim poznałem Władzię, żywiołową kierowniczkę Photo Porst w Weilheim – mówiła po polsku z lekkim ukraińskim akcentem i obiecała pomoc w urzędach. Skorzystałem szybciej niż planowałem. A przy okazji wymieniłem „Zenita” na używaną „Yashicę” (dopłata 50 DM – bolesna, ale uzasadniona).

Z drżeniem rąk otwierałem list z Johannesburga. Decyzji o przeprowadzce jeszcze nie podjąłem, ale i odmowy się nie spodziewałem.
Grzeczne pismo: inżynierów mojej specjalizacji RPA nie potrzebuje.
Staszek z Port Elizabeth zadzwonił po dwóch tygodniach. Z prezesem miejscowej Polonii ustalił to, czego nie napisano: „solidarnościowcy” nie są mile widziani. Po jego komentarzu – „rozrabiaków nie chcą” – zrobiło się jasne, że porządek białych ludzi nie lubi drgań.

Z Belgii przyszła odpowiedź przez Zosię: pobyt zależy od zezwolenia na pracę, a zezwolenie – od znalezienia pracodawcy, który podpisze umowę. Uwaga końcowa III Sekretarza: „rynek pracy jest mocno nasycony, możliwości imigracji znikome”. Uprzejmie, elegancko i bez złudzeń.

Miasto stroiło się do świąt: gwiezdne łuny, aromat grzanego wina, pakunki jak z bajki. Czy ktoś z tego tłumu mógł nas pocieszyć? Nie miałem gdzie schować rozczarowania. Myślałem, że to już dno. Nie – przyszło 13 grudnia i pokazało, jak wygląda prawdziwy brak podłogi.

Stanęliśmy nie na rozdrożu, tylko w martwym punkcie. Skazał nas na trwanie przypadek – albo konsekwencja dotychczasowych wyborów, co w praktyce bywa tym samym.

Długi spacer polami zaprowadził nas do szopy pod lasem. Siana na wigilijny stół szukaliśmy wśród obcych łąk – organizacja godna ciepłego kraju, tylko temperatura nie współpracowała. Atmosferę świąt zdominował lęk: własny los i myśl o bliskich w kraju. Jedyna chwila wzruszenia zmieniła się w niesmak. Podczas watykańskiej transmisji zachwycałem się Papieżem, a Zygmunt rzucił:
– Wiesz, tutaj niektórzy mówią, że to „ein Schauspieler”.
– Co to znaczy?
– Aktor. Taki, co robi na pokaz.
– Zygmunt, lepiej przestań.
– To nie moje słowa.
– Tym bardziej nie powtarzaj.

Krysia zgasiła ogień, wołając do stołu. Resztę zrobił koniak. Sylwester też udało się przeżyć bez tematów zapalnych: tańce, sport, pierwsze w życiu rakiety. Noworoczny kac nie zdołał zagłuszyć kalendarza. Nie mogłem nawet – pierwszy raz od lat – złożyć ojcu imieninowych życzeń osobiście.

Władzia coraz częściej przyjeżdżała do Schongau pomagać azylantom. Nie wnikałem, na ile z humanitaryzmu, na ile „przy okazji” – w odróżnieniu od Krysi działała szybko i z sercem. Poprosiłem o wsparcie przy formalnościach; azyl jawił się jako jedyne racjonalne rozwiązanie. Innego wyjścia nie było widać.

Kierowniczkę urzędu ds. obcokrajowców, Frau Zorn, znaliśmy z wcześniejszego przedłużania wiz. Teraz zaskoczyła nas negatywną reakcją. Owszem, mamy prawo złożyć wniosek, ale ona zdecydowanie odradza. Obrazy przepełnionych obozów snuła z wprawą. Rozważałem, czy nas po prostu nie spławia, aż padł argument ostateczny: po złożeniu wniosków władze polskie nie wpuszczą nas już nigdy do kraju. Alina zakryła twarz dłońmi i popłakała się jak dziecko.

Ostatnia deska ratunku okazała się nie do przyjęcia. Wtedy Frau Zorn – może poruszona, może pragmatyczna – zaproponowała kompromis: zamiast azylu „Duldung”, czyli „tolerowanie”. „Zaświadczenie o odroczeniu przymusowego wydalenia” – brzmi jak wyrok w zawieszeniu – dawało jednak stabilizację. Co trzy miesiące przedłużenie, zakaz opuszczania Bawarii. Daleko od ideału, ale „jak się nie ma, co się lubi…”.

I tym tymczasem zaczęliśmy żyć. Jak to z tymczasami bywa – wystarczył na dłużej, niż planowaliśmy.

Kamienie na szosie

Po przekroczeniu granicy wjechaliśmy do Bayerisch Eisenstein. Wypoczynkowe miasteczko, pogrążone w absolutnym śnie, nie zwróciło na nas najmniejszej uwagi.
Maluszek sunął po gładkim jak stół asfalcie ciszej niż zwykle, jakby i jego onieśmielał nocny spokój. Światło latarni podkreślało nienaturalną równość chodników; cienie drzew układały się na „odkurzonym” dywanie drogi. Białe pasy prowadziły nas bezbłędnie — nawet GPS nie miałby nic do roboty.

Świtało. Idealna pora do ruszania w drogę, najgorsza po nocnej jeździe. Znalazłem postój i dwie godziny drzemki wystarczyły, by „wstać z martwych”. Prostując kości, zauważyłem na poboczu rozbity dwuosobowy namiot. Tablice auta obok nie pozostawiały wątpliwości: rodacy. A nawet ci sami: KAC — Katowice.

Monachium wolałem ominąć. Bocznymi drogami krążyliśmy dookoła wielkiego miasta, płacąc za ten luksus czasem i zmęczeniem. Zestaw: maluch i przyczepa niemal jego rozmiarów przyciągał spojrzenia. Z wyszukaną kurtuazją wpuszczano nas na pas, ustępowano drogi — cywilizacja naprawdę bywa wygodna, czasem aż do przesady.

Napięcie rosło. Przemierzałem kraj, który od dawna pachniał mi obietnicą. Wille nad Starnberger See przewyższały marzenia o beztrosce. Białe żagle pochylały się nad taflą; wyglądało to jak pocztówka, tylko bez napisu. Na stacji, gdy za piętnaście litrów zapłaciłem 22 marki, uświadomiłem sobie, że aby stanąć tu na dwóch nogach, trzeba czymś więcej niż zachwytem. Portfelem na przykład.

Do Peiting dotarliśmy w południe. Po paru nieudanych próbach przestałem pytać o adres. Krążyłem bezradnie, aż przy nieruchliwym skrzyżowaniu wypatrzyłem budkę telefoniczną. W słuchawce dźwięczał monotonnym tonem sygnał — najwyraźniej rzeczywistość miała inne zajęcia. W salonie mitsubishi sprzedawca rozłożył mapę i powtarzał z anielską cierpliwością jedno: Richtung Füssen. Dopiero żółty drogowskaz z czarnymi literami „Füssen 31 km” olśnił mnie definitywnie. Kierunek — też kierunek.

Na osiedlu domków jednorodzinnych panował obiadowy bezruch. Wiedziałem z listów, że jesteśmy blisko. Samochód z czerwonym napisem „Fahrschule” krążył dziwną trajektorią. Zamachałem kartką z adresem. Z auta wyskoczyła blondynka i… zaczęliśmy biec ku sobie jak w filmie, tylko bez muzyki. W tle — ośnieżone Alpy, bardziej imponujące niż Tatry z Poronina. Powietrze ostre, napięcie jeszcze ostrzejsze.

— Nareszcie! — krzyknęła Krysia. — Wczoraj czekaliśmy całe popołudnie.
— Cześć! — powiedziałem, w pierwszej chwili nie poznając. — Prawo jazdy?
— Tak. Tłumaczenie instruktorowi, czemu urywam lekcję, poszło zaskakująco łatwo.

Minęły tylko dwa lata, a Krysia jakby spoważniała. Dżinsy, bluzka — świetnie, ale w oczach cień ostrożności. Mieszkali w szeregowcu z widokiem na góry: wykładziny, taras, zmywarka, łazienki na każdym poziomie. Nyskie mieszkanie było fajne, ale to — choć cudze — wygrywało w każdej kategorii. Dostaliśmy całe poddasze; metraż większy niż nasze M-2. Przez parę dni mieliśmy być bogatsi o przestrzeń.

Następnego dnia zadzwoniłem do Zbyszka do St. Étienne. Uprzedziłem go wcześniej listem — zakamuflowanie jasno: chcę zostać. I może jakieś zatrudnienie, tak jak kiedyś?
Głos znajomy, wiadomość mniej. Kryzys. Pan E. splajtował, bezrobocie rośnie. Pracy brak. Rada: zostań w Niemczech, tu łatwiej o pomoc. We Francji Zbyszek nie zagwarantuje niczego — nawet dobrej pogody.

W moim starannie zaplanowanym scenariuszu nie było tej sceny. Powrót? Nie. Dalej na Zachód? Po co. Niemcy? Języka nie znam i — delikatnie mówiąc — nie kocham. Ale u szwagra przecież nie będziemy wiecznie; a gotówka, według zaświadczenia, to 311 USD, 90 DEM, 150 FRF — w Polsce majątek, tu bilet miesięczny i dwa obiady.

Ostrożność mogła poczekać. Słońce obiecywało lato, a my siedzieliśmy w jednym z najpiękniejszych miejsc Bawarii. Monachium, Ga-Pa, jeziora, góry; Austria pół godziny stąd. Sklepy jak Peweksy po sterydach, samochody jak z folderów. Tankowania bolały, ale maluszek nie miał prawa stać: przybyliśmy, by jeździć.

Zygmunt co pewien czas „uprzejmie” dopytywał o naszą przyszłość. Niby troska, faktycznie zegar gościnności tykał coraz głośniej. Wreszcie przyniósł wiadomość: firma budowlana szuka ludzi.
Mój niemiecki ograniczał się do „Guten Tag” i „Richtung Füssen”, więc potrzebowałem tłumaczki. Krysia po dwóch latach radziła już sobie dobrze — nieśmiałość po ojcu wciąż jednak wracała. Mimo to ruszyliśmy.

W kadrach Hafenmeier u. Hölzle przyjęto nas biurokratycznie uprzejmie. Krysia przedstawiła się jako lekarka, dodała, że mąż pracuje w lokalnym szpitalu. Ja — mgr inż. konstruktor; Alina — kreślarka. Urzędniczka spojrzała z rezerwą. Dla nas nie było nic. Krysia nieśmiało nalegała: podobno kogoś szukają. Owszem — robotników drogowych. Czy na pewno tego chcemy?
Chcieliśmy. A właściwie — nie mieliśmy wyboru.

„To ciężka robota” — uprzedziła. Formularze, numer konta, podpis i… jutro zaczynam.

Przypomniały mi się napomnienia mamy z podstawówki: „Nie będziesz się uczył, to kamienie na szosie będziesz tłukł”. Życie lubi pointy. Pocieszałem się, że „tłuc” za miesięczną pensję równą rocznym zarobkom projektanta nie brzmi aż tak groźnie.

O świcie wsiadłem do busa. Majster — Niemiec, reszta załogi: trzech Turków, dwóch Jugosłowian. Porozumiewali się dialektem, który miał gramatykę złożoną wyłącznie z bezokoliczników.
Dostałem łopatę — podstawowe narzędzie inteligenta. Po pięciu minutach „machania” miałem dość. Podszedł Turek, twarz jak z podręcznika do uprzedzeń, i z politowaniem pokazał mi, jak używać kolan. Niewielka zmiana, a ratowała ręce i godność.

Kapo — jak wszyscy mówili na brygadzistę — zasuwał jak walec. Okazało się, że nie na pokaz: on tak zasuwał zawsze. My też musieliśmy.
Nasza specjalność: asfalt. Lipcowy upał, 30°C w cieniu, czarna maź lepiąca się do wszystkiego, wyziewy zatykały oddech. Okulary spływały potem, buty musiały być specjalne. Dziesięć godzin dziennie. Do domu wracałem na czworakach: jeść i spać. W odróżnieniu od dowcipu o górniku, który po szychcie nie chce kolacji, tylko żonę — ja wolałem kolację. Po tygodniu adaptacja zaczęła działać. Życie wracało.

W połowie miesiąca Krysia z dziećmi i Zygmunt wybrali się do Włoch. Nową „Jettą”, po długich, demokratycznych konsultacjach: Opel? Ford? A może Mercedes? Wygrał Volkswagen, bo był najbardziej niemiecki.
W międzyczasie przyjechali rodzice. Paszporty mieli zawsze bez kłopotu — z celnikami też w zgodzie. Przywieźli z depozytu wiertarkę i „drobiazgi”: garnki, książki, powiększalnik, bieliznę, kurtki, a nawet narty. Powitanie jak po latach. Troska o moją przyszłość — jak zawsze.

— We Francji pracowałeś w czystym kombinezonie. Wyglądałeś jak człowiek — westchnęła mama.
— Nadal tak się czuję, mimo brudnych rąk.
— Nie o ręce chodzi, tylko o…
— O przyszłość? Uczę się języka.
— W tym tempie, do emerytury zdążysz.

Racja. Podczas przerw zerkałem w rozmówki. Z brygady śmiano się: „Niemieckiego? Ty się ucz bawarskiego!” (Du muassd Bairisch lern’!).
Na Śląsku gwara była do żartów i odświętności. Tu — do wszystkiego. Rzemieślnik, sprzedawca, lekarz — wszyscy „godali”; poprawną niemczyzną posługiwano się z obowiązku albo z musu. A „Preuße” nie był komplementem.

Po powrocie Krysi emocje wybuchły na nowo. Zygmunt załatwił niemieckie obywatelstwo dla całej rodziny. Rodzice mieli nagle córkę Niemkę — trudne zdanie do wymówienia.
Goście pomogli rozładować napięcie: znajomi lekarze ze studiów, Staszek z żoną i córeczką. Przyjechali z przyczepą — baza w Peiting, cel dalej. Staszek, skromny z pozoru, był zaradny i zorientowany. W piwnicy urządził biuro, pisał listy, analizował rynek. RPA wygrała z Niemcami z powodów… organizacyjnych i ambicjonalnych.
Zostawił mi sporo adresów i wskazówek, m.in. do polsko-amerykańskiego komitetu emigracyjnego w Monachium. Stefan jeszcze w kraju powtarzał: „Francja? Jedź dalej: RPA, Australia — tam jest przyszłość”. Nie planowałem takiej egzotyki, ale ciekawość wygrała.

W biurze na Zweibrückenstraße — polski język, chłodne przyjęcie. „Ma pan czterdziestkę na karku. Tam potrzebują młodych. Bez języka — ryzyko”.
Opcje: USA, Kanada, Australia, półoficjalnie RPA. Okresy oczekiwania różne, najkrócej Australia. Warunek: opiekun — osoba lub instytucja, która finansuje i gwarantuje pracę. Formularze w rękę, rada na wynos: zgłoście się po azyl.
Wyszedłem z mieszanką godności i upokorzenia. Wyższe wykształcenie, praktyka, a czuję się jak na targu — niewolnik, którego obchodzi tylko to, by ktoś w ogóle kupił. Alina milczała. Chciała tylko wyjść.

Księgowy z firmy zaproponował nam dom w Hohenfurch: ponad 100 m² i garaż za niewielki czynsz, pod warunkiem, że sam odmaluję ściany i odświeżę łazienkę.
Alina stanowczo odmówiła: bała się wsi, a i tak czuła się odcięta od świata. Zależało jej na bliskości Krysi.
Padła druga propozycja: firmowa garsoniera w Schongau — pokój z wnęką kuchenną i łazienką. Luksusowo umeblowana, dla jednej osoby, ale „w drodze wyjątku” moglibyśmy się wcisnąć. Jedyny haczyk: czynsz 269 DM, dla nas astronomia. Z ulgą przyjęliśmy astronomię zamiast dalszych „uprzejmości” Zygmunta, którego największą troską o integrację była nieustanna walka z językiem polskim w domu.

Schongau West: osiedle na polodowcowej skarpie, zielone krzewy, czyste uliczki, nazwy z jednego klucza — kompozytorzy. Pod adresem Johann-Sebastian-Bach-Straße 11 pierwszy raz poczuliśmy się u siebie.

Na budowie przypadły nam krawężniki. Betonowe bloki dźwigane we dwóch specjalnymi „szczypcami” szybko wyjaśniły mi, gdzie mam łokcie. Po tygodniu ból wyłączył mnie z dźwigania. Majster odstawił do łopaty. Dwa dni później list z dyrekcji: z powodu braku zleceń firma wypowiada umowę. Ostatni dzień za tydzień.
Nie rozpaczałem. Wiedziałem, że długo asfaltu nie wytrzymam. Mieszkanie mieliśmy, oszczędności na kilka miesięcy — też.

Ojcu w BMW padły przednie amortyzatory. Na złomowisku tanio zdobyłem całe zawieszenie. Majsterkowanie wciągało; najwięcej zabawy było ze sprężynami. Staszek patrzył i orzekł: w RPA otworzyłbyś warsztat i żył jak pan. Biały mechanik — zawód z przyszłością.

Wypełniłem formularz, dopisując od siebie solidarną przeszłość — nie przypuszczałem, że to może być klucz.

Zygmunt sprezentował rodzicom swojego fiata 125p. Problem logistyczny: wracają dwoma autami. Mama miała prawo jazdy, ale praktykę — kierowania z fotela pasażera. Zostałem instruktorem na polnych drogach. Nerwów dużo, efekt umiarkowany. Ustaliliśmy: my ze Staszkiem odprowadzimy auto do granicy; dalej — jakoś dadzą radę.

Pojechaliśmy trzema samochodami. Na przejściu celnym ustawiliśmy dwa w kolejce, a ja — za radą Staszka — maluszka zostawiłem na przydrożnym wzgórku. Kiedy wracałem pieszo do rodziców, podjechała straż graniczna. „Paszport.” Oddali… i odjechali z dokumentem. Mrówki przeszły mi po kręgosłupie.
Mama, choć znała niemiecki gorzej niż ojciec, w sytuacjach kryzysowych potrafiła cuda. Wyjaśnienia trwały. Podejrzewano, że chcę wracać do PRL. Żelazna kurtyna pulsowała mi przed oczami — nie było takiej siły, bym ją przekroczył.
Po telefonie do urzędu w Schongau oddano paszport z adnotacją i pieczątką. Ojciec domyślił się: potwierdzenie kontroli i daty — nic groźnego. Mama uspokoiła się dopiero po dwukrotnym przekroczeniu granicy — każdym autem osobno. W duchu miałem żal do Staszka: on miał taki sam paszport, a nikt go nie zatrzymywał. Uzasadnienia miał świetne, ale niesmak pozostał.

Lato się kończyło. Emocje zwalniały, rzeczywistość korygowała marzenia, ale optymizm trzymał fason. Myślałem też o Belgii — z uwagi na język. Poprosiłem Zosię, by napisała w moim imieniu do ambasady; sam nie chciałem „chwalić się” pobytem w RFN.
Zwiedzaliśmy Bawarię coraz większymi kręgami, a majątek topniał jak śnieg w maju. Zbyszka poprosiłem o przelanie reszty franków z francuskiego konta — trzysta z hakiem. Starczyło na oddech.

Z biura emigracyjnego wynieśliśmy jedną praktyczną wskazówkę: gdzie szukać wsparcia finansowego.
W Starostwie w Schongau, na drugim piętrze gmachu z epoki — być może — rzymskiej, mieścił się Urząd Socjalny. Dębowe schody skrzypiały pod każdym krokiem, kolejka skrzypiała spojrzeniami.
Krysia, bardziej zdenerwowana niż my, zapukała i weszła jako tłumaczka — „przypadkowa”. Kierownik słuchał chłodno, ale życzliwie. Rumieniec na policzkach siostry pojawił się, gdy usłyszała komplement o niemieckim „jak na dwa lata”. Pomogło.
Wypełniliśmy kwestionariusze, załatwiliśmy meldunek. Po tygodniu pieniądze na koncie: 830 marek. Pomoc przekraczająca nasze marzenia.
Przyszłość znów wyglądała jasno — choć zauważyłem, że szkła różowych okularów zaczynają blaknąć. Umiałem udawać sprytnego, co wykorzysta system; w środku czułem, że to kosztuje — przede wszystkim mnie.

Odlot

Przestałem się bać.
Mimo mieszanych uczuć wobec jutra, które towarzyszyły narodzinom „Solidarności”, byłem pewien, że powrotu do przeszłości nie będzie. Mogły nadejść trudne czasy, ale nie — strach przed władzą.

Gdy znów odmówiono mi paszportu, zareagowałem ostrzej. Napisałem odwołanie do Biura Paszportów MSW w Warszawie, kopie wysłałem do Rady Państwa i do sejmowej Komisji Skarg i Wniosków.
Byłem przygotowany na tę samą, bezprawną formułkę, którą dostawałem od lat: „Na podstawie art. 4… decyzję utrzymano w mocy. Decyzja ostateczna.”
Wiosną ’81 wiedziałem jednak, że władza ma większe zmartwienia niż blokowanie wyjazdów. Myślałem nawet, że moja aktywność w Związku może paradoksalnie pomóc: skoro ktoś „sprawia kłopoty”, to może lepiej go wypuścić? Uwierzyłem, gdy z Kancelarii Rady Państwa przyszło pismo o przekazaniu sprawy do MSW — i faktycznie, wkrótce dostałem paszport.

Alina swój miała od dawna. Nie cieszyła się jednak jak ja. To nie miał być zwykły urlop. Za każdym razem, gdy mnie odmawiano, we mnie twardniała decyzja wyjazdu na zawsze. Alina nie znała Zachodu, nie chciała zostawiać rodziny, bała się rozstań.
Mnie nie powstrzymywało nic. Nienawiść do ustroju sięgnęła szczytu, finansowy marazm przygniatał, a Irena wygrywała kolejne sprawy o alimenty.
Postanowiłem: wyjeżdżam. Alinie nie zostawiłem właściwie alternatywy. Przygotowałem ją nawet na wariant, w którym — gdyby mi odmówiono — pojedzie sama do RFN-u.

Wszystko miało wyglądać jak zwykły wyjazd wakacyjny. Bałem się, by jakiś nierozsądny ruch w ostatniej chwili nie pogrzebał planu.
Alina miała książeczkę mieszkaniową na M-3. W normalnych okolicznościach oznaczałaby powiększenie przestrzeni życiowej. Teraz — likwidację wkładu. Wyplata tuż przed wyjazdem mogła budzić podejrzenia, ale zaryzykowaliśmy.
Za te pieniądze kupiłem na giełdzie nową przyczepę turystyczną Predom. Sprzedawca odstawił ją do garażu Zosi w Ligocie. Oglądałem nasz zestaw: lśniący maluch, dziewicza przyczepka… i zardzewiałe felgi. Parę szczotek drucianych później — było jak trzeba.

Zrobiliśmy surową selekcję bagażu. Bałem się szczegółowej kontroli: żadnych „podejrzanych” rzeczy poza sprzętem turystycznym i osobistymi. Nie potrafiłem tylko zrezygnować z najlepszych powiększeń fotograficznych — trafiły na samo dno przyczepy, liczyłem, że celnicy tam nie dotrą.
Została jeszcze kwestia mieszkania. Odstępując je, moglibyśmy dobrze zarobić, ale taki ruch tuż przed wyjazdem był proszeniem się o kłopoty. Zostawić M-2 bez opieki też nie wchodziło w grę.
Iwona, młodsza siostra Aliny, od lat marzyła o własnym kącie; miała narzeczonego i plan ślubu. Zdecydowaliśmy się „wspaniałomyślnie” pomóc — i przy okazji zabezpieczyć nasz dobytek. Spisałem dokument: jako główny lokator przekazuję mieszkanie do dyspozycji pani Iwony X.
W pracy musiałem zostawić porządek: sprzęt foto-film, chemikalia, materiały… Zorganizowałem inwentaryzację z zaufanymi kolegami, przekazałem pracownię i zacząłem odliczać dni.
Rozstanie bolało. Miałem tu wszystko: pracę, która była pasją, warunki, perspektywy, dobre relacje i satysfakcję. Rezygnowałem z tego za wolność, która czekała po drugiej stronie.

Dzień wyjazdu tuż-tuż. Rano zadzwonił dzwonek. Pomyślałem, że zapomniałem wystawić butelki mleka. Za drzwiami stał milicjant z poleceniem doprowadzenia na komisariat. „W jakiej sprawie?” — nie wiedział.
Nie sądziłem, że ktoś nas „wsypał”. Raczej sprawa związkowa: niedawno z Wojtkiem z Zieleni zorganizowaliśmy ostrzegawczy strajk w naszym oddziale. Za coś takiego jednak dotąd nikogo nie brano.
Udało mi się wybłagać dwie godziny: „pilna robota”. W pracy uprzedziłem kolegów — w razie czego mieli interweniować.

Do szarego budynku wchodziłem nabuzowany. Rok wcześniej pewnie byłbym potulniejszy; teraz czułem za plecami miliony. Gdyby mnie przymknęli — zostałbym bohaterem.
Facet wyglądający na węglarza zażądał dowodu.

— Co pan ma tu do powiedzenia? — rzucił.
— Nie przyszedłem rozmawiać z cywilem.
— Jestem milicjantem!
— Nie widzę tego. Proszę o dyżurnego oficera.

Zagrałem ostro — i potraktowano mnie poważnie. Wszedł „przepisowy” funkcjonariusz.

— O co chodzi?
— Sprawa dotyczy wypadku.
— Jakiego?
— Kolizji w Prudniku sprzed roku.
— To sprawa PZU.
— Chodzi o wyjaśnienia.
— To czemu takie „zaproszenie”?
— Nie reagował obywatel na wezwania.
— Nieprawda. Nic nie dostałem.
— Jeśli tak, przepraszamy. Przejdźmy do rzeczy — podobno się panu spieszy.

Rzeczywiście, zdążyłem zapomnieć. Po zaręczynach wracaliśmy dwoma autami do Nysy. Rodzice z tyłu w swoim BMW trzymali dystans. Na wyjeździe z Prudnika stojący przy poboczu fiat 125p nagle ruszył, chcąc zawrócić. Nie zdążyłem wyhamować — prostopadłe „stuk”. Nikomu nic, maluch lekko wgniotł błotnik, duży fiat — swoją przerdzewiałą listwę.
Drogówka spisała protokół, wskazując winnego, świadkami byli rodzice. Później — o czym nie wiedziałem — wezwano ich do komendy. „Nic nie widzieli.” Kierowca 125p okazał się wojskową szychą i próbował zrzucić winę na mnie.
Złożyłem więc wersję wydarzeń raz jeszcze. Sprawa nic już nie znaczyła, a przykrość miałem nie do milicji, tylko do rodziców. Nawet jeśli nie widzieli, mogli powiedzieć, jak było — czy tak się bali?

Pożegnania trwały pół dnia. W Siemianowicach nie mogliśmy wyjść z mieszkania. Gorycz łagodziły tylko rozpromienione twarze Iwony i jej chłopaka.
W Ligocie — jeszcze trudniej. Ciocia Cesia kryła wzruszenie, Zosi w oczach kręciły się łzy, Stefan — jak zwykle — ratował się dowcipem. Dzieci robiły głupie miny, nic nie rozumiejąc. Alina szlochała, ja robiłem ostatnie zdjęcia.

W Nysie czuwała cała rodzina. Co chwila ktoś zaglądał przez okno: czy nikt nie dobiera się do załadowanej przyczepy? Każde szczeknięcie psa stawiało nas na baczność. Nawet seks nie uspokajał. Jak zwykle — zasnęliśmy dopiero nad ranem.
Wyjazd zaplanowany na świt nastąpił w samo południe. Znowu płacz, błogosławieństwo, zdjęcia i w drogę. Cztery migacze rozświetlały przestrzeń, do której nie wiedziałem, czy kiedykolwiek wrócę. Ujadanie foksteriera odprowadziło nas do skrzyżowania.

Dzień zapowiadał upał. Z kilometra na kilometr opadały emocje, rosło napięcie przed odprawą. Maluch miał spokój w naturze: dzielnie wciągał przyczepę na wzniesienia i prostował jej humory na wybojach.
Nagle przypomniałem sobie, jak po Francji celnicy przesłuchiwali moje kasety.
W pośpiechu zacząłem szukać tych „ryzykownych”. Wziąłem wszystko, bez selekcji — wśród nich była ta z gorącym nagraniem „Solidarności” z Bydgoszczy. Z ciężkim sercem skasowałem. Dorzuciłem na wszelki wypadek świeże „60 minut na godzinę”.

Na granicy w Słonym — standard: czekanie, kontrola, cały bagaż na ławki. I mój skarb: wiertarka Boscha, sprytnie schowana przy kole zapasowym. Tłumaczyłem, że narzędzie pracy, niezbędne przy awarii. Bez skutku — depozyt. Do kompletu: włocławski wazon i kanister z benzyną. Namiot zaplombowano, przyczepę wpisano do rejestru rzeczy wywożonych.
Odpuściłem. Do czego jeszcze mogli się przyczepić? Do paru mielonek? Pół litra miodówki? Mógłbym poświęcić nawet zdjęcia — byle przejść. Celnicy jakby wyczuli rezygnację i skończyli grzebać. Ruszyliśmy.

W Náchodzie wpadłem na pocztę: wysłać rodzicom pokwitowania, żeby szybciej odebrali depozyt. Nie znałem czeskich nazw, ale pani w okienku najwyraźniej miała słabość do Polaków — poszło gładko.
Za Hradcem stanęliśmy. Wciąż gorąco, ale napięcie spadło. Wysiadłem i poczułem lekki podmuch wolności. Woda w przydrożnej gliniance kusiła. Stroje kąpielowe zaginęły po odprawie — tym lepiej. Przejrzystość sprzyjała swobodzie ruchów, a gdy Alina dołączyła, fale dostały pretekstu do żywszego plusku.

Praga minęła bez kłopotów. Po drobnych zakupach zostało 110 koron na paliwo — trzeba było jechać oszczędnie. Nocny chłód niewiele pomagał: rozgrzany maluch na najwyższych obrotach robił południe o każdej porze. Alina miała dość — nie upału, lecz huku i wstrząsów, gdy przyczepa dobijała.
W Pilźnie pomyliłem zjazd: zamiast Rozvadova — na Klatovy. Nie zawracałem; każda z tych dróg prowadziła do Niemiec. Kosztowało nas to jednak czas i kilka twardszych podjazdów.

Na granicy — cisza. Zostało parę metrów. Trząsłem się z zimna i emocji; serce waliło jak młot.
Z budki wyszło dwóch zaspanych mundurowych. Ich spojrzenia mówiły: „też żeście sobie porę wybrali”. Gdybym znał niemiecki, może dowiedziałbym się czegoś więcej.
Sprawdzili wizy, zajrzeli pod pokrywę przyczepy i machnęli ręką.
Zabolało mnie to lekceważenie. Byłem w najważniejszej chwili, na najważniejszej linii — wkraczałem do wolnego kraju. A oni tylko pomachali.

Zakopane

Tyle razy byłem w Zakopanem, a jednak za każdym razem czuję ten sam dreszcz: coś między niepokojem a zachwytem. W okolicach Poronina, gdy nagle wyrasta na horyzoncie masyw Tatr, puls sam przyspiesza, jakby góry miały wbudowany metronom. Tak mam od pierwszego razu — od chwili, kiedy ten majestat wyjrzała znad świerków. Miałem wtedy dwanaście lat.

Mama po urodzeniu Zosi ciężko przeszła żółtaczkę i długo wracała do sił. Ojciec, przy wsparciu babci Oli, zorganizował jej wypoczynek w Zakopanem. Z Krysią udawaliśmy dzielność osieroconych, choć sierotami byliśmy tylko „na weekend”. Wieść, że jedziemy po mamę samochodem, wywołała eksplozję szczęścia. Ojciec wyznaczył wyjazd na trzecią w nocy — wiadomo, najwygodniejsza pora dla dzieci. Była zima, choć do Wielkanocy bliżej niż do Bożego Narodzenia. Przygotowałem rzeczy obok łóżka z nabożną dokładnością. Na wierzchu — sławny staniczek zapinany z tyłu: ciocia Bumcia szyła nam wszystkim tę zmyślną bieliznę, jednocześnie „podkoszulek” i „pas do podwiązek”. Grube, bawełniane pończochy zamiast rajtuz — wtedy było to całkiem normalne, a dziś wspomnienie grzeje jak termofor.

Do Krakowa opelek doturlał bez marudzenia. Ojciec bał się podjazdów — miał dawną traumę pod Limanową. Siedziałem na miejscu zarezerwowanym dla mamy i czułem się podejrzanie dorosły, pełniąc funkcję asystenta kierowcy. Auto spisywało się nadspodziewanie dobrze, jakby też chciało zrobić dobre wrażenie.

Poronin „czczono” wtedy konsekwentnie — nie tyle góralszczyznę, co Lenina. Miejscowość budziła więc w nas lekki niesmak i odruch przyspieszenia. Ojciec rzeczywiście minął muzeum wodza jakby na wstrzymanym oddechu. Na szczęście zaraz potem śnieżnobiały pejzaż zrobił swoje: człowiek mięknie przy takiej bieli. Szybko trafiliśmy do góralskiej chałupy, gdzie mama mieszkała; radość była prostsza od mapy.

Pierwszy raz przypiąłem narty w Kłodzku, na Szajbie. Z kolegami usypaliśmy skocznię i lataliśmy — czyli spadaliśmy — godzinami. Cykl był żelazny: podejście, krótki najazd, skok, utrata równowagi i miękkie lądowanie. Bajka przerywana tylko wtedy, gdy ktoś sankami rozjechał nam starannie ubity najazd. W sercu Tatr musiałem sprawdzić, czy magia działa też w skali „wysokogórskiej”. Ojciec przyniósł z wypożyczalni drewniane narty. Butów nie miałem, ale kandahary jakoś złapały za sznurowane trzewiki. Wdrapałem się na zwał śniegu usypany przez pług, ruszyłem z gracją sarny… i wbiłem narty w miękki puch. Leżąc, poruszałem nogami całkiem swobodnie, zastanawiając się tylko, dlaczego narty nie mają szpiców. (Po krótkiej naradzie okazało się, że miały — tylko nie w tym miejscu, w którym byłem).

Kolejna para nart — i już Gubałówka, ośla łączka, pełnia szczęścia. Rodzice, nieprzekonani do mojej brawury, zrezygnowali z testów na stromym. Na koniec, z lekkim rumieńcem, zjechałem w dół wagonikiem kolejki, jako jedyny trzymając narty — znak rozpoznawczy początkującego.

Prawdę mówiąc dopiero na studiach zaczęło mi „iść”. Z Arkiem próbowaliśmy na Śnieżce, z miernym skutkiem, bo w schronisku Bronka-Czecha toczyły się sprawy ważniejsze niż skręt równoległy. Najwięcej dało mi zimowisko ZNP (ciocia Cesia „wkręciła”). Kurs prowadzono fachowo, więc wreszcie poczułem, o co chodzi. Ale w Zakopanem, o dziwo, najczęściej bywałem poza sezonem — wiosną, latem, jesienią — i zakochiwałem się w górach bez nart. Czy miało to związek z moim inauguracyjnym glebowaniem? Nie sądzę, choć… coś w tym musi być.

Pamiętam jeszcze jedną rodzinną scenkę z tamtych czasów. Poszliśmy odwiedzić dawną sympatię ojca ze Lwowa. Krysia wpadła w ekstazę zabawek i świata nie widziała. W domu mama odkryła w łóżeczku dwie „nowe” laleczki.

— Jak mogłaś! — zapłonęła pedagogika. — Co ludzie powiedzą? Córka pana doktora kradnie zabawki!

Do Tatr pociągiem dotarłem tylko raz — w urlopie dziekańskim, gdy pracowałem w nyskim Prezydium. Najpierw pojechaliśmy motorami; niedaleko celu Oska odmówiła posłuszeństwa. Hol z pasków, Java Jurka, Helenka trzymająca „lina”, uśmiechnięta gaździna, która przyjęła nas i skuter do komórki. Było tak sielsko, że nie wystawiliśmy nosa, aż do kolejnego popołudnia. Dziewczyny odprowadziliśmy na pociąg, a po tygodniu sami ruszyliśmy do Zakopanego — już koleją. Przedział pusty, my nieco mniej. Jurek uprzedzał, że „może więcej”, bo większy. Nie posłuchałem. Do Zakopanego wjechałem… w kabinie WC. Droga powrotna z Oską w wagonie towarowym nauczyła mnie cennej cnoty: słuchania grubszego od siebie.

Zakopane bywało w moim kalendarzu na krótkie wypady — inaczej niż Bałtyk, tradycyjnie w wersji „na miesiąc”. Dwa razy po tygodniu trafiłem tam z Ireną: zaraz po ślubie i kilka lat później, z Michałem. Milej wspominam ten drugi — grzane piwo z cukrem po zjeździe z Gubałówki smakowało jak medal za odwagę. Z Aliną zaczęliśmy jeździć częściej; najpierw przy okazji odwiedzin dzieci w Rabce, potem już „samodzielnie”. W Bukowinie spędziliśmy uroczy tydzień, a teraz miało być jeszcze lepiej.

Ojciec kolegi kierował ośrodkiem w Kościelisku. Dzięki temu dostaliśmy wczasy — prawie darmowe. Spodziewałem się paru chałup, a wylądowaliśmy wśród willi jak z katalogu „Zakopane — wersja reprezentacyjna”. Śnieg leżał grubo, choć zima chyliła się ku końcowi. Miałem premierę nowego sprzętu: pomarańczowe „Polsporty” z czerwonymi beta-2, kombinezon z PKO — nie po to, by jechać na Gubałówkę.

Na Kasprowym kolejka wymagała godzin cierpliwości w Kuźnicach. Wybraliśmy więc marsz do Hali Goryczkowej i krzesełko. Pierwszego dnia Alina poszła się ogrzać herbatą, ja zapiąłem wiązania i… urwało się cięgło tylnego bezpiecznika. Ujrzałem siebie znów w wagoniku, w dół, z nartami pod pachą. Na szczęście na górze działał warsztat z zapasem części do bety-2 — pięć minut i po dramacie. Lepiej, że pękło tu, a nie na stoku; lubię ironie losu w wersji „łagodne”.

Zachwycały mnie warianty zjazdów. Jednego dnia stroma Sucha Dolina, drugiego — łagodny zjazd do Hali Goryczkowej. Alina zwykle opalała się pod ścianą obserwatorium, a gdy miała dość samotności, schodziliśmy w doliny. Chochołowska i Kościeliska w zimowej ciszy są jak kościoły bez ludzi. Świeży puch tłumił kroki, a świadomość, że bywał tu nasz Papież, dodawała miejscu uroczystej nuty. Wieczory pachniały żywicą, za oknami skrzypiał śnieg, w oddali dzwoniły sanie. Łatwo pokochać dźwięk, który oddala się powoli.

Być w Zakopanem i nie wejść nad Morskie Oko — to jak być w Sopocie i ominąć molo. Ostatniego dnia ruszyliśmy „klasyką”. Czasy dojazdu autem pod schronisko minęły; z Włosienicy poszliśmy pieszo, ignorując oferty sań. Śnieżny tunel prowadził nas jak baśń. Alina wdrapywała się na zwały po obu stronach i strącała kijem świerkowy puch — chmury iskier opadały w tęczy. Tafla była skute lodem, ścieżka biegła ku Czarnemu Stawowi. Nagle zerwał się wiatr i zgasił słońce śniegiem; iść można było, ale przyjemność się zwinęła.

W dzień wyjazdu mróz namalował na szybach filigranowe paprocie. Bałem się o rozruch malucha: rozrusznik jęknął, zamilkł, jęknął drugi raz — i silnik zarechotał radośnie. Ruszyliśmy w słońcu, śnieg iskrzył. Przed Makowem Podhalańskim zobaczyliśmy tłum wzdłuż drogi; pomyślałem: „trafiliśmy na uroczystość”. Owszem — ale my byliśmy atrakcją. Po wyjściu z łagodnego łuku maluszek uznał autonomię: nie reagował na polecenia, wykonywał piruety, a publika miała pokaz łyżwiarstwa samochodowego. Dzięki regularności obrotów przewidziałem finał: betonowy słup oświetleniowy. Uderzenie było łagodne, choć słup miał zdanie twardsze. Krzyk Aliny kazał mi odskoczyć — w tej samej chwili kolejny uczestnik widowiska wylądował miękko za płotem. Tłum czekał na następnych, ale zabrakło sędziów i nagród.

Właściciel warsztatu zjawił się jak na sygnał. Odholował auto, objaśnił rytuały PZU. Tył malucha był tłuczony jak szkło; słup wepchnął silnik do środka, karoseria prosiła o wymianę. Alinę pobolewała szyja, ale obyło się bez dramatów.

Bagażu nie daliśmy rady przenieść na dworzec, a i komunikacja nie gwarantowała niczego pewnego. Nasz wybawca dorabiał jako taksówkarz. Ustaliliśmy cenę — 1100 zł do Siemianowic. Zabolało portfel, ale mniej niż czekanie.

Dwa miesiące bez samochodu. Dopiero wtedy zrozumiałem, jak bardzo się uzależniłem od czterech kółek i jak smakują kolejki do autobusów. Tęskniłem za maluchem — tym bardziej, że tuż przed wyjazdem dostał w Automobilklubie pełną konserwację antykorozyjną. Taki był dzielny… i taki pech.

Zrobiłem staranny reportaż z wypadku; inspektor PZU mógł bez wahania zakwalifikować „przekładkę”. W Centrum Fiata w Tychach, gdzie pracowała żona mojego zastępcy, załatwiłem wymianę karoserii. Dla przyspieszenia procedur trzeba było „rozmawiać” z mechanikiem średnio dwa razy w tygodniu — między Nowymi Tychami a Siemianowicami znałem już każdy dołek.

W palecie lakierów zabrakło żółtego. Wybrałem więc zgniłą zieleń — kolor podobno najmodniejszy na Zachodzie. Niezawodny sposób, by poczuć się trochę jak w Paryżu: wystarczyło zamknąć oczy.

« Ältere Beiträge Neuere Beiträge »

© 2026 Wojciech Rosyk

Theme von Anders NorénHoch ↑