Kolejne spotkanie z Herr Duftnerem nie należało do przyjemnych. Miałem dosyć nocnej zmiany i chciałem przejść na dzienną. Szef nie wyrażał zgody. Na koniec rozmowy zostałem poinformowany o konsekwencjach. Zagroził, że odda mnie do dyspozycji kadrowego, jeżeli w dalszym ciągu będę się upierał przy swoim. Nie wierzyłem w zwolnienie, znałem swoją wartość i wiedziałem, że takich potrzebują. Pewności jednak nie miałem.
Zdecydowałem mimo wszystko, i bez oglądania się na konsekwencje, zakończyć pracę na nocnej zmianie. Powoli nasze życie przestawało być normalne.
Codziennie, po to, abym mógł się wyspać, Alina wychodziła z Danielem na długi spacer. Gdy jednak pogoda na to nie pozwalała, poruszała się po mieszkaniu na palcach, bezustannie uspokajając dziecko. Te zabiegi i tak nie wystarczały — dopiero wieczorem dochodziłem do równowagi. Ciągłe rozdrażnienie nie pozwalało w pełni cieszyć się wolnym czasem podczas weekendów i świąt.
Szef okazywał niezadowolenie; miał stały niedobór ludzi pracujących w nocy. Istniał poza tym drugi powód. Jeszcze w lutym, zjeżdżając na nartach z Tegelberg, wyłożyłem się na oblodzonym zboczu. Na drugi dzień nie mogłem ruszać ręką. Kontuzja okazała się groźniejsza, niż przypuszczałem. Uszkodzony bark usztywniono w szpitalu. Otrzymałem skierowanie na terapię u lekarza domowego. Gdy wróciłem do pracy po parotygodniowym zwolnieniu, długo nie mogłem osiągnąć wydajności sprzed wypadku, co oczywiście denerwowało szefa. Już wtedy dawał mi do zrozumienia, że to nie miejsce dla rekonwalescentów.
Pomimo tego postawiłem wszystko na jedną kartę. Niezłomnie podtrzymywałem swoje stanowisko. W rezultacie Herr Duftner zmiękł. Dalej co prawda straszył mnie kadrowym, ale póki co zostałem skierowany na ranną zmianę. Wiązało się to oczywiście z przemieszczeniem na stanowisku pracy. W „nagrodę” za swój upór otrzymałem najgorszą maszynę. Najgorszą, jeżeli chodzi o rodzaj pakowanych na niej rajstop, gdyż były one grube, elastyczne i bardzo drogie. Cena ich, w granicach 12–16 DM, zobowiązywała do nadzwyczajnej kontroli i idealnego układania, co oczywiście odbijało się na wydajności.
Dzięki temu zmniejszały się moje zarobki. Nie dość, że straciłem nocny dodatek, to jeszcze spadał akord. Nie miałem wyjścia — musiałem działać ostrzej. Potrzeby nasze nie malały, wprost przeciwnie — rosły!
Daniel zaczął chodzić. Stało się to nagle. Pewnego dnia przeszedł przez pół pokoju i, jak gdyby przestraszony tym, czego dokonał, usiadł na pupie i rozpłakał się. Od tego dnia wszystkie niebezpieczne przedmioty znajdujące się w jego zasięgu musiały powędrować wyżej.
Ponownie — choć tylko przez pół dnia — cieszyłem się życiem rodzinnym. Najfajniejsze były te tygodnie, kiedy pracowałem na ranną zmianę. Co prawda już o piątej musiałem stać przy maszynie, ale za to parę minut po trzynastej siedziałem w domu.
Nareszcie miałem czas nie tylko na żonę, dziecko, ale i na przyjemności. Fascynowałem się nadal kręceniem filmów. Pozostawałem wierny tradycyjnej „super 8”, choć coraz częściej spotykało się wideokamery. Nie wierzyłem, że piękny obraz na dużym ekranie zostanie na stałe zastąpiony przez jego namiastkę w telewizorze. Chociaż tendencje rynkowe wskazywały na co innego, ja trwałem przy swoim.
Gdy zobaczyłem na wystawie dźwiękowego Bolexa SM 80 Electronic za 300 DM, oczom nie wierzyłem — projektor, o którym w Polsce nawet nie mogłem śnić! Dla przykładu, podobne cacka firmy Eumig posiadali w kraju tylko organizatorzy festiwalu „Pol–8”. Musiałem go mieć!
Przypadkowo dowiedziałem się od kolegi z pracy, że to jego sąsiad, znudzony ciągłym oglądaniem jakiegoś filmu kung‑fu, oddał ten właśnie projektor w komis. Za zaledwie 200 DM! Bez długich targów sprawę udało się odkręcić i za jedynie 250 DM stałem się szczęśliwym posiadaczem.
Mogłem teraz nie tylko puszczać dźwiękowe filmy, ale również nagrywać do nich podkład muzyczny lub komentarz. Istniał jedynie pewien mankament — nie posiadałem kamery dźwiękowej! No i to stało się oczywiście przyczyną kolejnej choroby.
Zygmunt już od dłuższego czasu okazywał niezadowolenie z sytuacji w szpitalu. Narzekał na szefa, który nie dawał mu tyle operować, ile by chciał. Miał również problemy ze zdobywaniem doświadczenia, jeśli chodzi o sprawy kostne i chirurgię urazową. Znałem szwagra na tyle, by niczemu się nie dziwić. Zespół podobnych okoliczności istniał w Nysie, kiedy to pracował jako asystent na oddziale mojego ojca.
Nie zostałem więc specjalnie zaskoczony, kiedy Krysia zakomunikowała, że przenoszą się do Memmingen. Ta decyzja zapadła bardzo szybko. Podejrzewałem, że sytuacja w miejscu pracy Zygmunta musiała wyglądać dramatycznie. Dzięki temu pośpiechowi nie zdążyli w odpowiednim czasie rozwiązać umowy z właścicielem domu.
Zygmunt natychmiast rozpoczął pracę w miejskim szpitalu. Krysia, nie chcąc pozostawić go samego, w pośpiechu zapakowała rzeczy do kartonów, zamówiła ciężarówkę i po dwóch tygodniach również mieszkała w Memmingen. Nam pozostawiono cały dom do sprzątania i pomalowania.
Cieszyłem się oczywiście z fuchy. Jednak w pokojach, w których mimo wszystko spędziliśmy wiele przyjemnych chwil, powiało pustką. Nie mogliśmy przecież zapomnieć tych pierwszych miesięcy pełnych nadziei, spotkań z rodzicami, burzliwych dyskusji. W zasadzie, choć ta wyprowadzka nie dotyczyła nas osobiście, niemniej kończyła pewien okres w naszym życiu. Staliśmy się jeszcze bardziej zdani na siebie i dotkliwiej samotni.
Tego wrześniowego dnia padał deszcz. Po wizycie u Kiwińskich przejeżdżałem ulicami Geretsried. Gdzieś tutaj przecież mieszkały moje dzieci. Strasznie długo ich nie widziałem. Ostatnie nieporozumienia z Ireną miały dramatyczny przebieg i zakończenie.
Bez problemu odnalazłem ich adres. Spontanicznie, kierowany nastrojem chwili, zadzwoniłem do drzwi. Przyjęto mnie niespodziewanie miło.
Dzieci wydoroślały. W ich oczach odbijały się trudy czasu spędzonego poza domem. Cały rok uczyły się w szkole z internatem pod Norymbergą. Po zdanych egzaminach Julianna mogła pójść do 10. klasy w Geretsried. Michał niestety musiał powrócić i jeszcze trzy lata uczyć się do matury. Klaudia po powtórzeniu szóstej klasy szła do gimnazjum.
Starsza dwójka chwaliła się zdjęciami swoich sympatii poznanych w internacie. Julia chodziła z Hiszpanem, Michał z Rumunką. Klaudia poczęstowała mnie tortem własnego wypieku, o czym — z właściwą sobie egzaltacją — nie omieszkała wspomnieć Irena. Powstała tak sympatyczna atmosfera, że umówiliśmy się na następne spotkanie.
Wracałem do domu rozmarzony i pełen nadziei na poprawę stosunków.
Nasze życie urozmaicały od niedawna amerykańskie seriale. Początkowo oglądaliśmy z zapartym tchem intrygi rozgrywające się w „Dallas”. Po nich nastąpiła fascynacja bohaterami „Dynastii” („Denver Clan”). Na koniec, rozczarowani mydlanymi bańkami, które połykały miliony ludzi, natychmiast zmienialiśmy kanał, gdy tylko słyszeliśmy zapowiedź jednego z tych filmów.
Nas, wychowanych w socjalizmie — tych, którzy nie zetknęli się z bogactwem, przepychem, kobietami w lśniących autach czy z luksusowymi willami — potrafiłbym jeszcze wytłumaczyć. Dlaczego jednak tylu Niemców pozwoliło sobie założyć klapki na oczy?
Nieprawdopodobne, jak ludzie łatwo i bezkrytycznie ulegają czarowi bajek! Każdą bzdurę, jeżeli tylko atrakcyjnie zostanie opakowana, potrafią zaakceptować. Na szczęście istnieją chwile trzeźwości — takie chociażby, jakie nastąpiły po opublikowaniu w Paryżu wiadomości o bożyszczu kobiet, Rocku Hudsonie, homoseksualiście chorym na AIDS. Wtedy właśnie, gdy społeczeństwo dobrobytu przeżywało kryzys wiary, prawdziwy wstrząs dotknął Meksyk: pod gruzami domów zginęło ponad pięć tysięcy ludzi. Niedługo po tym siedemnastoletni Boris Becker odniósł zwycięstwo na kortach Wimbledonu. Z łatwością więc skierowano niemiecką opinię publiczną w stronę nowego, narodowego bohatera — i wszystko nadal wyglądało cacy.
Parę dni po swoich pierwszych urodzinach Daniel zaczął kaszleć. W nocy dostał gorączki. Lekarz przepisał antybiotyk. Pierwszy raz nasze dziecko chorowało. Rozpalone policzki nieprzyjemnie kontrastowały z bielą pościeli. Wesołe oczy, z których zawsze tryskało tyle energii, nie reagowały na nic. Stracił całkowicie apetyt, przełykał tylko parę kropli wody podawanych łyżeczką.
Obwinialiśmy siebie za wizytę w Memmingen. Mogliśmy tam nie jechać. Wiedzieliśmy przecież, że jego kuzynka, Daniela, niedawno miała anginę.
Pierwsza domowa wizyta lekarska również nie należała do przyjemnych. Już sam fakt zawezwania pomocy stanowił niesamowity stres. Sami, w obcym kraju, jakoś sobie radziliśmy, ale jeżeli chodziło o Daniela, nie chcieliśmy „jakoś” — chcieliśmy jak najlepiej. Jak można jednak najlepiej, kiedy nie rozumie się wszystkiego? Z bawarskim od samego początku mieliśmy kłopoty, a i niemiecki — jeżeli chodzi o słownictwo powyżej codziennych spraw — pozostawiał wiele do życzenia.
Daniel wyzdrowiał stosunkowo szybko, czego jednak nie dało się powiedzieć o nas. Strach przerodził się w uraz.
Po świętach Bożego Narodzenia, spędzonych znowu w Memmingen, przygotowywaliśmy się na wizytę trójki moich starszych dzieci, mającą nastąpić w pierwszym dniu Nowego Roku. Przed miesiącem byliśmy umówieni. Kupiłem im nawet z tej okazji wspaniały prezent. Będąc w IKEI, Alina zobaczyła efektowny, młodzieżowy fotel. Sami nie mogliśmy pozwolić sobie na coś takiego. Co innego, jeżeli chodziło o dzieci. Dawno nie dostały droższej rzeczy (alimenty stanowiły oczywistość). Postanowiliśmy się zrujnować, a przy okazji kupiliśmy sobie biało‑żółte zasłony do dużego pokoju.
Przystrojeni i odświętni, przygotowywaliśmy się do pierwszych odwiedzin. Nadaremnie! Zadzwonił tylko telefon. Irena pierwsza poinformowała mnie o „niespodziance”, po czym z dużą satysfakcją oddała słuchawkę Michałowi. Ten z kolei, bez specjalnej żenady, oświadczył, że zarówno on, jak i Julianna umówili się ze swoimi sympatiami na sylwestra i zostaną tam dłużej. Życzyłem im wszystkiego najlepszego.
Znowu postanowiłem, że nie pozwolę się więcej policzkować. Parłem ciągle do spotkań, umawiałem się, prosiłem, niemalże żebrałem, a rezultat był niezmienny. Tak jak w Polsce: Irena okazywała oficjalnie dobre chęci, tylko w końcowej fazie zawsze coś stawało na przeszkodzie.
Początkowo nic nie zapowiadało dramatów, jakie miał przynieść Nowy Rok. Pod koniec stycznia miliony ludzi zobaczyły, jak po 73 sekundach lotu rakiety „Challenger” rozlatywały się nadzieje Amerykanów w wyścigu podboju kosmosu. Spokój niebieskiej przestrzeni zakłóciła nagła eksplozja. Przez wiele mgnień wybuchały w przestworzach, targane tragicznym nieładem, szczątki promu kosmicznego. I każdy wiedział, że w danej chwili unicestwieniu ulegało siedem ludzkich istnień.
Trzy miesiące później nastąpił kolejny wybuch, jeszcze groźniejszy w skutkach — Czarnobyl!
A nasze życie biegło dalej dotychczasowym torem. Zacząłem „wyrabiać się” z akordem, a „dobrowolna” praca w wolne soboty pozwoliła utrzymać stary poziom zarobków. Mój prawy łokieć zaczął jednak odmawiać posłuszeństwa. Gdy się całkiem zbuntował, lekarz usztywnił go na szynie. Zwolnienie przedłużało się, ale ból nie ustępował. Dostałem skierowanie do ortopedy, a następnie na zdjęcia rentgenowskie.
Radiolog przed wręczeniem koperty z wynikami, jakby chcąc się upewnić, zapytał o mój wiek.
— Skończyłem czterdzieści cztery. — Tak… Ma pan osteoporozę. Wie pan o tym? — Nie. A co to takiego? — Odwapnienie kości. — Na podstawie czego pan tak sądzi? — Zdjęcia wykazują zmniejszenie gęstości kostnej. — Jak pan do tego doszedł? — Obraz nie jest tak kontrastowy. Jest… jakby to panu po prostu powiedzieć… wyblakły.
Nie przejąłem się diagnozą. Mogli przecież zdjęcia nie dowołać albo źle naświetlić. Poza tym byłem już tyle razy prześwietlany — również w Niemczech, w ramach akcji Urzędu Zdrowia — i nic takiego nie stwierdzono.
Ortopeda, po stwierdzeniu, że leczenie za długo trwa, zaaplikował serię zastrzyków. Przez pół godziny po każdym z nich wariowałem z bólu. Czułem w łokciu potworne napięcie, takie, jakby lada chwila miało go rozerwać. Za każdym razem, gdy dochodziło do granic wytrzymałości i chciałem wyć, następował spokój.
Koniec z szynami, bandażami. Musiałem poruszać ręką tak, jakbym siekierą rąbał drzewo. Bałem się tej terapii. Wiedziałem od ojca, że blokady mogą spowodować trwałe zmiany w stawach. Nie miałem jednak wyjścia. Z pokorą poddałem się brutalnej kuracji. Po którymś kolejnym zastrzyku znalazłem metodę: wyjechałem szybko za miasto i pędziłem wśród pól, przed siebie, bez opamiętania. Zmęczenie pozwalało znieczulić ból.
Po dwóch tygodniach leczenia nastąpiła poprawa. Mogłem pójść do pracy. Ręka wyzdrowiała, po kontuzji nie pozostało śladu, ale do dziś czuję i słyszę odgłos grubej igły lądującej w moim stawie.
Przygotowałem się na rozmowę z szefem — nie myślałem jednak, że przybierze taki charakter. Herr Duftner okazał całkowitą bezduszność. Zachowywał się tak, jakbym chorował dla przyjemności, a nie na skutek kontuzji nabytej podczas pracy. Opieprzał bez cienia współczucia. Interesowała go jedynie produkcja. „Zostałem zatrudniony, aby pracować, a nie chorować”.
Podczas całej kariery zawodowej miałem różne dołki, ale nikt mnie nigdy tak bezwzględnie nie potraktował. Nawet na budowie nie słyszałem, by majster — nawet maksymalnie wnerwiony — tak nieludzko obchodził się z robotnikami.
Powróciło pytanie: „Co ja tu robię?”. Teoretycznie mogliśmy wrócić do kraju. Na pewno dostałbym pracę. Mieszkanie też dałoby się jakoś załatwić… Co jednak ze spędzaniem urlopu na Zachodzie? Planowaliśmy właśnie wakacje w Hiszpanii. Chcieliśmy poza tym zobaczyć Grecję, Portugalię, Anglię, Skandynawię…
Ta sprawa rozstrzygała o wszystkim. Zawsze przecież mieliśmy otwartą drogę powrotną. Musiałem przestać się bać o utratę miejsca pracy, przełknąć upokorzenie i dalej w dużym tempie pakować rajstopy.
O moich kłopotach dowiedziała się Hanka. Wspólnie z mężem obiecała pomoc. Znali pewnego przedsiębiorcę budowlanego; potrzebowali moich danych. Przekazałem im w paru etapach: życiorys, odpis dyplomu, pozwolenie rządu bawarskiego, uprawnienia budowlane. Dziwiłem się, po co komu tyle szczegółów, ale skoro potrzebowali, dostosowywałem się. Chodziło przecież o moją sprawę.
Po tygodniach oczekiwań zostałem umówiony. Chciałem zaprezentować się jak najlepiej. Pojechałem do Geretsried „pod krawatem”, w garniturze. Gabinet mojego przyszłego szefa, na ostatniej kondygnacji bloku mieszkalnego, nie wyglądał imponująco. Zaskoczyło mnie jednak coś innego: przedsiębiorstwo zajmowało się montażem podwieszanych stropów. Nie rozumiałem, co ja tam mam robić. Sprawa dość szybko się wyjaśniła. Zaproponowano mi miejsce montera w brygadzie jeżdżącej po całym okręgu. Czas pracy: 10–12 godzin, łącznie z sobotami. Załogę stanowili głównie Jugosłowianie. Nie interesowałem się już stawką godzinową. Podziękowałem za poświęcony czas i wyszedłem.
Miałem dosyć Kiwińskich. Wyglądało, że chcieli znaleźć mi pracę w jakimś biurze projektowym i to co najmniej na stanowisku konstruktora. Wyszło co innego: próbowali załatwić swojemu kumplowi czy znajomemu taniego robotnika.
Czułem rozgoryczenie. Mierzyłem ludzi swoją miarką: „Jeżeli ja w danej sytuacji tak postępuję, mówię, reaguję… — wymagam od innych tego samego”. Niestety, zbyt rzadko to się zdarzało.
Tyle razy powtarzałem sobie: „Nie dam się więcej nabrać!”, a okazywało się znowu, że chcieć to nie zawsze móc.
Zamrożenie stosunków towarzyskich z Kiwińskimi nie przeszkadzało nam w przygotowaniach do wakacji. Przewodnik po Hiszpanii zdążyłem przestudiować, podobnie jak komplet map z ADAC. Wizy były w trakcie załatwiania. Busik, po zainstalowaniu nowej pompy benzynowej, spisywał się bez zarzutu.
W drodze wyjątku przyznano mi urlop na cały miesiąc. Pierwszy raz ruszaliśmy tak wcześnie — pod koniec maja. W czwartek, trzy kwadranse po zakończeniu pracy, byliśmy już na trasie. Nie udało się jednak tego dnia przekroczyć granicy. Dopiero następnego, wczesnym rankiem, wjechaliśmy do Francji.
Jedenaście lat wcześniej opuściłem ten kraj. Nadal czułem jego bliskość. Odżyły wspomnienia. Znajdowałem się jednak w zasadniczo odmiennej sytuacji: niezależny, pewniejszy, no i oczywiście starszy. Poza tym jechałem z żoną i dzieckiem, a nie jak wtedy samotnie.
Rozmyślania przerwała cisza silnika na skrzyżowaniu w jakiejś mieścinie. Starter z lekkością poruszał motor. Nic nie wskazywało na to, aby ożył. Wiedziałem w 90 procentach, co się stało: szlag trafił pasek zębaty!
Przy pomocy Aliny popchnąłem busik na placyk przed małym domostwem. Przypuszczenia potwierdziły się. Byłem przygotowany do napraw, ale zapasowego paska nie miałem. Na szczęście od miasta dzieliło nas tylko parę kilometrów. Przy nienajlepszej pogodzie ruszyłem w drogę.
Do Belfort dotarłem dosyć zmęczony. Po przemierzeniu części miasta odnalazłem warsztat Fiata. Bez problemu dostałem pasek i nawet instrukcję, jak ustalić punkty synchronizacyjne. W drodze powrotnej niebo pokryły ciemne chmury. Idąc, zatrzymywałem auta. Po jakimś czasie stanął czarny Peugeot 404. Zaczęło padać. Gadatliwy kierowca jechał w odpowiednim kierunku. Po paru uwagach na temat pogody zapytał:
— Jest pan obcokrajowcem? — Tak. — Ja też. Pochodzę z Polski. — No to cześć, rodaku. — Z ulgą przestałem wysilać się po francusku.
Filmowy zbieg okoliczności! Z miejsca rozmowa przybrała inny charakter. Nasze emigracyjne historie miały wiele wspólnych punktów. Mirek pochodził z Poznania. Z żoną i dwójką dzieci opuścił kraj w tym samym czasie co my. W Niemczech coś mu nie wychodziło, zdecydował się więc na Francję.
Miał kłopoty ze znalezieniem pracy. W Polsce skończył technikum samochodowe, ale we Francji dorabiał graniem na fortepianie. Natychmiast zaoferował pomoc przy naprawie samochodu.
Przy demontażu pojawiła się trudność: nie umiałem odkręcić dużej śruby — 36 mm. Przypadkowo za rogiem znajdował się warsztat naprawczy. Wypożyczonym kluczem poszło jak po maśle. Problemy pojawiły się znowu przy składaniu. Nie mogłem znaleźć punktu na obudowie — wskazówki do ustawienia pozycji wałka rozrządu z wałem głównym. Mirek też nie potrafił. W sklepie u Fiata narysowano mi na opakowaniu, jak to wygląda; pod wozem jednak tego nie widziałem. Mijały godziny, robiło się ciemno. Na koniec chcieliśmy, w oparciu o teorię, tak ustawić pierwszy tłok, aby znajdował się w chwili zapłonu. Również nadaremnie. Ręce drętwiały z zimna. Nagle zaczął padać grad. Wyglądało, że wszystko sprzysięgło się przeciwko nam.
Po plastikowej folii leżącej na ziemi ślizgały się małe kulki lodu. Miałem serdecznie dosyć włażenia pod auto. Przerwałem naprawę do następnego dnia. Mirek koniecznie chciał zabrać nas do siebie. Bałem się zostawić wszystkie rzeczy na pastwę losu. Samej Aliny z dzieckiem też nie mogłem puścić z obcym w sumie facetem.
Gorąca herbata i parę łyków wódki nie potrafiły mnie rozgrzać. Podrażniony niepowodzeniem nie miałem ochoty na małżeńskie przyjemności. W nocy trząsłem się z zimna. Para osiadła na wszystkich oknach. Poubierałem wszystkie ciepłe rzeczy, jakie zabraliśmy na upalne wakacje, i jakoś przekimałem do świtu.
Rano z nową energią wskoczyłem ponownie pod samochód. Zaświeciło słońce. Jeszcze raz szmatą przetarłem pokrytą brudem obudowę. Nie mogłem zrozumieć, dlaczego tego wczoraj nie widziałem. Znaczek połyskiwał jak byk!
Gdy po godzinie przyjechał Mirek — z suchymi roboczymi spodniami — kończyłem robotę. Motor zapalił od ręki. W jego równym chodzie dało się słyszeć pytanie: „Nie ro‑zu‑miem, czy coś by‑ło nie tak?”
Żona Mirka, Renia, podała do kawy pyszne bułeczki. Przyjmowali nas tak naturalnie, jak gdybyśmy znali się od dawna. Musiałem obiecać, że wpadniemy w drodze powrotnej. Grupowe, pożegnalne zdjęcie na tle naszego busika zakończyło niecodzienną przygodę. Przygodę, która później przerodziła się w wieloletnią przyjaźń.
Przejeżdżałem przez kraj, z którym wiązałem kiedyś tyle nadziei. Jak wyglądała realizacja planów sprzed lat? Czy rzeczywistość, w jakiej się znalazłem, miała z nimi coś wspólnego? Wbrew pozorom — bardzo dużo. Urealniałem, choć może w innej formie, dawne marzenia.
Do Lyonu mogłem dojechać stosunkowo szybko. Nie spieszyło się nam jednak tak bardzo, byśmy skłonni byli wydawać pieniądze na autostradę. Nasz fiat i tak nie rozwijał dużych prędkości, poza tym o ile więcej widziałem, przejeżdżając przez miasta i wioski.
Noc na osiedlu mieszkalnym w Lons‑le‑Saunier nie należała znów do upalnych. Obudzony dokuczliwym zimnem, ruszyłem w dalszą drogę jeszcze przed świtem. Alina z Danielem pozostali w betach aż do postoju nad strumyczkiem. Dopiero gdy poczuła ciepło promieni wstającego słońca, odważyła się opuścić śpiwór.
Bezpłatna autostrada z Lyonu do Saint‑Étienne dziwnie się postarzała. Zjechałem z niej wcześniej w nadziei odnalezienia starych śladów na asfalcie peryferii. Nie poznawałem drogi prowadzącej do miasta, w którym spędziłem cały rok. Szokowały mnie zmiany; wszystko wyglądało inaczej. Nawet Zbyszek mieszkał gdzie indziej. Nie zastałem go w domu — wyjechał z rodziną. Zostawiłem tylko parę słów w skrzynce pocztowej.
Alina miała dosyć jeżdżenia po mieście. Zupełnie nie rozumiała, co mogło mi się w nim podobać. Jej zachowania nie dało się wytłumaczyć jedynie zazdrością. W pewnej mierze miała rację; doświadczałem podobnego rozczarowania. W kolorowym obrazie tęsknoty pojawiło się wiele odcieni szarości.
Drogę na południe, po obu stronach Rodanu, znałem dość dobrze. Chciałem tym razem ukosem przejechać Masyw Centralny. Pociągał mnie przeczytany w przewodniku opis przełomu rzeki Tarn (Gorges du Tarn): europejski Grand Canyon — wąwóz długości 80 kilometrów, którego urwiste zbocza sięgają miejscami 500 metrów. Nim jednak zobaczyłem ten cud przyrody, czekała nas kolejna przygoda z autem.
Za Le Puy skończyła się dobra droga. Wjechaliśmy w dziki teren. Fiacik, po powierzchni pozbawionej niejednokrotnie asfaltu, pokonywał góry, zjeżdżał w doliny. Męczył się i pocił, aż w pewnej chwili wydał potężny ryk. Tym razem diabli wzięli tłumik!
Udając rajdowca dojechałem do najbliższego miasteczka. Na rynku, po którym spacerowała rzesza odświętnie ubranych turystów, zatrzymałem nasz hałasujący pojazd. Wyciągnąłem podnośnik i narzędzia, a Alina udała się na poszukiwanie starej puszki. Kloszard w Paryżu nie wywołuje ciekawości, ale na prowincji widok młodej kobiety z małym dzieckiem grzebiącej w koszach na śmieci wzbudzał sensację. Do tego — kobieta ta nie umiała wytłumaczyć, chcącym jej pomóc — czego szuka.
W rezultacie, w celu pozyskania kawałka blachy, musieliśmy zjeść nadprogramowo dwie mielonki. Z drutem poszło łatwiej, choć właściciel pobliskiej posesji, ogrodzonej siatką, nie okazałby na pewno zachwytu odnośnie mojej improwizacji.
Do Sainte‑Énimie dojechaliśmy o zmierzchu. Sił wystarczyło tylko na krótki spacer po kolacji. Chcieliśmy zostać tam cały dzień, zachwyceni pięknem miejscowości otoczonej wysokimi ścianami wapiennych skał. Niestety, kolejna zimna noc zmieniła plany. Postanowiliśmy jak najszybciej dojechać do Hiszpanii.
Pirenejami oczarowany zostałem dawno. Pojawienie się na horyzoncie pasma tamtejszych gór sprawiało — i jestem pewien, że zawsze będzie sprawiać — dużą radość. Obawy moje o to, czy urok ich, po latach rozłąki i zetknięciu się z Alpami, pozostanie nadal tak atrakcyjny, rozpierzchły się bezpowrotnie. Pewnym zaskoczeniem stało się tylko przejście. Potraktowano nas protekcjonalnym machnięciem ręki. Nie spodziewałem się, że w dniach przystąpienia Hiszpanii do Wspólnoty, na granicy zapanuje już taka swoboda.
Nadmorska droga prowadząca do Barcelony ma potworny mankament: linia kolejowa oddziela ją od plaży. Przez trzydzieści kilometrów, czując i słysząc morze, nie mogłem nigdzie zatrzymać auta. Widząc ludzi wbiegających z rozgrzanego piasku do wody, musiałem zadowolić się potem spływającym po plecach. Przechodziłem katusze.
Naszego fiata, wjeżdżającego do stolicy Katalonii, onieśmiela szeroka na kilkadziesiąt metrów aleja. Przez szyby dociera nastrój tętniącej życiem metropolii. Zostawiamy samochód na jakimś placyku przy fontannie. Początkowo dezorientuje nas regularna siatka ulic i skrzyżowań, ale w końcu szybko docieramy do kościoła Sagrada Família. Budowla robi duże wrażenie i swoją wielkością, i niecodziennością. Prace przy niej trwają już drugie stulecie. Charakterystyczne wieże, które — według znawców — kojarzyć się powinny z gigantycznymi stalagmitami, przypominają raczej smocze ogony zdobiące pawilon duchów w wesołym miasteczku. Jak na mój gust są zbyt kiczowate.
Więcej czasu przeznaczamy na spacer zacienioną aleją La Rambla. Wolno popychając wózek Daniela, obładowany fotograficznym sprzętem, docieramy w beztroskim nastroju do placu z kolumną Kolumba. Nieopodal, przy zakotwiczonej u nabrzeża replice karaweli „Santa María”, pstrykam zdjęcia — stanowią one końcowy akcent krótkiego pobytu w Barcelonie.
Za Tarragoną busik zaczął ponownie nabierać rajdowego brzmienia. Wystarczająco męczący był upał. Gdy do tego doszedł huk, mieliśmy dosyć. Bezludną okolicę urozmaicał jedynie ruch dalekiej autostrady. Bezradnie rozglądałem się za czymś, czym mógłbym ponownie załatać dziurę. Znowu dopisało nam szczęście. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki pojawiło się cmentarzysko samochodów. Wyglądało na opuszczone, ale zardzewiała siatka utrudniała wejście. Byłem gotów przejść przez płot.
Gardłowe warczenie czarnego wilczura całkowicie ostudziło zapał. Odsłonięte białe kły, połyskujące zza ogrodzenia, dobitnie przestrzegały przed próbą dostania się do środka. Zacząłem walić w bramę. Zdenerwowałem tym psa do tego stopnia, że w pośpiechu wskoczyłem z powrotem do samochodu. Po chwili usłyszałem głos uspokajający szczekanie. Z kolei ja zacząłem wrzeszczeć: „Señor! Señor!”
Właściciel złomowiska okazywał dużą sympatię, ale nie rozumiał, o co mi chodzi. Mój hiszpański w połączeniu z pantomimą prowadził do nikąd. W rezultacie dopiero, gdy zapaliłem silnik, sprawa stała się jasna. Z jakiegoś rozbitego seata wymontowałem tłumik. Przystosowanie go do fiata okazało się pracochłonne. Niemniej, przy pomocy pożyczonej piłki (w swoich narzędziach miałem tylko mały brzeszczot, którym mógłbym godzinami piłować) i kawałka dodatkowej rury, dzieło doprowadziłem do końca.
Właściciel nic nie chciał wziąć za części. Zaproponował nawet pozostanie u niego na noc. Podziękowałem. Wolałem w bardziej atrakcyjnym miejscu witać wschód słońca.
Nareszcie, po wielu kilometrach, mogliśmy porozumiewać się, nie krzycząc. Bez huku świat wyglądał przepięknie. Niestety, dzień dobiegał końca i należało znaleźć postój. Za Alcossebre, po długich poszukiwaniach, znalazłem ustronne miejsce. W ciemnościach rozpoznałem światła pobliskiego domu. Łagodny szum morza koił monotonią zmęczone uszy. Byliśmy tak senni, że nie chciało nam się rozkładać posłania.
Obudził nas upał. Dłużej w aucie nie dało się wytrzymać. Zaskoczenie nastąpiło po wyjściu na zewnątrz. Osłupieni spoglądaliśmy w kierunku nagiej krawędzi wysokiej skarpy. Staliśmy od niej o parę kroków. Nie nastąpiła filmowa scena, w której po otworzeniu drzwi bohater zawisa nad przepaścią, ale poczułem nieprzyjemny dreszcz, myśląc o nocnym manewrowaniu w tym miejscu.
Otaczał nas spokój. Lekki wiatr od morza omywał zaspane twarze, susząc równocześnie — po nocnym siusianiu — gołą pupę Daniela. Postanowiliśmy pozostać tam cały dzień. Pobliskim domem okazała się luksusowa willa, a jej właściciel — Niemiec na zasłużonej emeryturze. Uprzedził nas grzecznie, że w tym miejscu nie wolno biwakować. Usłyszał w odpowiedzi przeciągłe: „jaaa… jaaa…” — na tym zakończyła się i konwersacja, i reakcja.
Beztrosko kołysały się na wietrze śpiwory, a z garnka dochodził zapach wiedeńskich parówek. Urlopową atmosferę zakłócały tylko wieże wydobywcze, przecinające daleki horyzont, oraz gruby sznur łączący naszego syna z samochodem. Ten sposób asekuracji Daniela, chodzącego już coraz odważniej, znałem od dawna; na własnej skórze doświadczyłem go w dzieciństwie.
Walencja przywitała nas wieczornymi światłami. Na zwiedzanie zabytków nie mieliśmy już sił. Po całodziennych wrażeniach chcieliśmy jak najszybciej znaleźć miejsce na nocleg. Niemożliwe okazało się zatrzymanie w centrum. Krążenie zatłoczonymi ulicami stawało się coraz bardziej denerwujące. W rezultacie, straciwszy nadzieję, postanowiłem wyjechać z miasta. Parę kilometrów dalej otoczyły nas wysokie bloki przedmiejskiego osiedla. Znalazłem mały placyk. Po kolacji, gdy od zaśnięcia dzieliły nas sekundy, rozległ się potężny huk przechodzący w nieprzyjemny świst. Nad domami, tak nisko, jakby miał zaraz zaczepić o ich dachy, przelatywał Jumbo Jet. Niestety — nie pierwszy i nie ostatni tej nocy. Za każdym razem towarzyszył mu pisk przerażenia przebudzonego Daniela.
Zamglony ranek bezlitośnie obnażył otaczającą nas rzeczywistość: opuszczone osiedle, walające się po ulicach śmieci, zaułki wypełnione starymi materacami i koczujący bezdomni. Chciałem zrobić parę zdjęć, ale Alina nawet przez krótką chwilę bała się zostać sama.
Urok starego miasta pozwolił szybko zapomnieć o „przyjemnościach” nocy. Z przewodnikiem w ręku wędrowaliśmy, zaliczając najważniejsze punkty. Na naszej drodze nie zabrakło katedry. Znajdujący się w niej Święty Graal zrobił na mnie umiarkowane wrażenie. Przekaz głoszący, jakoby kielich ten służył przy Ostatniej Wieczerzy, wydał mi się mocno naciągnięty. Z drugiej jednak strony — skoro nasz papież przed paru laty składał na nim pocałunek, wypadało kupić jego podobiznę, choćby na pamiątkę.
Na dawnej rzece przedzielającej miasto powstały liczne mosty. Wspaniałość swoją zawdzięczają niezgodności z przeznaczeniem: przejeżdżają przez nie auta, przechodzą ludzie, ale pod spodem — zamiast wody — rozciąga się długi park z alejami ocienionymi palmami, płytkimi basenikami pełnymi nenufarów i fontannami. Zaskoczyło nas to bajeczne miejsce wypoczynku w centrum imponującej aglomeracji.
W tym mieście zaskoczyła mnie również młoda dziewczyna. Nie wyglądała na „dziwkę”, choć jej gorącej kobiecości nie zdołał ukryć skromny kostiumik. Poszedłem w stronę malowniczej uliczki zrobić kilka zdjęć. Alina z Danielem została na ławce, jedząc lody. Rozglądając się za motywem, zobaczyłem w obiektywie figlarny uśmiech. Właścicielka uśmiechu, nie tracącego intensywności, kierowała się w moją stronę. Nim opuściłem aparat, poczułem bliskość jej kształtów. Dziewczyna przytuliła się na krótką chwilę, zaczepiła o pasek moich spodni mały palec i delikatnie pociągnęła.
Po sekundzie widziałem łagodnie opadającą rękę i oddalające się, lekko rozkołysane biodra. W milczeniu trzymałem uniesiony na wysokości wzroku aparat, gotowy do zdjęcia. Nigdy nie zostałem w ten sposób zaczepiony. Mogę podać tysiąc argumentów, dlaczego tak „właściwie” postąpiłem. Nie jestem jednak przekonany, czy dobrze jest być niewolnikiem moralności niezgodnej z naturą.
Za Alicante wjechałem wprost na plażę. Mijał dziesiąty dzień wakacji, a ja wciąż się nie wykąpałem. Piękny piasek, brak ludzi, z samochodu parę metrów do wody — i wszystko na nic. Poszedłem tylko nad brzeg zamoczyć nogi. Nie miałem ochoty skakać do morza w czasie sztormu.
Po obiedzie w zamkniętym aucie zdecydowałem wjechać w ląd, kierując się do Grenady. Z dala od turystów i przelotowych dróg pokonywałem kilometry niezamieszkanego terenu. W wielkości przestrzeni czułem bliskość przyrody. Nie oglądam już westernów, choć kiedyś je lubiłem. Pozostawiły one namiętną tęsknotę za przemierzaniem dzikiej prerii, ciągnącej się hen, po horyzont.
Do Grenady dotarliśmy wieczorem. Koniec dnia, jak zwykle, wiązał się z marzeniem o odpoczynku. Nauczony doświadczeniem nie wjechałem do centrum. Zatrzymałem auto na wzgórzu. Z platformy widokowej, oświetlonej ostatnimi promieniami słońca, szukaliśmy ustronnego miejsca. Światła uliczne w tle dalekiego masywu Sierra Nevada przygotowywały miasto do nocnego życia. Ta imponująca panorama, konfrontowana z wyobrażeniami utrwalonymi słowami poety: „Bronią się jeszcze twierdze Grenady, ale w Grenadzie zaraza…”, zachwycała realnym pięknem.
Za naszymi plecami znajdował się mały kościółek. Zaciszny placyk leżący w jego pobliżu był idealnym ustroniem na nocleg. Problem był tylko z dojazdem. Nigdzie nie mogłem dostrzec drogi. Pokonałem niski murek i od środka zacząłem szukać. Obchodząc każdy kąt, znalazłem przesmyk pomiędzy ścianami zabudowań otulających kościół. Rozciągniętymi rękoma oszacowałem szerokość — miałem trochę luzu. Zaryzykowałem. W żółwim tempie, przy złożonych bocznych lusterkach, pokonywałem przeszkodę. Zdziwieni mieszkańcy plebanii z niepokojem przyglądali się moim manewrom, ale nikt nie protestował. Zatrzymałem się parę kroków przed wejściem do świątyni. Miejsce wyglądało fantastycznie; jedyny mankament dotyczył spraw fizjologicznych. Niechętnie korzystałem z turystycznego WC, ale w tym wypadku należało pokonać przyzwyczajenia.
Pogoda nas nie rozpieszczała. Zamglony ranek przypominał kapryśny początek kwietnia. Poubierani w ciepłe rzeczy ruszyliśmy na podbój Alhambry. Kolejka czekających na otwarcie kas była już spora. Ci, którzy chcieli zrobić zdjęcia, wiedzieli, że tylko o tej porze miało sens rozpoczęcie zwiedzania.
Po wejściu do środka postanowiłem szybko przemierzyć z aparatem niezatłoczony kompleks pałaców. Na Dziedzińcu Lwów stwierdziłem bezsens tego zachowania. Wyglądałem jak człowiek, który pragnąc pospiesznie zjeść lody, podgrzewa je w tym celu na patelni. Zawstydzony usiadłem przy fontannie. Nie mogłem przeciwstawiać się uspokajającemu, zmuszającemu do wypoczynku działaniu architektury. To jedyny na świecie tak wspaniały przykład lekkości arabskiego kunsztu.
W zadumie czekałem na Alinę. Bez uprzedzenia wyszło słońce. Gwałtownie uderzył upał. Na Daniela nie działały łagodząco fontanny i baseny. Wprost przeciwnie: nieustannie biegał i wszędzie, gdzie mógł, chlapał się w wodzie. Każdy napotkany schodek musiał rączkami poklepać i dwa razy pokonać. Alina miała dosyć pilnowania łobuza, rozrabiającego między nogami rzeszy turystów. W wózku nie chciał siedzieć, za rękę też nie pozwalał się prowadzić. Pałacowa atmosfera wyraźnie prowokowała go do samodzielności. Mozaikowa płyta patia dawnej posiadłości Karola V zamieniła się w swoistą bieżnię. Wyczerpany po tych wyczynach, nie pozwalał ściągnąć z siebie przepoconych rzeczy. Gdy jednak, przy mojej pomocy, udało się Alinie przezwyciężyć jego temperament i podać butelkę, nasz sportowiec gwałtownie zasnął, zostawiając niedopity łyk herbatki. Nareszcie mogliśmy bez stresu kontynuować zwiedzanie. Po pewnym czasie poczuliśmy nasycenie. Dzięki niemu spacer po słynnych ogrodach odłożyliśmy na „nieokreślony następny raz”.
Po posiłku, zamiast sjesty, wybrałem marsz w kierunku morza. Słoneczna pogoda prowokowała do wyłożenia się na piasku. Mimo to pojechałem do Malagi, choć nie była to najprostsza droga do wybrzeża. Miasto wiązało się dla mnie z dwoma rzeczami: po pierwsze ze słodkim, ciężkim winem, którego nadmiar raz zaznałem — z wiadomym skutkiem — oraz z podwórkową rymowanką młodości: „Ma‑laga świadczy o mnie”.
Po upalnym popołudniu spędzonym w aucie przeważyło marzenie o kąpieli. Spiesząc się, ominąłem obwodnicą Malagę i po trzydziestu kilometrach dotarłem do Fuengiroli. Już na sam widok łagodnie pomarszczonej tafli morza pierzchło zmęczenie. Pobiegłem sprawdzić temperaturę wody. W bezruchu stałem na brzegu, pozwalając ziarenkom piasku umykać spod gołych stóp. Za każdym uderzeniem łagodnych fal grzęzłem coraz głębiej.
Daniel w buciczkach podążył moim śladem. Schyliłem się, by wziąć go na ręce — i nagle zamarłem. Szalony ból zamroził ciało. Nie wiedziałem, co się stało. Jakby potężny sztylet ranił kręgosłup, rozrywał kręgi. Ogarnęło mnie przerażenie. Nie miałem siły wołać o pomoc. Każda próba ruchu paraliżowała wolę. Z zamarłym oddechem osunąłem się na kolana, podparłem rękoma.
Płacz Daniela zaalarmował Alinę. Mijały długie sekundy. Ciągle nie potrafiłem nabrać powietrza. Alina w panice zaczęła mną potrząsać. Czując jej bliskość, puścił uścisk zaciśniętej krtani. Bezwładnie, z przeciągłym jękiem, w zesztywniałej pozycji, opadłem na bok.
Na opustoszałej plaży, w zasięgu wzroku, nie było nikogo — nikogo, kto mógłby udzielić wsparcia. Jedynie po drugiej stronie drogi znajdował się hotel. Pomału zaczynałem rozumieć źródło bólu i zakres ruchów. Alina postanowiła pomóc mi dojść do samochodu.
Maksymalną siłą mięśni podciągnąłem się na jej szyi. Minęła panika. Ból nie ustępował, ale nie pociągał za sobą innych konsekwencji. Całym ciężarem zawisłszy na podtrzymującej mnie żonie, oparty drugą ręką o głowę dwudziestomiesięcznego syna, złożony w scyzoryk, wlokłem się w stronę auta. Po dotarciu musiałem długo czekać, aż Alina rozłoży posłanie. Nie wiedziała, jak to się robi; tę — dość skomplikowaną — czynność zawsze wykonywałem ja.
Po wczołganiu się do środka i znalezieniu najmniej bolesnej pozycji przyszedł czas na refleksję. Wciąż nie miałem pojęcia, co mnie spotkało. W aucie poczułem się bezpieczny, ale co dalej? Dalsza jazda, w takim stanie, nie wchodziła w rachubę. Od domu dzieliło nas dobre dwa tysiące kilometrów. Co zrobimy?
Zrozpaczona Alina poszła szukać lekarskiej pomocy. Miała szczęście, bo choć hotelu jeszcze nie otworzono, dowiedziała się od obsługi, gdzie i w jakich godzinach działa przychodnia.
Koszmarna noc w bezruchu trwała w nieskończoność. Rano, częściowo znieczulony Pabialginą, nie wiedziałem, jak się podnieść. Na szczęście Alina znalazła grubą linkę. Zamontowała ją pod dachem, dzięki czemu mogłem się podciągnąć.
Całą wieczność trwało, nim usiadłem za kierownicą. Wyciśnięcie sprzęgła graniczyło z bohaterstwem. Ruszyłem. Wolno, krok po kroku, z włączonymi kierunkowskazami i wykrzywioną bólem twarzą, dowlokłem się do przychodni. Przed recepcją zastałem tłum, na korytarzu kolejkę chorych — wypisz wymaluj jak w polskiej przychodni.
Do gabinetu wszedłem po dwóch godzinach. Lekarz bez specjalnych badań zorientował się, co jest grane. Zaaplikował zastrzyk, który należało powtarzać przez tydzień, i wypisał receptę. Zalecił leżeć w łóżku i zapomnieć o morskiej kąpieli przez tygodnie, a może miesiące. Nareszcie zrozumiałem, co oznacza zapalenie korzonków nerwowych.
Miły señor doctor polecił nawet — poznawszy sytuację — dziki camping przy viejo castillo, gdzie bez przeszkód i tanio mogę się kurować. Dostałem też zwolnienie lekarskie, które natychmiast wysłałem do Bellindy.
Po zastrzyku nastąpiła ulga. Co prawda ból przy każdym kroku posiadał „moc rażenia”, ale już nie paraliżował. Zaproponowane przez lekarza miejsce koło ruin zamku znalazłem bez problemu. Nieźle się jednak namęczyłem z odszukaniem dróżki biegnącej wokół góry i jej pokonaniem.
Olbrzymi plac, oddzielony od morza jedynie plażą, świecił pustkami. Ustawiłem się między samotnikiem z psem w furgonetce VW a campingbusem Anglików. Alina rozłożyła na rozgrzanej ziemi płótno żeglarskie. Przy jej pomocy położyłem się na nim.
wolno do otoczenia dostrajam organizm lekki wiatr roznosi zapach południowych ziół drga powietrze w oddali miękkimi warstwami promienie słońca znieczulają dotkliwy ból
Zdziwiony leżę w bezruchu, a za mną pozostał naglący czas, bieg, ustawiczny pośpiech. Przez długie lata marzyłem, aby zobaczyć, przeżyć, na filmie utrwalić. I nagle ogarnia mnie spokój. Z tych wszystkich pragnień muszę raptownie zrezygnować. Wiem, że nie zobaczę w Madrycie Prado, nie wejdę do Mezquity w Kordobie. Nie mogę już pędzić jak baran w stadzie. Czuję tylko przemożną radość i satysfakcję z prostego faktu istnienia.
uschły kwiat ostu z uporem osa szturmuje na ziemi mrówka z wysiłkiem targa trawy źdźbło chmurka na horyzoncie tak z morzem figluje jak nagi Daniel radośnie szczebiocący w głos
Na Aliny głowie spoczęło całe gospodarstwo. Musiała dbać od tej pory o dwoje dzieci, prać, gotować. Jako pielęgniarka niosła ulgę, spryskując moje plecy aerozolem. Najwięcej trudu sprawiało jej noszenie wody. Radziła sobie jednak dzielnie. Gdy spostrzegła, że zaczynam się poruszać, promieniała szczęściem.
Po trzecim dniu, wracając z przychodni, wyciąłem parę bambusów rosnących przy rowie. Ze zrobionego z nich wysokiego masztu, umocowanego linkami, zwisały zamiast flagi części wypranej bielizny i ręczniki.
Bezpłatną atrakcję stanowili sąsiedzi — dwie pary Anglików. Ich campingbus, z wysoko podniesionym dachem, spełniał podwójną funkcję: domu i namiotu cyrkowego. Co robili w środku — mogłem się tylko domyślać. W ciągu dnia ćwiczyli na zewnątrz. Ci młodzi ludzie, z dużym wdziękiem, godzinami doskonalili swój kunszt. Spektakl kończył się wieczorem, kiedy wyruszali do miasta na nocne występy.
Pod koniec zastrzykowej kuracji moja forma wyraźnie się poprawiła. Podpierałem się co prawda kijem, ale najważniejsze, że w ogóle mogłem chodzić. O dalszej jeździe nie mogłem jeszcze myśleć, jednak zacząłem znowu planować i uaktualniać trasę. Okres spokoju, wywołany chorobą, mocno wrysował się w moją świadomość. Zrozumiałem, że niekoniecznie trzeba bez przerwy „pędzić i brać, aby szczęśliwym być”.
Ruszyliśmy znowu w drogę. Za Gibraltarem, na ulicach Algeciras, podbiegł do nas facet o smagłej cerze. Kalecząc niemiecki, zaproponował kupno biletów do Ceuty. Oferta kusiła ceną. Prawdopodobnie, gdyby nie żeglarskie płótno, na którym spędziłem wiele godzin, zgodziłbym się natychmiast. Samo płynięcie promem mało nas pociągało. Postawienie nogi na afrykańskim kontynencie, atrakcyjne w formie, samo w sobie nie wystarczało. Na zwiedzanie Maroka nie mieliśmy ani czasu, ani wiz, a kupowanie pamiątek na arabskim bazarze wydało się bez sensu. Pojechaliśmy dalej nad ocean.
W Kadyksie, z okazji moich urodzin, postanowiłem pójść na obiad do nadmorskiej knajpki. Ze znalezieniem miejsc nie było problemu. Szereg restauracji kusił ocienionymi stołami na nabrzeżu. W oddali falowało morze. Cienka tkanina zatrzymująca prażące promienie słońca łopotała nad naszymi głowami.
Do zamówionych dań kelner zaproponował białe wino. Zawartość oszronionej butelki wydawała się początkowo ponad miarę. Parę toastów za zdrowie niespodziewanie zmieniło skalę odczuć. Wino, idealne do ryb, gasząc pragnienie, budowało błogi stan. Wiatr owiewał rozgrzane policzki. Intensywniał boski nastrój otoczenia.
Po wyjściu spod zadaszenia dopadł nas upał ulicy. Popychany przez Alinę wózek ze śpiącym Danielem toczył się po płytkach chodnika nierównym torem. Chciałem pomóc, ale nie mogłem dosięgnąć rączki.
— Ty się zalałeś! Ty się zalałeś! Ale numer! — chichotała Alina.
Radosny pląs doprowadził nas do auta. Po otworzeniu drzwi buchnęło jak z piekarnika gorące powietrze. Nadal nie opuszczał nas świąteczny nastrój. Usiedliśmy na krawężniku. Wiedziałem, że musi upłynąć parę godzin, zanim siądę za kierownicą. Z czasem nadeszło łupanie głowy. Zdołałem tylko wyjechać z centrum i dotrzeć do plaży. Nocne atlantyckie podmuchy zrobiły swoje.
Wracaliśmy więc do „normalności”, czyli do rzeczy, które nie trafiają do przewodników: budzik o 4:15, termos z herbatą, kanapka z serem i ten sam zapach zgrzewanej folii, który o świcie bywał bardziej realny niż sny o Andaluzji. Daniel wstał o wiele później ode mnie i z całą powagą człowieka po wielkich podróżach najpierw zażądał łyka z butelki, a potem ceremonii otwarcia szuflady z łyżkami. Alina dojrzale pogodziła się z faktem, że mąż wrócił cały i w jednym kawałku, choć opona życia dalej ocierała o zakole — i to nie zawsze po tej stronie, po której człowiek by chciał.
W Bellindzie nikt nie pytał o Sewillę ani o korzonki; pytano o procent. Hörauf mruczał jak zawsze, a mechanicy, bogowie drobnych cudów, kredą dopisywali nam minuty do rachunku sumienia. Nocą ocean zamienił się w żeliwną wannę pełną rajstop, a sztuczne ognie z Sewilli — w iskry zgrzewarki. Człowiek szybko dochodzi do wniosku, że egzotyka ma różne formy: raz pachnie rozmarynem, kiedy indziej rozgrzanym plastikiem.
Busik — nasz czerwony bohater na wysłużonym wahaczu — dostał w garażu obietnicę długiego życia, a przynajmniej do przyszłej wiosny. Przyjął ją z godnością, bo wiedział, że jeszcze niejedną skarpę pod nas podstawi. A ja, nauczony przez hiszpański wiatr i igłę w łokciu, zacząłem ćwiczyć nowy sport: nie spieszyć się. Czasem nawet mi wychodziło, zwłaszcza gdy Daniel zasypiał na moim ramieniu i świat spóźniał się o ten jeden, potrzebny człowiekowi kwadrans.
Rodzina przez telefon była zgodna, że „u nas też wszystko dobrze”, co w rodzinnej mowie oznaczało zwykle „później opowiemy”. Kiwińscy zamilkli, Etna w telewizji już nie dymiła, Becker znów kogoś ograł, a politycy tłumaczyli, dlaczego fajerwerki muszą kosztować. Ja zaś, wieczorem, przewijałem taśmę w Bolexie i nagrywałem na nią pierwsze słowa Daniela, które brzmiały mniej więcej jak „ta-ta” — co z radością przyjąłem jako niepodważalny dowód istnienia sprawiedliwości dziejowej.
Normalność nie przyszła w defiladzie. Wlazła cicho w próg: z parą nad kubkiem, z rachunkiem do zapłacenia, z praniem, które samo się nie powiesi. I to było w niej najlepsze — że nie udawała niczego więcej. Kiedy więc następnego ranka znowu stałem przy maszynie, a lustro kontrolne odbiło moją zmęczoną twarz, poczułem coś w rodzaju ulgi. Wróciłem. Do naszego miejsca na mapie, które nie ma czerwonych kółeczek atrakcji, za to ma drzwi, które otwierają się kluczem, i dwie ręce, które na mnie czekają.
A jeśli to się nazywa „powrót do normalności”, to niech tak będzie. Niech trwa — do następnego wyjazdu, do następnego wahacza, do następnego „ta-ta”, które już za chwilę stanie się „tato, chodź”. I wtedy, wiadomo, znowu pobiegniemy. Ale na razie — oddychamy.
– Ty się zalałeś!… Ty się zalałeś!… Ale numer!… – chichotała Alina.
Radosny pląs doprowadził nas do auta. Po otwarciu drzwi buchnęło jak z piekarnika gorące powietrze, które natychmiast zneutralizowało resztki roześmianej fantazji. Nadal byliśmy w wybornym humorze, choć rzeczywistość zaczynała domagać się swoich praw – w tym choćby chwili odpoczynku. Usiedliśmy na krawężniku. Wiedziałem, że musi minąć parę dobrych godzin, zanim siądę za kierownicą. Z każdą minutą ochota na świat gasła, a na jej miejsce przyszło łupanie głowy. Udało mi się tylko wyjechać z centrum, znaleźć spokojniejszą ulicę i dotrzeć do plaży. Nocny podmuch od Atlantyku zrobił swoje – ukoił ból, przyniósł sen, przywrócił oddech.
Z Kadyksu do Sewilli dojechaliśmy zaskakująco szybko. Witało nas uśpione jeszcze miasto. Ulice, zroszone poranną wodą, parowały od wczesnego słońca – zapowiadał się dzień trudnego upału. W alei przy Placu Hiszpańskim znalazłem miejsce pod drzewami – idealny punkt postoju. Napełniliśmy plecak napojami, bułkami i ruszyliśmy – tym razem nie w stronę plaży, lecz śladami Don Juana i Carmen.
Przechodząc koło uniwersytetu, poczułem znajomy, nieświeży zapach unoszący się znad wózka. Nie musiałem nawet zaglądać do pieluszki – wszystko było jasne. Ruchliwy chodnik wykluczał plan „pielęgnacji mobilnej”, a patio za bramą uczelni – z ławkami, cieniem i kojącym spokojem – było jak z nieba. Tam, na chłodnych kamieniach, Daniel został przewinięty, a scena ta – chichoczący ojciec, skoncentrowana matka i maluch w glorii naturalności – uwieczniona na zdjęciach. Pamiątka z Sewilli, nadająca miastu absurdalnie bliski wymiar.
Katedra zachwyciła. Ekstaza gotyku. Monumentalne kolumny, migotliwe mosiądze, a ponad wszystkim – złotem kapie wszystko, co mogło kiedykolwiek kapnąć w Kościele Chrystusowym. Tylko ręka nieboszczyka może tak szczodrze wydawać cudze pieniądze. Dech zapierała półtonowa monstrancja, a ja czułem, że szesnastowieczne statki wypłynęły po to złoto jak po czyjąś ostatnią nieruchomość. Gdybym miał wtedy pióro zamiast aparatu, napisałbym: „te bogactwa mają odcień krwi”.
Wieczorem czekała niespodzianka. Hiszpański Plac zmienił się w estradę. Ulicę zamknięto dla samochodów; wszędzie stawały budki z jedzeniem, warczały głośniki, a powietrze było ciężkie od rytmicznych werbli. Podekscytowani agitatorzy wpięli nam w koszule okrągłe plakietki, wręczyli proporczyki w barwach kraju. Weszliśmy w politykę, zanim zdążyliśmy się zorientować. Teraz to już nie był spacer – to była wyborcza gorączka z orkiestrą, śpiewem i pokazem fajerwerków wielkości pół miasta.
Zjedliśmy w tym gwarze kolację – Daniel usnął w wózku, przebudzony tylko na moment przez któryś detonujący „Viva España”. Przed północą mieliśmy rozłożyć posłanie – ale tłum nie zwalniał. Dwukrotnie przechodzili obok auta rozbawieni chłopcy, naciskali dłonią na karoserię, komentowali niemieckie tablice. W końcu zaczęli rozkołysanymi uderzeniami bujać całym fiatem. W piżamie przeszedłem do szoferki i odpaliłem silnik.
Zamierzaliśmy zostać w Sewilli jeszcze jeden dzień, ale skoro los tak chciał… Alina już drzemała – nie chciałem wyciągać mapy. Po prostu jechałem przed siebie, dolinami pustych szos, aż chłód nocy oprzytomnił myślenie. Nie potrafiłem przestać się zastanawiać: ile pieniędzy wydaje się na przekonywanie ludzi, że coś jest ważne – i ilu ludzi naprawdę w to wierzy?
O świcie dojechaliśmy do Rondy.
To miasto nie było w planie, ale przewodnik mówił jasno: trzeba. Zjedliśmy śniadanie w samochodzie i poszliśmy zobaczyć kamienne cudo – jakby ktoś rozciął na pół ogromną skałę, a po obu stronach wybudował dwa inne światy. Mosty łączące te światy nie były zwykłymi przeprawami – przypominały katedry bez dachu. Przepiękne miejsce, ale zapamiętam je inaczej.
Jedliśmy zupę. A ta zupa – zamiast makaronu czy ryżu – miała w sobie dziesiątki muszelek. Maleńkich, białych, jakby wyłowionych prosto z raju plażowego katalogu. Kiedy zanurzałem łyżkę, wydawały delikatny dźwięk – jak uderzające o siebie kamienie. Byłem przekonany, że to żart lokalny – okazało się, że nie. Tak tu jedzą. Alina parsknęła śmiechem, a ja poczułem się identycznie jak wtedy, gdy ktoś próbuje mi sprzedać atmosferę na talerzu. Może trzeba było zamówić tortillę.
Z Rondy do San Pedro de Alcántara prowadzi jedna z najpiękniejszych dróg, jakie widziałem. Wspina się, zakręca, przeplata zieloności na skraju wąwozów, pozwala światu rozszerzać się w nieskończoność. Ale z tą drogą wiąże się coś jeszcze – coś, co krótko później zaczęło wracać jak echo.
Z Malagi mieliśmy tylko wrócić nad morze. Zobaczyć jeszcze raz port, ulice. Zjedliśmy kawę „con leche” w knajpce jak z westernu i przeżyliśmy taką eksplozję smaku, jakiej później nigdy w życiu nie udało nam się odtworzyć.
W drodze do Lorci usłyszeliśmy dziwny dźwięk z tyłu auta – szuranie, które narastało na zakrętach. Alina przewróciła wszystko w skrzyniach – bez skutku. Zatrzymałem się. Poczuliśmy spalony zapach gumy. Opona była ciepła, ale nie gorąca. Dopiero w Alicante, pod palmami, raz jeszcze podniosłem auto. Okazało się: pęknięty wahacz. Rdza zjadła konstrukcję. Mogliśmy jechać – ale mogliśmy też zostać na środku drogi.
To była dziwna podróż powrotna. Alina patrzyła na mnie z niepokojem, a ja – z pewnością, której nie miałem. Daniel za to, dumny jak pomocnik w warsztacie, trzymał śrubokręt przy każdym postoju i robił porządek w skrzynce. Takie są dzieci – zmieniają tragedię w zabawę.
Kiedy wróciliśmy, w jednym z czasopism natknąłem się na zdjęcie identycznego fiata – jak nasz – jadącego na podnośniku, bo mu się zawieszenie poddało. Ten typ tak ma. To sobie zanotowałem.
A my? My znów mieliśmy swoją drogę. Razem pokonaliśmy Pireneje, katedry, zupy z muszelkami, wahacze, bóle, śmiechy i niewinne pieluszki na murach uniwersytetu. Takie wakacje – powiem kiedyś Danielowi – nie dostaje się za darmo. Ale każdy kilometr wart jest przejechania.
Kiedy mały zasnął tego pierwszego dnia w domu, a my siedzieliśmy nad wątłym światłem lampki z IKEA, powiedziałem do Aliny:
– Wiesz, nawet jak się wszystko sypie – to wolę jechać starym gratem na koniec świata, niż stać w miejscu najnowszym mercedesem.
Uśmiechnęła się. Policzki miała jeszcze lekko brązowe od hiszpańskiego słońca. I ja też. Jakbyśmy na chwilę przenieśli się tam z powrotem.
I może tak właśnie przechowuje się wakacje. Nie w zdjęciach, nie w nagraniach. Ale w głowie, ramionach, tęsknocie.
I w tym, że jutro, znowu – będziemy mieli o czym myśleć przy pierwszej kawie.