Otworzyłem maila. Wytwórca plastikowych okien dziękował za zdjęcie. Poznaliśmy się na wycieczce po Parku Narodowym Kornati podczas naszych wakacji w Chorwacji, tam gdzie błękit morza potrafi człowiekowi otworzyć serce szerzej niż niejedna książka. On, żona, dzieci i ten nowiutki aparat, który od pierwszego dnia postanowił żyć własnym życiem. Monitor nawet nie drgnął, więc Daniel cyknął mu serię ujęć przy skoku do wody. „Wyślij pan najlepsze” — powiedział facet i wcisnął mi wizytówkę.

W tamtej chwili jeszcze montowałem Kiwińskim kronikę rodzinną: syzyf na etacie — lata kaset, esencja wspomnień, renderowanie na płyty. Za oknem październikowa szarówka, więc list od „okiennika” otworzył we mnie okno wprost na lato.

Ten dzień na Kornatach, w samym środku naszych wakacji w Chorwacji, był jak sprytnie zmontowany trailer wakacji. Kapitan przy wysepce zrobił krótką pauzę na kąpiel. Pierwsi śmiałkowie — chlup, chlup; oklaski. Skoczył nasz nowy znajomy z synem, skoczył Daniel. Trzeba było skoczyć i mnie — w końcu honor ojcowski zobowiązuje. Wpadłem do wody jak bomba głębinowa, eksplozja bąbelków, uśmiech od ucha do ucha… i nagle statek zaczął się oddalać. Od brzegu kilometr z okładem, od statku coraz więcej błękitu. Daniel spojrzał na mnie wzrokiem, w którym mieszały się miłość syna i pytanie: „Serio, tato?”. On lubił nura, ja lubiłem „coś udowodnić”, więc razem, w miłym towarzystwie kilkunastu zdeterminowanych turystów, poszliśmy w kraul. Kapitan pomachał nam palcem w stylu „ho-ho, dzielni panowie” i wpuścił z powrotem na pokład.

Te wakacje były pod wieloma względami inne. Pierwszy raz od wieków znów pod namiotem. „Brykę” — naszą ukochaną budkę na kołach — sprzedałem. Coraz częściej stawała w roli obrażonej księżniczki: psuła się wtedy, kiedy akurat nie powinna. Zysków sentymentalnych było mnóstwo, strat czasowych jeszcze więcej. Wystawiłem ogłoszenie, po dwóch tygodniach przyjechał kupiec z byłej NRD. Diesel zamruczał, a mnie w gardle zaschło — tyle wspólnych kilometrów, tyle poranków w drodze, tyle gór na horyzoncie. Siedem lat — mignęło jak jedna długa niedziela.

Pierwotny plan: wyspa Krk, Baska. Rzeczywistość: pełno. Duży kemping — drogo jak w bajce o złotej rybce. Noc w aucie i skok w bok: Vodice, niedaleko Szybenika. Dziewczyny codziennie wybierały się na plażę, a ja z Danielem dożynaliśmy rowery na kamienistych ścieżkach. Powietrze pachniało szałwią, szum morza mieszał się z cykadami, a lód w plastikowych kubkach brzęczał jak małe fanfary do zwykłego szczęścia.

Daniel odliczał dni do końca sierpnia. Nie znał jeszcze wyników pierwszorocznych egzaminów w FH Augsburg. Mała kawiarenka internetowa, przyklejona do pizzerii nad wodą, okazała się centrum dowodzenia. Wpisał kod, zawahał się sekundę, kliknął — i rozhuśtał cały lokal rykiem radości i skokami, po których monitor na sąsiednim stanowisku nabrał szacunku do młodości.

W domu Magdalenka wpadła po pieniądze na miesięczny do Weilheim. Znowu siedemdziesiąt pięć euro — cóż, ostatni rok FOS, potem poleci na własnym paliwie, tak jak Daniel poleciał. Taki projekt rodzina: inwestujesz w skrzydła.

Słońce na chwilę wyjrzało i zatrzymało się na lakierze peugeota. Dbam o staruszka, choć jego młodsi bracia mijają nas w drugim pokoleniu. Z tyłu, na małej elipsie, połyskuje mini-krater: kiedyś było tam PL na niebieskim tle, w gwiazdach. Przyklejałem przed wejściem Polski do Unii — trochę z dumy, trochę na szczęście. Ta mała naklejka bywała rozmowna: od Portugalii po wschodnie granice, na kempingach i parkingach zawsze ktoś kiwał głową z sympatią. W 2005 zerwałem ją w napadzie wściekłości, bardziej jako gest niż rewolucję. Zwykły plastik potrafi mieć ciężar decyzji.

Dziś patrzę na to miejsce inaczej. Wiem już, że „zachodnia demokracja” nie jest marmurem, tylko tynkiem — kruszy się, kiedy partie walczą o przetrwanie, a nie o ludzi. Każdy obiecuje złote mosty, a zwykli ludzie mają jedno marzenie: trochę spokoju. Też je mam. Bez fanfar i sztandarów.

Ale, prawdę mówiąc, spokój znalazłem nie w programach, tylko w praktyce: w drogach, które łączą; w małej kempingowej kuchence, gdzie woda na makaron bulgocze razem z rozmową; w dzieciach, które dorastają i wracają z nowinami; w tym, że można pakować auto i ruszyć nad morze, w góry, do rodziny — bez granic w głowie i na mapie. Tak jak podczas naszych wakacji w Chorwacji na Kornatach, kiedy wszystko sprowadzało się do prostych rzeczy: skoku do wody, rozmowy, drogi.

Nie muszę już nic zrywać ani przyklejać. Wystarczy, że wiem, dokąd jutro chciałbym pojechać — i z kim.

Schongau, 22 października 2007

P.S.
W głowie mam wciąż listę miejsc do odwiedzenia — choć dziś częściej myślą niż kołami. Kornati i tamte wakacje w Chorwacji przypominają mi, że zawsze warto ruszyć, choćby palcem po mapie. Bo dopóki umiem opowiedzieć drogę, a ktoś po drugiej stronie nie chrapie — to jeszcze jadę.
A póki jadę, to jeszcze nie dojechałem.

Otworzyłem maila. Wytwórca plastikowych okien dziękował za zdjęcie. Poznaliśmy się na wycieczce po Parku Narodowym „Kornati” — on, żona, dzieci i ten nowiutki aparat, który od pierwszego dnia postanowił żyć własnym życiem. Monitor nawet nie drgnął, więc Daniel cyknął mu serię ujęć przy skoku do wody. „Wyślij pan najlepsze” — powiedział facet i wcisnął mi wizytówkę.

W tamtej chwili jeszcze montowałem Kiwińskim kronikę rodzinną: syzyf na etacie — lata kaset, esencja wspomnień, renderowanie na płyty. Za oknem październikowa szarówka, więc list od „okiennika” otworzył we mnie okno wprost na lato.

Ten dzień na „Kornatach” był jak sprytnie zmontowany trailer wakacji. Kapitan przy wysepce zrobił krótką pauzę na kąpiel. Pierwsi śmiałkowie — chlup, chlup; oklaski. Skoczył nasz nowy znajomy z synem, skoczył Daniel. Trzeba było skoczyć i mnie — w końcu honor ojcowski zobowiązuje. Wpadłem do wody jak bomba głębinowa, eksplozja bąbelków, uśmiech od ucha do ucha… i nagle statek zaczął się oddalać. Od brzegu kilometr z okładem, od statku coraz więcej błękitu. Daniel spojrzał na mnie wzrokiem, w którym mieszały się miłość syna i pytanie: „Serio, tato?”. On lubił nura, ja lubiłem „coś udowodnić”, więc razem, w miłym towarzystwie kilkunastu zdeterminowanych turystów, poszliśmy w kraul. Kapitan pomachał nam palcem w stylu „ho-ho, dzielni panowie” i wpuścił z powrotem na pokład.

Te wakacje były pod wieloma względami inne. Pierwszy raz od wieków znów pod namiotem. „Brykę” — naszą ukochaną budkę na kołach — sprzedałem. Coraz częściej stawała w roli obrażonej księżniczki: psuła się wtedy, kiedy akurat nie powinna. Zysków sentymentalnych było mnóstwo, strat czasowych jeszcze więcej. Wystawiłem ogłoszenie, po dwóch tygodniach przyjechał kupiec z byłej NRD. Diesel zamruczał, a mnie w gardle zaschło — tyle wspólnych kilometrów, tyle poranków w drodze, tyle gór na horyzoncie. Siedem lat — mignęło jak jedna długa niedziela.

Pierwotny plan: wyspa Krk, Baska. Rzeczywistość: pełno. Duży kemping — drogo jak w bajce o złotej rybce. Noc w aucie i skok w bok: Vodice, niedaleko Szybenika. Dziewczyny codziennie wybierały się na plażę, a ja z Danielem dożynaliśmy rowery na kamienistych ścieżkach. Powietrze pachniało szałwią, szum morza mieszał się z cykadami, a lód w plastikowych kubkach brzęczał jak małe fanfary do zwykłego szczęścia.

Daniel odliczał dni do końca sierpnia. Nie znał jeszcze wyników pierwszorocznych egzaminów w FH Augsburg. Mała kawiarenka internetowa, przyklejona do pizzerii nad wodą, okazała się centrum dowodzenia. Wpisał kod, zawahał się sekundę, kliknął — i rozhuśtał cały lokal rykiem radości i skokami, po których monitor na sąsiednim stanowisku nabrał szacunku do młodości.

W domu Magdalenka wpadła po pieniądze na miesięczny do Weilheim. Znowu siedemdziesiąt pięć euro — cóż, ostatni rok FOS, potem poleci na własnym paliwie, tak jak Daniel poleciał. Taki projekt rodzina: inwestujesz w skrzydła.

Słońce na chwilę wyjrzało i zatrzymało się na lakierze peugeota. Dbam o staruszka, choć jego młodsi bracia mijają nas w drugim pokoleniu. Z tyłu, na małej elipsie, połyskuje mini-krater: kiedyś było tam PL na niebieskim tle, w gwiazdach. Przyklejałem przed wejściem Polski do Unii — trochę z dumy, trochę na szczęście. Ta mała naklejka bywała rozmowna: od Portugalii po wschodnie granice, na kempingach i parkingach zawsze ktoś kiwał głową z sympatią. W 2005 zerwałem ją w napadzie wściekłości, bardziej jako gest niż rewolucję. Zwykły plastik potrafi mieć ciężar decyzji.

Dziś patrzę na to miejsce inaczej. Wiem już, że „zachodnia demokracja” nie jest marmurem, tylko tynkiem — kruszy się, kiedy partie walczą o przetrwanie, a nie o ludzi. Każdy obiecuje złote mosty, a zwykli ludzie mają jedno marzenie: trochę spokoju. Też je mam. Bez fanfar i sztandarów.

Ale, prawdę mówiąc, spokój znalazłem nie w programach, tylko w praktyce: w drogach, które łączą; w małej kempingowej kuchence, gdzie woda na makaron bulgocze razem z rozmową; w dzieciach, które dorastają i wracają z nowinami; w tym, że można pakować auto i ruszyć nad morze, w góry, do rodziny — bez granic w głowie i na mapie. Nie muszę już nic zrywać ani przyklejać. Wystarczy, że wiem, dokąd jutro chciałbym pojechać — i z kim.


Schongau, 22 października 2007

P.S.
W głowie mam wciąż listę miejsc do odwiedzenia — choć dziś częściej myślą niż kołami. „Bryka” odjechała w siną dal (pewnie nadal gubi olej, gdziekolwiek jest), ale zostawiła mi po sobie dobre przyzwyczajenie: że zawsze warto ruszyć, choćby palcem po mapie. Bo dopóki umiem opowiedzieć drogę, a ktoś po drugiej stronie nie chrapie — to jeszcze jadę.
A póki jadę, to jeszcze nie dojechałem.