Telefon dzwonił jak urzędowy wyrzut sumienia. Już widziałem oczami duszy panią z Ausländeramtu, która chce „jeszcze tylko jeden papierek”.

– Mam do sprzedania karton Marlboro.
– Rafał, co ty kombinujesz?
– Dziewczyna przywiozła z Polski. Chce dorobić.
– Wiesz, że palę tylko „okazjonalnie”.
– To wpadnij „okazjonalnie” na kielicha. Połowę taniej.

Rafał był instytucją. Pił – owszem, ale w standardzie XXL. Podrywał – też standard XXL, za to w trybie hurtowym i z KPI na poziomie „zawsze realizowane”. Do błyszczącej Celiki wsiadał niebieskooki, jasnowłosy Aryjczyk o temperamencie Polaka i strategii łowcy talonów na szczęście. Żonę porzucił lata temu i nie zamierzał tego „porzucenia” psuć rozwodem. To niesamowite, jak bardzo „nieuregulowany stan” potrafi podnosić atrakcyjność rynkową.

Działalność charytatywna – prowadzona w duecie z przyrodnim bratem Markiem z Berlina Zachodniego – była majstersztykiem przedsiębiorczości. Model biznesowy: staż adaptacyjny w Berlinie, potem „praktyka” w Bawarii. Dziewczyny z PRL-u, „by real life tested”, uczyły się szybkiej integracji z rynkiem. Najlepsze dostawały trzy miesiące zmywaka w knajpie i ciepłe słowa o wiecznej miłości. Te mniej podatne – znikały z narracji.

U Rafała drzwi otworzyła opalona blondynka w pudrowym dresie, kołysząc drinkiem jak metronom.

– Bożena. Ty – na pewno Andrzej. Rafał mówił, że wpadniesz.

Patrzyłem bezczelnie: twarz zdrowa, oczy jak jasne piwo, makijaż z zielonym akcentem, pod welurem dresu pracowała propaganda bioder. Bożena sama mnie ubiegła: narzeczony, studia, kasa. Staszek – stary druh Rafała, wygląd z folderu „alfons luzem” – dorzucił od siebie:

– Rżnięcia mam dość, ale tę – tu wskazał Tinę Turner na ekranie Sony – to bym od ręki.

Bożena przyniosła karton Marlboro.

– Wspomożesz? Wiem, ile tu kosztują.
– Ile chcesz?
– Dwadzieścia pięć.
– Mam stówę. Masz wydać?
– Pewnie. Chyba że skorzystasz z pełnej oferty…

Nie będę udawał świętego. Marsylia widziała, co potrafi estetyka ulicy. Ale wystarczyło obleśne spojrzenie Staszka i jedno trzeźwe „w domu czeka żona”, by mój wewnętrzny dyrektor programowy powiedział: dziś bez premiery.

Kilka dni później dowiedziałem się, że piękno komplikuje rachunkowość. Bożena godziła się na wiele – poza kantem na kasie. Gdy poczuła, że „opiekunowie” chcą ją wyrolować, uciekła i wylądowała u Kazika – Polaka wychowanego w Bawarii. Ten zadzwonił po policję. Sprawę „polubownie” zamknięto: Bożena odzyskała pieniądze i wróciła do Polski. Rafał się zagotował:

– Jeszcze raz ktoś wsadzi nos w moje sprawy – pożałuje. A temu palantowi Kazikowi nie odzywam się nigdy!

Słowa dotrzymał.


Gdy Rafał miał zakaz prowadzenia (o czym za moment), potrzebował szofera. Płacił dychę za godzinę. Lubiłem jeździć, a Celica z V6 i chowanymi światłami była sponsorowaną terapią antystresową. Przy okazji poznałem „procesy” i „procedury”. Pierwsze przykazanie: po mieszkaniu chodzi się nago. Ostatnie: „Jedna o drugiej ma nic nie wiedzieć – i niech tak zostanie”. Dyskrecja była religią. Korespondencja? Skrytka pocztowa. Telefon? Tylko po kodzie: trzy sygnały, pauza, dwa sygnały, pauza, dopiero za trzecim podnosił słuchawkę.

Raz trafił się wyjątek: zakochany kucharz-p sponsor. Wybranka opowiadała mi pikantne szczegóły z narracją, której nie powstydziłby się segment „18+”.

A zakaz prowadzenia? Pewnego wieczoru w knajpie Rafał zachwycał się cudzym kształtem bardziej niż wypada. Gentlemanowi, który upomniał się o dziewczynę, odpyskował standardowo. Pech chciał, że gentleman miał czarny pas i poczucie misji. Poleciały stoły, krzesła i Rafał. Zanim przyjechała policja, doczołgał się do auta i odjechał. Radiowóz dogonił go pod garażem. Badanie krwi, „dokumenty poproszę” – prawo jazdy zarekwirowane na rok.

W okresie rekonwalescencji (plaster tu, bandaż tam) u Rafała zamieszkała Ewa – ta od wielkiej cierpliwości. Po tygodniu „hospitalizacji domowej” Rafał, w okularach przeciwsłonecznych i z bólem żeber, kazał się wieźć do knajpy „podopiecznej”. Tam – kłopot: syf na ścianach, sanepid grozi zamknięciem. Szukają malarza. Rafał: „Andrzej to zrobi. Dwadzieścia marek za godzinę”. Zgodziłem się – drabina, wałek, nocleg w goszczącym pokoju.

Wieczorem – pukanie. Jadzia z dwiema szklankami soku.

– Napijesz się? A może coś mocniejszego?
– Dzięki, padam.
– Musisz przekonać Rafała, że nie kradnę talerzy. On jest na mnie zły.

Szlafrok miał własny scenariusz, którego nie podpisałem. „Nie pożądaj żony bliźniego” – to nie było przykazanie dla grzecznych chłopców, tylko dla ludzi, którzy nie chcą rano patrzeć sobie w oczy ze słowem „świnia”. Obiecałem rozmowę z Rafałem. Dopiłem sok.

– Dobrej nocy.
– …

W tym niedopowiedzianym „…” było tyle samo wyrzutu, co planu B.

Ewa – kolejny raz – nie zadała mi ani jednego pytania. Wiedziała, że wiem rzeczy, których wiedzieć się nie chce. Jej klasa to było milczenie. Gdy Rafał wyzdrowiał, Ewa wyjechała. Wróciła inna – to później.


Lata mijały, ilość kandydatek ustabilizowała się na poziomie stałej Plancka. Operowałem kwartałami: „Ta z lata poprzedniego?” Przenieśliśmy się z Rafałem o numer wejścia dalej – zażyłość sąsiedzka rosła, biesiady też. On unikał słońca – mówił, że się „nie pigmentuje”, ja dostarczałem opaleniznę.

Pewnego dnia Rafał dał mi kopertę ze zdjęciami. Zaaferowany jak chłopak po pierwszym „tak”.

– Poznałem rakietę! Niesamowita!

Nie miałem ochoty na amatorskie porno, ale on nalegał. Otwieram – a tam seria identycznych kadrów: łóżko z baldachimem, dwoje pod kołdrą, między nimi dziecko. Na twarzy mężczyzny błoga mina nowicjusza. Dopiero po chwili rozpoznałem w rozanielonym ktoś – Rafała.

– Fajne… – wyjąkałem.
– Specjalnie dla ciebie zrobiłem odbitki!

Wyjaśnienie było proste jak miłość: nowa partnerka miała największe atuty w… prawej stopie. Rafał wpuścił ją do Celiki. Do tej pory za kółko siadałem tylko ja. To się nazywało uczucie.

Po dwóch tygodniach Marysia wprowadziła się z córką. Na starcie – festyn, grille, drinki. Ja tymczasem remontowałem naszą „Brykę”: stary camper od rodziców na pożyczkę, korozja jak po wojnie, generalka pod blokiem, na naszym asfaltowym „rosarium”. Spawarka, szlifierka, stalowe profile – wszystko, co budzi sympatię sąsiadów. Mary narzekała: ciasny wjazd, hałas, smród, a w ogóle to „nie ten klimat”. Wynająłem drugi garaż, żeby nie eskalować wybuchów.

Mary przejęła dowodzenie. Kazała mówić na siebie „Mary”. Córka – tylko w majteczkach – biegała po betonie. Alina (roli anioła stróża nie porzuca) szepnęła Rafałowi:

– Kup dziecku kostium, powiedz coś Mary, to nie plaża.

Mary dostała pełną relację i ryknęła do mnie:

– Ta twoja nie będzie mnie uczyć, jak dziecko ubierać!

„Niby nic – a tak się zaczęło”. Mary wyszła za mąż, na ślub nas nie zaprosiła. Zniknęło też źródło blach: Rafał przestał „organizować” odpady z zakładu. Pod kolejne żądanie Mary – „przeprowadzka” – Rafał ugiął się bez słowa.

Mary na początku robiła niezłe wrażenie: mini, konkret, pewna siebie. Grała w szachy – kilka razy dostałem mata. Próbowała wciągnąć mnie do „klubu swoich” – odmówiłem. Potem zdjęła rękawiczki. Zaczęły się awantury, spirala alkoholu. Rafał siedział pod garażem z Macedończykiem Boszką – obaj „szczęśliwi” w małżeństwach. Przeciągnęli prąd na dwór, zrobili całoroczny piknik: stoły, krzesła, baseniki dla nóg, parasole. Od tego dnia rzadko widywałem Rafała trzeźwego. Mary też.

Kiedyś zbudowałem dzieciom mini-sadzawkę z betonu, mostki z lego, łódeczki – bajkowy świat. Rano widzę – płotek rozwalony.

– Po co to zniszczyliście? – pytam.
– Rafał rozciął głowę. Twoja wina – syczy Mary.
– A po co tam wlazł?
– G… ci do tego.

Prawda: to była strefa „toalety polowej”. Dzieci dawno zrezygnowały z zabawy przy garażach.

Tydzień później – karetka, niebieskie światło. Alina wraca roztrzęsiona.

– Maryśce już całkiem odbija! Rafał leżał bez przytomności, polała się krew. A ona nada, że to nasza wina, bo…
– Bo ja wybetonowałem sadzawkę.

Policja spisała, Rafała wezwano. Nam dali spokój. Nocą słyszałem łomot. Rano – zawał estetyczny: sadzawka w drobny mak. Stal zbrojeniowa pęknięta, beton roztrzaskany. Tylko wściekłość potrafi dać taką siłę.

Postanowiłem mówić o nich jak o powietrzu. Milczenie działało jak sól na ślimaka. Zaczęły się wyzwiska malowane po asfalcie. „Arschloch” na bramie. Ignorowałem. Kiedy porysowali Brykę – zadzwoniłem na policję. Rafał kochał auta, Boszko nie był typem „rysaża”. Została Mary. Zygzaki nożem po lakierze i plastikowych oknach – furia podpisana dużą literą M.

O pełnym temperamencie Mary dowiedziałem się od Boszki, dopiero gdy wrócił z urlopu w Jugosławii sparaliżowany po zawale i udarze. Miał dość ciszy. Wyciągnął dłoń, przeprosił za udział w demolce, a potem opowiedział o akcie trzecim: Rafał – pijany – powtarza jedno słowo na „k”, Mary – sierpowy, brak efektu, więc… siekiera z garażu. Gdyby nie refleks Boszki, mielibyśmy nekrolog.

W końcu się wyprowadzili – „dla dobra córki, która idzie do szkoły”. Przed garażami zrobiło się pusto i… nudno. Od czasu do czasu widzieliśmy ich gdzieś w mieście – zawsze w duecie z kłótnią. Znajomi donosili: Mary ma bauera, Rafał chce rozwodu i pije na umór. Gdy spotkałem Rafała po latach – wyglądał jak menel, tylko pachniał.


W Aldi’ku ktoś szepnął „cześć”. Pulchna twarz, podkrążone oczy, łza przecięła policzek.

– Tak się zmieniłam? – wyciągnęła rękę.

Alina była szybciej niż pamięć:

– Witaj, Ewo.

Po chwilce small-talku Ewa zniknęła między regałami, a Alina, już przy kasie, szepnęła:

– Jest u Rafała od pół roku. Wyciągnęła go z delirium. Ale sama jest u kresu.

Nie wierzyłem w happy end. Raczej w czarny pasek na nekrologu. A jednak – Ewa, ta sama, co od lat nic nie pytała, wróciła i znowu robiła rzeczy niemożliwe. Miłość jako terapia szokowa.


Przed V-Marktem zderzyliśmy się znów.

– Wykupujecie cały towar! – zażartował.

Odwracam się – i staje mi czas. Nowy Rafał: dżinsowy garnitur na błysk, baseballówka, na głowie fryzura „jestem kimś innym”.

– Fajny kolor włosów – mrugnęła Alina.
– Dostosowuję się do nowej sytuacji – wypiął pierś.
– A gdzie Ewa?
– Ewa? Teraz mam Niemkę. Młoda wdowa. Mieszkamy niedaleko. Trzeba zrobić spotkanie…

– Znowu się zmienił – westchnęła Alina, kiedy odszedł z tym samym uśmiechem co dawniej. Uśmiechem, który mówił: „Mydlana trawa? Zawsze znajdzie się woda.”