Czerwcowy upał nie zamierzał odpuścić. Dzień z wolna przechodził w noc, a my – w biesiadę pod roziskrzonym niebem. Alkohol na świeżym powietrzu smakuje każdemu; problem zaczyna się dopiero przy powrocie. Z okazji moich sześćdziesiątych urodzin rozwiązaliśmy to elegancko: kto nie zmieścił się w mieszkaniu – spał na zewnątrz. Krysia z Zygmuntem przyturlali pięcioosobowego „Wohnwagena”, młodzi (Michał z Dawidem i nową dziewczyną, Karoliną) zadekowali się w „Bryce”. Julianna miała wpaść. Ireny nie zaprosiłem – więc „coś jej wypadło”.

Asfaltowy pas między garażami od dawna był naszym salonem letnim. Z Rafałem kiedyś wytępiliśmy chaszcze, obłożyliśmy krawędź głazami, on – różany maniak – dosadził krzewów tyle, że powstała ministrefa relaksu, idealna do piwa i rozmów o wszystkim i o niczym. Rafał tak pokochał to miejsce, że swój garaż umeblował jak klub: kanapa, radio, kieliszki. Towarzystwo przewijało się jak w serialu. Stróżka – cichy reżyser – tylko zerkała zza rogu i patrzyła „czy wszystko w normie”. Na urodziny poprosiłem Rafała o zawieszenie repertuaru: scena dziś należy do jubilata.

Wieczór gęstniał od śmiechu i gorąca. Konwenanse topniały równie szybko co kostki lodu. Sandały miażdżyły niedopałki, mieszanka piwa z wodą zraszała asfalt. Wszyscy wchodzili na właściwe obroty – wszyscy, prócz Michała, w którym rósł znajomy, nieprzyjemny błysk. Po wódce unikałem z nim niektórych tematów, zwłaszcza tego o „marnowaniu talentu przez etat”. Mój syn uważał się za artystę fotografa, którego ogranicza jedynie brak kolejnego drogiego obiektywu. Dyskusje kończyły się zwykle w miejscu, gdzie zaczynał się realizm.

Krysia, w roli specjalistki od dobrego PR rodziny, pochwaliła się, że jej córki uczą się polskiego – w Nysie poznały chłopaków, a „szprechać” nie wszędzie się da. Coś mnie podkusiło:

– Dobrze by było, gdyby Dawid też mówił po polsku – rzuciłem do Michała.

Zaiskrzyło natychmiast. Mój błąd: nie dotyka się gołymi rękami przewodów pod napięciem.

– A po co mu to? – huknął. – Wiesz, gdzie ja to mam?

Padło jeszcze kilka zdań o „słowiańskiej zaściankowości”. Potem głupie siłowanie się na rękę. Pozwoliłem się sprowokować – bo w człowieku czasem budzi się zdziecinnienie, zwłaszcza przy ludziach, których się kocha. Michał przyjechał osobno, widać było, że z Karoliną się poróżnili. Humor wrócił po „Rieslingu” i skręcie, ale pretensja o „niezaproszenie Ireny” wisiała nad stołem jak ciężka chmura. Mój syn zawsze był rycerzem w obronie matki.

Goście zaczęli odpływać do posłań. Z Aliną znosiliśmy do mieszkania resztki sałatek i tortów, gdy wpadł Michał:

– Budź dziecko. Jedziemy! – rozkazał Karolinie.

– Po takiej ilości wódki nigdzie nie jedziesz – powiedziałem spokojnie. – Masz przygotowane spanie.

– Nie wtrącaj się, bo ci przyłożę!

Daniel zerwał się z płaczem. Karolina – między młotem a kowadłem – błagała, by mu nie dawać kluczyków. Podszedłem, ręce rozłożyłem bezradnie:

– Dziecko… daj spokój.

– Dziecko?! – i wtedy uderzył. Poleciałem na plecy, okulary odskoczyły, w uszach brzęk szkła.

– Błagaj o przebaczenie, bo cię zatłukę!

Nie byłem bohaterem. Bałem się. Świat przewrócił się nagle do góry nogami – mój syn nade mną, gotowy na wszystko. Wyszeptałem tylko:

– Proszę… przestań.

Zawisł nad płotem, przeskoczył i zniknął w ciemności. Z trudem podniosłem się z asfaltu. Dawid płakał. Alina – pierwsza rola mediatora – uklękła i szukała moich okularów. Karolina trzęsła dłońmi, jakby odpychała niewidzialną falę.

Weszliśmy do mieszkania. Część gości spała. Szykowaliśmy Karolinie posłanie, gdy rozległo się walenie w okiennice. Wyskoczyłem na balkon. Zaspane sylwetki sąsiadów w oknach, trawnik w świetle. Michał ryczał:

– Karolina! Do domu! Kluczyki!

– Karolina z dzieckiem zostaje – odpowiedziałem. – Tu jest bezpiecznie.

Szaleństwo. Rzucił się, próbując wedrzeć na balkon. Spychałem go z gzymsu, bez skutku. Chór sąsiedzki wzmocnił dramaturgię. Maryśka, przyjaciółka Rafała, dopingowała jak na derbach:

– Przywal mu! Przywal!

Rękoma machałem na oślep, sił ubywało.

– Alina, dzwoń na policję!

Krysia i Zygmunt wyskoczyli z przyczepy – wcześniej uciekli tam z komentarzem, że „to nie nasza sprawa” – teraz próbowali mediować „po rodzinie”. Karolina zaczęła straszyć policją, Michał po kolejnym zjeździe z murku odpuścił frontalny szturm. Zygmunt wciąż perswadował.

Kiedy pojawił się Dawid, Krysia zabrała go do przyczepy. I wtedy padła scena jak z taniego melodramatu: mój syn, odprowadzany do auta, głosem złamanym krzyknął:

– On mnie tak bił, jak byłem dzieckiem…

Karolina wsadziła go i Dawida do samochodu. Odjechali. Kilka minut później, na prawie pustej ulicy, zamigotały niebieskie światła. Policjanci zebrali minimum danych, zapytali, czy „pan też pił”, i pojechali dalej. Obiecali wrócić następnego dnia. Zamiast protokołu zostały spojrzenia sąsiadów i moje przeprosiny – głośne, ale z pokorą. Ku mojemu zdziwieniu – zero oburzenia. Raczej zrozumienie i odrobina pocieszającej plebejskości: „No, nie jesteś inny, swój chłop”. Maryśka dodała: „Nie przejmuj się. Z Rafałem mam to co drugi dzień”.

Nazajutrz policja nie wróciła. Przyjechała za to Karolina z ojcem, zebrała torby Michała, sprzęt i rzeczy Dawida. Bez słów. Odjechali.

Zapowiadała się piękna niedziela. Pojechaliśmy w góry nad strumień – tlen robi porządek w głowie. Przy wodzie zdjęliśmy koszule. Alina wskazała na mój siny biceps:

– Co ci się stało?

Zabolało przy każdym ruchu – gdzieś musiałem zahaczyć o twardą rzeczywistość.

Goście rozjechali się wieczorem. Bałagan po nich był niczym przy tym, co zostało we mnie. Czekałem dzień, tydzień, miesiąc. Michał milczał. Po paru tygodniach ręka przestała boleć, na nosie usiadły nowe okulary, życie ruszyło. Czekałem rok, dwa. To nie był ból, który leczy czas. Nie krzyczałem „nie mam już syna” – bo nie miałem go od dawna. Powtarzałem sobie mądre zdanie: „Trzeba się pogodzić, życie to ciągłe tracenie”, i nie umiałem zapomnieć.

Wiem, że dorastał bez ojca. Wiem, że bolało. Tysiąc razy przepraszałem. Myślałem, że zrozumiał. Może dałbym radę dać więcej – ale jak wygrać z konsekwentnie podsycaną nienawiścią?

Zostały obrazy. Egzamin na łódzkiej Filmówce: młodzi siedzą na podłodze, Michał z teczką zdjęć. Dostał się na fotografię – i tak, Irena też w tym maczała palce. Pisałem mu teksty, jeździliśmy na zaliczenia. Po dwóch latach – koniec. Nie chciał stażu w Stanach u znanego fotografa. Odszedł.

Dziewczyny pojawiały się i znikały. Najmocniej trzepnęło przy Mili. Kiedy odeszła, wpadł w czarną dziurę. Jeździłem, pocieszałem, prosiłem o terapię. „Gdybym powiedział lekarzowi, co mam w głowie, wsadziliby mnie do psychiatryka” – odparł. Mila uciekła do innego miasta. Potem usłyszałem od Kiwińskich historię z nad rzeki – anonimowe zgłoszenie, pistolet, straż pożarna, akcja ratunkowa bez finału. Wystarczyło domyślić się reszty.

Spędzaliśmy też i jasne godziny. Narty, rowery, wiatrówka, kosz, golf, tysiące zdjęć. Miałem nadzieję, że się ułoży, a za nim – Julianna i Klaudia. Julianna bywała już blisko. Klaudia szła własną drogą, jak w tej dawnej scenie: wszyscy wracają z plaży, ona skręca w przeciwną stronę. Na jej hucznym bawarskim weselu bawiliśmy się świetnie – choć pan młody nie zaprosił Aliny do tańca, mając jedną teściową za dużo.

Alina zawsze lubiła Michała. Pielęgnowała rodzinne obiady, składała z potłuczonego szkła nastrój. Przymykała oczy na alkohol i skręty, wypraszała we mnie pierwsze gesty zgody. Broniła go nawet wtedy, gdy przesadził z „lekcją równości” nad leśnym stawem.

Przyjechał wtedy sam, za to z dwoma wilczurami. Dzieci brodziły po kolana, my na kocu, rozmowy, Red Bull, szampan, a potem – woreczek. „Spróbuj, tato. Przecież nic się nie stanie.” Skręt był gorzki. Najpierw żartowałem, że „nie działa”. Potem działało wszystko – we mnie. Została świadomość bez woli. Strach. Wszedłem do wody, zamaczałem głowę, nurkowałem, patrzyłem na swoje ramiona jak na cudze. Zebrałem resztkę siły i powiedziałem: „Jedziemy”. Ulga, kiedy zgodził się bez gry. Powrót pamiętam przez uchylone okno – i pytanie Magdalenki: „Dlaczego tatuś wymiotuje?”. W domu zobaczyłem oczy Aliny. Zasnęło ze mnie wszystko. Rano przyszła wściekłość: jak on mógł mnie tak urządzić. Alina, w roli rzeczniczki obrony, wydała werdykt: „To jeszcze dziecko. Wstydź się. Stary koń, a takie numery”.

Dopiero po latach doszły do tej sceny zabawne przypisy. Daniel długo odmawiał Red Bulla – „bo to po nim tacie było źle”. A Magdalenka, gdy kupowaliśmy chrupki dla psa, szczerze się zdziwiła: „Myślałam, że to inaczej wygląda. Pytałam Michała co wtedy wysypywał z woreczka. Powiedział, że daje to wilczurom, jak są bardzo głodne”.

Zosia od lat dbała o „tkankę rodzinną” – z talentem i odrobiną teatralności. Im chłodniej bywało między mną a dziećmi, tym cieplej grzało serce siostry. Julianna i Michał kochali ciocię, a ciocia kochała ich. Kiedy podjęła ostatnią próbę pojednania mnie z Julianną, ton poszedł aż w rejestr spirytualny. Zadzwoniłem. Mówiło się dobrze – do pierwszego „ale”. Julianna potrafiła wybaczyć wszystko – poza jednym. Nie chodziło o jej dorastanie bez ojca, tylko o „porzucenie” jej matki. Długo nie rozumiałem. Przepraszałem na każdą stronę, tłumaczyłem, biłem się w piersi. Bez skutku. Julianna jest bardzo podobna do Ireny – tak podobna, że sama czuła się „tą porzuconą”.

Koronny argument brzmiał zawsze tak samo:

– Mama nigdy na ciebie nie powiedziała złego słowa, a ty buntowałeś nas przeciwko niej całe życie.

I wtedy wiem, że rola ojca na tej scenie bywa niewdzięczna: choćbyś nie wiem jak poprawiał tekst, publiczność i tak pamięta pierwszą wersję. Alina zgasi światło, sąsiedzi zamkną okna, policja odjedzie. Zostaje cicha scena po burzy – i człowiek, który liczy na to, że kiedyś doczeka się innego finału.