Do procesu by nigdy nie doszło, gdybym był mniej naiwny albo choć dysponował wiedzą, jaką mam dzisiaj. Moja wiara w sprawiedliwość — tak idealna, jak szkolne godło nad tablicą — okazała się przeterminowana mniej więcej o jedno pokolenie i trzy ustroje.

Tę wiarę wchłonąłem w PRL-u, w czasach, gdy owszem — wyroki bywały politycznie ukierunkowane (głównie w stronę tych, co mieli za dużo odwagi), ale za to zwykły obywatel, sztywny z imienia i nazwiska, mógł spać spokojnie. Ty nie knujesz, sąd cię nie krzywdzi. Z tym przeświadczeniem, w sandałach z otwartą piętą i kodeksem pracy w dłoni, wkraczałem w prawdziwie kapitalistyczną machinę prawa. Zły dobór obuwia, panie!

Przede wszystkim nie wziąłem pod uwagę, że nie jestem jedynym wybrańcem losu — zwolniono naraz czterysta osób. Czterysta! W mojej głowie liczba ta nie istniała jako zbiór współuczestników dramatu, tylko jako statystyczna zapchajdziura. Co mnie tam oni obchodzą, „lud pracujący”! Skoro się nie bronią, to znaczy, że nie mają ani rozumu, ani odwagi. Po co więc odprawa, skoro można wcześniej wytoczyć działa logiki… No cóż, ego nie pytało o mój staż ani saldo rachunku.

Ja postanowiłem walczyć. Przepisy wyglądały cudownie: prawo pracy jak wielka parasolka dorosłego nad żuczkiem. Głaskali mnie kodeksami, że przeniesienie jest niemożliwe bez zgody, że wynagrodzenia nie wolno po prostu przepołowić, że prawo do miejsca pracy nie jest kaprysem szefostwa. Ale potem przyszedł sąd. I sędzina. Sędzina, której spojrzenie mogłoby rozpuścić tabliczkę czekolady — ale argumentów już nie.

„Móc to pan sobie może gdzie indziej” — zaczęło wybrzmiewać niczym refren w repertuarze surowej operetki o haśle „Prawo prawem, a sprawiedliwość… też prawem”.

Szłam więc dalej. Pokazywałem wykresy i papiery. Że zakład robi inwestycje za miliony, że linie produkcyjne puchną jak drożdże na Wielkanoc. Młodzi napływają jak świeże litry farby do drukarni — moja teza była jasna, logiczna, poetyka faktów. Sędzina słuchała, owszem, ale istnieje cienka granica — między słuchaniem a czytaniem ust z daleka. Jej wzrok wyraźnie sugerował to drugie.

W końcu powiedziała: „Skoro pan tak nie może pracować — to nigdzie pan w fabryce nie może”. I wtedy zrozumiałem: uzdrowienie pracownika przez degradację to metoda znana od wieków. Lepiej nie mieć roboty, niż ją mieć z zachciankami.

I tu polubiłem nowe pojęcie: TÜV dla ludzi. Nowoczesny koncept — nie tylko samochód ma być sprawdzany pod kątem eksploatacji i emisji, ale również obywatel. „Pan będzie badany przez Techniczną Kontrolę Człowieka” — wskazała Urzędowa Jowiszówna, która miała podobno władzę decydować o wszystkim, oprócz baterii w pilocie.

Zgodziłem się oczywiście, jak przystało na człowieka wierzącego w naukową prawdę. Przyjechał pan doktor inżynier, zbadał mnie delikatnie, uczciwie — zanotował, że mam ograniczenia i przeciwwskazania, i potwierdził całe mnóstwo dokumentów medycznych, które wcześniej miałem. Mało tego — moje zerwane ścięgno chwilowo dawało mi nawet zdrowy wygląd inwalidy sezonowego.

Z raportem w ręku — pięknym, tłustym, drukowanym — ruszyłem na kolejny dzień sądowy. A tam… sędzina kręciła głową jak migający kierunkowskaz: „Skoro pan jest tak bardzo niezdolny do pracy, to zakład nie może wziąć pana na odpowiedzialność!”. I wyszło, że dbali o mnie jak rodzice o niejadka: żeby nie musiał się męczyć przy grochu z kapustą, dali mu wolność stołówki.

W akcie desperacji powołałem się nawet na legitymację inwalidzką — najwyższy kaliber w arsenale ochronnym. Odpowiedź sędziny była spokojna i bezlitosna: „Proszę przestać walczyć, bo na końcu nie dostanie pan nawet odprawy”.

No i to była rozmowa, którą zapamiętałem. Odprawa, czyli dziesięć tysięcy marek, ocalała tylko, bo dostrzegłem sens w uległości. A poza tym — pieniądze nigdy nie boją się dyplomatycznej pauzy.

Tak więc, po dwóch latach prób, po apelacjach i zwolnieniach lekarskich, po definicjach mobilności zawodowej, po wycieczce na TÜV, po rozmowach z adwokatami, którzy wykazywali niewidzialne cechy nagle — zgiąłem kark. I w końcu nauczyłem się lekcji, którą kiedyś powinni wykładać w szkołach: „Nie ma sprawiedliwości — jest prawo. A prawo trzeba znać… zanim cię obejmie”.