Dom rodzinny

Magdalenka nie wiedziała, że kończy się epoka wolności. Wśród wianuszka rówieśniczek uroczyście pożegnała przedszkole. Egzamin do podstawówki zaliczyła wcześniej; po doświadczeniach z Danielem przeżywaliśmy to już spokojniej.

Przebieg był podobny, ale ona sama — zupełnie inna. W korytarzu podskakiwała i tańczyła, jakby chciała zademonstrować, że stres jest dla innych. W ławce stroiła poważne minki. Zadania wykonywała lekko. Kulminacją było wycinanie obrazka z kawałka wzorzystej tapety: Daniel piłował kontur z nabożną dokładnością, Magdalenka po prostu przeciągnęła nożycami dookoła i z miną „przecież to oczywiste” podała efekt nauczycielce. Ta indywidualność wychodziła wszędzie, zwłaszcza w rysunku: on — szczególarz i dobór kredek, ona — dwa zamaszyste gesty i obraz wyobraźni; potem sprint do nas z kartką i obowiązkowe „No powiedz, ładne!”.

Szykowaliśmy się na wakacje do Polski. Po sprzedaży przyczepy wróciliśmy do namiotu. „Mazur” na trawniku przed domem wyglądał jak nowy. Dokupiłem szafkę do przedsionka, sprawdziłem materace, kuchenkę, garnki. Śpiwory, pościel i dresy wylądowały w bagażniku peugeota.

Słońcem opalony nad Forggensee, ruszyłem na wschód. Chciałem raz przejechać przez byłą NRD. Do Hofu — gładko; potem zaczęły się slalomy między nieukończonymi odcinkami. Między Bautzen a Zgorzelcem jeszcze „jakoś”. Po stronie polskiej — pamiętne płyty autostrady i niepamiętne dziury. Pod Gliwicami peugot jęczał, a my z nim. Przysiągłem, że tą trasą — nigdy więcej.

Upał nie sprzyjał dłuższym posiedzeniom w Katowicach. Uderzyliśmy nad morze. Zanim jednak, utknąłem w siemianowickim Urzędzie Miejskim. Pod koniec marca przyszło dziwne pismo, w połowie maja kolejne — datowane na 1994-02-03. Odpisałem rozgrzanym gniewem. Wróciła DECYZJA Prezydenta Miasta.

Zwykła urzędowa sprawa, którą bym machnął, gdyby nie dotyczyła rodziny — i to rodziny knującej za plecami. Nie znoszę, gdy ktoś robi ze mnie konia. Samo wymeldowanie mnie i Aliny nie miało znaczenia: do tamtego M-2 wracać nie zamierzałem. Co innego, że „wyrzucenie” wyprosiła szwagierka. Upoważniłem ją przed wyjazdem do korzystania z mieszkania — z Jurkiem nie mieli kąta, zostawiłem im w pełni umeblowane lokum. Tymczasem z dokumentów wynikało, że parę miesięcy po moim wyjeździe utraciłem prawo do lokalu, a później — bez mojego udziału — wymeldowano nas i skreślono ze spółdzielni. Siedzieliśmy przy jednym stole, piliśmy wódkę, przyjeżdżała, my do niej — i ani razu: „Słuchaj, zróbmy to uczciwie…”. Widocznie liczyła, że w PRL ktoś stanie po mojej stronie? Złamałem prawo wyjazdem — nikt by się nie ujął.

Wściekłość nie kończyła się na Iwonie. Jak urzędnicy mogli to zrobić bez zawiadomienia? Wylądowałem w gabinecie Naczelniczki — kobiety życzliwej (czy to przez czekoladę i drobny prezent, nie dociekajmy). Po zapoznaniu się ze sprawą podyktowała odwołanie do Urzędu Wojewódzkiego. Pisałem „na kolanie”, w jej rytmie. „To formalność” — zapewniła. „A nawet jeśli NSA — proszę się nie martwić”.

Przy rodzinnym stole zagotowało się jak w czajniku. Bazia tradycyjnie: „No nie wiem…”, udając bezstronność. Paweł, przyjaciel Iwony jeszcze z czasów jej pierwszego małżeństwa, milczał, ale mięśnie miał przygotowane do dyskusji. W oparciu o fakty podziękowałem Iwonie za wdzięczność. Ona nic sobie nie zarzucała, a moja interwencja miała ją kosztować „mnóstwo nerwów”. Spasowałem, widząc szczere „postanowienie poprawy”. Postanowiłem, że w przyszłości z rodziną rozmawiam wyłącznie o pogodzie i pelargoniach, z zachowaniem odpowiedniego dystansu. „Z rodziną najlepiej wychodzi się na fotografii” — przypomniała Alina, gdy skręcaliśmy już na Bałtyk.

Spokój wracał wraz z falującymi łanami. Zapach ogórków z przydrożnego straganu wywołał natychmiastowy wakacyjny głód.

Camping w Sopocie, skąpany w popołudniowym słońcu, gościnny był tylko z nazwy. Gdy recepcjonistka zerknęła na niemiecką rejestrację, cena poszybowała. „Takie mamy przepisy”. „Przepisy” mieli bardzo ładne, tak jak wiele pustych miejsc. Dopełniła się zupa — ta w morzu; zupa i z zagęszczeniem. Ruszyliśmy nad pełne.

W Dąbkach, dawniej dla wtajemniczonych, czar prysł. Dalej.

Łeba była na mojej mapie wspomnień. Wjechałem nocą, rozbiłem namiot „na dziko”, rano — formalności i przenosiny. Miejsce, gdzie kiedyś z Aliną ćwiczyliśmy erotykę, okupowała ferajna nastolatków. Nowe realia, dawne wspomnienia. Koktajl czasu mieszał się w zapachu rozgrzanych wydm i bryzy. Tu biały misiek, cyrkowy szpic, rozjaśniał dziecięce rozterki. Tam gorące zwoje węgorzy z wędzarni na dachu malucha i ich zapach wywołujący w Alinie dzikie pożądanie. Tu niosę jagodzianki — śniadaniową ekstazę dzieci. W budce telefonicznej dzwonię do Krysi, która wyjeżdża do Niemiec; jeszcze nie wiem, że pójdę jej tropem. Piasek ruchomych wydm raz zasypywał obiektyw mieszkowego aparatu, teraz oblepiał kamerę. W oddali żołnierz w pełnym rynsztunku, tu Daniel z indiańskim wrzaskiem zjeżdża po stoku. Smażalnia ze znakomitą surówką, zupa owocowa z makaronem w barze mlecznym. Drewniany kuter z konopnymi linami, obok — stalowa łódź ratunkowa przerobiona na stateczek; wychodzi w morze mimo mgły i sztormu. Kapok na Danielu, chaotyczne uderzenia fal, grymas kapitańskich szczęk. Wreszcie migocze latarnia — port.

Zadzwoniłem do Kiwińskich — lato spędzali w Warszawie. „Jak nie przyjedziecie, obrazimy się. Poważnie!” — zaordynowała Hanka. Kilka godzin w Gdańsku to była kolejna lekcja adaptacji. Długi Targ, Neptun, Dwór Artusa niby te same. Motława też płynie podobnie pod Żurawiem. Ale ludzie — inni. Zgiełk był zawsze, lecz dawniej miał naturalny rytm; teraz czułem pośpiech i nerw. Nie brzydziej, nie ładniej — po prostu inaczej. Jarmarczny klimat znoszę bez bólu (San Marino jest mi pokrewne), ale czy Plac św. Piotra wytrzymałby to, co wokół Krzywej Wieży w Pizie? Teoretycznie tak — i szkoda, że teoretycznie.

Wieczorem wjechaliśmy do Radości. Najpierw wyboje jak do stodoły, a potem brama eleganckiej willi. Hanka kupiła zaniedbany dom obok rodzinnego; zrobiła z niego wizytówkę swojego gustu. Zamiast zwykłego ogniska — zadaszony stół i murowany grill. Gorąca noc, rząd świec, dobry alkohol i najnowsze dowcipy — witajcie.

Wspomniałem o książce. Wożę maszynopis kilku rozdziałów. Hanka połknęła od ręki, zachwycona — poza długością zdań. „Daj to mojej koleżance po filologii”. Ona w ogóle jest niesamowita: zaczęła historię sztuki i wiem, że ją skończy.

Dwa dni w Warszawie przelecieliśmy jak huragan: nowe centra, Łazienki, Pałac Kultury, Zamek. Udka z KFC, tort z Horteksu, a w domu — steki „co się w gębie rozpływają”. Mnie przypadł zaszczyt grillowania.

W drodze powrotnej skręciłem do Dąbrowy nad Czarną. Chciałem do dworku, ale peugeot zaprotestował na rozjeżdżonej drodze — dojechałem tylko do remizy. Obiad zjedliśmy na rynku w Piotrkowie. Knajpa schludna, schabowe długo wyczekane. Po godzinie zrobiło mi się słabo — postój przy plantacji tytoniu, klasyka drogi: jeden „paw” i dłuższe leżenie na trawie. Uratowała mnie coca-cola z baru.

W Katowicach nadal skwar, ale temperatura rodzinnej debaty opadła. Przed wyjazdem zadzwoniłem do Zosi. Była serdeczna: jadą do Nysy, żebym pojechał z nimi. W jej głosie była prosta szczerość. Nikt nikogo nie obwiniał. Rodzice chcieli mnie zobaczyć, a ja ich — jeszcze bardziej. Zaufałem intuicji: pojednanie. Umówiliśmy się nazajutrz w Ligocie.

Dziury do Nysy już nie robiły wrażenia. Jechałem do domu, który kiedyś opuściłem „na zawsze”. Zosia uświadomiła mi, że nie tylko ja cierpiałem. Długo omijałem miasto i własne wspomnienia. Kwiaty kupione w centrum były z premedytacją „za duże” — chciałem radości, nie patosu. Nie przyjeżdżałem przepraszać, tylko odzyskać rodzinę.

Rodzice wyszli przed dom. Byli szczerze szczęśliwi. Ojciec objął mnie mocno; poczułem jego zdławione łkanie — dwa krótkie spazmy, których nie dało się ukryć. Tego momentu, wspólnego wzruszenia, nie zapomnę nigdy.

Żegnając się następnego dnia wiedziałem już, gdzie spędzimy następny letni urlop: w moim domu rodzinnym.

2 Kommentare

  1. Michael Johnson

    Wow, this post is good, my younger sister is analyzing these things, so I am going to inform her.

Schreibe einen Kommentar

Deine E-Mail-Adresse wird nicht veröffentlicht. Erforderliche Felder sind mit * markiert

© 2026 Wojciech Rosyk

Theme von Anders NorénHoch ↑