Pierwszy uścisk sprawiedliwości

Rozprawa w Sądzie Pracy odbyła się dokładnie wtedy, gdy wpatrywałem się w świat z wysokości 3392 metrów, ze szczytu Pico de Veleta. Na dole — Temida; na górze — stoicki spokój i rzadsze powietrze. Dopiero po powrocie z wakacji przeczytałem protokół. Przebieg rozprawy: błyskawica. Pracodawca oświadczył, że 1 kwietnia żadnego wypowiedzenia warunków pracy nie było, a mój pełnomocnik — jak dżentelmen w teatrze lalkowym — skinął głową i wycofał sprawę. Piękne hasło „nie dyskutuje się z faktami” zyskało nową wersję: „faktów można nie zauważyć”. Skutek uboczny farsy: w procesie głównym nie wolno mi się już powołać na bezprawne przeniesienie z Altenstadt do Bellindy. Klamka zapadła, a drzwi jeszcze skrzypnęły z satysfakcją.

Po takim pokazie zaufania publicznego, które uczy, że ufać trzeba z umiarem, postanowiłem sam napisać pozew do Sądu Administracyjnego w sprawie Aliny. Gdyby nie chodziło o nasz rachunek domowy, byłoby to śmieszne jak kabaret w remizie. A tak — komedia kosztuje.

Alina, po zasiłku dla bezrobotnych, zgodnie z prawem wystąpiła o zasiłek socjalny. Urzędnik z troską o dzieci w oczach (aż im się w tych oczach szkliło) oznajmił, że rano od 8 do 12 nie ma komu zająć się Magdalenką. Wyjaśniliśmy, że przez lata wymienialiśmy zmiany jak sztafetę — działało. On na to, że pracodawca „może” się nie zgodzić. Kiedy powiedziałem, że akurat się zgadza — „może się jednak nie zgodzić”. Przedszkole otwiera się o 7:30? „To nie wystarcza, by zaprowadzić i zdążyć”. Zasugerowałem pomoc sąsiadki — poprosił o pisemną zgodę sąsiadki. Dodałem: w ostateczności babcia z Polski. „Absolutnie wykluczone”. Po paru dniach przyszła odmowa, w uzasadnieniu — że to Alina przyznała, iż nie ma rano opieki. Urocze. Natychmiast napisałem odwołanie. Po sześciu tygodniach — kolejna odmowa, tym razem z instrukcją, gdzie możemy złożyć skargę (miły gest: podręcznik dla początkujących skarżących).

Więc złożyłem pozew sam. Skleciłem go na podstawie pism moich adwokatów — szkielet, mięśnie, dwa przecinki godności. Telefonicznie dowiedziałem się, że na termin rozprawy czeka się latami, co u Temidy nazywa się „umiarkowanym tempem”. Ale sam fakt złożenia pozwu zadziałał jak dzwonek przy drzwiach: wkrótce Urząd przysłał formularze, Alina je wypełniła i zasiłek spłynął szybciej, niż zdążyłem ostygnąć po poprzednich decyzjach. Czasem prawo działa — gdy mu się przypomni.

Szarość Zaduszek rozjaśnił przyjazd Mirków. Z nimi zawsze było jak z francuskim filmem: lekko, naturalnie, a pointa przychodziła sama. Po ich wizycie znów wierzyłem, że świat potrafi być normalny.

Daniel tymczasem zaliczył najpierw ospę — smarowany punktowo wyglądał jak makieta gwieździstego nieba — a potem drobny zabieg chirurgiczny. Narkoza dała spektakl: oczy uchylone, białka na widoku, ruchy lunatyka; ja przy łóżku, sanitariusz uspokaja. Nagle Daniel zatrzymał wzrok na mnie i poprosił o picie. Cud powrotu do świata. Dni rekonwalescencji uprzyjemniała obecność na łóżku obok: lnianowłosa dziewczynka z przezroczystą cerą, obiekt westchnień jeszcze z przedszkola. Pierwsza miłość skończyła się szybciej niż bandaż — wyjechała do Anglii. Życie robi montaż dynamiczny.

Po Świętach, bez choinki (tylko gałęzie w wazonie), ruszyliśmy przez Austrię i Słowację. W Cieszynie tradycyjnie złapało mnie gardło — syndrom granicy. Do Bazi dojechaliśmy późno, ale powitanie jak zwykle: do nocy.


A teraz technika domowa, czyli jak przeniknąłem na drugą stronę lustra i nie złamałem nosa.

Najpierw antena satelitarna. W katalogu zobaczyłem zestaw „Astra-ready”: talerz, konwerter, pudełko made in China. Cena taka, że ręka sama sięgnęła po portfel. Przyszła paczka — kawał blachy i skrzynka, do tego woreczek śrubek. Złożyłem zestaw, przewód przeciągnąłem przez mieszkanie jak węża boa po remoncie. Zamiast masztu wbiłem… talerz w wiadro z piaskiem z balkonu (najpierw próbowałem z ziemią od pelargonii, ale pelargonie zaprotestowały). Kręciłem tym wiadrem jak kołem fortuny. Na ekranie mignęła kratka, potem śnieg, aż nagle z salonu rozległo się Alinine „Jest!”. Nie to filmowe „Yes, yes, yes!”, tylko prawdziwa radość odkrywców nowego lądu. Ustawiłem delikatnie — z dokładnością do pół centymetra i jednej modlitwy — i zobaczyliśmy… Bolka i Lolka. Nie BBC, nie CNN, tylko dwóch łysawych chłopców ze śląskiego dzieciństwa. Byłem wzruszony. Do wiadra dla stabilności dorzuciłem cegłę i słownik PWN (pod kątem). Kiedy wiatr dmuchnął, obraz znikał; sąsiad z góry kichał — też znikał. Na parapecie przykleiłem karteczkę: „Nie ruszać wiadra — to kosmos”.

Plotki na klatce: „Pan na dachu ma radar?”. „Nie, w wiadrze”. Z czasem zrobiłem wersję premium — maszt, kołki rozporowe, minimalny kąt elewacji ustawiany według cienia na ścianie (system „na zegarek”). Wtedy już leciała TV Polonia, a ja miałem poczucie, że przeskoczyłem przez mur: zniknęła samotność emigranckiej niedzieli. Po głowie chodziło mi tylko, że Astra powinna stawiać mi prowizję od każdej łzy wzruszenia.

Potem przyszła pora na „komputer”. W cudzysłowie, bo faktycznie był to Brother Textsystem — hybryda maszyny do pisania i skromnego edytora z dyskietką 3,5 cala. Sprzedawczyni pokazała mi, jak na zwykłym PC wstawia się polskie znaki: Alt-kody, czary-mary. Zapytałem, czy jest coś prostszego, bo „Alt-Ż” robi mi skurcze dłoni. I wtedy padło: „Brother”. Kupiłem. 1098 marek, minus 200 za oddaną maszynę (prawie nową, ale bez przyszłości).

Postawiłem sprzęt w sypialni pod oknem. Ekranik mieścił kilka linijek — idealny, by widzieć własne błędy z bliska. Zrobiłem ceremoniał: obok kubek z długopisami, pudełko dyskietek opisane starannie (D1—D10), a na pierwszej folder „DZIEŁO”. Brzmiało zobowiązująco. Pierwszego dnia pisałem godzinę — i uczyłem się skakać słowami po tekście. Cud: zamiast zrywać kartkę, przesuwałem całe zdania jak meble po salonie. Druk był równy i czarny, aż chciało się podpisywać pod nim własne nazwisko.

Polskie litery? Brother miał je jak w prezencie: wystarczyło przełączyć tryb i „ł”, „ą”, „ę” wchodziły jak do siebie. Dla pewności i z przyzwyczajenia wklejałem jednak na ramkę monitorka małe ściągi: „ę — jest”, „ż — też”, „ń — nie panikuj”. Dyskietki nosiłem w etui po kasetach magnetofonowych. Kopie bezpieczeństwa wykonywałem przesadnie: główny plik na D1, kopia na D2, a trzeci egzemplarz — w szufladzie z bielizną (nikt nie szuka arcydzieł pod skarpetami). Raz zapomniałem zapisać i edytor spytał: „Czy zapisać zmiany?”. Odpowiedziałem mu na głos: „Nawet się nie pytaj”, po czym wcisnąłem „Tak” dwukrotnie — na szczęście Brother nie obrażał się za nadgorliwość.

Teksty służbowe zaczęły powstawać jak na taśmie: podania, odwołania, monity, równiutko, z polskimi znakami — urzędnicy pewnie myśleli, że za mną stoi korporacja. A to tylko ja i Brother, późnym wieczorem, przy lampce, z szelestem dyskietki, który brzmiał jak uspokajający mantr.


Wiosna rozbujała się w najlepsze, a my — pomiędzy sankami, nartami i pierwszymi łyżwami Daniela — układaliśmy plany i papiery. Zaufanie do adwokata topniało szybciej niż śnieg; w końcu zrezygnowałem, poinformowałem sąd i urząd o cofnięciu pełnomocnictwa. Ulgę czułem prawdziwą, jak po zdjęciu za ciasnego kołnierzyka.

Jeszcze wierzyłem w sprawiedliwość — może naiwnie, ale z przyzwyczajenia. Bo jeśli satelitę da się złapać wiadrem z piaskiem, a polskie litery da się wystukać bez przekleństw, to może i Temida da się kiedyś ustawić — nie na skróty, tylko po poziomicy. W końcu nawet ona musi mieć gdzieś w tokarni prosty gwint.

2 Kommentare

  1. EverydayJoe

    A genuinely useful read.

    • roswojtek

      miło, dziękuję

Schreibe einen Kommentar

Deine E-Mail-Adresse wird nicht veröffentlicht. Erforderliche Felder sind mit * markiert

© 2026 Wojciech Rosyk

Theme von Anders NorénHoch ↑