Wnosząc walizki do pokoju sanatoryjnego, zauważyłem na stole kartkę. Kilka linijek po polsku, jakby od niechcenia, ale podpisane wyraźnie: „Henia”. Podążyłem za wskazanym numerem gabinetu.

– Cześć, Andrzej! No popatrz, nic się nie zmieniłeś! – usłyszałem, nim zdążyłem zapukać.

Zza biurka oderwała się masywna kobieta. Uśmiechnięta, porywcza, jakby zaraz miała mnie porwać do oberka. I zanim dotarło do mnie, kim jest, znalazłem się w jej ramionach, obcałowywany jak rodzony.

– No widzę, że nie poznajesz. Jestem żoną Jacka Piątka! – rzuciła oczywiste, ale dopiero jej następne słowa obudziły pamięć. – Spółdzielnia Mieszkaniowa, Chorzowska Ósemka, Klub filmowy…

– Aaaa… – wyrwało mi się wtedy. Henia. Ta od balów przy „Czerwonych makach” i „40-latka”, gdzie panowie rzucali kieliszek wódki o blat, a Henia zawsze miała czas, choćby na ostatni taniec. Teraz zamiast szpilek – drewniane chodaki, zamiast dopasowanej kiecki – szpitalny fartuch. Ale gdy się uśmiechała, można się było domyślić, że gdzieś pod tą solidną warstwą życia wciąż czaiła się tamta blondynka od seksownych tańców.

– A co ty tu robisz? – wypaliłem w końcu.

– Pracuję, a jak! Jestem tu siostrą oddziałową. Zawsze patrzę na listę osób, które mają przyjechać. Zobaczyłam twoje nazwisko dwa tygodnie wcześniej i mówię: „Oho, będzie znajomy na oku”.

Wychyliła się z biurka, spojrzała mi do teczki, jakby zaglądała przyjacielowi do lodówki.

– Jacek zaraz podjedzie, chodźcie dziś na kolację. Zaplanowałam sobie wolny wieczór. Nic nie kombinuj, przyjdę po ciebie.

Nie zdążyłem zaprotestować, bo do drzwi wszedł pacjent proszący o maść na grzybicę. Uratowałem się tylko dlatego, że dotkliwie nie było tu miejsca na prywatność.


Jacka poznałem od razu, choć zmienił się zasadniczo – teraz wyglądał, jakby nie walczył już o wizerunek, ale jedynie o przetrwanie. Włosy przerzedzone, uśmiech zbyt pewny, koszula nieświeża, mimo że na pewno czysta. I tylko błysk w oku ten sam, co przed laty, gdy smażył na Hucie Batory swoje słynne frytki w smalcu, przekonany, że dzięki nim da się podbić kubki smakowe połowy Śląska.

Nie dało się ukryć: Henia po wyjeździe do Niemiec odnalazła się błyskawicznie – pielęgniarka z papierami, niemiecki z automatu, kontrakt od ręki. Za to Jacek musiał łapać życie za kołnierz. A to praca dorywcza, a to tłumaczenie dla policji. Miał o czym mówić, jak to nad Menem i Renem robi się karierę. Pokazywał mi nawet projekt szczoteczki turystycznej do zębów – niby patent na rynek, który „już-już” miał przejść do historii wynalazków. Zdołał też odkupić działkę, zaplanować dom. W nieskończoność opowiadał, jak to Nivea pod kremem daje lepsze golenie. Długo słuchałem, choć nie wiedziałem, co zrobić z jego zapachem – jakby ktoś dorwał antyperspirant z promocji i nie oszczędzał go na kołnierz.

Za to Henia – o, ta nalewała! Od pierwszego toastu robiło się swojsko. Dopiero po trzecim kieliszku zauważyłem, że jej wesołość była nie tyle spontaniczna, co wyćwiczona – jakby za często ćwiczyła wchodzenie w tryb: „nic mi nie jest”.


Sanatorium

Pokój dzieliłem z pocztowcem z małej miejscowości niedaleko Norymbergi. Nie trzeba było nic pytać – człowiek żył w rytmie przesyłek, parafii, lokalnej gazety i „Bayern Drei”. To znaczy miał wszystko, co potrzebne do życia, gdy świat kończy się na skrzynce pocztowej.

Z początku przeraziła mnie monotonia sanatoryjnego grafiku – potem zaczęła działać jak lek uspokajający. Poranna gimnastyka, masaż, okład z fango, kąpiel borowinowa, obiad grupowy, spacery, akwarele, kolacja, kolejka w basenie, telewizja, spać.

W basenie królował rehabilitant:

– Stawiać kroki tak, jakbyście bronili się przed wejściem w świeże gówno! – krzyknął pierwszego dnia.

Naród w rurkach pływackich natychmiast ożył. Po raz pierwszy naprawdę poczułem, że jestem wśród swoich.

A borowina? Kiedy siostra zmywała ze mnie brązową maź, próbowałem jej pokazać, że nam się tu robi… nie tylko zdrowo. Ale ona, z zimną fachowością, spłukiwała każdy milimetr, nie zostawiając miejsca na chłopięce wstydy. Po wszystkim zawijano ciało w prześcieradło i byłem jak naleśnik nadziewany ciepłem – aż zasypiałem.

Wieczorem nie liczyło się nic prócz wody i ruchu. Moje basenowe rondy, terapeutyczne pląsy, przeradzały się w obsesję — jedyną dozwoloną w tych okolicznościach.

Z czasem dostrzegłem też lekcje wychowania, które dawno mi umknęły. „Nie garb się!” – słyszałem w domu, a tu w końcu chodziło nie o wygląd, lecz o zdrowie. Przekonałem się, że moje ramiona, garbiące jak za karę, to nie chrakter, nie lenistwo — po prostu brak siły mięśni, których nikt nigdy mnie nie nauczył budować. Terapia uczyła na nowo, bez patosu i bez sentymentów.


Przygraniczne przemytnictwo

Co parę dni Henia i Jacek zabierali mnie przez granicę. Czechosłowacja — tania jak barszcz z pielęgniarskiej stołówki. Na granicy wystarczyło mieć uśmiech. A Jacek – tłumacz na pół etatu – ten uśmiech miał wyćwiczony na każdą stronę muru.

Kupiłem, jak trzeba: słodycze, szynka, dwie butelki wódki, dwa kartony fajek (regulaminowo). I piwo – bo w Czechach piwo to nie napój, to część kultury fizycznej.

I prawie kupiłem pistolet na kulki, którym w godzinę można zrobić broń palną. Prawie – bo Jacek zabronił, mówiąc tylko: „Uważaj, granica pamięta lepiej niż my”.


Passau

Administracja sanatorium dbała, aby pacjenci nie zgnuśnieli w dniach wolnych od zabiegów. Co weekend wypuszczano nas na świat: kto nie miał planów – dostawał wycieczkę, kto miał plany – z reguły zmieniał je pod wpływem tych propozycji. Ja zwykle wybierałem własne drogi. Ale tym razem peugeocik został na parkingu — nieśmiało mrugnęły reflektory, żegnając mnie z lekkim zawodem — a ja ruszyłem autokarem do Passau, gdzie czekał stateczek, skromniejszy niż białe wycieczkowce stojące w szyku niczym pałace na wodzie. Jedne płynęły w stronę Dunaju, inne wracały z Morza Czarnego, jakby przenosiły cząstkę Orientu w serce Bawarii.

Dunaj — ta nazwa brzmiała znajomo, niemal rodzinnie. Może dlatego, że nosił w sobie echo Dunajca, mojego dzieciństwa. Ale przede wszystkim dlatego, że Straussem unosił się jak walc, ponad granicami. Jednocześnie ogromny jak Europa i swojski jak melodia grana na skrzypcach starego Cygana z prospektu, który machał do mnie z okładki, zapraszając na rejs aż do Budapesztu. Mój barkowy, kursowy jubiler spokojnych wód nie dotrze tak daleko — ale wystarczy, że pokaże mi parę godzin tego, co wieczne i nieuchwytne.

Passau – miasto, które ciągle zaczyna od nowa. Co kilka lat trzy rzeki wspólnie robią tu remanent, znaczą piętra kamienic, jak dzieci wzrost na framudze. Mieszkańcy uśmiechają się spod kapeluszy, jakby tylko oni wiedzieli, że powódź to też okazja do zmycia kurzu z historii.

Stateczek ruszył powoli, jakby sam chciał się przyzwyczaić do nurtu. Zmarznięci turyści zsunęli się pod pokład, zostawiając na górze kilku takich wariatów jak ja — zapatrzonych w rzekę, której dno opowiada każdemu własną wersję mitu. Na horyzoncie szumiały trawy, zimne jeszcze po zimie. Krowy żuły rzeczywistość z godnością, jakby wiedziały coś, co nam umyka. Z głośników dobiegała próba walca, ale Yamaha udawała fortepian, fałszując z wdziękiem.

Oparłem łokcie na poręczy, patrząc, jak woda obmywa brzegi świata, który na chwilę przestał mnie gonić. Młoda para, poznana w hydromasażu, wtulała się w siebie w kącie galeryjki – ich dłonie znaczyły pierwszy rozdział tego, co życie napisze później. A ja, w milczeniu, próbowałem wyobrazić sobie swoją Alinę – jakby siedziała obok i też patrzyła w dal, której nie da się objąć.

Dunaj płynął dalej, wiedziony pamięcią Habsburgów, celników, barczystych kelnerów i ludzi takich jak ja, złaknionych jakiegoś sensu. Morze Czarne – kres i źródło – było tu tylko marą w sennym krajobrazie. Ale w tej mgle, między falką a niebem, między wspomnieniem a tęsknotą, zrozumiałem, że żegluga nie ma celu. Ona jest celem.

I dlatego ten niedzielny rejs pozostał we mnie nie jak przygoda z katalogu sanatoryjnych rozrywek, ale jak przypomnienie, że czasem musisz oddać kierownicę światu – i pozwolić rzece przepłynąć przez ciebie.

Tylko raz zapłaciłem za wycieczkę. Statek po Dunaju. Skusiła mnie nazwa — Dunaj. Niby proste, a w środku niesie historie sześciu królestw i jednego walca, który rozkołysał świat. W Passau Dunaj dostawał się pod skórę razem z zimnem, ale płynąć po nim to jak dotknąć czegoś większego niż dyskusje o terapii cieplnej i o figurach gimnastycznych.

Statek kołysał, niebo wisiało jak mokra ścierka, w mesie grała Yamaha, a młoda para, świeżo poznana w sanatorium, rozgrzewała się przy relingu. A ja — samotny, popatrujący w dal – myślałem o Alinie.

I choć byłem zachwycony krajobrazem, poczułem pewien rodzaj pęknięcia. Jakby dusza zeszła ze statku bez ciała i została tam — bliżej domu, bliżej niej.

Ostatnie dni sanatorium miały w sobie coś z czasów szkolnych — niby człowiek wiedział, że wróci do domu i „normalności”, ale ruszyć się z tego rytuału było równie trudno, co opuścić stary, wakacyjny obóz. Każdy miał tu swoją mikrospołeczność: panie od bingo, panowie od tarota, dwóch motocyklistów z endoprotezami, para z cukrzycą, która walczyła, kto ma ważyć mniej na wadze kontrolnej. Ja, jak zwykle, pomiędzy światami.

Z jednej strony — kręgosłup, który nauczył się prostować, choć uparcie próbował wracać do dawnej postawy. Z drugiej — akwarele, które nagle okazały się czymś więcej niż „czasoumilaczem”. Tę ostatnią godzinę zajęć malarskich wspominam do dziś — kiedy białe kartony, pomalowane paletą jesiennej zieleni i rozrzedzonego błękitu, wyglądały jak mapy, które mogłyby prowadzić do miejsc, których jeszcze nie odkryłem.

– Panie Andrzeju, będzie pan kontynuował malowanie? – zapytała prowadząca zajęcia, pani Köhler, zawsze tak poważna i usłużna, że człowiek miał ochotę podać jej kozetkę pod zmęczone stopy.

– Zobaczymy – odpowiedziałem, choć wiedziałem, że zabiorę pędzel do domu. Bo to było coś, co można spakować. I co nie waży.


Pod wieczór, jakby na pożegnanie, usiadłem w kawiarence sanatorium z kubkiem zbożowej kawy — takiej, którą ktoś tu z uporem serwował zamiast tej prawdziwej. Może po to, żeby ciało nie zapomniało, że jest chore. A może po prostu z przyzwyczajenia — tak jak w kantynie ludowej serwuje się mielonego bez mielarki.

Patrzyłem przez okno, na cichą szarówkę nad Freyung. Nikt nie przechodził. Zziębnięte drzewa stały jak dawne marzenia, nieprzesadnie dumne, ale proste. Drogi schnące po deszczu były niemal idealnie poziome. Jakby ktoś je z premedytacją wybudował tam, gdzie człowiek ma dużo czasu, żeby iść powoli. Po tylu latach biegania – była to scena podejrzanie… kusząca.

Ale jutro trzeba było jechać. Jeszcze raz spakować walizkę, zamknąć drzwi pokoju z numerem 214, oddać płaszcz w szatni i usłyszeć to samo, co słyszał tu każdy pacjent:

– Życzymy zdrowia i prosimy o pozostawienie klucza w skrzynce.


W drodze powrotnej nie planowałem już przystanków. Nie miałem ani towarzystwa Jacka, ani czasu na Czechy. Jechałem sam. W radiu odbierało tylko stację z Monachium, a na zakrętach przełączało na czeską. Widać taki urok był tego pasa granicznego – przypominał o tym, że człowiek jest zawsze „pomiędzy”.

Dopiero za Regensburgiem poczułem znajome ciepło pod powiekami. Nie była to senność. Nie był to też smutek. To było coś w rodzaju stanu, kiedy rozumiesz siebie bardziej, ale nie obiecujesz sobie, że teraz wszystko poukładasz.

Zostawiłem za sobą lasy Bawarii i kąpiele borowinowe, ale w bagażniku wiozłem coś jeszcze — mały rulonik papieru akwarelowego z namalowanymi drzewami. Taka własnoręczna mapa ciszy — do użycia, kiedy wróci zgiełk.