Nie wiem, kiedy dokładnie nauczyłem się oddychać przez zęby. Może w chwili, gdy Alina przestała pracować, a list z zakładu pachniał urzędniczym „niestety”. Może wtedy, gdy dyrektor powiedział „to nie zwolnienie, to reorganizacja”, a ja usłyszałem wyraźne „do widzenia”. W każdym razie – stoicki spokój nie przychodzi w białej todze, tylko w roboczych butach, z tłuszczem maszyn na mankietach i kredytem na karku.

Bellinda zaczęła od fanfar: amerykański koncern, europejska czołówka, bramy jak do opery. Potem rozbrzmiał klasyk naszych czasów – zwrotek kilka, refren jeden: „redukcja”. Związki Zawodowe, które jeszcze wczoraj ćwiczyły z nami półgodzinny protest o trzy procent, dziś ćwiczyły wzrok w kierunku dyrekcji. W PRL-u przynajmniej rozdawano wczasy i bilety do teatru, teraz rozdawano milczenie. Stoik w wersji przemysłowej rozumie: ideały są jak rajstopy z nowej partii – ładne, dopóki nie trafią na paznokieć.

Przez chwilę było jasne. Z taśmy przeszedłem do mechaniki – demontaż, wysyłka maszyn, awanse w nazewnictwie, niekoniecznie w pensji. Potem do Altenstadt, do dziewiarni – rząd czterdziestu dwóch automatów i morze czerwonych lampek. W dyskotece lamp mrugały awarie, ja tańczyłem między igłami. Z każdym tygodniem mniej świateł, więcej spokoju. Zawód „Stricker” brzmiał w uchu jak tytuł – trochę dumnie, trochę śmiesznie. Ale żyło się.

Żyło się tym bardziej, że w domu skóra pachniała nowością: najpierw komplet wypoczynkowy (przecena, lecz bez wstydu), potem „Toscana” na meblościankę. Aż wreszcie bordowy metalik na kołach – Peugeot 405 SR. Nie do szczęścia brakowało tylko klimatyzacji i pewności zatrudnienia. Alina na widok bagażnika miała swoje „och”, ja na widok rat – swoje „jakoś to będzie”. Stoicy mawiają, że trzeba rozróżniać rzeczy zależne i niezależne. Raty, jak się okazało, są zależne od wszystkiego.

Pierwszego kwietnia – w dzień żartów – nie było żartów. „Od dziś do Schongau” – poinformował kierownik, a ja poinformowałem jego, że nie. Zjawił się przedstawiciel związków, co miało stworzyć aurę legalności, i powietrze zgęstniało od regulaminów. W korytarzu chodziłem tam i z powrotem jak metronom: pięć kroków, złość; pięć kroków, zimna woda na twarz; pięć kroków, „wezwę policję”. Na koniec dostałem kartkę pisaną na kolanie – oficjalne „nieoficjalne”. Biała flaga? Nie. Biały fartuch doktora, bo przypomniałem sobie o legitymacji inwalidzkiej i o tym, że prawo bywa czasem po stronie niepraktycznych idealistów.

Związkowy prawnik z Weilheim mówił przyjaźnie: „Pracować tyle, ile zdrowie pozwala. Zresztą i tak mamy argumenty”. Wrócił puls. Spojrzałem na plan lata – Hiszpania – i postanowiłem, że nie będę odmawiał sobie słońca tylko dlatego, że inni odmawiają mi stanowiska. Stoik wyjeżdża, bo upał i ocean nie są winne cudzej bezradności.

Po drodze było Prado. U Rubensa „Śmierć Seneki” świeciła od środka jak żarówka w piwnicy. Spodziewałem się krzyku, dostałem spojrzenie ku górze, spokojne jak rozmowa z zegarem. Stoicyzm, którego nie sprzedaje się na szkoleniach: „Nie wszystko ode mnie zależy. Oddycham. Tyle mogę.” Pomyślałem, że dobrze mieć starożytnego patrona – nawet jeśli do domu wraca się przez burzę w Castro-Urdiales, z dzieckiem pod stołem, bo błyskawice mają własne poglądy na pedagogikę.

Na południu Sewilla była włączona dopiero po zmroku, Expo świeciło jak księżyc w trybie oszczędnym. Za dnia żar z nieba wykuwał pomnik cierpliwości. W Granadzie wjechałem na Pico de Veleta, gdzie narciarskie wyciągi spały jak dinozaury w lipcu, a Solynieve bez śniegu nosiło w nazwie pogodną ironię. Daniel, który już czuł ciężar grawitacji na koniu gimnastycznym, tu nauczył się nowej definicji nudy: „Zimą jest fajnie, bez śniegu – nie”. Mądrość dzieci jest bezlitosna. Prawda nie ma potrzeby się tłumaczyć.

Wybrzeże, El Rompido, piniowe lasy i pyłki, od których swędziała skóra i cierpliwość. Pan doktor prywatny z receptą na świat: „Wyjechać”. Posłuchałem. Stoik nie kłóci się z biologią pinii. Kłóci się co najwyżej z kolejkowym cennikiem w Mar Menor i z zakazem parkowania w Guardamar. Tam Alina zemdlała od upału i liptona w wersji ratunkowej. Stoicyzm w praktyce: najpierw cień, potem woda, dopiero potem filozofia.

W Mare Nostrum ratunek przyszedł dwa razy. Najpierw gdy Magdalenkę zabrała fala, a Daniel – ojciec z przypadku i brat z natury – wyniósł ją z dołu, który wczoraj był tylko ciepłym piaszczystym żartem. Dziecko zakaszlało i powiedziało: „Bardzo słona”. To też jest stoicyzm – nie rozumieć zagrożenia, ale przeżyć. Drugi raz, gdy następnego ranka nie było Daniela w namiocie, a po chwili wracał z wilczurem większym od swoich planów. Kto kogo wyprowadzał – nie ustalono. Ustalono tylko, że dorosłość jest ruchomym celem.

W Andorze kupiłem bezprzewodowy telefon i dwanaście butelek whisky – litrowych, w cenie mleka. Do przyczepy już się nie mieściło, więc karton wylądował pod nogami córki. Prawa celne ominęliśmy szerokim łukiem – nie z brawury, z geograficznej wyobraźni.

W Belfort, na koronie fortyfikacji, zatrzymałem się przy niewielkiej, granitowej tabliczce. Z daleka wyglądała jak kolejny militarny pomnik, ale słowa — wyryte surową czcionką — trafiały celnie:

WIERNYM W SŁUŻBIE
BOGU – POLSCE – FRANCJI
ŻOŁNIERZOM
2 DYWIZJI STRZELCÓW PIESZYCH
WALCZĄCYM
W OBRONIE BELFORTU
W CZERWCU 1940 r.

Patrzyłem i myślałem, że wierna służba rzadko kończy na marmurze. Częściej — na jakimś kwicie, formularzu, wypowiedzeniu, podanym do podpisu z „ubolewaniem”. Historia lubi patos, ale życie jest pisane małym drukiem — zwłaszcza, gdy jesteś jednym z tych, którzy naprawdę pracują, walczą czy bronią. W Belfort pomnik czekał cierpliwie. W moim życiu — trwała właśnie pierwsza rozprawa o własne prawa.

Po powrocie – sanatorium. Tydzień przed wyjazdem przyszła decyzja: wypowiedzenie warunków pracy, propozycja pakowalni z akordem i czternastoma markami za godzinę. Rada Zakładowa – „nie wnosi sprzeciwu”; urząd w Monachium – „wyraża zgodę”. Znam tę melodię: gdy wielu wyraża, jeden traci. W Radzie rzuciłem legitymacją. Nie trzepnęła. Utopiła się w tłuszczu kompromisów.

W domu czarna fala. Alina weszła w ciemność bez lampki nocnej. Zadzwoniłem po Rafała – przyszedł jeszcze rozgrzany spawarką. „Wyobraź sobie łódkę, burzę i że zamiast siedzieć, zaczynasz skakać od burty do burty” – powiedziałem. Zapytał, czy tak naprawdę było, i ten absurdalny szczegół wyłączył alarm. Czasem spokój wraca nie argumentem, tylko pytaniem nie na temat.

Pozostała liturgia przetrwania. Prawnik w Landsbergu, mgła z fajki, drzwi na balkon uchylone na dwie minuty, żeby wywietrzyć wahanie. „Z państwowej pomocy – nie. Wynagrodzenie – tak. Jeśli rezygnuje pan, to rachunek i dokumenty odeślę.” Jechałem do Freyung i wahałem się między świętym spokojem a świeżym pozwem. Na granicy powiatów zadzwoniłem: „Wnosimy”. Stoicki spokój to nie jest brak działania. To działanie bez piany.

Między aktem a faktem była jeszcze codzienność, która domagała się braw. Daniel – zawody gimnastyczne, skoki i to jego zapamiętane „ręce w górę” o kilka sekund za długo, aż sędzia poprosił o zejście. Magdalenka – figury baletowe z powagą dyrektorki teatru. W kuchni z kolei obiad w wersji objazdowej: miska warzyw, tuńczyk, pieczywo, papryka – i czuło się, że świat jest do ogarnięcia, nawet jeżeli listonosz niesie kolejne „z ubolewaniem”.

Gdy wreszcie przyszedł dzień sanatorium – Freyung leżało jak na brzegu dawnego świata. Wcześniej urzędniczka „od inwalidów” wypiła kawę z dyrekcją i życzliwie poinformowała, że sprawa jest trudna. W korytarzu Brama do Kawiarni, w gabinecie Brama do Niczego. Ja swój spokój miałem już wyćwiczony – nie ten z marmuru, tylko z gumy: ugina się, wraca, nie pęka.

To wszystko działo się pod tytułem, który wymyśliło życie: „Błaga, Chała, Odlot – Stoicki spokój”. Błaga – kiedy prosisz o elementarną przyzwoitość. Chała – kiedy patrzysz na prowincjonalny spektakl, w którym byk udaje byka, a kowboj gra błoto. Odlot – kiedy masz bordowy samochód, trzydzieści stopni w cieniu i dziecko, które właśnie wyszło z fali, mówiąc, że „woda jest bardzo słona”.

A stoicki spokój? To nie uśmiech zwycięzcy. To umiejętność podnieść ręce do góry – na chwilę – i opuścić je o czasie. To umieć zawrócić z Timmelsjoch, żeby tam wrócić kiedy indziej. To wiedzieć, że Rubens namalował twarz, która się nie boi. I że czasem najlepsza riposta dla dyrektora, związkowca i losu brzmi: „Oddycham. Piszemy pozew. A jutro – śniadanie, szkoła dzieci, rower, praca, wyjazd. Jedziemy dalej.”