Tydzień po Wenecji znów wyrwało nas na południe — tym razem tylko „za miedzę”, do Austrii. Po Fernpass zrobiło się tak pogodnie, że bez sensu było gonić dalej: lato samo wlazło nam do auta przez otwarte okna. Camping pod Imst okazał się wykrochmalony jak zeszyt w linie — rząd przyczep, rząd tuj — ale daleko od recepcji zaczynała się prowizorka, czyli wolność. Rowerki z dachu, dzieci w teren: Magdalenka świeżo po awansie na „bez bocznych kółek” wolała jednak wracać do roli pasażerki luksusowej — bagażnik, ręce w pas brata, zero hamulców i maksimum śmiechu. Bazia trzymała straż w półcieniu młodego drzewka, Alina wygnała dym z przyczepy i przeniosła sałatkę pod gołe niebo. Kiełbaski, badminton, piwo „jak piwo w wolny, upalny dzień przy grillu” — brzmi banalnie, a jednak człowiekowi właśnie ta banalność naprawia kręgosłup.

Imst mijaliśmy zwykle bokiem. Tym razem wjechaliśmy do środka: fasady w kolorach lodów z dzieciństwa, studnie jak z pocztówek, cisza uzdrowiska, i ten „mikroklimat” miasta, którego nie opiszesz — musisz przejść, powąchać, przysiąść. Wąwóz Rosengarten Schlucht — piękny, ale tylko na paręset metrów, bo Bazia miała dziś dzień „bez wspinaczki”. Z Danielkiem skoczyliśmy jeszcze o kilka serpentyn wyżej. Niby chciałem „tylko do mostku”, ale każdy mostek miał brata za zakrętem. Dorosłość to właśnie moment, gdy potrafisz zawrócić, bo na dole ktoś czeka.

Zielone Święta skusiły mnie dłuższą pętlą: kilka przełęczy, potem Lago d’Iseo. Alina odmówiła: przepaście ją nie bawią, a szkoła Daniela nie zna urlopu okolicznościowego. Została Magdalenka — ochotniczka z błyskiem w oku („ja też z tatusiem będę tak brrr… brrr… brrrr!”). Bez przyczepy, za to z namiocikiem, dwoma garnkami i wiarą w sprzyjający los.

Tuż za granicą w tunelu coś chlipnęło na tylnym siedzeniu i przerodziło się w regularny szloch. „Smutno mi bez mamusi” — powiedziała i przywarła do mojej szyi jak koala. Zaproponowałem odwrót. Na szczęście korek ruszył, światło dnia zrobiło swoje, a dziecięca rozpacz ma tę przewagę nad dorosłą, że słońce w niej działa.

Stelvio od strony Trafoi było jeszcze „na zakazie”. Szlaban uchylony, rowerzysta z góry, terenowa Łada na dół i Włoch, który wzruszył ramionami w języku uniwersalnym: „Jeśli musisz, to jedź. Policja ma ciekawsze zajęcia”. Pojechałem. Serpentyny wgryzały się w stok jak linie papilarne geologii, a mój mały diesel mruczał: „panuję nad sytuacją”. Na chwilę zapomniałem, że za mną ktoś jedzie. Zatrzymałem się na grani — zaspę odgarnięto świeżo, ślad pługa jeszcze wilgotny. Obracam głowę… a tam Magdalenka śpi snem kamienia. Dzieci zazwyczaj na takich wirażach zielenieją, proszą o powietrze albo miseczkę. Moja spała. Pomyślałem: „będzie z nas ekipa brrr… brrr”.

Passo Stelvio (2758 m) w środku czerwca to śnieg przy asfalcie i sandały turystów. Piccolo Bazar sprzedaje naklejki z wysokością — medal dla peugeota. Zjazd na stronę Bormio łagodniejszy, tunele jak westchnienia. Obiad z bagażnika: kurczak w ręku Magdalenki wyglądał dumnie jak berło, ja tradycyjnie — jajka na twardo. Bez jajek wycieczka nie ma ostrego konturu, jest tylko przejazdem.

Noc spędziliśmy na górskim campingu pod Tirano, gdzie właścicielka patrzyła na nas jak na ekscentryków: namiot? tutaj? z dzieckiem? Wbrew trosce sen był głęboki. Poranek mokry, ale po zakupach w „IPERVILLA” słońce zdążyło odmienić świat i nastroje. Tonale smutne bez śniegu, ale pół wychylonej z okna Magdalenki rozjaśniło krajobraz lepiej niż słup reklamowy.

Lago d’Idro nie dorosło do mojej fantazji — nie Garda w miniaturze, raczej jezioro w naprawie: opuszczone, brzeg bez uroku, kąpiel odwołana. Za to wesele w Idro z orkiestrą ludowo-dętą i welon panny młodej uczyniły na długo z Magdalenki wyznawczynię jednego dogmatu: piękno równa się suknia do ziemi.

Passo del Rombo (Timmelsjoch) miało być drugą koroną. Znaki mówiły „zamknięte”. Z doświadczenia ze Stelvio uznałem, że znaki też ludzie, mylą się. Pogoda jednak przestała udawać lato, asfalt zaczął sypać dziurami, tunele robiły się dłuższe i ciemniejsze, a droga — coraz bardziej prywatna. W końcu bariera. Przesunąłem ją, by zawrócić — i poczułem ulgę. Nie powiem, byłem z siebie dumny. Raczej zawstydzony. Całe życie uczyłem rodzinę (i siebie), że „problemy bierze się na czoło”, tymczasem rozsądek wysłał mi sms: „Nie dziś”. Wstyd w takich razach ma dziwną geometrię: nie dotyczy faktu, że zawróciłeś, tylko własnej legendy o sobie. Za Gubałówkę też kiedyś wstydziłem się rozsądku rodziców: zwinęli mnie z nart do kolejki zębatej, bo „jeszcze nie pora”.
Czy wstyd rośnie proporcjonalnie do rozsądku? A może odwrotnie — im więcej rozsądku, tym wyraźniej widzisz własną teatralność? Postanowiłem prosto: Timmelsjoch poczeka. Życie, na szczęście, rzadko ucieka z przełęczy.

Pięćdziesiątkę planowałem hucznie — ekrany między drzewami, prąd z gospodarstwa lub generator, kino z diapozytywów, stół jak pas startowy. Rodzinny krach wszystko zwinął w rulon. Został okrągły stół, tort orzechowy z napisem, trzy głosy „sto lat” i cisza, w której nawet świeczki paliły się „wewnętrznie”.
Poczta przyniosła telegram od rodziców — jeden, prosty, oficjalny wers z napisem na jedwabiu. Czytałem go jak rozkaz do odwrotu z okopów. Miałem z powrotem rodziców — może jeszcze nie blisko, ale w zasięgu głosu.

Daniel w międzyczasie zasilił I klasę. Niemiecki „wstępny” okazał się sprytniejszy niż moje wspomnienia: nie wystarczy mieć lat sześć; trzeba mieć gotowość do siedzenia i rozumienia, po co się siedzi. Wojował z nożyczkami jak chirurg z nerwicą natręctw: linia to linia. Z nauczyciela spadła powaga, spadła dłoń na czuprynę — i Daniel został przyjęty w poczet „piszących krzywe kółka”. Zamiast elementarza — pudełko z literkami: składasz jak znaczki. Zamiast liczydła — kolorowe kostki lego. Religia bez piekła i czarta. Uczyłem się razem z nim, a właściwie oduczałem własnych strachów.

Na koniec roku szkolnego tańczył w białej „stokrotkowej” czapeczce, zbierał punkty w konkursach, walczył ze szczudłami (szczudła wygrały), triumfował w rzutach „kometami”. Patrzyłem z dumą i lekką zazdrością: jego start był naprawiony o moje wyboje.

Wakacje miały biec „w poprzek Francji”: Tours (Jurek i Władzia), potem Bretania (Kiwińscy). Po drodze Sully-sur-Loire — zamek jak z podręcznika heraldyki; obiad pod platanami, szybki obchód po basztach, parę klatek filmu i w drogę.

Jurek — mój dawny kompan od bułgarskich wakacji — znalazł się we Francji „na legalu”, robił w zawodzie, mówił o winach i serach z taką powagą, z jaką ja kiedyś mówiłem o mapach Michelin. Stałem na balkonie jego mieszkania nad Loarą, piłem whisky, jadłem łososia w jarzynach „po mojemu” i czułem dwoistość: część mnie pragnęła zamienić się z nim miejscami, druga widziała, jaką cenę płaci za to „bycie u siebie” w cudzym języku. Zazdrość miewa rozsądek, jeśli pozwoli jej się rozejrzeć.

Bretania: pałacyk wynajęty przez Kiwińskich, park, cisza, kaucja 500 marek i nowy rozdział w ich rodzinie — Karolek. Hanka, która „nie jest od niemowląt”, okazała się jednak od niemowląt, bo życie rzadko czyta nasze opisy stanowisk. Urodziny Magdalenki: prezenty w przyczepie, tort z miasta, plaża odkryta odpływem. Wieczorem usłyszałem: „A kucyka nie było”, co było jasną recenzją: w zeszłym roku było lepiej. Dzieci mają w sobie surowość sprawiedliwości.

La Baule okazało się piękne i wietrzne; sztorm obrzydził plażę, zostawił port, karuzele i zdjęcia dzieci na tle klombów, jak z katalogu ogrodniczego. Po nocy, kiedy wiatr kołysał przyczepą jak wóz Drzymały, zjechaliśmy szukać słońca.

Po drodze — soczyste epizody. Miejski camping zajęty niemal w całości przez Romów: dama w peniuarach, złoto, spojrzenia pełne respektu. Staliśmy tuż obok „królewskiej” przyczepy, w miejscu pustym nie z wygody, lecz z czci. Chłopaki skinęli nam „możecie jechać”, a my skwapliwie zrozumieliśmy, że „możecie” oznacza „powinniście”.
Leśny postój, kawa na palniku, ja z kamerą, ptaki, światło jak skrzypce, i nagle zza krzaków przeciągłe „aaa…”. Młoda para kochała się tuż obok świata. Bez wulgarności, bez pośpiechu. Wyłączyłem kamerę. To nie był materiał do filmu. To było przypomnienie, że intymność potrafi być piękna nawet w szerokim kadrze. A może zwłaszcza wtedy.

Deszcze, przeloty, zamczyska z kaczkami w Morthemer. W Montsalvy z rana słońce, panorama Entraygues-sur-Truyère, potem upał i serpentyny Lotu, aż wszyscy mieliśmy dość piękna. Alès uratowało nas campingiem przy stadionie. Wieczór: mecz, butelka czerwonego wina, dzieci walczące na puste dwulitrowe butle jak musași plastikowego fechtunku. Sen przyszedł bez negocjacji.

Ardèche. Vallon-Pont-d’Arc to dla mnie osobista geografia — kiedyś miejsce gniewu i rozdarcia, dziś — kajak pod kamiennym łukiem i czysta radość. Obiad pod winnicą tak obfity, że dzieci skapitulowały. W nocy Daniel wymiotował jak zegar. Rano lekarz, proszki, mikroguma w cieniu i czerwone wiadro w pogotowiu. Daniel bez zapasów tłuszczu wyglądał jak przemarsz biedy. Po dobie wrócił do ludzi, ale dieta trzymała go za rękę.

Riez — pachniało lawendą tak, że człowiek czuł się jak flakonik. Jechałem rowerem między polami i rozumiałem, czemu perfumerie wymyślono tutaj. Film z wakacji ochrzciłem od razu: „Zapach lawendy”. Lac de Ste Croix ciepłe, ale bez soli, więc mózg upierał się, że to nie wakacje, tylko basen. W les Salles wziąłem łódkę na prąd, dzieci w kamizelki i do wrót kanionu. Wiatr ze mnie robił węża, ale w cieniu skał wszystko się prostowało. Skoki młodych do wody z półek skalnych — piękne dopóki nie lądują tuż obok twojej burty. Dwa prysznice mnie nauczyły trzymać środek. Kąpiel w zielonej głębi, dwa zdjęcia (jedno od Daniela, drugie od nieznajomego, który bał się o mój aparat, a i tak zrobił kadr życia) — i cumy w drogę.

Rundę nad Grand Canyon du Verdon planowałem jak pielgrzymkę. Dziewięćdziesiąt kilometrów zachwytu, klify po siedemset metrów, w gardle rzeki miejscami piętnaście. Daniel po kilku zakrętach skapitulował na przednim fotelu. Zatrzymywałem się co chwila, ale piękno bywa męczące, jeśli ci słabo. Na jednej z platform zobaczyliśmy alpinistów zwisających nad przepaścią. Kibicowaliśmy długo. W oczach Daniela zamigotało coś nowego — być może wtedy złapał bakcyla (pająki górskie nie rodzą się, tylko się podpatrują).

Na płaskowyżu zrobiliśmy spacer w upale, potem kąpiel stóp w potoku, a głowy w cieniu. Wracając na camping słuchaliśmy jak huśtawka skrzypi, jakby miała do opowiedzenia własny epos.
W nagrodę dla dzieci poszliśmy na „korridę” w namiocie, rozreklamowaną jak widowisko sezonu. Dostałem lekcję niby-rozrywki: byk udający krowę, kowboj udający upadek, turyści udający śmiech. Dzieci patrzyły z niesmakiem, ja z ironią. Pięć kilometrów dalej natura grała koncert symfoniczny, a tu — „kosmiczna chała”. Dobry kontrast do lekcji nr 1 tych wakacji: mapa nigdy nie jest terytorium. A afisz — nigdy nie jest sztuką.


Filozofia na koniec? Bardzo proszę — mała, składana, kieszonkowa:

– Przełęcze są dwie: ta na mapie i ta w głowie. Pierwszą mierzy się w metrach, drugą w wstydzie i rozsądku.
– Dzieci to najlepsi nawigatorzy. Mówią „wracajmy” dokładnie wtedy, gdy dorosły próbuje udowodnić mapie, że wie lepiej.
– Zazdrość traci ostrość, jeśli dołożyć do niej koszt stały bohatera. Wtedy widać człowieka, nie tylko scenerię.
– A „korrida” życia? Najczęściej odbywa się pod namiotem reklamy. Prawdziwe rzeczy dzieją się obok: w cieniu, na ścieżce, w spojrzeniu.

Resztę dopisał zapach lawendy. I skrzypiąca huśtawka. One mają najcelniejsze pointy.