Herr Duftner — nasz szef od produkcji — nie miał czasu na nic, co pachniało człowiekiem. Jeśli pojawiał się między maszynami, to tylko po to, by je policzyć, pogonić i spisać wydajność. W kantorku za pancerną szybą bywał rzadko: „coś pilnego”, „zaraz wracam” — i znikał. Poprosiłem sekretarkę, żeby mnie zawołała, gdy Szef znajdzie dwie minuty oddechu. Dygresja: Herr Duftner naprawdę lubił sekretarki. One jego — jakby mniej, o czym świadczyła szybka rotacja.
Od mojego ostatniego „incydentu kadrowego” (grożono mi wylotem po opuszczeniu nocki) minęło kilka lat. Pracowałem sumiennie, brałem nadgodziny, łatałem „dodatkowe”. Zaczęto mnie kojarzyć z rzetelnością, a nawet z „pewniakiem”. Postanowiłem to wykorzystać.
Kiedy wreszcie wezwano mnie głośnikiem, Herr Duftner przybrał minę „co znów nie działa?”. Zdziwił się, że nie skarga, tylko prośba: przyjąć Alinę na pół etatu. Dzieci nie mogły zostawać same; chcieliśmy pracować na zakładkę. Spodziewałem się odprawy, a dostałem… rzeczowość. „Jasne. Jutro kadry.” Gdy pracodawcy brakuje rąk, nawet Urząd Pracy włącza tryb „proszę bardzo”.
I nagle mamy to: Alina — niebieski fartuszek, białe rękawiczki — wskakuje do międzynarodowego babińca i po czterech godzinach wraca w dobrym humorze oraz z 750 markami, które znikają w naszym budżecie szybciej niż ciepłe bułki w niedzielę.
Roller — Rembrandt 2001
Wracając od Fiata w Peiting (mirafiori domagało się coraz to nowych organów), wypatrzyłem przy drodze przyczepę na sprzedaż. Od Grecji polowałem na „okazję”, a ogłoszenia były jak randki w ciemno: zawsze jakaś wada „nie do przełknięcia”. Tu — plac, burek szczeka, z obory zapach wiejskiej poezji, a na środku ona: zgrabna, biała, z niebieskim paskiem. Roller, typ „bardzo malowniczy”: Rembrandt 2001. W środku — zaskakująco czysto i bez smrodku (poza tym zza stodoły). Cena: 4000. Ja: 3700 i lista „mankamentów estetycznych” (pęknięty plastik, grad na dachu, wieszak z przecinkiem). Pan „na dobudówkę” w końcu mięknie. Umowa, hak, jedziemy.
Mniejsza od poprzedniej, ale w prowadzeniu wcale nie bardziej uległa. Wymagała drobnych przeróbek — czyli mojego szczęścia. Każda śrubka i listwa wprowadzała do środka nasz „duch wakacyjny”.
Tydzień później kolejny cios w finanse: wideokamera za 2040 marek. „Super 8” skonała w ciszy zaciemnionego pokoju; ekran ustąpił miejsca telewizorowi. Długo się opierałem, ale zwyciężył rozsądek i… dźwięk stereo. Montaż bez nożyczek — cywilizacja.
Mur, róż i czerń
Polityka coraz częściej przerywała nam życie prywatne jak reklamy w filmie. Na Wschodzie czerwony blakł w róż, Gorbaczow zapalił zielone światło, a Niemcom zgasła granica. Radość była prawdziwa, choć nie wszystkich cieszyła prędkość przemian i obietnice Helmuta Kohla. U nas na ścianie zawisł autentyk: zębaty gruz z Muru, przywieziony przez Kiwińskich.
A potem — Bliski Wschód. Tu barwy zgęstniały do czerni. Wejście Husseina do Kuwejtu — kolejny news z rejonu, gdzie wojny są jak pory roku. Tyle że nagle dawny pupil Ameryki stał się potworem. CNN zamieniło noc nad Bagdadem w globalne widowisko: „Pustynna Burza” świeciła w salonach, 18 tysięcy ton bomb w pierwszą dobę. Propaganda grała marsza, ginęli ludzie.
Nie byłem fanem Husseina, ale instynktownie stawałem po stronie słabszego. Coraz trudniej było mi łykać amerykańską opowieść o „niezbędnej sile”. Wychowany na zachodnich westernach i wschodnim antyimperializmie, nagle zobaczyłem, ile w mojej głowie było cudzego montażu: Korea, Wietnam, Libia, Panama — a teraz Irak. Sympatie z czasów młodości wyblakły. Najbardziej wkurzał mnie szał flag i patosu: prezydent wychodzi z kościoła, telewizja łka, a za pięć minut startują bombowce.
W fabryce wojna rozlała się po szafkach i stołówce. Niemiecka część załogi patrzyła na muzułmanów jak kibice na „tych drugich”. Jugosłowianie — dotąd kumple — porobili się na „Ustaszy” i „Czetników” i ostrzegali mnie nawzajem przed sobą. Turcy stali murem za Irakiem: „nasi bracia”. Temperatura rosła szybciej niż licznik produkcji.
Mustafa
Wszedł w moje życie cicho, kluczem 10 mm. Młody mechanik, pracował jak trzeba: szybko, dokładnie, bez „odwalania”. Do niemieckich kolegów trzymał dystans, z pracownicami rozmawiał oficjalnie — Koran nie przewiduje small talku z obcą kobietą.
Zaczepił mnie raz o Boga — Allaha bez postaci. Kiwałem głową ze zrozumieniem, co w jego oczach zapaliło lampkę: „ten nie kpi”. Polubiliśmy się. Jasne, dzięki temu moja maszyna chodziła jak zegarek, ale sedno było gdzie indziej: mogliśmy normalnie pogadać, nie obrażając się nawzajem.
Mustafa nie miał złudzeń co do pobożności Husseina — „na pokaz” — i nie uznawał jego nawołań do dżihadu: „tylko uczeni mogą”. Za to sprzeciw wobec USA popierał całą duszą. W jego narracji źródła zła były dwa: Ameryka i Izrael. Kilka dni zniknął — „urlop” — wrócił z głosowania w Stambule. Partia Szare Tygrysy fundnęła loty. Był przekonany, że prędzej czy później w Turcji zapanuje porządek Koranu. Na słowo „fundamentalista” wzruszał ramionami: „a co w tym złego, jeśli zasady są jasne?”. I z niepokojącą logiką dodawał, że „wojna przeciw muzułmanom” skończy się konfliktem światowym.
Brzmiało to groźnie, ale i znajomo. Lata później słyszałem podobny rezonans w zupełnie innych ustach, gdy NATO „wprowadzało porządek” nad Sawą i Dunajem.
Epilog z iskierką
W domu rządził teraz Roller — nasz Rembrandt 2001 — i kamera, którą nauczyłem się kochać za dźwięk, a nie za piksele. W pracy rządził rytm taśm, w wiadomościach — rytm werbli. A jednak między jedną a drugą zmianą potrafiliśmy wcisnąć życie: śrubkę w listwę, wspólną kawę, rozmowę o Bogu bez krzyków, plan następnego wyjazdu.
Świat się kłócił, a my — cichcem — pakowaliśmy do szafek talerzyki kampingowe. Bo cokolwiek mówią głośniki świata, najlepiej montuje się sceny z tego, co blisko: z uśmiechu Aliny po zmianie, z równomiernego stukotu maszyny „jak szwajcar”, i z tego miłego „klik”, kiedy hak przyczepy siada na miejscu. To „klik” brzmiało jak obietnica: będzie jeszcze dokąd jechać. I że po drodze — mimo wszystko — spotkamy ludzi, z którymi da się porozmawiać normalnie.
Schreibe einen Kommentar