Życie biegło u nas według kalendarza osobliwego. Inni mieli „pon.-pt. 9–17”, my raczej „czasem–może–zobaczymy”. Stabilność? Owszem, bywała — głównie w porannej toalecie; regularny byłem tylko w jednej dziedzinie, co notowałem z ironią i… pewną dumą.
Dzieci rosły jak na drożdżach. Magdalenka z pomocą porannej meteorologii (słoneczko/chmurka) żegnała pieluchę, Daniel zaś rozkochał się w przedszkolu i medycynie praktycznej: „pod stołem z koleżanką” to, rzecz jasna, inicjatywa koleżanki. W Bellindzie, w fabrycznej poezji pakietów i metek, każda maszyna miała charakter, a każda „zmiana” zmieniała zdanie. Kto uważa, że wkładanie rajstop do pudełek to nuda, niech spróbuje trzy godziny z rzędu bez potknięcia — gwarantuję, że nerwy mają wtedy własne bębny.
Minęło lato, jesień i śnieżna zima z bałwanem, który zaglądał nam w kuchenne okno jak ciekawski sąsiad. W inne okno — telewizor — zaglądała historia: Mur w Berlinie kruszył się jak mur pruski, Ceausescu odszedł w sposób dramatyczny, Havel wygrał, Mandela wyszedł. „Obyś żył w ciekawych czasach” przestało brzmieć jak klątwa, a jak newsletter.
Wielkanoc w Nysie była jak wyciągnięcie starego płaszcza: pachniał dawnymi świętami, ale kieszenie miały już inne kształty. Dziesięć lat czekaliśmy na „oficjalny” powrót. W Kudowie-Słonem wopista uśmiechnął się po ludzku (to też nowość), deklaracje celne nadal po staremu: rubryka „ile wwozicie” świeciła jak bilon. Polska była wolniejsza, ale biedniejsza. Handel kwitł wszędzie, dusza — nieco mniej. „Im gorzej, tym lepiej” wciąż wyglądało jak żart, na który nikt nie ma ochoty.
Różniliśmy się od miejscowych nie marką swetra, tylko tempem i spokojem. Przestaliśmy kombinować; to czyni człowieka dziwnie podejrzanym. Jedni zazdrościli, inni brali nas za naiwniaków. „Wy u Pana Boga za piecem, my tu cierpimy” — dało się słyszeć. Rodzina była taktowna, ale kreska „my/wy” leżała na stole obok mazurka.
Wielkanocne stoły najpierw w Nysie, potem w Ligocie, ciepłe, słodkie i kluchowate jak wspomnienia. Chcieliśmy wejść do tej samej rzeki. Udało się — tyle że nurt zmienił bieg, a my staliśmy już trochę w innym miejscu.
Grecja woła
To miało być nasze ostatnie czerwcowe lato bez szkolnego dyktatu. Daniel od września do ławki = lipcowe plaże raczej w telewizji. Wreszcie przyszła kolej na Grecję — tę Parandowskiego, moją sprzed lektur, gdzie mity trzyma się nie w muzeum, tylko za rękę.
Wizy poszły gładko, aż do 17 maja, 10:45. Monachium, czerwone światła, cios z tyłu. Sprawczynią — piękność z konsulatu jugosłowiańskiego, którą chwilę wcześniej widziałem (i ona mnie, z uśmiechem). Hak wygięty, propozycja „załatwmy to po ludzku” równie krągła jak jej sylwetka. Rozum zwyciężył testosteron: poprosiłem o pisemne przyznanie winy. „To ja z policją” — i załatwiła. Policja uznała, że szkoda znikoma, po czym… z pasją wczytała się w moje papiery. W prawie jazdy miałem rok urodzenia 1962. Miły błąd. Mniej miły — zatrzymanie dokumentów i pouczenie. Oddali, gdy obiecałem aktualizację, a hak Herr Kurz i tak zrobił „na gwarancji, bo korozja”.
Jugosławia, ostatni raz w całości
1 czerwca ruszyliśmy. Z planu ADAC zjechałem w stronę Adriatyku; chciałem jeszcze raz zobaczyć kraj, który kiedyś był „trzecią drogą” — pół Zachód, pół Wschód, całość pod Titą. Minęła dekada, Tito nie żył, a Jugosławia z daleka przypominała ul po mocnym stuknięciu.
Na granicy pan w okienku wymiany walut zachowywał się jak gwiazda rocka w złym humorze. Wydał mi dinary nowe i stare w twórczym chaosie; po awanturze inna urzędniczka rozplątała węzeł. Po drodze bywało ostro: raz facet na furze dyrygował ruchem jak samozwańczy policjant i wściekł się, gdy odważyłem się go wyprzedzić. Gdybym się zatrzymał, rozmowa potoczyłaby się bez słów, a wakacje bez ciągu dalszego.
Plitwice — baśń na żywo
Mimo nerwów — radość. Jeziora Plitwickie były jak film bez dźwięku, który gra wewnątrz głowy. Szesnaście szmaragdowych luster, wodospady jedne w warkoczykach, drugie w galopie. Dzieci trafiały nóżkami w listwy kładek, Alina prowadziła nas jak przewodniczka spokoju, ja — człowiek-statyw — biegałem, cykałem, kręciłem. Pod koniec płynęliśmy cichym jeziorem, a potem pogoda zafundowała trailer z deszczem. Wieczorem polska wódka dopisała komentarz: „było pięknie”. Noc — ściana deszczu. Rano — odwrót.
Most Maslenica? W remoncie. Przejazd tunelem rusztowań, zero widoków. Ironia losu: kilka lat później most i tak raniono wojną.
Wybrzeże od Szybenika po Dubrownik było nadal jak marzenie, które pamięta się lepiej niż przeżywa. W Splicie wir samochodów, palma po przejściach, port pachnący jak kiedyś, Daniel z krwotokiem z nosa, ja z czystym nosem i brudną nostalgią. Świat się postarzał i przyspieszył; nam też kazał biec.
Dubrownik minęliśmy z oddali. Noc na „campingu-widmie”: rano nikt nie chciał pieniędzy — jedyny gest gościnności, który nie bolał.
W Herceg Novi szukałem dawnej plaży partyzanta od rakii. Nie znalazłem nic — ani plaży, ani domu, ani winnicy, gdzie dziewczyny kiedyś „zwiedzały” winogrona. Rozumiałem nagle ojca, który nie chciał już odwiedzać Lwowa: nie każdą miłość warto sprawdzać na żywo.
Zatoka Kotorska błyszczała jak zawsze, ale ludzie patrzyli już inaczej. W Ivanogradzie typ z opatrunkiem wyciągał łapę po paszporty „bo tak”, recepcja była nim samym. Grzeczność w odwrocie, adrenalina w natarciu. Rano — gaz do granicy.
Dionizos i przeciąg
Halkidiki wybraliśmy środkowe — Kasandrę, bo Athos od stuleci mówi kobietom „nie”. Camping Dionizos koło Korúdi: kilka namiotów, dużo cienia, woda jak szkło. Para Niemców, co przejechała półwysep rowerami, szeptała nam o spokoju tak pięknym, że aż chce się ziewnąć. Po dwóch dniach spokój mnie jednak zaczął swędzieć — wypożyczyłem łódkę.
Na wyspie — kamiennym bochnie — słońce usmażyło nam dzień na złoto. Potem, gdy odbiłem, przyszła lekcja pokory: wiatr podniósł fale, łódka stała w miejscu, a ja grałem mięśniami jak orkiestrą. „Na dno!” — rozkazałem rodzinie, czyli „siąść jak najniżej”. Podpłynęła motorówka: „Holować?” — „Dam radę!” Zostałem dumny jak kogut, a ręce jeszcze pół godziny drżały. Na brzegu zrozumiałem, że ten strach miał świeże korzenie.
Wiosną nad Amerem ktoś krzyknął: „Daniel tonie!”. Skoczyłem, zobaczyłem go w prądzie i wiedziałem — zdążę. Udało się dzięki Madze, która pierwsza rzuciła się w nurt. Moja wdzięczność dla niej nie mieści się w żadnym zdaniu. A ja? Ja dostałem w prezencie lęk, który przychodzi, kiedy człowiek już wie, co może stracić.
Na deser przypomniał mi się wróżbita Filipek z Doliny Kłodzkiej, rodzinny delficki konsultant. Przepowiedział rodzicom, że mam strzec się wody. Długo miałem w głowie ten „pantofel pojedynczy”. Może dlatego na łódce tak szybko włączył mi się tryb alarmowy.
Niestety spokój Dionizosa przerwał „naród sąsiedzki”. Nowi Niemcy wjechali przyczepą niemal do naszej kawy. Granica prywatności? Granica Schengen — otwarta. Spakowaliśmy orbitę i ruszyliśmy.
Olimp i cała reszta
Saloniki zaliczyliśmy lotniskowo — Daniel przeżył własny airshow, po czym zatkał uszy i poprosił o ciszę. Olimp przywitał nas chmurą na szczycie i obiadem na parkingu. Boskość została w podręczniku.
Ateny = Akropol. Wspinaczka w tłumie, śliskie kamienie wypolerowane przez stulecia turystyki, Partenon jak stara fotografia, a obok fotograf z aparatem-skrzynką — cień epoki na tle ruin epoki. Zachwyciłem się i skrzywiłem jednocześnie: piękno jest, ale robić tu zdjęcia to trochę jak klasnąć w muzeum. Pireus zasmrodził romantyzm i odpędził apetyt. Uciekliśmy z powrotem do zieleni i wody.
Volos bez greckiej patyny, ale za to camping pod oliwką, metr od morza, po dobie oczekiwania — nasz. Dwa tygodnie z szumem fal zamiast budzika. Dwa koty udomowione sardynkami (Magda chlipie mleko jak one, czysty mimetyzm). Jedna burza z tęczą w gratisie.
W górach Pilio znalazłem rdzewiejącą kolejkę i ślad po zapomnianej intensywności. Ktoś tu kiedyś dowoził z gór do portu surowiec, a Parys — być może — jabłko. Zioła pachniały jak strona 37. Afrodyty. Człowiek czuł się bliżej nieba, bo ziemia była miękka.
A wieczorami czytałem Kosidowskiego. „Opowieści biblijne” ułożyły się jak puzzle, których nikt mi wcześniej nie wręczył. Cieszyłem się, że rozróżniam wreszcie wiedzę od wiary, i złościłem, że tak późno. Na kogo się obrazić? Na siebie — najbardziej. Na szkołę — trochę. Na przypadek — zawsze.
Powrót przez pękającą mapę
Granica z Jugosławią okazała się bramą do innego nastroju. W miesiąc kraj stwardniał w twarzy. W Niszu noc minęła jednak spokojnie; Polacy przyjechali na camping pod prysznic, spać poszli do aut pod płotem, bo „po co płacić 160 dinarów”. Ja kupiłem autostradę w całości: im szybciej do Austrii, tym lepiej dla nerwów.
Maribor przywitał mnie krawężnikiem, który obraził oponę przyczepy. Niedziela — wulkanizatorzy śpią. Trafiliśmy na jedyny „ratunek techniczny”, oficjalnie tylko dla firm. Nieoficjalnie — mechanik z perfekcyjnym niemieckim i dobrym sercem. Znalazł dętkę, wsadził, napompował. Ruszyliśmy, a ja zrozumiałem, że szczęście to też umiejętność znalezienia właściwego człowieka w niewłaściwy dzień.
Do domu dojechaliśmy bez przygód. Szwagier, gdy usłyszał o oponie, nie podzielił mojego zachwytu nad dętką. Obiecałem nową. Przyczepy już więcej nie pożyczyliśmy. Może i dobrze — niektóre rozdziały lepiej zamykać wyraźną kropką.
Patrząc wstecz, widzę Jugosławię jak album: jasne zdjęcia morza, cienie ludzi i to szybkie, niepokojące ściemnienie na końcu. Byliśmy jednymi z ostatnich turystów, którzy widzieli ją w całości. Niedługo później mapa pękła. Zostały nam drogi, które jeszcze były, i zdjęcia, na których woda pachnie jak dawniej. I ta lekcja: do niektórych miejsc wraca się w pamięci — tam zawsze jest dobra pogoda.
Schreibe einen Kommentar