Daniel zaczął mówić. Skończyło się ciągłe „koooo…”. Do tej pory pies, smoczek, telewizor, samolot, butelka z mlekiem, śrubokręt, talerz – dosłownie wszystko, na co wskazywał małym paluszkiem – określał dźwięcznym „koooo…”. Wyjątkiem były tylko dwa słowa: „mama” i „tata”.

Rozwijał się wspaniale. Jego śmiech i szczebiot, ta niekłamana radość, wypełniały dom szczęściem. Byliśmy zaskoczeni, jak bardzo potrafi rozjaśnić życie. Czasem jego wrażliwość rozczulała do łez: odsuwał się na bezpieczną odległość od wystających gałązek żywopłotu, a raz rozpłakał się, przerażony stąpaniem po wysokiej trawie. Bardziej nas ta delikatność wzruszała, niż martwiła.

Szczęścia nigdy dość, więc – choć o tym nie rozmawialiśmy – obojgu nam wydawało się oczywiste, że dobrze byłoby mieć jeszcze jedno dziecko. Od dawna nie ograniczaliśmy się żadnymi środkami; Alinka przestała nawet zaglądać do kalendarzyka. Swoboda dodawała odwagi i fantazji. Namiętność, przyhamowana poporodowo, znów wspięła się na szczyty. Nie czekaliśmy długo – w pierwszych dniach nowego roku okazało się, że Daniel nie będzie jedynakiem. Według obliczeń lekarza poród miał przypaść na koniec lipca albo początek sierpnia. Ogarnęło nas na nowo radosne oczekiwanie.

Mieszkanie zmieniło się nie do poznania. Za bożonarodzeniową premię kupiliśmy w „Humma” pod Bad Wörishofen komplet jasnych, drewnopodobnych mebli: sporo różnych szafek, łatwych do przewiezienia i w rozsądnej cenie – polecał nam ten dom handlowy Kazik Szpurkowski. Do tego rozkładana kanapa, odziedziczona po zmarłej w domu starców ciotce Zygmunta. Sama wersalka do naszego lekkiego wnętrza nie pasowała, ale przykryta cepeliowską narzutą wyglądała nieporównanie lepiej od wyszabrowanego z ulicy tapczanu. Przy tej smutnej okazji do piwnicy trafiła jeszcze jedna szafa.

W pracy stawy dawały mi względnie spokój, za to zaczęły odzywać się plecy. Drętwiały partie mięśni, zwłaszcza pod lewą łopatką. Ortopeda rozkładał ręce. Ból, promieniujący po obu stronach kręgosłupa, nasilał się pod koniec tygodnia i dopiero sobota–niedziela przywracały równowagę. Gdy wypadała „dobrowolna” sobota w pracy, kolejny tydzień był koszmarem. Nie mając wyjścia, brnąłem dalej.

Ze stomatologiem rzecz była prostsza. Po którejś wizycie zdałem sobie sprawę, że chodzę do sadysty. Stany zapalne leczył zastrzykami między zębem a dziąsłem – sama iniekcja była niczym wobec działania leku. Przegięcie. Zmieniłem dentystę. Już po pierwszej wizycie nie rozumiałem, czemu wcześniej pozwalałem tak się traktować. Nauka na cudzych błędach to luksus – mnie przypadała ta na własnych. Dookoła widzieliśmy przecież zadowolone twarze ludzi, którym „nic się nie dzieje”. Żaden grymas nie zdradzał kłopotów.

Ciąża Aliny przebiegała pogodnie. Przeżywaliśmy ją inaczej niż pierwszą – spokojniej, z oparciem w doświadczeniu. Cieszyło nas i to, że przy naszym wieku, dzieciom we dwoje będzie raźniej.

Na początku lutego dobry nastrój przerwała choroba Daniela. Zaczęło się tradycyjnie: przeziębienie kończące się zwykle ropną anginą i antybiotykiem. Tym razem po dwóch dniach doszedł stan zapalny ucha środkowego. Wieczorem 6 lutego wezwaliśmy lekarza – pojawiła się biegunka z wymiotami. Dr Neix opisał progresję, zrobił zastrzyk penicyliny i przepisał czopki przeciwwymiotne oraz herbatkę. O 23.00 pojechałem szukać nocnej apteki. Leczenie zaczęliśmy od razu: pierwszy czopek wyleciał, drugi udało się zatrzymać. Daniel popijał po łyżeczce co pięć minut, a wymioty nie ustępowały. Męczył się strasznie; ataki co dwadzieścia minut, aż nie miał czym wymiotować – tylko trochę żółtego śluzu. Najbardziej przejmujące było jego samo-uspokajanie pod koniec ataków: „juś nie… juś nie… juś nie…”. Alina w końcu uciekła do drugiego pokoju, ale przy każdym napadzie wracała, coraz bardziej spanikowana. Nie było wyjścia – trzeba było wezwać pomoc.

Dzwonię na pogotowie – każą najpierw zadzwonić do dr. Neixa. Nieuchwytny. Dzwonię ponownie. Po trzydziestu minutach zjawia się dr Black. Oficjalny, ale konkretny: kieruje nas do szpitala w Landsbergu (w Schongau brak oddziału dziecięcego). Dodaje, że karetka to około 300 DM, więc lepiej, żebym zawiózł dziecko sam. O drugiej w nocy, w takim stanie… wybuchłem. Przeprosił, tłumacząc „oszczędnościami”, po czym sam wezwał karetkę. Po dwudziestu minutach byli. Spakowałem najpotrzebniejsze rzeczy, zapłakana Alina podała torbę ze śpioszkami.

W Landsbergu o czwartej. Daniel – nieprzytomny ze strachu – zanosił się płaczem. Rozebrałem go, siostra podała piżamkę. Pomiary, ważenie, krótki wywiad, badanie. Pierwsze wkłucie (lewa nóżka, od wewnątrz) nie weszło. Znów kłucie i znów ten niewinny, skrzywdzony płacz. Za drugim razem się udało; krople zaczęły płynąć. Uspokoiłem się. Zasnął, a ja słuchałem najpiękniejszego rytmu świata – równego oddechu. Z ust, pod smoczkiem, zastygała gęsta wydzielina.

Przewieźli nas do sali U-2. Za chwilę przyjechało łóżko i dla mnie. „Tato pić…” – prosił, a zaraz potem „tato buty…”, co brzmiało tak przejmująco, że chciało się wyć. W głowie krążyły czarne myśli i rachunek sumienia: co ja takiego w życiu zrobiłem.

Rano poprosiłem o coś na uspokojenie – siostra odmówiła: mają tylko dla dzieci, musiałbym wypić całą szklankę. Żeby niczego nie przeoczyć, zacząłem prowadzić dziennik.

7 lutego. Daniel kompletnie ufajdany – pieluchy z gumowymi majtkami do kubła, myjka też do wyrzucenia. Razem z siostrą zmieniam pościel. Uczę się z powrotem wszystkiego: składania dwóch pieluch, nabierania maści łopatką, mierzenia temperatury. Przez niewiedzę lekko odparzyłem mu pupę – zapomniałem zetrzeć środek dezynfekujący z termometru i nie użyłem maści. Już dobrze. O 14.30 przespałem się pół godziny – byłem wykończony. Błagałem Alinę przez telefon, żeby przyjechała choć na dziesięć minut. Udało się wcześniej.

Dwa razy tego dnia synek zaszalał w pieluchę, wcisnąłem w niego pół banana i trochę gotowanej marchewki. Następnego dnia gorzej: trzy wymioty i sześć luźnych stolców; właściwie jedzenie przez niego przelatywało. Pieluchy pachniały jak u niemowlęcia.

9 lutego. Spokojniej. Daniel nie wymiotuje i nie ma stolca, ale wciąż 39°. Zrobili zdjęcie klatki – podejrzenie zapalenia płuc. Wieczorem czytam książkę przywiezioną przez Margret (sąsiadka Krysi z Peiting), która podwozi Alinę na odwiedziny. Pierwszym razem była przygnębiona, źle się czuła i zaraz wróciła – za to często dzwonimy. Od pierwszego dnia, po podpisaniu zgody, mam w pokoju telefon.

10 lutego. Pomimo mocnego, głębokiego kaszlu Daniel wyraźnie lepszy – pierwszy uśmiech od tylu dni. Domaga się bajki. Poranek jak w zegarku: pielucha, temperatura, ja myję się i golę, potem moje dwadzieścia przysiadów „na brzuch”, skoro biegać nie mogę. Na śniadanie dwie bułki z masłem i dżemem, kawa – szpitalne jedzenie jest dobre i ładnie podane. Czekamy na wizytę. Wchodzi całe konsylium: szef z żoną i asystentką, plus dwie pielęgniarki. Daniel przyzwyczaja się do badań, choć łkając powtarza: „boli nie… boli nie…”.

Szefowa po godzinie siada spokojnie przy stole i tłumaczy: początki zapalenia płuc na zdjęciu, uszy – wiadomo. „Epidemia – nasz chleb powszedni, nic nadzwyczajnego” – uspokaja. Radzi oderwać się od łóżka. Siostry pracują po 7 godzin, a rodzicom zawsze współczuje. Po obiedzie, gdy Daniel śpi, idę na godzinny spacer. Jest prawie wiosna. Odkrywam, że szpital leży na peryferiach. Krążę po dzielnicy, kupuję zeszyt i mazak. Miasto wydaje się bardziej miejskie niż Schongau – przyznam, mam trochę dość naszej chłopskiej prowincjonalności.

Po powrocie Daniel broni się rękami i nogami przed mierzeniem tętna. Siostra musi użyć siły. W korytarzu malują – intensywny zapach pogarsza kaszel. Mimo pustego żołądka znowu wymiotuje. Dostaje inhalator, ale w tych oparach niewiele pomaga. O 12.00 antybiotyk do kroplówki, drugi raz o 17.00. Na wieczornej wizycie lekarz – rozszyfrowawszy artystę – po badaniu wciska mu w dłoń drewnianą szpatułkę i „rożek” poduszki. „Wszystkie dzieci to kochają”. Prognozuje spadek temperatury w ciągu doby – choć antybiotyk ma na to mały wpływ.

Noc 10/11 lutego. Kaszel męczy, niespokojna noc. Rano marudzi. Po 12.00 idę do kościoła – w samotności pozwalam sobie popłakać. W mieście kupuję bajkę z „chłopakami”. Wracam – Daniel śpi brudny po kolana. Dzwoni Alina: źle się czuje. Wymuszam wizytę u ginekologa – dostaje kroplówkę. Margret przywozi jej leki, ale przez swój stan rezygnuje z odwiedzin. Daniel zjada niemal całego sucharka i popija herbatą – od razu jaśnieję. „Świeczka pomogła” – myślę. Czytam. Siostra przynosi urządzenie do nawilżania powietrza – „dymiąca rurka” to hit: Daniel wkłada w nią palec od stopy albo smoczek. Dostaje leczniczego cukierka – nie umie ssać, więc go teatralnie wypluwa. Zasypia. Czekam na telefon.

21.25. Wracam z oddziału ginekologicznego (s. 139, tel. 0438). Margret przywiozła Alinę do szpitala – miała skierowanie. Wygląda nieźle, choć stale ma nudności. Wypełniam ankietę. Później rozmawiam z szefową – przy wirusie pokarmowym nie ma zagrożenia dla płodu. Uspokajam się. Nie mogę zasnąć; majaczę.

12 lutego. Ciężko podnieść się z łóżka. Przed siódmą siostra zleca mycie Daniela – „już pan powinien sam”, pomaga tylko przy pościeli. Po toalecie moje śniadanie, Daniel – lekarstwo i kilka łyżeczek HN (Heilnahrung). Dzwonię do Aliny – odbiera sama, ale szybko kończy; mdli ją. Idę na górę. Dostaje czopek, jest senna. Przynoszę wodę. Przy kolejnych odwiedzinach – puste łóżko: jest na USG. Siadam obok. W gabinecie po raz pierwszy widzę na monitorze następcę tronu: główka, nóżki, rączki. Lekarz ocenia ciążę na 14 tygodni, nie 17, jak wyliczył dr Klein z Schongau.

Daniela dziś mocno kłuli – za trzecim razem pobrali krew. Dalej chudnie: 12,6 kg z usztywnieniem do kroplówki. Na obiad wciskam w niego parę łyżek rosołu, trochę purée. Śpi – 12.43. Idę do Aliny, potem na krótki spacer.

13 lutego. Wyspany – spałem z przerwami, ale dobrze. Rano tak wypoczęty, że zacząłem siostrze mówić po polsku. Wieczorem szefowa poprawiła opatrunek przy kroplówce – palce były za bardzo wyprostowane; dziś widzę opuchliznę i zgłaszam. Za to apetyt wraca: na śniadanie prawie dwa tosty i herbata; w nocy dopił 120 ml – musiałem prosić o dokładkę. Alina lepiej wygląda, ale mówi innym głosem i porusza się jak w zwolnionym tempie. Dużo śpi. Przyprowadzam ją do nas – po paru minutach oczy się zamykają i „odpływa”. Daniel bawi się autkami i misiem na drążku – prezent od Margret. Znowu traci apetyt: pół sucharka i kilka łyków herbaty. 18.33. Wracam od Aliny – porażenie nerwów szczęki. Co jeszcze? Lekarz mówi: reakcja nerwowa. Boję się, czy nie dostała zbyt mocnych środków uspokajających. Dzwonię do Krysi – nie potrafi nic powiedzieć.

14 lutego. Po raz pierwszy od tylu dni kąpię Daniela, łącznie z głową. O siódmej bywa marudny – chciałby spać dłużej. Po karmieniu dzwonię do Aliny – może już mówić. Miała straszną noc, wkładała chusteczkę między zęby, żeby ich nie połamać. Teraz świeża, choć niewyspana. Schodzi do nas, ale zapachy szybko ją przepędzają. Dzwoni Krysia z pocieszeniami, potem Jurek Czerniawski, a dalej Klaudia rozmawia z Aliną.

Na wizycie lekarz stwierdza poprawę – zapalenie płuc ustępuje. Daniel jest bardzo słaby: gdy próbowałem go postawić, zachowywał się jak dziewięciomiesięczny. Pupa uciekała do tyłu, chwiał się, choć trzymał się łóżka. Często go sadzam; sam o to prosi. Zwijam kołdrę w rulon i robię oparcie. Bawi się autkiem – wczoraj dostał jeepa z napisem „Paryż–Dakar”. Po południu przyjeżdża Margret z córką. Jej mocny kaszel budzi Daniela; długo go usypiam – chodzę przed oknami, aż znudzony zasypia.

Z Margret wracam do Schongau po samochód i aparat. W tym czasie Alina siedzi przy Danielu. Nie mogę go zostawić samego – natychmiast koncert: „tato mośiek”, „tato mokry”, w nieskończoność. Na koniec dnia dyskusja z szefem (wcześniej z jego żoną) o zwolnieniu – bez rezultatu. Rozgoryczony. Tak oczywista sytuacja – i żadnego zrozumienia.

15 lutego. Budzę się po piątej, ale wyspany. Czytam w łazience. O 6.30 bierzemy się z siostrą za Daniela – gotowi na czas. Po raz pierwszy siedzi przy śniadaniu przy stole; oprócz tostów zjada całe jajko. Na obiad – zupy wyławia makaron i daje się namówić na kawałek mięsa.

Zwolnienie lekarskie odpada. Mogę wziąć jedynie urlop bezpłatny, a AOK pokryje koszty – na dziecko przysługują mi tylko 3–5 dni w roku. Lekarz twierdzi, że Daniel wkrótce wyjdzie – więc „po co zwolnienie”. Dostaję chociaż oficjalne potwierdzenie pobytu w szpitalu.

16 lutego. Po porannych rytuałach dzwonię do Bellindy: proszę kadrowego o trzy dni urlopu, a w razie potrzeby – bezpłatny. Daniel ma słabe nogi, boi się chodzić. Urządza koncert, gdy wkładam mu dół dresu i zmuszam do poruszania się bez pościeli. Mnie boli gardło, Alina ma katar. Lekarz zapowiada kontrolne RTG i – prawdopodobnie jutro w południe – wypis. Obiad Daniel je w bawialni z innymi dziećmi; idzie mu nieźle, choć potrzebuje wielu przerw, by pokonać zupę, dwa klopsy z odrobiną ryżu i kawałkiem kalafiora. Jadę do miasta po czekoladki dla personelu; Alina, choć senna, pilnuje syna. Po bombonierkach wszystkie siostry się rozpromieniają, pani doktor też. Resztę dnia spędzamy w bawialni – Daniel zaczyna zdrowo rozrabiać.

17 lutego. Noc niespokojna – co chwilę podaję smoczek. Przeżywam wyjście ze szpitala. Rano pakuję rzeczy. RTG kontrolne i ostatni „pik”: pobranie krwi. 9.17 – wymeldowałem telefon, czekamy na lekarza. Musimy dostosować się do Aliny – będzie wolna po obiedzie. 11.07 – po wizycie: Daniel wychodzi. Przez tydzień ma brać proszek na uregulowanie układu pokarmowego oraz krople do uszu. Parę dni bez spacerów. Zostają formalności i jeszcze jedno badanie u młodej lekarki – i do domu. Żegnaj, szpitalu.