Analizując naszą sytuację, ze zdziwieniem doszedłem do przekonania, że niepostrzeżenie zaczynaliśmy się zadomawiać. Rzeczywistość korygowała początkowe założenie: tylko przeczekać i przy pierwszej okazji wyjechać do Francji.
W ostatnich latach setki tysięcy Polaków opuściło ojczyznę. I choć znaleźli schronienie w wielu krajach Europy, nikt nie okazywał zachwytu z takiej ilości emigrantów. Pomimo tego mogliśmy liczyć na pewną sympatię. „Solidarność“, a potem stan wojenny poruszyły serca wielu ludzi. Rosnące jednak bezrobocie i pogarszająca się sytuacja socjalna, zasadniczo utrudniały start w kapitalistycznym świecie.
Coraz jaśniej zdawałem sobie sprawę, że ogólny trend nieszybko się zmieni, w związku z czym moje plany stawały się nierealne.

Perspektywa otrzymania nowego mieszkania przyprawiała nas o ataki szaleńczej radości. Do pełnego szczęścia jednak, jak mawiał wujek Wilu, brakowało wiele.
Nie tracąc optymizmu walczyłem dalej, choć skłonności Aliny do oceniania wszystkiego w negatywnym świetle, zaczęły przybierać niepokojące rozmiary.
Uważała, że to ja ją wyciągnąłem z kraju, skazując na tułaczkę. Brakowało jej bliskich. Tęskniła za rodzicami, siostrą, znajomymi. Nie miała do kogo otworzyć ust. Odczuwała straszną samotność.

Wiele straciłem w oczach żony. Wychodziła za mąż za inżyniera na stanowisku projektanta, odnoszącego zawodowe sukcesy, otoczonego liczną rodziną i przyjaciółmi.
Co jej zostało z dawnych lat? – Degradacja i poniżenie.
Na szczęście w łóżku nadal nam było dobrze, ale wraz ze świtem wstawał ponury dzień niezadowolenia.
Czułem brzemię odpowiedzialności i wbrew twardym postanowieniom, zdecydowałem się spełnić największe marzenie Aliny.
Chciałem zrobić to jednak w niebanalny sposób.

Otaczało nas chłodne powietrze jesiennego ranka. Promienie słońca nieśmiało przedzierały się przez zimną mgłę, pozostawiającą mokre ślady na kamieniach leśnej drogi. W teatralnym geście zaprosiłem Alinę do zajęcia miejsca na stosie okorowanych i przygotowanych do transportu sosnowych pni.

– Chcę z tobą porozmawiać.
– Cały czas to robimy.
– Tym razem o czymś ważnym.
– A te wszystkie nasze sprawy, to błahostka?
– O czymś bardzo osobistym.
– Co udajesz takiego przejętego.
– Alina, przestań się wygłupiać.
– To ty się wygłupiasz z tą odświętną miną.
– Dobra, zapytam cię wprost: chcesz mieć dziecko?
– Ja…? Głupie pytanie. Przecież tyś uparł się nie mieć więcej dzieci.
– A jakbym zmienił zdanie.
– Ja w cuda nie wierzę.
– Alina, posłuchaj – zdecydowałem się. Proszę jednak, żebyś mi coś obiecała.
– Potem będziesz robił ciągłe awantury, tak jak teraz.
– Co w tym złego, że chcę, abyś na przykład nauczyła się pływać?
– Widzisz… Znowu zaczynasz!
– Obiecaj mi, że dziecko nie zmieni naszego układu.
– Już jesteś zazdrosny?
– Nie! Boję się tylko…
– Dobrze! Obiecuję ci. Będziesz tym najważniejszym w rodzinie. Czy mogłoby być zresztą inaczej?

Spodziewałem się ataku radości, uścisków, łez szczęścia…
Po chwili milczenia zeszliśmy z pni. Alina z łobuzerskim uśmiechem ujęła mnie za rękę, ciągnąc w stronę miasta.

– Chodź! Wracamy do domu. Powiedz mi tylko: jak to jest z tym „gorącym żelazem”…?

Bez przeszkód rozkoszowałem się nową sytuacją małżeńską. Szare dni skłaniały do dłuższego pozostawania w łóżku. Atmosfera zmysłowości szczelnie wypełniała całe mieszkanie.
Upojenie związane z nieprzerywaniem najwznioślejszych chwil, sięgało zenitu. Mijały tygodnie, a rezultatu naszej działalności nie dało się dostrzec.
Do dzieła zabraliśmy się z jeszcze większą energią. I dalej nic.

Po wizycie u fachowca okazało się, że wszystko jest w porządku. Niemniej musieliśmy skończyć z szaleństwem i systematycznie realizować obraną strategię.
Na skutek rannych pomiarów temperatury powstawały wykresy – drogowskaz najpłodniejszych dni. Rozpoczął się długi okres wytężonej pracy, której owoce zależały od konsekwentnego postępowania.

Sytuacja związana z przydziałem nowego lokalu zaczęła się komplikować. Umieszczono nas, co prawda na liście, ale panowała niejasność, odnośnie możliwości metrażowych. Wiedziałem, że mieszkania dwupokojowe zarezerwowane zostały dla małżeństw w podeszłym wieku, natomiast na trzypokojowe zgłosiło się bardzo dużo chętnych.
Naszą sytuację w zdecydowany sposób mogło poprawić zaświadczenie lekarskie. Nie było jednak mowy, aby jakiś ginekolog wydał lewy druk. W rezultacie Alina uzyskała jedynie zaświadczenie stwierdzające, że znajduje się w trakcie kuracji mającej doprowadzić do zajścia w ciążę.
Z kopią tego dokumentu udałem się do urzędu. Brodacz zza biurka żałował, że o tym wcześniej nie wiedział. Mieliśmy szansę dostać duże mieszkanie, niestety już je przydzielono. Natomiast dwupokojowe, na parterze stało do naszej dyspozycji. Wyraziłem zgodę. Na odchodnym dostałem plan całego budynku.
Radość nasza nie miała granic. Prawie codziennie chodziliśmy kontrolować postęp robót budowlanych, narażając się niejednokrotnie robotnikom, a w trakcie długich wieczorów i ranków namiętnie ustawialiśmy w przyszłym lokalu wyimaginowane meble.

Cała polonia podczas indywidualnej walki o podstawowe prawa, nie znając ani zasad gry, ani dostatecznie języka niemieckiego, przeżywała ciągły stres.
Brak stabilizacji wywołany stałą niepewnością źle wpływał na naszą odporność psychiczną. Wybuchały nieporozumienia między znajomymi, dochodziło do kłótni małżeńskich. Głównie kobietom puszczały nerwy. W okolicznościach, gdy doświadczaliśmy dodatkowych obciążeń, powstawały dramatyczne sytuacje.

Jacek Przybrzeżny, internista, wylądował w szpitalu. Od dawna skarżył się na bóle brzucha. Gdy jednak stwierdzono zapalenie woreczka żółciowego – nieodzownym rozwiązaniem stał się skalpel. Wydawałoby się, że jego żona Ewa, będąca również lekarzem, powinna bardziej od innych rozumieć sytuację. Stało się inaczej. Nie zniosła napięcia i zamiast optymistycznie podejść do jedynego rozwiązania, jakim był zabieg, miotała się w niemocy i rozpaczy, bezustannie wykrzykując:
„Nie pozwolę, ażeby ci hitlerowcy go krajali! Zabiją go!”.

Znała przecież sytuację i nie mogła mieć jakichkolwiek wątpliwości, że opieka lekarska, a szczególnie poziom usług w niemieckich szpitalach, stał na najwyższym poziomie.
Jacek szczęśliwie przeszedł operację i okres rekonwalescencji. Ewie jednak pozostały blizny – nie chirurgiczne, a w duszy.

Nieporozumienia między znajomymi są nieprzyjemne, ale w rodzinie mają szczególny wymiar – przez co bolą inaczej.
Moje stosunki z siostrą od pierwszych dni po przyjeździe nie układały się najlepiej. Obwiniałem oczywiście za to głównie Zygmunta. Denerwował mnie jego konformizm i sposób, w jaki za wszelką cenę chciał w oczach Niemców zdobyć uznanie. Nie zdawał sobie sprawy, że ci Niemcy, wśród których obecnie żył, mało wspólnego mieli z obrazem Vaterlandu sprzed pięćdziesięciu lat, przekazanym mu przez matkę.

Dzięki temu wszystko, z czym obcował, było najlepsze.
Na początku zgadzałem się z tym poglądem – nawet drzewa i krowy wydały mi się dorodniejsze. Niemniej, nauczony w Polsce czytać między wierszami, dosyć szybko zobaczyłem otaczający nas świat w innych proporcjach.
Niemiecka dokładność, uczciwość, pracowitość… rażąco odbiegała od stereotypu. W zasadzie tylko 3 × K (Kinder, Küche, Kirche) przetrwały.

Zrozumiałem też, że sytuacje z telewizyjnego serialu, w których uczestniczył Kloss, wcale tak bardzo nie mijały się z prawdą. Jeszcze nie tak dawno śmiałem się z satysfakcją, zachwycony opowieścią Stefana – mój drugi szwagier również uwielbiał NRF – jak to rozpoznany w Jugosławii Stanisław Mikulski „dostał po ryju” za wyśmiewanie się z Niemców.

Do Zygmunta natomiast nie dochodziły żadne zewnętrzne impulsy. Trwał w wyimaginowanym przekonaniu sprzed półwiecza. W tym wypadku teza o ślepej miłości sprawdzała się w stu procentach.

W zasadzie powinienem mu współczuć. Po dramatycznej śmierci rodziców pozostał w Polsce sam. Gdy znalazł się więc w Niemczech, chciał uważać wszystkich ich obywateli za swoich bliskich. Im bardziej starał się o to, tym brutalniej zostawał odrzucany.
Nie dawał za wygraną. Uważał, że bezbłędna znajomość języka niemieckiego pozwoli jemu i całej rodzinie na szybką integrację. Nie zdawał sobie tylko sprawy, że tej perfekcji nigdy nie osiągnie.

Za wszelką cenę chciał wtopić się w społeczeństwo i zrzucić z siebie znamię obcokrajowca. Robił to niestety w sposób nachalny, nie dostrzegając, jak bardzo się poniżał.

Pewnego razu, w czasie Wielkanocy, znajoma urzędniczka z banku, słysząc życzenia papieża kierowane do Niemców, palnęła:
– Zygmunt! Nareszcie wiem, skąd masz ten akcent!
Mojemu szwagrowi opadła szczęka.

Wiedziałem, skąd brały się jego kompleksy. Spodziewał się powitania z fanfarami. Rodacy jednak nie otworzyli tak szeroko ramion, jak oczekiwał. Wraz z rodziną musiał znieść upokorzenie obozu dla uchodźców, pokornie wystawać z plikiem formularzy przed drzwiami urzędów, znosić poniżenie prosząc o pomoc socjalną, i wreszcie przełykać gorycz przy szukaniu pracy.

W końcu osiągnął pewną stabilizację. Uważał jednak, że jeżeli on, Niemiec, szedł taką ciernistą drogą, to tym bardziej my powinniśmy dostać ostrzej w kość.
Nie znosił mojego optymizmu i dyskusji o godności. Ze złością kończył temat:
– Bogaty to godny poważania!

Wszystko wiedział najlepiej. Wychodził z prostego założenia, że przedstawiciel tak wspaniałej rasy, w konfrontacji z jakimś tam bezrobotnym, w dodatku na „duldungu”, musi mieć rację.
Obiecywałem sobie tysiąc razy, że nie dam się sprowokować. Nie wytrzymywałem i dochodziło zawsze do awantury, ze słownictwem poniżej pasa.

Po każdym pobycie w Peiting mieliśmy moralnego kaca. Pomimo tego – jak uzależnieni – parliśmy do tych, niby bliskich, kontaktów. W rezultacie również Krysia miała dosyć sprzeczek i po pewnym czasie zaczęliśmy się spotykać tylko wtedy, kiedy Zygmunt dyżurował w szpitalu.

To, że „miłość jest ślepa”, dotyczyło również mojej siostry – tylko na innej płaszczyźnie.
Krysia, choć nie była egoistką, bardzo lubiła wygodne życie. W Polsce mogła sobie pozwolić na taki luksus dzięki instytucji babci. Gdy znalazła się w obcym świecie, ciężar odpowiedzialności przerósł jej siły.
Z kolei artystyczna dusza cierpiała katusze innego rodzaju. W kraju, w którym miała wieść szczęśliwe i beztroskie życie, pierwsze przykazanie brzmiało: „Ordnung muss sein”, a Krysia od dzieciństwa nie znosiła takich nakazów.

W pierwszym okresie po przyjeździe, znając bardzo słabo język niemiecki, odpuściła możliwość podjęcia pracy zawodowej. Pozostały więc jej trzy „K” – z wyraźnym podkreśleniem Kinder, czyli córek.
Zanim jednak przelała na nie całe uczucie, przeszła, niedługo po przyjeździe, załamanie psychiczne. Dopiero po latach przyznała się do tego najdramatyczniejszego okresu w swoim życiu.

Anielę i Helenę rozpuszczano w sposób bezprzykładny. Dziewczynki robiły, co chciały – jadły, na co miały ochotę, zajmowały się tym, co uważały za stosowne. Krysia pozwalała im na wszystko w imię źle pojętej matczynej miłości, natomiast Zygmunt robił to z premedytacją: widząc dookoła rozbrykane niemieckie dzieci, chciał oczywiście, aby jego córki nie pozostawały w tyle.

W związku z tym, w czasie spotkań rodzinnych, jeszcze jedna kwestia wywoływała napięcia. Małe smarkule, choć ładne i inteligentne, bez szacunku odnosiły się do wszystkich. Nas to dotyczyło w sposób szczególny. Ojciec zdołał im wpoić swoje przekonanie – „co niemieckie to najlepsze”. Inaczej mówiąc, otrzymały zielone światło, aby zarówno nas, jak i nasz język, pogardliwie lekceważyć.

Gdy dochodziło do takich sytuacji, reagowaliśmy wprost histerycznie. Wykazywaliśmy zapewne zbyt duże przewrażliwienie, zapominając o wyrozumiałości czy pobłażliwości? Nie wiem jednak, czy dzisiaj umiałbym zachować się inaczej. Głupota to coś, czego nie potrafię tolerować.


Wiosną ’83 huśtawka nastrojów osiągnęła maksimum.
Rozpoczęło się od telefonu Zosi: siostra zawiadamiała nas, że Irena wystąpiła do prokuratury z żądaniem ścigania mnie międzynarodowym listem gończym.
Cała rodzina utrzymywała w tajemnicy przed nią miejsce mojego pobytu. Listy, jakie pisałem do dzieci, adresowałem do Zosi i tylko ona mogła im je czytać.

Zosia w zasadzie zajmowała się wszystkimi sprawami. Na jej głowie pozostawiłem sądy, ubezpieczenia, alimenty i całą masę innych drobiazgów. Prowadziła księgowość i rozdział paczek żywnościowych.
Zachowanie mojej ex przekroczyło granice bezczelności.

Regularnie otrzymywała alimenty w wysokości 5400 złotych. Przy każdej okazji świąt, imienin czy urodzin Zosia dostarczała jej paczki. Ciocia Cesia często odwiedzała dzieci, nie przychodząc nigdy z pustymi rękami, chociaż największy dar stanowiło jej serce i troskliwość. Również moi rodzice pamiętali o swoich pierworodnych wnukach. W porównaniu z większością rodzin, którym w tamtym okresie powodziło się źle, Irena miała wszystko.

Pracowała zawodowo i – uwzględniając parę dodatkowych półetatów – otrzymywała wysokie pobory. Pomoc rodziny z jej strony była oczywistością.
Wyspecjalizowała się w wykorzystywaniu ludzi. Siostry zakonne, sąsiedzi, księża, wdzięczni pacjenci, oficjalna pomoc ze strony Caritasu – wszyscy wzruszali się. Zewsząd płynęło współczucie nad dramatycznym losem porzuconej kobiety z trójką dzieci.

Jej pazerność wykraczała poza granice przyzwoitości.
Nie potrafiliśmy sprostać tak wysokim żądaniom. Sprzedaliśmy na ten cel cały dorobek pozostawiony w Polsce: meble, sprzęt gospodarstwa domowego, radio, telewizor, magnetofony, automatyczną pralkę, sprzęt fotograficzny i filmowy.
Czego chciała więcej? Spodziewała się zapewne – tak jak większość rodaków – że skoro znalazłem się w NRF, to muszę mieć miliony.

Traktowanie jej przez całą rodzinę, a szczególnie męską część (wyjątek stanowił Zygmunt), dodatkowo doprowadzało nas do szału wściekłości.
Wszyscy jej współczuli, pomimo tego, że wylewała na nich spienioną żółć niezadowolenia, poniżała, używając ordynarnych słów, i obrażała.
Pewnego razu nazwała Zosię złodziejką okradającą dzieci – tylko dlatego, że przynosiła otwarte paczki.

Początkowo tłumaczyłem ten stosunek solidarnością tych, którzy pozostali.


Miałem pewne wyobrażenie, jakimi sposobami Irena podporządkowuje sobie facetów.
Po rozwodzie przestałem podchodzić do tego emocjonalnie.
Zawsze jednak denerwowałem się, jak ktoś z tych przekabaconych występował w jej obronie.

Mąż Zosi, Stefan, a szczególnie jego brat Karol, należeli do takich.
Karol, stomatolog, uchodził w Ligocie za tzw. dobrą partię.
Pomimo tego nie układały mu się jakoś kontakty damsko–męskie. Cała rodzina swatała go, on jednak nie umiał się zdecydować. Wyglądało, że kochał jedynie pracę zawodową.

Matka jego, kobieta twardo chodząca po ziemi, zainteresowała go Ireną. Przymiarki rozpoczęły się już w trakcie rozpadu naszego małżeństwa.
Irena szybko zorientowała się w sytuacji i w intensywny sposób rozpoczęła dbać o swoje zęby.
Parę posiedzeń w mini sukience na nowoczesnym fotelu stomatologicznym zrobiło swoje.
Karol nie ukrywał zachwytu, a dobre imię całej rodziny wymagało jednomyślności wszystkich jej członków.

W czasach, kiedy NSZZ „Solidarność“ umacniał swoją pozycję, Karol wyjechał do Niemiec. Jego uprzedzenie do nowego, a może strach przed utratą starego, odczytywałem w sposób jednoznaczny. W Niemczech bardzo szybko uzyskał obywatelstwo.
Stefan, choć oficjalnie nie mógł mu tego wybaczyć – jako że ich dziadek walczył w powstaniach o polskość Śląska – to jednak nie ukrywał zadowolenia z takiego obrotu rzeczy. Niedługo po tym utartą drogą podążył następny brat, Mateusz.

Karol, zaproszony przez Krysię i Zygmunta, przyjechał na parę dni urlopu do Peiting.
Mieszkał i pracował w Bonn. Obracał się, jak opowiadał, w kręgach elit rządzących. Bywał na przyjęciach w takich posiadłościach, że „Dallas wysiada”. Bufonadę jego potrafiłem przełknąć, gdy jednak wystąpił w obronie pokrzywdzonej Ireny, dostałem zaparcia.

Uważałem go – mimo wszystko – za inteligentnego faceta i nie przypuszczałem, aby miał zamiar mnie rozwścieczyć. Dlaczego więc dał mi do przeczytania list Stefana adresowany do niego? Przypuszczałem, że chciał się usprawiedliwić przed zaplanowanym krokiem. Postanowił ściągnąć Irenę do Niemiec.

Do takiego wniosku doszedłem później. Gdy jednak czytałem opowieść wyrażającą współczucie, solidarność, ubolewanie nad losem borykającej się z problemami biednej Ireny, krew mnie zalała. Mąż siostry, której pozostawiłem wszystkie sprawy, z najbardziej osobistymi, podsumowywał sprawozdanie retorycznym pytaniem: „Jak może, dlaczego nie ma sobie polepszyć?” – a dotyczyło to uzyskania w sposób urzędowy alimentów w markach niemieckich.
Potraktowałem to – najdelikatniej mówiąc – jako szczyt nielojalności.

Kiedy rodzice przyjechali na Wielkanoc, świąteczne spotkania zamieniły się w ostre starcia. Zarzuciłem ich pretensjami. Nie dostawałem logicznej odpowiedzi na podstawowy zarzut:
„Jeżeli wy nie potraficie, dlaczego nie wzięliście adwokata? Od dawna o to prosiłem!”
Najpierw bezradnie rozkładali ręce. Gdy naciskałem, tłumaczyli się starością i brakiem energii. Nie umieli znaleźć prawnika, który wystąpiłby w moim imieniu.
Podejrzewałem, że nie chcieli, a powodów mogłem się tylko domyślać.

Ojciec martwił się czymś innym:
„Gdybyś pracował, wszystkie sprawy mógłbyś bez problemu rozwiązać.
Jaka jest twoja pozycja w społeczeństwie?… Co dla niego robisz?…”
Przy okazji przypomniał, jaki to lekceważący stosunek do pracy miałem też dawniej. Aluzja dotyczyła mojego projektu z czasów studenckich; marzyłem o tym, aby emeryturę dostawać w młodości – to jest wtedy, kiedy się chce żyć, a nie ma się na to środków.

Alina nie kryła rozczarowania; z żalem musiała skorygować wyobrażenie o pozycji pierworodnego syna. Drogi rodzinne zaczęły się rozchodzić, a z nimi uczucia.
Wskutek nieporozumień i pomówień doszliśmy do banalnego wniosku: tylko na siebie możemy liczyć.


W niedługim czasie po wyjeździe rodziców dostałem urzędowe pismo ze starostwa w Schongau. Po pierwszym czytaniu zrozumiałem tylko tyle, że sprawa związana jest z Ireną. To wystarczyło, aby najczarniejsze myśli podpowiedziały resztę. Gdy, korzystając ze słowników, rozpocząłem tłumaczenie, diabeł przestał być taki straszny, aż w końcu okazał się niewiniątkiem.

Polski Czerwony Krzyż występował w imieniu Dr Ireny Phawros do Bundesverwaltungsamt o udostępnienie mojego adresu. Urzędnik starostwa, Herr Steiger, zwracał się z uprzejmym zapytaniem, czy zgadzam się, aby oni mogli przekazać PCK mój adres.
A więc cała sprawa nie miało nic wspólnego ani z prokuratorem, ani z listem gończym.
Z wolna następowało odprężenie i… radość. Radość, gdyż Irena nie mogła mnie dorwać, a jej macki – mimo wszystko – miały określony zasięg. Czułem się bezpiecznie.


Maj! Maksymalnie podekscytowany, przemierzałem wzrokiem żółtą płaszczyznę bawarskich łąk, nie zatrzymując go na bieli alpejskich szczytów. Już dwa lata górski horyzont ograniczał naszą wolność. Nareszcie koniec!
Wiadomość przyszła niespodziewanie. Z Urzędu dla obcokrajowców otrzymaliśmy zawiadomienie, że Fremdenpass czeka na odbiór. Dwa zdania suchego komunikatu, a radość przekroczyła wyobrażalne rozmiary.

Ponieważ tylko polski paszport Aliny stracił ważność, więc w sumie jedynie ona miała powód, by się cieszyć z nowego dokumentu. W praktyce nie miało to jednak żadnego znaczenia, bo tak czy tak mogliśmy jechać tam, gdzie się nam chciało.

Wakacyjne plany musieliśmy jednak dostosować do realiów życia. Z pewnych spraw mogliśmy zrezygnować, ograniczyć się w wielu dziedzinach, ale zużycie benzyny pozostawało stałe i kosztowne. Odległość w kilometrach stała się więc jedynym limitem. Inny, później, narzuciło życie.

W sumie nie mogliśmy narzekać na sytuację materialną. Dorabialiśmy wszędzie, gdzie się dało. Alina sprzątała regularnie w willach sąsiadek Krysi, które z czasem polecały ją innym. Ja, dzięki znajomościom Kazika, roznosiłem reklamówki w Peiting i Schongau, zachęcające do kupna świeżych jajek i drobiu. Raz uczestniczyłem nawet w wyładunku trzech ciężarówek kur.

Nie oszczędzaliśmy na jedzeniu (tylko mniej piliśmy w porównaniu z polską normą), wysyłaliśmy często paczki rodzinie i znajomym. Filmy do kamery i aparatu oraz dodatkowy sprzęt też nie stanowił problemu. Niemniej na wyjazd za granicę mogliśmy przeznaczyć jedynie 600 DM.

Rozstrzygnięcie zasadniczego pytania „dokąd?” nie nastręczało kłopotów. Wiadomo – tam, gdzie blisko, ciepło i wesoło! A więc do Włoch.

Trasa nie wymagała dyskusji: Schongau – Füssen – Innsbruck – Brenner – Bolzano – Verona – Mediolan – Genua – La Spezia – Pisa – Florencja – Werona – Innsbruck – Garmisch – Schongau.
Obliczenia wykazały łącznie 1800 kilometrów. Zatankowany po korek eskort i termos z kawą wystarczyły na start.

Już za Innsbruckiem zaczęło się święto. Słońce, jakby przeczuwając naszą włoską tęsknotę, grzało serdeczniej, a w dolinach powietrze miało słodki smak dojrzewających owoców.
Przekraczając Brenner, czuliśmy się jak dzieci, którym ktoś otworzył furtkę do zakazanego ogrodu. Świat nabrał koloru, zapachu i muzyki.

W Bolzano zatrzymaliśmy się na kawę. Na rynku, pod arkadami, starsi panowie w kapeluszach i lnianych marynarkach popijali espresso, a ich gesty miały w sobie coś z renesansowych fresków.
Włoski gwar mieszał się z zapachem kawy i wina, z ciepłem kamienia, który pamiętał Cesarstwo Rzymskie.
– Czujesz? – zapytała Alina, wdychając powietrze.
– Co?
– Wolność.
Nie odpowiedziałem. Włochy mówiły za nas.

Za Weroną wjechaliśmy na autostradę w stronę Mediolanu. Słońce zaczęło przypiekać na serio. Radiowe disco wypełniało wnętrze samochodu, a ja z dumą zerkałem na Alinę w dużych okularach i letnim kapeluszu. Złoty lakier „Alaski” mienił się jak wąż, a my płynęliśmy razem z innymi, szczęśliwymi i wolnymi.

Genua!
Miasto rozlane na zboczach, domy jak pastelowe pudełka, port pełen statków i zapachów. Zaparkowałem przy porcie, z którego odchodziły promy na Sardynię.
Zeszliśmy na nabrzeże. Pod nami szemrało morze.
– Dotknij – powiedziałem. – Teraz już naprawdę jesteśmy w Italii.
Zanurzyła palce w wodzie, po czym, uśmiechając się jak dziewczynka, powiedziała:
– Ciepła… jak wino.

Wieczorem zjedliśmy pierwsze w życiu spaghetti alle vongole. Wino z Ligurii sączyło się leniwie, a w powietrzu unosiła się muzyka. Włosi śmiali się, tańczyli, całowali – jakby życie nie znało granic.

Z Genui ruszyliśmy w stronę La Spezii. Droga wiła się serpentynami wzdłuż morza, a za każdym zakrętem otwierał się nowy pejzaż – coraz bardziej nierealny.
Portofino było jak sen: miasteczko wciśnięte między skały i turkusową zatokę, wąskie uliczki, maleńkie restauracje, w których kelnerzy mówili do ciebie jak do starego przyjaciela.

Usiedliśmy na nabrzeżu. Słońce powoli schodziło w morze, cienie wydłużały się, a powietrze pachniało lawendą i solą.
– Wiesz – powiedziała Alina – gdybyśmy tu zostali, wszystko mogłoby się zacząć od nowa.
– Wiem – odpowiedziałem. – Ale nawet tu, prędzej czy później, przyszedłby rachunek.
– Nie szkodzi. Wystarczy, że chwilę jest pięknie.

I rzeczywiście było.

Pojechaliśmy jeszcze do Pizy – zrobiliśmy zdjęcie pod krzywą wieżą, jak wszyscy turyści, i kupiliśmy miniaturową kopię z gipsu.
W Florencji przechadzaliśmy się po Ponte Vecchio, dotykając balustrady w miejscach, gdzie wygładziły ją miliony dłoni.
Nie było nas stać na muzeum Uffizi, ale widok Arno o zachodzie słońca wynagrodził wszystko.

Podczas powrotu pogoda zmieniła się nagle. Nad górami, jakby znikąd, zebrały się chmury, a po chwili rozpętała się burza.
Zatrzymaliśmy się w przydrożnej trattorii, z której okna widać było grzmiące niebo nad doliną. Właściciel, w białym fartuchu, podał nam talerz gorącego risotta i wino domowej roboty.
Burza dudniła coraz bliżej, ale w środku było ciepło i bezpiecznie.

– Wiesz – powiedziała Alina, patrząc w szybę, po której spływały krople – chyba po raz pierwszy niczego mi nie brakuje.
– To znaczy?
– Ani domu, ani planów, ani ludzi. Tylko ciebie i tej chwili.

Nie umiałem nic odpowiedzieć. W milczeniu dopiliśmy wino.

Następnego dnia, już po stronie austriackiej, krajobraz znów się zmienił. Ciche doliny, zielone hale, krowy z dzwonkami – jakby nic się nie wydarzyło.
A jednak coś się wydarzyło.
Zrozumieliśmy, że nawet jeśli nie mieliśmy domu w sensie geograficznym, to mieliśmy go w sobie – w tych chwilach, które łączyły nas przeciw światu.

Kiedy po długiej podróży dojechaliśmy do Murnau, nad jeziorem Staffelsee zapadł wieczór. Woda była gładka, a niebo miało kolor różowego wina.
Z parkingu rozciągał się widok na ośnieżone Alpy, a wiatr pachniał sianem.

Usiedliśmy na ławce.
– Wiesz – powiedziała cicho Alina – tu mogłabym zostać na zawsze.
– Ja też – odpowiedziałem. – Ale najpierw trzeba znowu zacząć od początku.

Milczeliśmy długo.
Gdzieś z oddali dobiegało dzwonienie krów i skrzypienie wioseł.
Zza horyzontu wychodził księżyc.

Lech – rzeka, od której zaczęło się nasze nowe życie – płynął gdzieś niedaleko, niosąc w stronę Dunaju to, co w nas zostało z Bawarii i z Polski.
A może i coś więcej – coś, co się nie kończy.


To był koniec włoskiej podróży, ale początek prawdziwego dojrzewania – między ludźmi, miejscami i wspomnieniami, które na dobre zaczęły układać się w opowieść.