Świeżość lipcowego ranka zapowiadała upał. Kanikuła trwała już trzeci tydzień. Pomimo tego, że dysponowaliśmy tylko paroma godzinami, namówiłem Alinę na wyjazd nad Forggensee. Nasze ulubione miejsce znajdowało się po przeciwnej stronie jeziora; autem nie dało się tam dojechać. Za przyjemność przebywania we względnej samotności płaciliśmy półgodzinnym spacerem.

Tym razem, z braku czasu, rozłożyliśmy się niedaleko parkingu. Nadbrzeżną łąkę pokrywał szczelny dywan koców, obklejonych dosadnymi kształtami roznegliżowanych wczasowiczek. Woda, zazwyczaj lodowata, na szczęście miała tak przyjemną temperaturę, że mogłem w niej siedzieć cały czas, nie musząc konfrontować zakodowanego obrazu ponętnych zaokrągleń z niemiecką rzeczywistością.

Minuty mijały szybko. Niechętnie ruszyłem do samochodu pozostawionego w pełnym słońcu. Śmiać mi się chciało z paradoksalnej sytuacji: w porze, gdy wszyscy marzyli o przebywaniu nad wodą, my wracaliśmy w „piekarniku” do miasta. Cóż zrobić – należało dostosować się do nakazu administracyjnego. Będąc całkowicie uzależnionymi od Urzędu Socjalnego, musieliśmy stawiać się na każde jego wezwanie. Chodziło zazwyczaj o banalne rzeczy, niemające wpływu na nic. Doskonale zdawałem sobie sprawę, że sprawdzano nas pod pretekstem jakiegoś tam „wyjaśnienia”. Terminy ustalano z dnia na dzień i dostarczano specjalną pocztą. Niezgłoszenie się mogło ograniczyć pomoc finansową.

Nasze twarze zdobiła świeża opalenizna. Krępowało nas sprawianie wrażenia beztroskich turystów, choć w zasadzie pokrywało się to z rzeczywistością. Nadmiar słońca korygowała więc pokorna mina. Wizyta w urzędzie trwała parę minut. Człowiekowi zza biurka podobało się nasze zachowanie; w sposób wyraźny, choć niebezpośredni, dał nam do zrozumienia, że wakacyjna postawa – w odróżnieniu od pracy „na czarno” – jest tolerowana.

Przyjazd rodziców nie wywołał takiego zaskoczenia jak za pierwszym razem. Oczekiwaliśmy ich i kolejnej partii rzeczy pozostawionych w Polsce. Albumy, zdjęcia, książki, nie mówiąc już o ciuchach, sprawiały nam nie tylko przyjemność. Poczuliśmy się dzięki nim pewniej – mieliśmy coś swojego, niewyżebranego w Urzędzie Socjalnym. Rodzice zamieszkali w Peiting. Krysia, ograniczona domem, dziećmi i mężem, nie mogła poświęcić im tyle czasu co my; na nas więc spoczął – nie tyle obowiązek, co przyjemność – organizowania wspólnych wycieczek.

W Augsburgu, po zwiedzeniu miasta, pojechaliśmy do pewnych ludzi z Polski. Rodzice znali ich z Nysy: kobieta pracowała jako pomoc w domu dyrektora szpitala, a jej mąż dorabiał malowaniem mieszkań. Wyjechali z kraju w tym samym czasie co my, ustawili się jednak inaczej. Nie tyle duże mieszkanie w ładnej dzielnicy określało dzielącą nas różnicę, co fakt, że obydwoje zostali zatrudnieni. O ich stabilizacji zadecydowało pochodzenie – w krótkim czasie, na podstawie papierów, stali się niemieckimi obywatelami.

Klaudia i Michał, przyjaciele rodziców z czasów kłodzkich, od paru lat przebywali w Niemczech. Znaliśmy się bardzo dobrze. Po zdaniu matury – podobnie jak z Jankami – przeszedłem z nimi na ty. Liczne spotkania i wspólne wycieczki pogłębiły naszą zażyłość. Nastrój ostatnich czasów ograniczył towarzyskie kontakty. Kończyły się lata wystawnych przyjęć, beztroskich biesiad, kącików brydżowych. Rodzice chcieli koniecznie spotkać się z Michasiami. Po rozmowie telefonicznej powstała przyjemna atmosfera – nasi przyjaciele przyjęli zaproszenie i postanowili przyjechać.

Na krótki czas ich odwiedzin powrócił nastrój dawniej niedocenianych, beztroskich dni. Spotkaliśmy się jednak w nowej rzeczywistości. Choć pozostała bliskość i zażyłość, poczułem jednak inność; zabrakło może otwartości. Mimo wszystko czas mijał sympatycznie. Michał ostatnio pracował w Edenkoben, w prywatnej klinice geriatrycznej. Opowiadał o niesamowitych metodach odmładzania przy stosowaniu jąder byków. Łącznie z Klaudią poddał się tej kuracji. Wyglądali faktycznie wyśmienicie.

Do szerokiego grona jego znajomych poznanych w Niemczech należał winiarz z St. Martin. Zorientowawszy się w naszej sytuacji, bez ceregieli obiecał załatwienie u niego fuchy w czasie winobrania. Alinę nie zachwyciła ta propozycja; bała się bez pozwolenia wyjechać z Bawarii. Ja nie miałem takich zahamowań; przeciwnie – bardzo chciałem gdzieś się wyrwać, poznać coś nowego i jeszcze zarobić parę groszy. Nie całkiem jednak wierzyłem w możliwość zrealizowania planów.

Michał zadzwonił gdzieś pod koniec września. Mile nas zaskoczył: wszystko zostało przygotowane, oczekiwano naszego przyjazdu. Wybierając się w pierwszą dłuższą podróż, odczuwałem niepewność związaną z autem. Przed wyjazdem eksperymentowałem z motorem i – prawdę powiedziawszy – nie przetestowałem go należycie.

Niedługo po kupieniu samochodu, szukając na złomowisku zimowych opon, natknąłem się na rozbitego Eskorta. Zadowolony, ściągnąłem dobre koła. Zorientowałem się jednak, że te części, które nie brały udziału w wypadku, znajdowały się w idealnym stanie. Miałem ochotę wymontować wszystko. Właściciel Schrottplatz zgodził się za 30 DM odstąpić silnik. Serce samochodu za taką cenę! – takiej okazji nie mogłem odpuścić. Motor miał o 200 cm³ większą pojemność od mojego – nic więc nie stało na przeszkodzie, bym jeździł mocniejszym i szybszym autem. Nie miałem jednak odwagi wymieniać całego silnika. Zdecydowałem się w pierwszej kolejności na zamianę głowicy z gaźnikiem. Efekt „podrasowania” przerósł oczekiwania. Nie wiedziałem tylko, jakie zużycie benzyny pociągnie ta przeróbka.

W drodze do St. Martin tankowałem co sto kilometrów i obliczałem. Po dwóch próbach wynik okazał się zadowalający – około dziewięciu litrów na setkę. Mogłem więc bez przeszkód delektować się tętniącą życiem autostradą. Alinę ruch przerażał. Nie mogła doczekać się końca drogi. Poza tym dręczyła ją niepewność, jak nas przywitają i jakie warunki zastaniemy na miejscu.

Żyjąc w Bawarii przyzwyczailiśmy się do łąk pachnących gnojówką. W Palatynacie – co innego: nasze nosy zaczęły chłonąć woń sfermentowanego wina. Na otwartej przestrzeni czuliśmy się egzotycznie, we wsiach i miasteczkach intensywność zapachu zmuszała do zakręcania szyb. Wraz z zapachem zmienił się krajobraz. Prostokąty pól, poprzecinane równymi liniami winorośli, szczelnie pokrywały łagodne pagórki. Lekkie podmuchy wiatru leniwie poruszały nagrzanym powietrzem. Dojrzałe kiście winogron wywoływały intensywne przełykanie śliny.

W St. Martin przywitano nas rodzinnie. Herr Rüffel, pogodny gospodarz, wyglądem i zachowaniem przypominający raczej Francuza, oprowadził nas po swojej posiadłości. Wszystko nas interesowało, największe zainteresowanie wzbudziły jednak piwnice. Pokój, w którym mieliśmy zamieszkać, nie przypominał hotelowego – ale też nie na to liczyliśmy. Nie przywiązywaliśmy najmniejszej wagi do tego, że na przykład łóżka skrzypiały, a łazienka znajdowała się na końcu korytarza. Wszędzie dbano o czystość i panował wzorowy porządek.

Dzień zaczynał się o świcie wspólnym śniadaniem. Do stołu zasiadał gospodarz z gospodynią, ich trzej synowie z żonami, babcia seniorka i my. Kawa, świeże pieczywo, sery, wędliny – należało najeść się do syta. Transport do winnicy odbywał się ciężarowym Fiatem pokrytym plandeką. Siedzieliśmy na drewnianych ławkach ustawionych po bokach skrzyni, oparci o długi stół. Wraz z nami jechało parę miejscowych kobiet, tradycyjnie od wielu lat pomagających przy winobraniu.

Praca tylko na pierwszy rzut oka mogła się wydawać łatwa. Każdy z nas otrzymał plastikowy Kübel (kubeł) i sekator. Nic prostszego, jak obcinać kiście winogron i wrzucać je do wiadra. Ustawieni parami w jednym rzędzie, posuwaliśmy się za małym traktorem ciągnącym przyczepy. Ranna rosa pokrywająca liście winorośli moczyła ubranie; po pewnym czasie z zimna drętwiały palce. Pierwszy raz, w czasie jazdy do winnicy, obserwując kobiety z naciągniętymi zarękawkami – wyglądające jak przedwojenne urzędniczki – wymieniałem z Aliną ironiczne spojrzenia. Teraz zazdrościliśmy im.

Ciszę szczękających sekatorów przerywał monotonny okrzyk: „Kübel… Trauben…”. Na to hasło kierowca traktora, zazwyczaj syn gospodarza, stawiał przed wołającym puste wiadro; wypełnione winogronami odnosił do przyczepy. Kobiety dużo sprawniej radziły sobie z błyskawicznym znajdywaniem miejsca cięcia. Ambicja nie pozwalała mi pozostać w tyle. Pracując na pełnych obrotach, o mało nie złapałem za palec sąsiadki. Ostudziło to moje zapędy. Nie chciałem doprowadzić do rozlewu niemieckiej krwi. Przy każdej nadarzającej się okazji wykorzystywałem więc okrzyk „Trauben” i sam odnosiłem pełne wiadra.

Czas przerwy obiadowej był najwspanialszą niespodzianką. Plandeka bocznych ścian skrzyni ciężarówki wędrowała w górę. Do stołu zastawionego wędlinami, świeżym pieczywem i winem zasiadała wygłodniała gromada. Jeść i pić mogliśmy bez ograniczeń. Dookoła rozpościerał się urzekający spokojem widok pagórków, szumiących liśćmi winorośli. Z błękitnego nieba dochodził świergot ptaków. Mijało zmęczenie, a wino podsycało przekonanie, że nie ma wspanialszego miejsca pod słońcem.

W czasie krótkiej sjesty ziemia pachniała wrześniową dojrzałością, a w uszach wciąż dźwięczały okrzyki: „Trauben… Kübel… Kübel… Trauben…”. Wieczorem, po odświeżeniu się pod prysznicem, zasiadaliśmy wspólnie z całą rodziną gospodarzy do kolacji. Wszyscy w spokoju delektowali się końcem dnia. Pan Rüffel – poza fachową wiedzą z dziedziny winiarstwa – posiadał dar gawędziarski. Do późnych godzin nocnych słuchaliśmy jego anegdot. Młode wino z cebulowym plackiem albo ze smażonymi kasztanami miało niepowtarzalny smak. Po zrównoważonych – ze względu na piszczące sprężyny – niemniej namiętnych pieszczotach ogarniał nas kamienny sen.

Długie spacery w sobotnio-niedzielne, wolne od pracy dni – wśród winnic, lasów i pagórków wypełnionych jedynie dźwiękami przyrody – oszałamiały spokojem. Ciszę rozległych łąk Bawarii rozładowywały chociaż dzwonki pasących się krów; natomiast w Palatynacie tylko bujna wyobraźnia mogła wytworzyć odgłos dojrzewających winogron.

Pierwszy raz koniec lata nie nastrajał mnie nostalgicznie. Gdy dłonie lepiły się od słodkiego soku ciężkich kiści, a wino gasiło pragnienie, trudno było myśleć o pomidorach. Pięć marek za roboczogodzinę też robiło swoje. W dowód radosnego samopoczucia Alina dostała wisiorek na złotym łańcuszku – małego byka, jej znak zodiaku. Ja chciałem coś droższego: maszynę do szycia. Ten luksusowy zakup postanowiliśmy załatwić po powrocie do Schongau.

Pomimo że gospodarz hojnie obdarował nas na pożegnanie skrzynką dobrego wina, zdecydowaliśmy przeznaczyć znaczną część zarobionych pieniędzy na jeszcze większy zapas tego boskiego napoju. Takiej niepowtarzalnej okazji, dotyczącej ceny i jakości, nie należało zmarnować. Eskorcik, obciążony dziesiątkami butelek, ostrożnie zmierzał w stronę domu. Bałem się tylko policyjnej kontroli. Nie miałem pojęcia, jak mógłbym rozproszyć niejasności przedstawiciela władzy, zadającego pytanie: dlaczego niepracujący obywatel, znajdujący się nielegalnie poza obszarem Bawarii, a będący na zasiłku socjalnym, ma samochód załadowany po brzegi kartonami z winem? Do takiej konfrontacji nie doszło, a napój z flaszek zaopatrzonych etykietkami winiarni Herr Rüffel długie miesiące cieszył nasze gardła.

Cieszyły nas również zarobione pieniądze: Alina dostała parę ciuchów, kilka gospodarczych drobiazgów wzbogaciło kuchnię, a w torbie fotograficznej – w otoczeniu szerokiej gamy slajdów Fuji – spoczął nowy obiektyw. Sklepowe szaleństwo ukoronowaliśmy kupnem elektrycznej maszyny do szycia. Lubiłem od dawna coś tworzyć – i to nie tylko dla własnych potrzeb.

O naszym nielegalnym pobycie na winobraniu wiedziała tylko Krysia. Obawialiśmy się, by informacja o wyjeździe z Bawarii nie przeciekła do urzędu. Z tego też powodu nie mogliśmy się chwalić nowymi rzeczami. Podpadlibyśmy znajomym od razu – i to z dwóch powodów: za konspiracyjne poczynania i z zazdrości. Wszyscy znajdowaliśmy się w mizernej sytuacji finansowej; nietaktem byłoby więc „szastanie” markami wtedy, gdy na przykład podczas spaceru towarzystwo zbierało w lesie puste butelki po piwie, by później oddać je za 15 fenigów sztuka.

Apetyt rośnie w miarę jedzenia – zapragnęliśmy większego mieszkania. Kawalerka z niszą kuchenną stawała się za ciasna. Teoretycznie rozważając sprawę, doszliśmy do przekonania, że skoro Urząd Socjalny płacił za nas czynsz, powinien także płacić w przypadku lokalu większego – odpowiadającego potrzebom dwuosobowej rodziny.

Policja w Schongau korzystała często z usług Kazika. Gdy obcokrajowcy balansowali na granicy prawa, nasz znajomy występował w charakterze tłumacza. Wskutek tego poznał przepisy i rozmaite urzędowe kruczki. I właśnie dzięki niemu dowiedzieliśmy się, jak teorię przekształcić w czyn. Sprawa wyglądała dość prosto: należało złożyć podanie w urzędzie zajmującym się rozdziałem mieszkań socjalnych (prosto – o ile się wiedziało, gdzie jest taki urząd i że w ogóle istnieje).

Jak zwykle pełni obaw, z duszą na ramieniu, stanęliśmy przed obliczem urzędnika. Sympatyczne spojrzenie wysokiego brodacza wywołało nasze zaskoczenie. Pierwszy raz w instytucji publicznej potraktowano nas nie jak cudzoziemców, lecz jak zwyczajnych petentów. Po wypełnieniu krótkich formularzy zostaliśmy umieszczeni na liście oczekujących. Uprzejmy brodacz, przeglądając papiery dotyczące naszej sytuacji materialnej, ze zdziwieniem spytał, dlaczego nie wystąpiłem do Urzędu Finansowego o zwrot podatku. Znowu pierwszy raz ktoś zza biurka chciał nam pomóc. Z ilu to możliwości nie skorzystałem, nie wiedząc, że mi się należą?

Największą niespodzianką okazał się termin oczekiwania. Budynek, w którym mieliśmy dostać mieszkanie, znajdował się w trakcie budowy; jej zakończenie wyznaczono na połowę przyszłego roku.