Dręczące marzenie posiadania zachodnioeuropejskiego samochodu stawało się nie do wytrzymania. Zderzenie szarości z ulicą pełną kolorowych aut skutecznie blokowało logiczne myślenie. Na maluszka – który mimo konkurencji spisywał się bez zarzutu i którym mógłbym jeździć jeszcze długo (Zosia bez problemu przedłużała ubezpieczenie w Warcie) – zapadł więc wyrok: sprzedajemy. Szybko okazało się jednak, że cudzy Zachód ma własne kaprysy. W warsztatach i u handlarzy wzbudzałem zainteresowanie, lecz nikt nie chciał kupić auta na polskich numerach. Najpierw – niemiecka rejestracja.
W urzędzie celnym dostałem zaświadczenie o przywozie i zwolnienie z opłat. Do przeglądu musiałem zdemontować hak holowniczy bez atestu. W końcu przeszedłem pomyślnie „specjalną kontrolę” dla aut z zagranicy – niemiecka punktualność i polska cierpliwość spotkały się tym razem w połowie drogi. Przy okazji wyrobiłem też niemieckie prawo jazdy: na polskim można jeździć tylko rok, a ja najwyraźniej planowałem dłużej niż chwilę.
Szukając wymarzonego pojazdu obejrzeliśmy wszystkie „okazje” w Schongau i okolicy. Spośród szalonego wyboru zdecydowaliśmy – prawdę mówiąc, Alina zdecydowała – na sześcioletniego forda eskorta. Lakier metalik o egzotycznej nazwie „złoto Alaski” cieszył oczy, a równomierna praca silnika – uszy. Nie obyło się bez chwili grozy: podczas próbnej jazdy, po mocniejszym depnięciu, pękł wężyk hamulcowy. Do warsztatu wróciłem „na sucho”, ale awarię usunięto natychmiast i nawet przeproszono – cywilizacja.
Ford kosztował 3400 DM, więc pozostało wycenić fiacika. Właściciel warsztatu trzymał się rocznika, ja – nowej karoserii. Po krótkim targu dopłaciłem 400 DM. Radość z posiadania „samochodu roku 1975” otwierała nowy, szczęśliwszy rozdział emigracyjnego życia – przynajmniej w teorii.
Zimowa Bawaria dostarczała nowych doznań. Zachwyt nad puchatą bielą zawieszoną na gałęziach drzew, nad rozmytymi sylwetkami alpejskich szczytów uwieczniałem na zdjęciach i slajdach. Filmy 2×8 mm kosztowały sporo, ale czego się nie robi dla udokumentowania: Alina tańczy w śnieżnych koleinach, a rozszczepione promienie słońca pryzmatami Cokina podkręcają romantyzm. Błękit nieba polaryzatorem potrafi być jeszcze bardziej błękitny – kto bogatemu zabroni.
Nauczyciel niemieckiego skontaktował mnie ze swoim kolegą partyjnym – właścicielem biura konstrukcyjnego. Herr Grasberger wyglądał na człowieka interesu i wykazywał zrozumienie dla moich braków językowych. Wyjaśnił, że etatu konstruktora zaproponować nie może: nawet niemieccy inżynierowie po studiach zaczynają od „niższych szczebli”. Zgodziłem się na ucznia z obietnicą pełnego etatu po kilku miesiącach praktyki. Warunki – ośmiogodzinny, „płynny” czas pracy i 420 DM „na rękę, bez podatku” – przyjąłem niemal z pocałowaniem ręki. Kilkaset marek ponad socjalne wsparcie nie chodzi piechotą, a perspektywa zaczepienia się w zawodzie oszałamiała.
Życie znów nabierało rytmu: rano do pracy, punktualny obiad, wieczorem relacja z dnia. Biuro nie miało wiele wspólnego z tym, co znałem w Polsce: administracja na parterze domku jednorodzinnego, pracownia w piwnicy – trzy stare deski kreślarskie, parę antyczno-ludowych stolików, w komórce kopiarka z obcinarką. Brak okien rekompensowały jarzeniówki – migotliwe, lecz konsekwentne. Specjalizowali się w stali. Rysunki wykonywało się wyłącznie ołówkiem. Sposób wymiarowania wydawał mi się… nieszkolny. Postanowiłem robić „po naszemu”. Szef okazał zniecierpliwienie: „Tak się tu nie robi”. Wkrótce zrozumiałem dlaczego.
Po tygodniu pojechaliśmy do Ingolstadt. Dla fabryki Audi projektowano nową halę. Automatyczne spawanie, sterowane komputerami – tu każdy milimetr musiał być podany jak dla maszyny, nie dla dyskutanta. Logika przemysłu wygrywała z logiką wykładu.
Herr Grasberger pasjonował się lataniem. W pracowni piętrzyły się czasopisma lotnicze. Chwalił się licencją pilota, a z opowieści o służbie wojskowej przebijał dreszczyk dawnych nocnych przelotów „nisko, ale skutecznie” nad ZSRR. Zaproszenie na przelot prywatną cessną wzięliśmy więc jak los na loterii.
Nigdy wcześniej nie leciałem. Gdy koła oderwały się od pasa, poczułem zaskakującą lekkość. Ryk silnika ustąpił równemu mruczeniu, a delikatne kołysanie podsunęło złudzenie wolnego ptaka. W zagłębieniach terenu broniły się resztki śniegu, zabawkowe autka mozolnie pełzły po nieskończonej pajęczynie dróg. Mały człowieczek – szara kropka – zmierzał do celu. Jakiego? Nawet z lotu ptaka nie było widać.
Jako pierwszy z naszej polonijnej paczki zacząłem pracę. Mniej czasu na spotkania, za to jaką przyszłość – wszyscy zazdrościli. Dwa małżeństwa azylantów hołdujące tradycji „polskiej integracji przy butelce” dostały mieszkania i zniknęły z kursu. Nikt, łącznie z nauczycielem, nie rozpaczał – zrobiło się luźniej i poważniej.
„Nowa żona starego emigranta”, Ola, przyszła raz z mężem. Kazik Szpurowski – roczne dziecko wywiezione z matką na roboty – dzieciństwo miał ciężkie jak żeliwo. Mówił biegle po bawarsku, po polsku – twardo i po swojemu. Ta mieszanka i wschodnia gościnność dawały swojskość bez dekoracji. Zaprosili nas w karnawałową sobotę do Rottenbuch. Knajpka znana wtajemniczonym, muzyka ludowa, cymbały, czerwone wino, tańce z podmianą partnerek – aż tu nagle zgrzyt: orkiestra uderzyła w czastuszki.
Usiadłem tyłem do sceny. Chciałem wstać i wygłosić płomienne, Kazik mnie powstrzymał:
– Mnie tu znają. Nie rób wstyda.
– To oni robią wstyd.
– Daj spokój.
– Słyszą, że jesteśmy Polakami! Wiedzą, że u nas stan wojenny?
– Wiedzą.
– To niech przestaną grać rosyjskie kawałki!
– Ludzie chcą się bawić. Tu tak nie myślą.
– Ty, Kazik, może ty kochasz bolszewików?
– No… nie wiem.
– Czego nie wiesz? Załatwiliby nas jak Czechów.
– Może. Ale orkiestry się nie czepiaj.
– To prowokacja grać, gdy ludzie przez nich giną i siedzą!
Bawaria miała też swój teatr uliczny: „dni skarbów”. Cała polonia znała harmonogram, kiedy Niemcy wystawiają stare rzeczy. Od południa zaczynało się polowanie. Krążyliśmy autami w żółwim tempie, a atak – dopiero po zmroku, bo wstyd lepiej znosi półcień. Zasada prosta: kto pierwszy, ten lepszy. Konkurencję robiły przyczepy zawodowców. Nas interesowało wszystko – wszystko mogło się przydać. Jedni wystawiający byli wzruszająco pedantyczni: starannie zapakowany globus z kartką „Skorowidz obok” budził wiarę w człowieka. Inni – zazdrośni: pocięta tapicerka kompletu najlepiej świadczyła o charakterze „psa ogrodnika”. Pomagali w tym niestety nasi: podkradanie „upatrzonych” rzeczy i awantury nie zwiększały sympatii tubylców.
Zbierałem ile wlezie, lecz piwnica pęczniała. W pokoju musiało zostać trochę miejsca po wstawieniu kozetki i telewizora. Z ilości trzeba było przejść w jakość. Czerniawscy mieli lepiej: właścicielka oddała im suterenę, gdzie stworzyli magazyn-warsztat. Rowerów – armia, pralki, lodówki, odkurzacze, radia, magnetofony, narty, meble – wszystko naprawiali. O skali przekonali się dopiero przed wyprowadzką, gdy na ulicę wynieśli „pozostałości” i na pół dnia zakorkowali dzielnicę.
Mijały trzy miesiące pracy, a Herr Grasberger jakby zapomniał o obietnicy. Rosła niecierpliwość. Odczekałem jeszcze dwa tygodnie i zacząłem rozmowę. Szef zaczął wspominać „pracochłonność poprawek” – których dotąd nie sygnalizował – i „barierę językową”, nagłą jak marcowy śnieg. Podejrzewałem od początku, że byłem atrakcyjny głównie jako tania siła robocza, lecz sumiennie robiłem swoje: może uczciwość przeważy. Przeważyła ekonomia.
Zapytałem wprost, na jakich warunkach opłaca mu się mnie zatrudnić. Nazajutrz padła odpowiedź: 1800 DM od 1 maja. Zgodziłem się. Skoro mogłem tłuc asfalt, to i karierę kreślarza zaczynać potrafiłem.
Wszystko wyglądało na normalizację. Szef zadowolony, ja pracowity, szefowa uśmiechnięta – kawa w przerwie smakowała jak zgoda społeczna. Tygodniowy urlop szefostwa (Włochy, a jakże) wykorzystałem na fotografowanie: żółte połacie mleczy po horyzont tworzyły dywan nadziei – trochę sztuczny, ale miękki.
Zaproszenie z Urzędu Socjalnego na „wyjaśnienia” w sprawie mojego stażu wziąłem za formalność. Znów zaskoczenie: urząd żądał zwrotu pieniędzy zarobionych ponad minimum socjalne. Zwolnienie z podatku nie znaczyło „wolne od limitu”. Mogłem oddawać w ratach – kraj porządku lubi porządek.
Paszport Aliny wygasł w marcu. Duldung mieliśmy, ale poza Bawarię ruszać się nie wolno. Złożyłem wniosek o Fremdenpass. W uzasadnieniu dopisałem, że nie chcemy mieć nic wspólnego z reżimem generała Jaruzelskiego. Poprosiłem Herr Grasbergera o korektę brudnopisu – z życzliwością skreślił wszystkie polityczne akcenty. „Niewskazane”. Posłuchałem – lokalna mądrość ludowa.
Frau Zorn przyjęła podanie uprzejmie i zastrzegła, że „to potrwa”.
Zbliżał się 1 czerwca. Z niecierpliwością czekałem na wypłatę. Minął dzień – cisza. Poprosiłem grzecznie o „forsę”. Szef, równie pogodny co zwykle, podał kopertę. Pofrunąłem na rowerze do domu.
– Dlaczego tak mało? – Alina przeliczyła dwa razy.
– Żartujesz. W Polsce to fortuna.
– Miałeś dostać 1800.
– Ile jest?
– Trzynaście z groszami.
Krew mnie zalała. Wróciłem, pedałując szybko jak do pożaru. Szef wygłosił wykład o wysokich kosztach zatrudnienia. Gdyby odliczyć urlop, „wyszłoby na jedno”. Pytanie, czemu nie uprzedził – utonęło w słowach bez znaczenia. Poczułem cios poniżej pasa. Zamiast trzasnąć drzwiami, złożyłem dumną rezygnację i wyszedłem z podniesioną głową. Uczciwość niemiecka okazała się równie zróżnicowana jak bawarski dialekt.
W domu czekała niespodzianka: nowy, kolorowy telewizor – prezent Aliny „na pierwszą pensję”. Za poradą Jurka i Mariana pojechała z nimi po superokazję aż do Weilheim. Cóż, życie w nowych warunkach musiało toczyć się dalej; włosów rwał nie będę – jeszcze były.
W tyrolskich Alpach, gdzieś na dwóch tysiącach, tryskają źródła rzeki. Lodowata woda, po drodze okiełznana zaporami, dociera do Schongau. Nazwa „Lech” – przyjemnie słowiańska – każdorazowo poprawiała nastrój. Dolina zachwycała: wysokie skarpy, fantazyjne zakola, groźne przełomy, rozśpiewane ptasie wysepki, tafle zalewów poprzecinane białymi żaglami i niby mimo wszystko – spokój. Spacery uspokajały. Nie bolała wtedy szybka z wystawy oddzielająca nas od „tej rzeczy”. Nie denerwowały przepisy ani bezradność w urzędach. To nie była ucieczka – raczej sposób, by dać się obdarować tym, co przyroda rozdaje po równo.
Z czasem zapragnęliśmy wody „od strony wody”. Wynajęcie jachtu odpadało: raz, z Krysią i Zygmuntem, wypłynęliśmy kabinówką po Ammersee – 70 DM. Innego dnia wiosłowaliśmy rybacką łódką po Tegernsee wśród monachijskiej śmietanki. Za mało. Letnie upały prowokowały do częstych wypadów, a samo opalanie nużyło. Decyzja: kupujemy ponton.
Stomilowe ideały okazały się tutaj luksusem. „Zwykłe” gumowe kosztowały ponad tysiąc marek. Plastikowe, krzykliwie kolorowe – mieściły się w naszych możliwościach. Nie zawsze, co ładne, to dobre – ale zawsze, co w zasięgu, to nasze.
Granatowo-pomarańczowa łódź, niby na dwie osoby i dziecko, unosiła szczęśliwą parę. Na wodzie rozpływały się ośnieżone szczyty, lekki wiatr roznosił zapach kremu, z brzegu dochodził gwar. Zupełny high-life. Niestety – po tamtej stronie gór leżała Italia, ledwie dwie godziny jazdy. I co z tego, skoro my – w Bawarii, bo Duldung. Rzesza urlopowiczów wydawała grube pieniądze na zamki i muzea, my wśród nich. „Powinieneś być szczęśliwy” – mówił rozsądek. Słuchałem, ale jakoś nie wpadało w ucho.
Częste wizyty u Frau Zorn ostatecznie nas uziemiły: paszportów prędko nie będzie, na pewno nie w tym roku. Skoro tak, należy wziąć Bawarię w pełni.
Lech między Dessau a Schongau kusi nie tylko z wysokiego brzegu. Często widzieliśmy spływy kajakowe. Dlaczego nie my? Alina bała się głębokiej wody, ale dała się namówić. Skłębiony nurt spod zapory wyglądał niewinnie. Rzeka po minięciu przeszkody zaczynała nowe życie. Drżenie pontonu pod stopami mówiło więcej niż przewodnik. Po paru setkach metrów pluskot przerodził się w szum. Przed zakolem – wysepka. Z prawej rwący nurt i wystające głazy, z lewej głębiej, za to gałęzie. Wybrałem ryzyko rozdarcia. Prąd porwał, odbiło nas, zaczęło kręcić. Pod tyłkiem czułem kamienie, wiosłem mijałem co większe. Przełom minęliśmy. Podłoga cała, ale Alina – blada, z palcami zaciśniętymi na drzewcu – bez głosu.
Dobiłem do kamienistej wysepki. Dopiero na brzegu wydobył się krzyk:
– Nigdy więcej do tego cholernego pontonu!
Usiadła, schowała głowę między kolana i szlochała. Otaczała nas z jednej strony skarpa, z drugiej głębina. Musieliśmy płynąć dalej. „Najgorsze za nami” nie przekonało jej, dopiero potwierdzenie od grupy kajakarzy. Reszta spływu przebiegła spokojnie. Tyle że ponton do końca sezonu już nie wypłynął – piwnica przyjęła go jak starego znajomego.
A my uczyliśmy się dalej: obywatelstwa codzienności, gramatyki przetrwania i delikatnej sztuki ironii – tej, która pozwala przełknąć to, czego zmienić się nie da.
Schreibe einen Kommentar