Gdy pogoda psuła wycieczkowe plany, jechaliśmy do V-Marktu. Samoobsługowa kraina obfitości: człowiek mógł chodzić godzinami i wciąż mieć wrażenie, że niczego jeszcze nie widział. Po zakupach spożywczych rozdzielaliśmy się: Alinę wciągały kosmetyki, mnie – narzędzia, wiertła, frezy. Olbrzymie możliwości, wszystko dostępne, aż się chciało naprawiać nawet to, co działa.

Przy stoisku Boscha usłyszałem podekscytowane głosy rodaków. Obmacywali najnowsze wiertarki z nabożnym skupieniem. Zachwycali się tak, że nie miałem odwagi podejść – trudno przeszkadzać komuś na prywatnym nabożeństwie.

Przy wyjściu Alina kiwnęła głową w stronę żywo gestykulującej grupy.
– To Polacy. Zaczepiłam ich.
– Widziałem przy boschowskich cackach. Podniecenie jak na defiladzie.
– Też mieszkają w Schongau. Dali adres.
– Nowi?
– Widać. I mili.

Wieczorem poszliśmy. Drzwi wejściowe stały otworem, polifonia rozmów niosła się z góry. Zapukałem do pierwszych drzwi: stół, półlitrówka, paluszki, wesołe towarzystwo.
– Szukamy… małżeństwa z dziewczynką.
– Same małżeństwa. Z dziewczynką – obok.
Do trzech razy sztuka – w końcu trafiliśmy.

– Cześć! Niełatwo was tu namierzyć.
– Cześć, cześć!
– Sporo rodaków.
– Trochę za dużo. Tu się nie „gada”, tu się baluje do nocy. Dzieci nie śpią.

Dwaj bracia, Marian i Jurek Czerniawscy – drukarze z Warszawy – przyjechali autami przez Wiedeń. O szczegółach podróży mówili ostrożnie. Wystąpili o azyl, chcieli zostać. Łączyło nas przynajmniej jedno: niemiecki w wersji „podstawy w opracowaniu”. I właśnie to nas zbliżyło – nie kompleksy, tylko wspólna nauka.

Kurs niemieckiego zorganizował się niemal sam. Prowadził go nauczyciel ze szkoły zawodowej – z zapałem i społecznie. Jego bezinteresowność udzielała się nam. Spotykaliśmy się dwa razy w tygodniu, wieczorami. Z lekcji na lekcję coraz pewniej składaliśmy pierwsze zdania, które Niemcy rozumieli bez domyślania się w trzech krokach.

Grupa rosła: murarz, spawacz, małżeństwo lekarzy, mechanik, lakiernik, „nowa żona starego emigranta”, nawet zgrabna dziewczyna, która szczęścia szukała najpierw we Włoszech jako modelka. Z Czerniawskimi szybko złapaliśmy kontakt – fotografia nas połączyła. Marian i Jurek mieli oko i, z racji zawodu, sporo do powiedzenia o kolorze. Jurek rysował, uwielbiał jeździć, majsterkować. Dzięki nim poznałem Władzię, żywiołową kierowniczkę Photo Porst w Weilheim – mówiła po polsku z lekkim ukraińskim akcentem i obiecała pomoc w urzędach. Skorzystałem szybciej niż planowałem. A przy okazji wymieniłem „Zenita” na używaną „Yashicę” (dopłata 50 DM – bolesna, ale uzasadniona).

Z drżeniem rąk otwierałem list z Johannesburga. Decyzji o przeprowadzce jeszcze nie podjąłem, ale i odmowy się nie spodziewałem.
Grzeczne pismo: inżynierów mojej specjalizacji RPA nie potrzebuje.
Staszek z Port Elizabeth zadzwonił po dwóch tygodniach. Z prezesem miejscowej Polonii ustalił to, czego nie napisano: „solidarnościowcy” nie są mile widziani. Po jego komentarzu – „rozrabiaków nie chcą” – zrobiło się jasne, że porządek białych ludzi nie lubi drgań.

Z Belgii przyszła odpowiedź przez Zosię: pobyt zależy od zezwolenia na pracę, a zezwolenie – od znalezienia pracodawcy, który podpisze umowę. Uwaga końcowa III Sekretarza: „rynek pracy jest mocno nasycony, możliwości imigracji znikome”. Uprzejmie, elegancko i bez złudzeń.

Miasto stroiło się do świąt: gwiezdne łuny, aromat grzanego wina, pakunki jak z bajki. Czy ktoś z tego tłumu mógł nas pocieszyć? Nie miałem gdzie schować rozczarowania. Myślałem, że to już dno. Nie – przyszło 13 grudnia i pokazało, jak wygląda prawdziwy brak podłogi.

Stanęliśmy nie na rozdrożu, tylko w martwym punkcie. Skazał nas na trwanie przypadek – albo konsekwencja dotychczasowych wyborów, co w praktyce bywa tym samym.

Długi spacer polami zaprowadził nas do szopy pod lasem. Siana na wigilijny stół szukaliśmy wśród obcych łąk – organizacja godna ciepłego kraju, tylko temperatura nie współpracowała. Atmosferę świąt zdominował lęk: własny los i myśl o bliskich w kraju. Jedyna chwila wzruszenia zmieniła się w niesmak. Podczas watykańskiej transmisji zachwycałem się Papieżem, a Zygmunt rzucił:
– Wiesz, tutaj niektórzy mówią, że to „ein Schauspieler”.
– Co to znaczy?
– Aktor. Taki, co robi na pokaz.
– Zygmunt, lepiej przestań.
– To nie moje słowa.
– Tym bardziej nie powtarzaj.

Krysia zgasiła ogień, wołając do stołu. Resztę zrobił koniak. Sylwester też udało się przeżyć bez tematów zapalnych: tańce, sport, pierwsze w życiu rakiety. Noworoczny kac nie zdołał zagłuszyć kalendarza. Nie mogłem nawet – pierwszy raz od lat – złożyć ojcu imieninowych życzeń osobiście.

Władzia coraz częściej przyjeżdżała do Schongau pomagać azylantom. Nie wnikałem, na ile z humanitaryzmu, na ile „przy okazji” – w odróżnieniu od Krysi działała szybko i z sercem. Poprosiłem o wsparcie przy formalnościach; azyl jawił się jako jedyne racjonalne rozwiązanie. Innego wyjścia nie było widać.

Kierowniczkę urzędu ds. obcokrajowców, Frau Zorn, znaliśmy z wcześniejszego przedłużania wiz. Teraz zaskoczyła nas negatywną reakcją. Owszem, mamy prawo złożyć wniosek, ale ona zdecydowanie odradza. Obrazy przepełnionych obozów snuła z wprawą. Rozważałem, czy nas po prostu nie spławia, aż padł argument ostateczny: po złożeniu wniosków władze polskie nie wpuszczą nas już nigdy do kraju. Alina zakryła twarz dłońmi i popłakała się jak dziecko.

Ostatnia deska ratunku okazała się nie do przyjęcia. Wtedy Frau Zorn – może poruszona, może pragmatyczna – zaproponowała kompromis: zamiast azylu „Duldung”, czyli „tolerowanie”. „Zaświadczenie o odroczeniu przymusowego wydalenia” – brzmi jak wyrok w zawieszeniu – dawało jednak stabilizację. Co trzy miesiące przedłużenie, zakaz opuszczania Bawarii. Daleko od ideału, ale „jak się nie ma, co się lubi…”.

I tym tymczasem zaczęliśmy żyć. Jak to z tymczasami bywa – wystarczył na dłużej, niż planowaliśmy.