Po przekroczeniu granicy wjechaliśmy do Bayerisch Eisenstein. Wypoczynkowe miasteczko, pogrążone w absolutnym śnie, nie zwróciło na nas najmniejszej uwagi.
Maluszek sunął po gładkim jak stół asfalcie ciszej niż zwykle, jakby i jego onieśmielał nocny spokój. Światło latarni podkreślało nienaturalną równość chodników; cienie drzew układały się na „odkurzonym” dywanie drogi. Białe pasy prowadziły nas bezbłędnie — nawet GPS nie miałby nic do roboty.
Świtało. Idealna pora do ruszania w drogę, najgorsza po nocnej jeździe. Znalazłem postój i dwie godziny drzemki wystarczyły, by „wstać z martwych”. Prostując kości, zauważyłem na poboczu rozbity dwuosobowy namiot. Tablice auta obok nie pozostawiały wątpliwości: rodacy. A nawet ci sami: KAC — Katowice.
Monachium wolałem ominąć. Bocznymi drogami krążyliśmy dookoła wielkiego miasta, płacąc za ten luksus czasem i zmęczeniem. Zestaw: maluch i przyczepa niemal jego rozmiarów przyciągał spojrzenia. Z wyszukaną kurtuazją wpuszczano nas na pas, ustępowano drogi — cywilizacja naprawdę bywa wygodna, czasem aż do przesady.
Napięcie rosło. Przemierzałem kraj, który od dawna pachniał mi obietnicą. Wille nad Starnberger See przewyższały marzenia o beztrosce. Białe żagle pochylały się nad taflą; wyglądało to jak pocztówka, tylko bez napisu. Na stacji, gdy za piętnaście litrów zapłaciłem 22 marki, uświadomiłem sobie, że aby stanąć tu na dwóch nogach, trzeba czymś więcej niż zachwytem. Portfelem na przykład.
Do Peiting dotarliśmy w południe. Po paru nieudanych próbach przestałem pytać o adres. Krążyłem bezradnie, aż przy nieruchliwym skrzyżowaniu wypatrzyłem budkę telefoniczną. W słuchawce dźwięczał monotonnym tonem sygnał — najwyraźniej rzeczywistość miała inne zajęcia. W salonie mitsubishi sprzedawca rozłożył mapę i powtarzał z anielską cierpliwością jedno: Richtung Füssen. Dopiero żółty drogowskaz z czarnymi literami „Füssen 31 km” olśnił mnie definitywnie. Kierunek — też kierunek.
Na osiedlu domków jednorodzinnych panował obiadowy bezruch. Wiedziałem z listów, że jesteśmy blisko. Samochód z czerwonym napisem „Fahrschule” krążył dziwną trajektorią. Zamachałem kartką z adresem. Z auta wyskoczyła blondynka i… zaczęliśmy biec ku sobie jak w filmie, tylko bez muzyki. W tle — ośnieżone Alpy, bardziej imponujące niż Tatry z Poronina. Powietrze ostre, napięcie jeszcze ostrzejsze.
— Nareszcie! — krzyknęła Krysia. — Wczoraj czekaliśmy całe popołudnie.
— Cześć! — powiedziałem, w pierwszej chwili nie poznając. — Prawo jazdy?
— Tak. Tłumaczenie instruktorowi, czemu urywam lekcję, poszło zaskakująco łatwo.
Minęły tylko dwa lata, a Krysia jakby spoważniała. Dżinsy, bluzka — świetnie, ale w oczach cień ostrożności. Mieszkali w szeregowcu z widokiem na góry: wykładziny, taras, zmywarka, łazienki na każdym poziomie. Nyskie mieszkanie było fajne, ale to — choć cudze — wygrywało w każdej kategorii. Dostaliśmy całe poddasze; metraż większy niż nasze M-2. Przez parę dni mieliśmy być bogatsi o przestrzeń.
Następnego dnia zadzwoniłem do Zbyszka do St. Étienne. Uprzedziłem go wcześniej listem — zakamuflowanie jasno: chcę zostać. I może jakieś zatrudnienie, tak jak kiedyś?
Głos znajomy, wiadomość mniej. Kryzys. Pan E. splajtował, bezrobocie rośnie. Pracy brak. Rada: zostań w Niemczech, tu łatwiej o pomoc. We Francji Zbyszek nie zagwarantuje niczego — nawet dobrej pogody.
W moim starannie zaplanowanym scenariuszu nie było tej sceny. Powrót? Nie. Dalej na Zachód? Po co. Niemcy? Języka nie znam i — delikatnie mówiąc — nie kocham. Ale u szwagra przecież nie będziemy wiecznie; a gotówka, według zaświadczenia, to 311 USD, 90 DEM, 150 FRF — w Polsce majątek, tu bilet miesięczny i dwa obiady.
Ostrożność mogła poczekać. Słońce obiecywało lato, a my siedzieliśmy w jednym z najpiękniejszych miejsc Bawarii. Monachium, Ga-Pa, jeziora, góry; Austria pół godziny stąd. Sklepy jak Peweksy po sterydach, samochody jak z folderów. Tankowania bolały, ale maluszek nie miał prawa stać: przybyliśmy, by jeździć.
Zygmunt co pewien czas „uprzejmie” dopytywał o naszą przyszłość. Niby troska, faktycznie zegar gościnności tykał coraz głośniej. Wreszcie przyniósł wiadomość: firma budowlana szuka ludzi.
Mój niemiecki ograniczał się do „Guten Tag” i „Richtung Füssen”, więc potrzebowałem tłumaczki. Krysia po dwóch latach radziła już sobie dobrze — nieśmiałość po ojcu wciąż jednak wracała. Mimo to ruszyliśmy.
W kadrach Hafenmeier u. Hölzle przyjęto nas biurokratycznie uprzejmie. Krysia przedstawiła się jako lekarka, dodała, że mąż pracuje w lokalnym szpitalu. Ja — mgr inż. konstruktor; Alina — kreślarka. Urzędniczka spojrzała z rezerwą. Dla nas nie było nic. Krysia nieśmiało nalegała: podobno kogoś szukają. Owszem — robotników drogowych. Czy na pewno tego chcemy?
Chcieliśmy. A właściwie — nie mieliśmy wyboru.
„To ciężka robota” — uprzedziła. Formularze, numer konta, podpis i… jutro zaczynam.
Przypomniały mi się napomnienia mamy z podstawówki: „Nie będziesz się uczył, to kamienie na szosie będziesz tłukł”. Życie lubi pointy. Pocieszałem się, że „tłuc” za miesięczną pensję równą rocznym zarobkom projektanta nie brzmi aż tak groźnie.
O świcie wsiadłem do busa. Majster — Niemiec, reszta załogi: trzech Turków, dwóch Jugosłowian. Porozumiewali się dialektem, który miał gramatykę złożoną wyłącznie z bezokoliczników.
Dostałem łopatę — podstawowe narzędzie inteligenta. Po pięciu minutach „machania” miałem dość. Podszedł Turek, twarz jak z podręcznika do uprzedzeń, i z politowaniem pokazał mi, jak używać kolan. Niewielka zmiana, a ratowała ręce i godność.
Kapo — jak wszyscy mówili na brygadzistę — zasuwał jak walec. Okazało się, że nie na pokaz: on tak zasuwał zawsze. My też musieliśmy.
Nasza specjalność: asfalt. Lipcowy upał, 30°C w cieniu, czarna maź lepiąca się do wszystkiego, wyziewy zatykały oddech. Okulary spływały potem, buty musiały być specjalne. Dziesięć godzin dziennie. Do domu wracałem na czworakach: jeść i spać. W odróżnieniu od dowcipu o górniku, który po szychcie nie chce kolacji, tylko żonę — ja wolałem kolację. Po tygodniu adaptacja zaczęła działać. Życie wracało.
W połowie miesiąca Krysia z dziećmi i Zygmunt wybrali się do Włoch. Nową „Jettą”, po długich, demokratycznych konsultacjach: Opel? Ford? A może Mercedes? Wygrał Volkswagen, bo był najbardziej niemiecki.
W międzyczasie przyjechali rodzice. Paszporty mieli zawsze bez kłopotu — z celnikami też w zgodzie. Przywieźli z depozytu wiertarkę i „drobiazgi”: garnki, książki, powiększalnik, bieliznę, kurtki, a nawet narty. Powitanie jak po latach. Troska o moją przyszłość — jak zawsze.
— We Francji pracowałeś w czystym kombinezonie. Wyglądałeś jak człowiek — westchnęła mama.
— Nadal tak się czuję, mimo brudnych rąk.
— Nie o ręce chodzi, tylko o…
— O przyszłość? Uczę się języka.
— W tym tempie, do emerytury zdążysz.
Racja. Podczas przerw zerkałem w rozmówki. Z brygady śmiano się: „Niemieckiego? Ty się ucz bawarskiego!” (Du muassd Bairisch lern’!).
Na Śląsku gwara była do żartów i odświętności. Tu — do wszystkiego. Rzemieślnik, sprzedawca, lekarz — wszyscy „godali”; poprawną niemczyzną posługiwano się z obowiązku albo z musu. A „Preuße” nie był komplementem.
Po powrocie Krysi emocje wybuchły na nowo. Zygmunt załatwił niemieckie obywatelstwo dla całej rodziny. Rodzice mieli nagle córkę Niemkę — trudne zdanie do wymówienia.
Goście pomogli rozładować napięcie: znajomi lekarze ze studiów, Staszek z żoną i córeczką. Przyjechali z przyczepą — baza w Peiting, cel dalej. Staszek, skromny z pozoru, był zaradny i zorientowany. W piwnicy urządził biuro, pisał listy, analizował rynek. RPA wygrała z Niemcami z powodów… organizacyjnych i ambicjonalnych.
Zostawił mi sporo adresów i wskazówek, m.in. do polsko-amerykańskiego komitetu emigracyjnego w Monachium. Stefan jeszcze w kraju powtarzał: „Francja? Jedź dalej: RPA, Australia — tam jest przyszłość”. Nie planowałem takiej egzotyki, ale ciekawość wygrała.
W biurze na Zweibrückenstraße — polski język, chłodne przyjęcie. „Ma pan czterdziestkę na karku. Tam potrzebują młodych. Bez języka — ryzyko”.
Opcje: USA, Kanada, Australia, półoficjalnie RPA. Okresy oczekiwania różne, najkrócej Australia. Warunek: opiekun — osoba lub instytucja, która finansuje i gwarantuje pracę. Formularze w rękę, rada na wynos: zgłoście się po azyl.
Wyszedłem z mieszanką godności i upokorzenia. Wyższe wykształcenie, praktyka, a czuję się jak na targu — niewolnik, którego obchodzi tylko to, by ktoś w ogóle kupił. Alina milczała. Chciała tylko wyjść.
Księgowy z firmy zaproponował nam dom w Hohenfurch: ponad 100 m² i garaż za niewielki czynsz, pod warunkiem, że sam odmaluję ściany i odświeżę łazienkę.
Alina stanowczo odmówiła: bała się wsi, a i tak czuła się odcięta od świata. Zależało jej na bliskości Krysi.
Padła druga propozycja: firmowa garsoniera w Schongau — pokój z wnęką kuchenną i łazienką. Luksusowo umeblowana, dla jednej osoby, ale „w drodze wyjątku” moglibyśmy się wcisnąć. Jedyny haczyk: czynsz 269 DM, dla nas astronomia. Z ulgą przyjęliśmy astronomię zamiast dalszych „uprzejmości” Zygmunta, którego największą troską o integrację była nieustanna walka z językiem polskim w domu.
Schongau West: osiedle na polodowcowej skarpie, zielone krzewy, czyste uliczki, nazwy z jednego klucza — kompozytorzy. Pod adresem Johann-Sebastian-Bach-Straße 11 pierwszy raz poczuliśmy się u siebie.
Na budowie przypadły nam krawężniki. Betonowe bloki dźwigane we dwóch specjalnymi „szczypcami” szybko wyjaśniły mi, gdzie mam łokcie. Po tygodniu ból wyłączył mnie z dźwigania. Majster odstawił do łopaty. Dwa dni później list z dyrekcji: z powodu braku zleceń firma wypowiada umowę. Ostatni dzień za tydzień.
Nie rozpaczałem. Wiedziałem, że długo asfaltu nie wytrzymam. Mieszkanie mieliśmy, oszczędności na kilka miesięcy — też.
Ojcu w BMW padły przednie amortyzatory. Na złomowisku tanio zdobyłem całe zawieszenie. Majsterkowanie wciągało; najwięcej zabawy było ze sprężynami. Staszek patrzył i orzekł: w RPA otworzyłbyś warsztat i żył jak pan. Biały mechanik — zawód z przyszłością.
Wypełniłem formularz, dopisując od siebie solidarną przeszłość — nie przypuszczałem, że to może być klucz.
Zygmunt sprezentował rodzicom swojego fiata 125p. Problem logistyczny: wracają dwoma autami. Mama miała prawo jazdy, ale praktykę — kierowania z fotela pasażera. Zostałem instruktorem na polnych drogach. Nerwów dużo, efekt umiarkowany. Ustaliliśmy: my ze Staszkiem odprowadzimy auto do granicy; dalej — jakoś dadzą radę.
Pojechaliśmy trzema samochodami. Na przejściu celnym ustawiliśmy dwa w kolejce, a ja — za radą Staszka — maluszka zostawiłem na przydrożnym wzgórku. Kiedy wracałem pieszo do rodziców, podjechała straż graniczna. „Paszport.” Oddali… i odjechali z dokumentem. Mrówki przeszły mi po kręgosłupie.
Mama, choć znała niemiecki gorzej niż ojciec, w sytuacjach kryzysowych potrafiła cuda. Wyjaśnienia trwały. Podejrzewano, że chcę wracać do PRL. Żelazna kurtyna pulsowała mi przed oczami — nie było takiej siły, bym ją przekroczył.
Po telefonie do urzędu w Schongau oddano paszport z adnotacją i pieczątką. Ojciec domyślił się: potwierdzenie kontroli i daty — nic groźnego. Mama uspokoiła się dopiero po dwukrotnym przekroczeniu granicy — każdym autem osobno. W duchu miałem żal do Staszka: on miał taki sam paszport, a nikt go nie zatrzymywał. Uzasadnienia miał świetne, ale niesmak pozostał.
Lato się kończyło. Emocje zwalniały, rzeczywistość korygowała marzenia, ale optymizm trzymał fason. Myślałem też o Belgii — z uwagi na język. Poprosiłem Zosię, by napisała w moim imieniu do ambasady; sam nie chciałem „chwalić się” pobytem w RFN.
Zwiedzaliśmy Bawarię coraz większymi kręgami, a majątek topniał jak śnieg w maju. Zbyszka poprosiłem o przelanie reszty franków z francuskiego konta — trzysta z hakiem. Starczyło na oddech.
Z biura emigracyjnego wynieśliśmy jedną praktyczną wskazówkę: gdzie szukać wsparcia finansowego.
W Starostwie w Schongau, na drugim piętrze gmachu z epoki — być może — rzymskiej, mieścił się Urząd Socjalny. Dębowe schody skrzypiały pod każdym krokiem, kolejka skrzypiała spojrzeniami.
Krysia, bardziej zdenerwowana niż my, zapukała i weszła jako tłumaczka — „przypadkowa”. Kierownik słuchał chłodno, ale życzliwie. Rumieniec na policzkach siostry pojawił się, gdy usłyszała komplement o niemieckim „jak na dwa lata”. Pomogło.
Wypełniliśmy kwestionariusze, załatwiliśmy meldunek. Po tygodniu pieniądze na koncie: 830 marek. Pomoc przekraczająca nasze marzenia.
Przyszłość znów wyglądała jasno — choć zauważyłem, że szkła różowych okularów zaczynają blaknąć. Umiałem udawać sprytnego, co wykorzysta system; w środku czułem, że to kosztuje — przede wszystkim mnie.
Schreibe einen Kommentar