Przestałem się bać.
Mimo mieszanych uczuć wobec jutra, które towarzyszyły narodzinom „Solidarności”, byłem pewien, że powrotu do przeszłości nie będzie. Mogły nadejść trudne czasy, ale nie — strach przed władzą.

Gdy znów odmówiono mi paszportu, zareagowałem ostrzej. Napisałem odwołanie do Biura Paszportów MSW w Warszawie, kopie wysłałem do Rady Państwa i do sejmowej Komisji Skarg i Wniosków.
Byłem przygotowany na tę samą, bezprawną formułkę, którą dostawałem od lat: „Na podstawie art. 4… decyzję utrzymano w mocy. Decyzja ostateczna.”
Wiosną ’81 wiedziałem jednak, że władza ma większe zmartwienia niż blokowanie wyjazdów. Myślałem nawet, że moja aktywność w Związku może paradoksalnie pomóc: skoro ktoś „sprawia kłopoty”, to może lepiej go wypuścić? Uwierzyłem, gdy z Kancelarii Rady Państwa przyszło pismo o przekazaniu sprawy do MSW — i faktycznie, wkrótce dostałem paszport.

Alina swój miała od dawna. Nie cieszyła się jednak jak ja. To nie miał być zwykły urlop. Za każdym razem, gdy mnie odmawiano, we mnie twardniała decyzja wyjazdu na zawsze. Alina nie znała Zachodu, nie chciała zostawiać rodziny, bała się rozstań.
Mnie nie powstrzymywało nic. Nienawiść do ustroju sięgnęła szczytu, finansowy marazm przygniatał, a Irena wygrywała kolejne sprawy o alimenty.
Postanowiłem: wyjeżdżam. Alinie nie zostawiłem właściwie alternatywy. Przygotowałem ją nawet na wariant, w którym — gdyby mi odmówiono — pojedzie sama do RFN-u.

Wszystko miało wyglądać jak zwykły wyjazd wakacyjny. Bałem się, by jakiś nierozsądny ruch w ostatniej chwili nie pogrzebał planu.
Alina miała książeczkę mieszkaniową na M-3. W normalnych okolicznościach oznaczałaby powiększenie przestrzeni życiowej. Teraz — likwidację wkładu. Wyplata tuż przed wyjazdem mogła budzić podejrzenia, ale zaryzykowaliśmy.
Za te pieniądze kupiłem na giełdzie nową przyczepę turystyczną Predom. Sprzedawca odstawił ją do garażu Zosi w Ligocie. Oglądałem nasz zestaw: lśniący maluch, dziewicza przyczepka… i zardzewiałe felgi. Parę szczotek drucianych później — było jak trzeba.

Zrobiliśmy surową selekcję bagażu. Bałem się szczegółowej kontroli: żadnych „podejrzanych” rzeczy poza sprzętem turystycznym i osobistymi. Nie potrafiłem tylko zrezygnować z najlepszych powiększeń fotograficznych — trafiły na samo dno przyczepy, liczyłem, że celnicy tam nie dotrą.
Została jeszcze kwestia mieszkania. Odstępując je, moglibyśmy dobrze zarobić, ale taki ruch tuż przed wyjazdem był proszeniem się o kłopoty. Zostawić M-2 bez opieki też nie wchodziło w grę.
Iwona, młodsza siostra Aliny, od lat marzyła o własnym kącie; miała narzeczonego i plan ślubu. Zdecydowaliśmy się „wspaniałomyślnie” pomóc — i przy okazji zabezpieczyć nasz dobytek. Spisałem dokument: jako główny lokator przekazuję mieszkanie do dyspozycji pani Iwony X.
W pracy musiałem zostawić porządek: sprzęt foto-film, chemikalia, materiały… Zorganizowałem inwentaryzację z zaufanymi kolegami, przekazałem pracownię i zacząłem odliczać dni.
Rozstanie bolało. Miałem tu wszystko: pracę, która była pasją, warunki, perspektywy, dobre relacje i satysfakcję. Rezygnowałem z tego za wolność, która czekała po drugiej stronie.

Dzień wyjazdu tuż-tuż. Rano zadzwonił dzwonek. Pomyślałem, że zapomniałem wystawić butelki mleka. Za drzwiami stał milicjant z poleceniem doprowadzenia na komisariat. „W jakiej sprawie?” — nie wiedział.
Nie sądziłem, że ktoś nas „wsypał”. Raczej sprawa związkowa: niedawno z Wojtkiem z Zieleni zorganizowaliśmy ostrzegawczy strajk w naszym oddziale. Za coś takiego jednak dotąd nikogo nie brano.
Udało mi się wybłagać dwie godziny: „pilna robota”. W pracy uprzedziłem kolegów — w razie czego mieli interweniować.

Do szarego budynku wchodziłem nabuzowany. Rok wcześniej pewnie byłbym potulniejszy; teraz czułem za plecami miliony. Gdyby mnie przymknęli — zostałbym bohaterem.
Facet wyglądający na węglarza zażądał dowodu.

— Co pan ma tu do powiedzenia? — rzucił.
— Nie przyszedłem rozmawiać z cywilem.
— Jestem milicjantem!
— Nie widzę tego. Proszę o dyżurnego oficera.

Zagrałem ostro — i potraktowano mnie poważnie. Wszedł „przepisowy” funkcjonariusz.

— O co chodzi?
— Sprawa dotyczy wypadku.
— Jakiego?
— Kolizji w Prudniku sprzed roku.
— To sprawa PZU.
— Chodzi o wyjaśnienia.
— To czemu takie „zaproszenie”?
— Nie reagował obywatel na wezwania.
— Nieprawda. Nic nie dostałem.
— Jeśli tak, przepraszamy. Przejdźmy do rzeczy — podobno się panu spieszy.

Rzeczywiście, zdążyłem zapomnieć. Po zaręczynach wracaliśmy dwoma autami do Nysy. Rodzice z tyłu w swoim BMW trzymali dystans. Na wyjeździe z Prudnika stojący przy poboczu fiat 125p nagle ruszył, chcąc zawrócić. Nie zdążyłem wyhamować — prostopadłe „stuk”. Nikomu nic, maluch lekko wgniotł błotnik, duży fiat — swoją przerdzewiałą listwę.
Drogówka spisała protokół, wskazując winnego, świadkami byli rodzice. Później — o czym nie wiedziałem — wezwano ich do komendy. „Nic nie widzieli.” Kierowca 125p okazał się wojskową szychą i próbował zrzucić winę na mnie.
Złożyłem więc wersję wydarzeń raz jeszcze. Sprawa nic już nie znaczyła, a przykrość miałem nie do milicji, tylko do rodziców. Nawet jeśli nie widzieli, mogli powiedzieć, jak było — czy tak się bali?

Pożegnania trwały pół dnia. W Siemianowicach nie mogliśmy wyjść z mieszkania. Gorycz łagodziły tylko rozpromienione twarze Iwony i jej chłopaka.
W Ligocie — jeszcze trudniej. Ciocia Cesia kryła wzruszenie, Zosi w oczach kręciły się łzy, Stefan — jak zwykle — ratował się dowcipem. Dzieci robiły głupie miny, nic nie rozumiejąc. Alina szlochała, ja robiłem ostatnie zdjęcia.

W Nysie czuwała cała rodzina. Co chwila ktoś zaglądał przez okno: czy nikt nie dobiera się do załadowanej przyczepy? Każde szczeknięcie psa stawiało nas na baczność. Nawet seks nie uspokajał. Jak zwykle — zasnęliśmy dopiero nad ranem.
Wyjazd zaplanowany na świt nastąpił w samo południe. Znowu płacz, błogosławieństwo, zdjęcia i w drogę. Cztery migacze rozświetlały przestrzeń, do której nie wiedziałem, czy kiedykolwiek wrócę. Ujadanie foksteriera odprowadziło nas do skrzyżowania.

Dzień zapowiadał upał. Z kilometra na kilometr opadały emocje, rosło napięcie przed odprawą. Maluch miał spokój w naturze: dzielnie wciągał przyczepę na wzniesienia i prostował jej humory na wybojach.
Nagle przypomniałem sobie, jak po Francji celnicy przesłuchiwali moje kasety.
W pośpiechu zacząłem szukać tych „ryzykownych”. Wziąłem wszystko, bez selekcji — wśród nich była ta z gorącym nagraniem „Solidarności” z Bydgoszczy. Z ciężkim sercem skasowałem. Dorzuciłem na wszelki wypadek świeże „60 minut na godzinę”.

Na granicy w Słonym — standard: czekanie, kontrola, cały bagaż na ławki. I mój skarb: wiertarka Boscha, sprytnie schowana przy kole zapasowym. Tłumaczyłem, że narzędzie pracy, niezbędne przy awarii. Bez skutku — depozyt. Do kompletu: włocławski wazon i kanister z benzyną. Namiot zaplombowano, przyczepę wpisano do rejestru rzeczy wywożonych.
Odpuściłem. Do czego jeszcze mogli się przyczepić? Do paru mielonek? Pół litra miodówki? Mógłbym poświęcić nawet zdjęcia — byle przejść. Celnicy jakby wyczuli rezygnację i skończyli grzebać. Ruszyliśmy.

W Náchodzie wpadłem na pocztę: wysłać rodzicom pokwitowania, żeby szybciej odebrali depozyt. Nie znałem czeskich nazw, ale pani w okienku najwyraźniej miała słabość do Polaków — poszło gładko.
Za Hradcem stanęliśmy. Wciąż gorąco, ale napięcie spadło. Wysiadłem i poczułem lekki podmuch wolności. Woda w przydrożnej gliniance kusiła. Stroje kąpielowe zaginęły po odprawie — tym lepiej. Przejrzystość sprzyjała swobodzie ruchów, a gdy Alina dołączyła, fale dostały pretekstu do żywszego plusku.

Praga minęła bez kłopotów. Po drobnych zakupach zostało 110 koron na paliwo — trzeba było jechać oszczędnie. Nocny chłód niewiele pomagał: rozgrzany maluch na najwyższych obrotach robił południe o każdej porze. Alina miała dość — nie upału, lecz huku i wstrząsów, gdy przyczepa dobijała.
W Pilźnie pomyliłem zjazd: zamiast Rozvadova — na Klatovy. Nie zawracałem; każda z tych dróg prowadziła do Niemiec. Kosztowało nas to jednak czas i kilka twardszych podjazdów.

Na granicy — cisza. Zostało parę metrów. Trząsłem się z zimna i emocji; serce waliło jak młot.
Z budki wyszło dwóch zaspanych mundurowych. Ich spojrzenia mówiły: „też żeście sobie porę wybrali”. Gdybym znał niemiecki, może dowiedziałbym się czegoś więcej.
Sprawdzili wizy, zajrzeli pod pokrywę przyczepy i machnęli ręką.
Zabolało mnie to lekceważenie. Byłem w najważniejszej chwili, na najważniejszej linii — wkraczałem do wolnego kraju. A oni tylko pomachali.