Na sylwestra pojechałem z Aliną do rodziców. Zapomniałem już, jak wyglądają noworoczne zabawy w Nysie — wydawało się, że beztroska została w innym ustroju. Na szczęście nic się nie zmieniło: poczucie humoru wciąż na miejscu, tylko młodzieży przybyło lat i tematów do wspominania.
Z Ligoty zjechała silna grupa. Zosia — znów „w stanie błogosławionym” — rozrabiała po staremu, Stefan dotrzymywał kroku, dzieci (Wiktorek i Jolanta) też nie odstawały. Pojawił się Mateusz z dopiero co poślubioną Edytą — świeżą modelką w widocznej ciąży. Na ich weselu w Monopolu bawiliśmy się tak, że orkiestra wyglądała na bardziej zmęczoną od gości.

Rodzice darzyli rodzinę Stefana szczerym zachwytem, który miał całkiem logiczne źródła: Stefan od początku potrafił stworzyć wokół siebie odpowiednio wzniosłą atmosferę.
Podniosły nastrój objął i Alinę — wreszcie została zaakceptowana także bez pieczątki „małżeństwo”.
Po hucznej nocy nikt specjalnie nie umierał na kaca (w Nysie obowiązywała wieloletnia odporność). Godnie zasiedliśmy więc do noworoczno-imieninowego stołu. Zamiast „Za tych, co na morzu” — „Za tych, co w Niemczech”, i melancholia wypełniała pokój na wspomnienie braku Krysi z małą Anielą.

Świąteczne napięcie pomału opadało. Alina — choć nie powiedziała tego wprost — czuła się urażona wigilią bez niej. Irena zaskakująco pozwoliła mi spędzić wieczór z dziećmi; uznałem, że trzeba korzystać. Łatwo przewidzieć, co by było, gdybyśmy zasiedli razem:
„Jak mogłeś moje dzieci posadzić przy stole z tą dziwką, która zabrała im ojca! To ostatni raz!!!” — i pewnie dotrzymałaby słowa.
Romantyczny wieczór z Aliną w przeddzień wigilii, opłatek, karp, dobre wino — nie zrekompensowały żalu. Nie wszystko leczy estetyka.

W Nysie starałem się zatrzeć skutki mizernego kompromisu. Nawet pomyślałem — po raz pierwszy bez odruchu ucieczki — o ponownym małżeństwie. Chwila trwała jednak wyjątkowo krótko.


Na Pierwszego Maja Alina urządziła przyjęcie na Kordeckiego. Drogowcy, najlepsze koleżanki, tace kanapek, my — od napojów wyższej jakości. Po toastach ruszyły tańce, chóralne śpiewy i wzmożona koleżeńskość.
Wtem dobra wiadomość: Zosia urodziła zdrowego chłopca. Miałem powód do kolejnych toastów i stary zwyczaj — gdy przekraczam swój limit, kładę się spać, choćby w kuchni. Zasnąłem, a impreza żyła własnym życiem: drzwi, śmiechy, szuranie, „pożyczam tylko korkociąg”.
Przebudziły mnie szept i przytulanie w futrynie. Marek „pocieszał” Alinę z empatią, którą trudno pomylić z neutralnością. Historia jak z Krakowa sprzed lat, kiedy po morzu alkoholu obudziłem się przy żonie w czyichś objęciach — i też zabrakło mi siły na reakcję.

Z urywków zdań wynikało jedno: Alina naprawdę chce ślubu. Nie męża — ślubu. Uświadomiłem sobie, że mój komfort „jeszcze pomyślę” może skończyć się z dnia na dzień. A jeśli Marek by zaproponował?… Zerwałem się z łóżka.

— Wystarczy na dziś! Kończymy! — ogłosiłem. Goście się rozpłynęli, Marek najsprawniej. Chwyciłem Alinę za ręce.
— Chcesz zostać moją żoną?
W jej oczach najpierw osłupienie, potem taka radość — i wdzięczność — że zrozumiałem, jak ważną podjąłem decyzję.

Spać się nie dało (dym z papierosów mógłby zasilić mgłę industrialną). Pojechaliśmy do Siemianowic.
Przy wieży telewizyjnej stał milicjant z latarką. Machnął — ja… zgasiłem światła i dodałem gazu. Maluch pomknął z górki jakby znał taryfikator.
— A jeśli zapisał numery? — spytała Alina.
— Powiem, że nie zauważyłem.
— Machał jak oszalały.
— Gdybym stanął, mógł chcieć „podjechać”. Wolę prawo jazdy zatrzymać dla siebie.


Pałac Ślubów: soboty zajęte na miesiące. Nie szkodzi — dzień powszedni też przyjmuje przysięgi.
Garnitur z jasnego kaszmiru uszyto przed terminem, kremowa kreacja Aliny z kapeluszem czekała w szafie. Najtrudniejsze były szpilki 34 — ale i one się znalazły.
Kolega-plastyk zrobił nietypowe zaproszenia: tekst po jednej stronie, po drugiej dwie osobne fotografie narzeczonych — ładny, nieco zuchwały detal.

11 lipca świeciło czyste słońce. „Małżeństwo biurowe” ściągnęło kolegów; wśród nich gubiły się nasze rodziny.
Pełną obsługę foto zapewnił mój współpracownik, więc o materiał byłem spokojny. Ceremonia — tradycyjna, ale Alina była tak wzruszona, że poczułem lekkie ukłucie winy: nie mogłem zaprowadzić jej przed ołtarz.
Podpisy złożyli świadkowie: Irena — siostra Aliny — i mój szwagier Zygmunt. Przyjęcie w mieszkaniu rodziców Aliny do wieczora, a potem „Variete Centrum”. Byłem. Miód — i nie tylko miód — piłem. Po brodzie ciekło.


Urlop planowaliśmy na sierpień. Biuro, w czynie społecznym, zaprojektowało stołówkę dla ośrodka ZSMP w Wilkasach; w zamian — domek i pełne wyżywienie na dwa tygodnie. Okazało się, że domek jest „czteroosobowy”. Miesiąc miodowy w wersji rozszerzonej — czemu nie.
Druga para: Stasia (znałem z zespołu konstrukcyjnego; nie mieściła się w stereotypie „kobiety-inżyniera”) i Zbyszek z GIG — ekonomista, o dziwo bez objawów urzędniczego zadęcia.

Umówiliśmy się o świcie za rondem. Punkt czwar­ta dwadzieścia — spotkanie, i jedziemy maluchami jak równy z równym. Zgodność dotyczyła wszystkiego — nawet miejsc postojów „na siusianie”.
Wilkasy przywitały nas zapachem żywicy i literami ZSMP, które wyjątkowo nie psuły widoku. Kierownik ośrodka okazał się człowiekiem czynu: motorówka dla dziewczyn, narty wodne dla chłopaków, kajaki, łodzie, sauna.
Wieczorami remik i regeneracja napojowa.
W planie — żaglówka. Na szczęście patent miałem ja, Zbyszek też, a i Stasia nie była nowicjuszką. Zostałem kapitanem bez konkursu.

Wzięliśmy prowiant i ruszyliśmy na Mamry. Po kanale Niegocińskim wygrała łąka — sielanka, trawa, słońce. Gdy trzeba było wracać, stanęliśmy na Darginie w szuwarach.
Komary zaproponowały zamiast remika boks w kilku rundach. Nad ranem łódka kołysała za bardzo, a burza była już w drodze. Alina nie pływa, wodę toleruje. Wracamy. Deszcz lał, wiatr niósł, ja ster trzymałem jakby ode mnie zależało trwanie RP. Przed kanałem wyskoczyłem z cumą — i efektownie wpadłem do wody w pełnym ubiorze. Napięcie opadło — razem ze mną.

Dwa tygodnie minęły jak w bajce. Pożegnanie ze Stasią i Zbyszkiem w Reszlu przy kiełbasie nad ogniem.
My — obowiązkowo nad morze. W Lidzbarku benzyna „na cud”, w Elblągu pięć litrów, w sklepach — pustki. Za to chleb i dżem truskawkowy zdobyte jak w dobrej grze terenowej.
W radio — już nie „przerwy w pracy”, lecz strajki. Wrzało.

Pamiętałem 1970: wtedy poszło o podwyżki i zarobki. Teraz żądania szły dalej. Nie wierzyłem, że Gierek dopuści do siły — a jednak: czy on jeszcze panował? Wschodni Brat nigdy nie lubił „odstępstw”. Historia podsuwała cztery obrazy: Poznań, Radom, Budapeszt, Praga.
Mimo to pojawiła się iskierka: może kolos jest bardziej z gliny, niż mówiono; może papież coś przesunął. Mnożyłem „może”, ale PRL nauczył, że cuda są od święta — i to kościelnego.

Na przedmieściach Gdańska pusto. Na bramie biała płachta z czerwonymi, ściekającymi literami: „STRAJK”. Kino wojenne zrobiło swoje — wyglądało to jak krew.
Na nabrzeżu w Gdyni — martwa cisza. Poczułem, że wakacyjny tryb życia to zły strój na tę scenę. Zawróciłem. Chcieliśmy „ukryć się” w Łebie, ale radio dość wyraźnie tłumaczyło, że lasy już mają gości w hełmach. Zawróciliśmy naprawdę.

Resztę urlopu spędziłem przed telewizorem.
Miałem w sobie mieszaninę zachwytu i lęku. Chciałem wierzyć, ale bałem się nawet pomyśleć, że to może się udać. Pyka negocjował i nagle go odwołano — wyglądało, jakby komuś nie zależało na spokoju. Wałęsa wrócił „nielegalnie” — dzienniki rozciągały ten wątek do rozmiarów kontynentu, jakby doradcy nie istnieli. Kto miał na tym skorzystać?
Nieważne: rodziło się nowe. Nie wiedziałem, jak długo pożyje, ale wiedziałem, że muszę stanąć po jego stronie. Pierwsza, może jedyna szansa.
Czułem ulgę: można mówić głośno. Zresztą i tak mówiliśmy — tylko teraz bez szeptu. I pewność, która nie wymagała dopowiedzeń: tego ustroju się nie zreperuje.


Koniec sierpnia — wracam do pracy.
Wydawało się, że trafiłem do nowego zakładu: teraz wszystko miało działać. Narodził się NSZZ „Solidarność”. Radość, porozumienia, euforia.
Organizujemy się w biurze błyskawicznie. Przewodniczącym — niestety partyjniak, ale „nasz”, towarzysko lubiany i język miał ostrzejszy niż niejeden opozycjonista.

Nie wszyscy w rodzinie byli zachwyceni. Ciocia Cesia do związków niezależnych nie zamierzała, a na moje antysowieckie tezy miała prosty kontrargument: „A Niemcy? Dziadka zamordowali Niemcy. Ojciec cudem wyszedł z ich więzienia”.
Kochałem ciocię i wiedziałem, że mówi też strachem: w końcu to „Ruscy” kazali jej opuszczać Lwów w przeciwnym kierunku.
Rozczarował mnie Stefan. Zawsze pierwszy do dowcipów o partii, a teraz — z boku. Karol (gabinet po ojcu) miał „układy”, Mateusz miał teścia wysoko w wojsku — rozumiem. Ale Stefan?

Ogólny optymizm trwał, jednocześnie wszystko wciąż toczyło się starymi torami. Gierek odszedł. Pamiętam jego twarz z plenum — blady, drobny. Żal nawet mignął, ten ludzki.
Kania nie porwał. „Im gorzej, tym lepiej” nikt nie drukował, ale wszyscy szeptali. Dziesięć milionów ludzi chciało współdecydować, Partia udawała, że nie widzi.

Dowiedzieliśmy się po czasie, że Wałęsa był w Katowicach — nasz przewodniczący wiedział, ale nie powiedział. Zaczęliśmy rozumieć, skąd wieje wiatr. Odwołać można go było tylko przez Wojewódzki Zarząd, więc rozpocząłem pielgrzymkę po schodach willi Solidarności — piętra pełne dobrej woli i twórczego bałaganu.
Ktoś z Zarządu, niewyspany, opowiedział z przekąsem: sekretarz Żabiński miał powiedzieć, by dać nam „najwspanialszą willę, bo luksus niejedną władzę zdemoralizował”. Trudno o bardziej pouczającą życzliwość.
Po paru podejściach zdołałem zorganizować zebranie z udziałem wojewódzkiego działacza. Nasz przewodniczący odpadł.
Trafiłem do Tymczasowego Zarządu z grupą kolegów „jawnie niepartyjnych”. Werbowaliśmy, pisaliśmy regulamin wyborów, szykowaliśmy walne. Pisałem listy otwarte — o chwili historycznej, odpowiedzialności i moralnym obowiązku.

Ojciec przyjaciółki Aliny był wysoko w OPZZ, więc Marysia nie chciała narażać rodzinnego pokoju. Przekonywałem ją do Solidarności jak domokrążca dobra wspólnego: na Placu Andrzeja, w aucie, aż podpisała. Nie miałem wątpliwości, że robię dobrze.

Alina nie była zachwycona moją gorliwością, ale miała do niej cierpliwość; jej ojciec od początku PRL żadnych wątpliwości nie miał. Życie prywatne się skurczyło, czas pędził.
Zaprzyjaźniłem się z Wojtkiem z Zieleni (o KOR-ze nie wiedziałem). Kiedy zapytał, czy gotów byłbym „do największego poświęcenia” — i doprecyzował: „tak, o życie chodzi” — przytaknąłem, czując patos i absurd jednocześnie. Na szczęście krew nie była potrzebna.

Walne zebranie odbyło się w sali Ośrodka Harcerskiego w WPKiW. Przewodniczący pilnował porządku z godnym zaufania taktem.
Gdy przyszła moja kolej, powiedziałem wprost: trzeba wyczyścić wpływy partii w biurze; nasz dyrektor żyje z łaski Komitetu Wojewódzkiego — i z tym koniec. Spodziewałem się entuzjazmu. Zapadła cisza.
Padły pytania: o krzyżyk z orzełkiem na biało-czerwonej kokardce. Odpowiedziałem, że to symbol Kościoła — jedynej siły, która nas wspierała; a prywatnie — pamiątka po babci, zrobiona w wojnie ze srebrnej pięciozłotówki.
Potem o „stałość poglądów”, bo zmieniłem zawód z konstruktora na fotografa.
— Robić to, co się kocha, jeśli można — to nie zdrada, tylko awans — odparłem.
Na koniec — „czy można ufać komuś z wątpliwą moralnością prywatną”. Pytanie zadane łagodnie, a uderzające celniej niż oskarżenie.
Nie prałem brudów publicznie, ale nie zostawiłem insynuacji bez odpowiedzi: jeden życiowy upadek nie unieważnia całej reszty.

Wynik? Nie wszedłem do zarządu. Samo to nie bolało; inni mieli więcej energii, doświadczenia. Bolało co innego: jak wielu ludzi siedzi okrakiem na barykadzie, z udawaną gotowością do skoku. I że rozgrywki wyborcze przyszły do nas szybciej niż reformy. Niesmak trzymał dłużej niż żal.

W pracowni fotograficznej czekały zaległości. Alina cieszyła się powrotem do rytmu; czas znów płynął jak człowiek.


Grudzień. Jadę specjalnym pociągiem do Gdańska — delegacja na odsłonięcie Pomnika Poległych Stoczniowców, dziesięć lat po tragedii.
Trzy potężne krzyże z kotwicami, na murze złote słowa papieża: „Pan da siłę swojemu ludowi…”. Siłę pokazaliśmy. Co z resztą?
Cztery miesiące wcześniej nad bramą wisiało „Proletariusze wszystkich zakładów łączcie się”, a na murze naprzeciw — „Wolność dla Moczulskiego. RMP.”

Do wieczora zostało sporo czasu, pojechałem na Stogi. Krzyk mew, szum fal — lato wróciło na chwilę wyłącznie w głowie. Nie wiedziałem, że żegnam się z morzem na lata.

Wieczorem pogoda spłatała figla: śnieg z deszczem. Tłum jednak stał. Krzyże falowały nad czernią nocy, płatki topniały na odkrytych głowach. Msza, słowa Olbrychskiego, „Boże, coś Polskę” — prośba i dziękczynienie unosiły się ponad zimno.
I nadzieja, która — wbrew klimatowi — nie przymarzła.