Do „Separatora” już mnie nie przyjęli — „proszę wrócić za rok”. Paszport oddany, pięć lat tylko „Demokracje Ludowe”. Z windą w górę: na ostatnich piętrach mój ratunek — Inwestprojekt. Bałem się pracy i mieszkania w jednym domu, a jednak przyjęli: starszy asystent, deska wolna, na krawędzi wciąż moje francuskie słówka. Wtopiłem się szybko. Pokoje po dawnych mieszkaniach, beztroska młodych kreślarek, przedświąteczny gwar. Po hutniczych kratownicach — bloki mieszkalne: niby prosto, tylko szkody górnicze kazały myśleć o fundamentach.
Słuchałem opowieści, czy chciałem czy nie. Po miesiącach wiedziałem „kto z kim, kiedy i gdzie”, choć milczałem, bliżej mi było do surowszej, małżeńskiej Kasi. Tymczasem w domu — żona dbała o reputację i znajomości: „Przyszedł do mnie twój kolega, pan Jerzy. Zaproś go kiedyś”.
Imieniny Jurków i Wojtków były tu świętem: bristole na stołach, taśma produkcyjna kanapek, żytnia bez popitki, okna na oścież, windą nie dało się zjechać. Gdy wyczerpały się półlitrówki, „ściepka”, marynarz o to, kto pobiegnie.
Wieczorem zaciągnąłem dwóch Jurków do nas. Irena skrzywiła się — do chwili, aż z dzwonkiem stanął „pan Jerzy” z Aliną. Uśmiech anioła wrócił, dzieci do łóżek, peweksowska wyborowa na stół. Jerzy poprosił moją żonę do tańca — przytulał ją coraz śmielej, a ona demonstrowała niezależność, jakby nie było mnie w pokoju. Alina, rumieniąc się, wyciągnęła mnie na parkiet. Była dziewczęca i zaskakująco kobieca. Zbyt blisko — Irena ściągnęła mnie w korytarz:
— Szargasz moją reputację.
— Twoje pląsy są „pestką”?
— Ja wiem, co robię. Jerzy jest kierownikiem.
— Zdążyłaś już wypić z nim brudzia?
— Zaraz wypiję. A ty pożałujesz, jeśli dotkniesz tej dziwki.
Wróciła z uśmiechem i wzniosła kieliszek „na bruderszaft”. Nie zazdrość, lecz nienawiść ścisnęła mi gardło. W środku usłyszałem: „Dłużej z nią nie wytrzymam”.
Wkrótce teściowa przywiozła „pomoc domową z Podhala”. Przedszkole nadal „nie wchodziło w grę”, kuchnia też nie dla lekarki z dwoma etatami. Zgodziłbym się nawet zrezygnować z pracy i zająć domem — pod warunkiem, że całe towarzystwo się wynosi. Odrzucono.
Mieliśmy wszystko, co według katalogu starczy do szczęścia: młodość, zdrowie, troje dzieci, mieszkanie, auto, posady. Całość przekreślała nienawiść — taka, co prowadzi prosto do tragedii.
Nad ranem, gdy mleczarz stawiał butelki, wiedziałem już, że wychodzę na zawsze. Została cisza nad łóżkami dzieci.
niosąc bolesne męstwo deptane przez lata
w tej zagiętej przestrzeni tętniącego życia
kochałem bez zwycięstw — nawet tych pyrrusowych —
i płakałem cicho obok
niewinnej serdeczności snu dziecinnych głów
bezsilność gładziła je pamięcią wczoraj
a gdy w samotny ranek, bez cienia nadziei,
ciszę zostawiałem — drzwi się domknęły.
Schreibe einen Kommentar