Dziesiątki świec miękko rysowały włos na nowym dywanie. Pokój udawał buduar z „Baśni tysiąca i jednej nocy”: „Waterloo” z najnowszej płyty ABBY, gruziński koniak, nadto francuskich perfum. W kręgu przyćmionego światła tańczyła Irenka — boso, lekko, z frywolną odwagą kostiumu. Taniec gęstniał, aż w finałowym zrywie opadła na dywan jak aktorka domagająca się braw. Uśmiechałem się sztywno. Obok siedział znajomy lekarz; od miesięcy „uczył się z nią do specjalizacji”. Jak się okaże, konsultantów miała więcej.
Kiedy „kolega” wyszedł, Irenka powtórzyła numer, jeszcze śmielej, a potem — już tylko my i miękkość runa. Spektakl był niezapomniany, lecz nie dorównał legendzie kobiety czekającej rok na męża.
Moje rachuby, że samotny rok złagodzi jej twardy charakter, prysły bez śladu. W wyobraźni słyszałem: „Jak mogłam być taka? Bez ciebie tak ciężko…”. Rzeczywistość roześmiała mi się w twarz.
Krąg znajomych pęczniał. Zakonnice współczuły „samotnej matce z trójką dzieci” i pomagały. Pojawił się też Wacek z Krakowa: — „W tym trudnym czasie niezastąpiony przy dzieciach” — mówiła. Chrzestny Michała bywał częściej. Starałem się nie okazywać wdzięczności przesadnie. Nie zawsze się dało.
Pewnego wieczoru, po paru kieliszkach, wiozłem do domu jej szefa. Wsiadając roześmiał się, wskazując na cepeliowskiego krakowiaczka, którego Irena powiesiła mi na lusterku.
— Ale numer! Jeszcze jeden krakowiaczek!
Szarpnąłem; laleczka wyleciała przez okno.
— Co się wyżywasz na kukle? — mruknął. — Nie na niej powinieneś.
— A ty skąd znasz Wacka?
— Bywał. Irena z wdzięcznością przyjmowała uprzejmości.
W pierwszy weekend po moim powrocie pojechaliśmy do Nysy. Rodzice przyjęli nas ciepło, jakby nic się nie stało. Dzieci wybiegły do ogrodu. Irenka, trochę zażenowana, wspomniała ogólnikowo o „zjazdach gimnazjalnych”, w których musiała uczestniczyć. Najlepszą obroną jest atak.
Po obiedzie zwróciła się oficjalnie do moich rodziców:
— Nasze małżeństwo miało trudne lata. Ja wypełniałam obowiązki matki i żony. Uważam, że Andrzej, wolny przez rok od spraw domowych, przemyślał swoje postępowanie. Wierzę, że docenił moje poświęcenie — i mnie jako kobietę. Proszę więc, byście wpłynęli na niego: niech pójdzie do spowiedzi i razem przystąpimy do Komunii. Niech Bóg nam pomoże zacząć szczęśliwe życie i dobrze wychować dzieci.
Poprawiła biust z dyskretną emfazą. Na twarzy mamy rozlało się upojone zadowolenie, ojciec westchnął z aprobatą. Ja milczałem.
Pieniądze topniały w oczach. Cło za samochód, komplet swarzędzkich mebli — i już mniej. Reszta rozchodziła się na ciuchy i drobiazgi, jak piórka z rozprutej poduszki. Do enerdowskiej wersalki i „Duetu” stereo dołożyłem z zaskórniaka. A wraz z ostatnim dolarem stopniała też moja pozycja rodzinna — wróciła tam, skąd wyruszyła.
Schreibe einen Kommentar