Trzasnąłem drzwiami. Nim to się stało, oberwałem kopniaka i wiązankę firmową „made by Irena” — głośne, jasne, bardzo bezpośrednie sformułowania: kim jestem i dokąd mogę sobie pójść.

I o co znowu poszło? Przecież miałem rację. Michała wypadało już posłać do przedszkola.
O nie! Z jej punktu widzenia dziecka nie należało narażać na takie niebezpieczeństwo. Broniła się jak lwica: sytuacja sanitarna, brak wykwalifikowanych wychowawczyń, choroby, zarazki — wszystko, tylko nie to, że wówczas babcia stałaby się bezrobotna.

Nie miałem ochoty włóczyć się po parku. Boleśnie odczuwałem samotność. Postanowiłem odwiedzić babcię Olę.

Uspokajająco działało skrzypienie drewnianych schodów starej kamienicy.
„Jak ona daje radę wchodzić tyle razy dziennie na trzecie piętro? I to z astmą! Muszę przynieść jej parę wiaderek węgla.”

W umówiony sposób trzy razy przekręciłem gałkę dzwonka. Za matowym szkłem drzwi rozbłysło światło.
O jak dobrze — babcia w domu.

– Andrusjnka! Jak dawno cje nie widziała ja. U cjebie co? Choć… herbaty napijemy sje.

Zawsze zaskakiwał mnie jej śpiewny, rosyjski akcent.

– Oj… coś niedobrze, niedobrze. Na chrzcjnach lepiej ty wyglądał.
– Babciu, przesadzasz. Minął prawie rok.
– No popatrz, jak ten czas leci.

Usiadłem za piecem, na starym tapczanie pamiętającym Stryj.
Pod oknem, na oparciu fotela, leżała popielniczka – mała miedziana miseczka z ołowianymi ciężarkami. Widziałem oczami wyobraźni dziadka, jak strzepuje do niej popiół.

– No, opowiadaj ty, co cje martwi.
– Ach nic… Poprawiasz wypracowania?
– Gdzie tam. Muszę referat pisać. W szkole znowu chcą posłuchać, jak tam w Petersburgu było przed rewolucją.
– Tyle już miałaś tych prelekcji.
– Dawniej chcieli o rewolucji, teraz o carach. Ot!

Babcia widziała już wszystko – Moskwę, Wiedeń, Lwów, Wenecję.
Znała francuski, włoski, niemiecki.
Życie jej jednak nie rozpieszczało. W czasie okupacji straciła męża, a po przesiedleniu do Katowic uczyła rosyjskiego w technikum.

– Co ty sje tak zadumał, Andrusjnka? – Tylko ona zdrabniała moje imię w ten sposób. – Dostała ja znowu paczkę z Ameryki. Zobacz, może coś sje przyda.

Wątpiłem. Zwykle dostawała kobiece rzeczy. I jakaż ironia losu – jej dawna mamka, kobieta z dołu drabiny społecznej, teraz regularnie przysyłała paczki z USA.

– Co pisze Maryla?
– Trochę choruje. Ale czytaj ty sam.
– Babciu… Wiesz, jaki ja jestem z rosyjskiego.
– Żałko, żałko… ile to lat uczył ty sje?

Faktycznie. Lepiej nie liczyć.

– Słyszał ty już tę pjosenkę?
– Nie.
– Co ty radia nie masz? Toż to ciągle puszczają.
– Nie. A dlaczego?
– To ty lepiej słuchaj.

Próbowałem się skupić. Ciepły, matowy głos kobiety niósł słowa o miłości i zapomnieniu.
Nie miałem nastroju.
Słowa spikera padły bezbarwnie.
Nazwisko uderzyło mnie jak strzał.
Nie… to niemożliwe. Monika.

Babcia żartowała z moich dawnych uczuć, po czym objęła mnie i przycisnęła do siebie.
– Oh, Andrusjnka… tak, tak… Żyzń eto smiesznaja i głupaja szutka.


Wiosna w Chorzowie. Park błyszczał świeżą zielenią. Zatrzymałem się przy przystanku.
„Codziennie jeżdżę między domem a biurem, a zapomniałem, że można iść w drugą stronę.”
Ruszyłem w stronę ZOO.
Pod kioskiem z piwem kolejka.
„Kurza twarz, gdzie oni pracują. Tyle mają luzu.”
Poczułem głód.

„Nie będę z aktówką włóczył się po parku. Zjem coś w domu.”

Na dzwonek nikt nie reagował. Zza drzwi dobiegał płacz Klaudii. Szukałem kluczy, przeklinając pod nosem.

– Jest ktoś w domu?!
– Andrzejku, chodź szybko! Ja już nie mogę! – wołała babcia Włodzia.

W kuchni dusił dym. Na patelni dogorywało coś czarnego. Otworzyłem okno.
Dobrze, że zrezygnowałem ze spaceru.

W pokoju – nowa scena: babcia z rękami złożonymi jak do modlitwy błagała:
– Michaś, zejdź… proszę, zejdź!

Michał, leżąc na brzuchu na szafie, machał nogami i śmiał się w głos.
Wyglądał jak zwycięzca bitwy domowej.

Chwilę później weszła Irena.

– Jedliście obiad? Bo ja coś w szpitalu przekąsiłam.

Ton niewinny, ale każde słowo iskrzyło.
Nie dałem się sprowokować.

– Znowu uderzyłeś dziecko.
– Dostał klapsa, bo nie chcę, żeby spadł z szafy.
– Jak ty mu krzywdy nie zrobisz, to nic mu nie będzie. Babcia go dopilnuje.

– Chyba mam prawo coś zjeść.
– Zostań, bo będziesz żałował!
– Ja już od dawna żałuję!
– Ty nie żałujesz, ty marzysz o tej, co cię nie chciała!
– Kto mnie nie chciał?
– Nie udawaj głupiego. Ta z Poznania.

Zamarłem.
„O co jej znowu chodzi? Skąd Monika?”

Przypomniałem sobie, jak teściowa przy stole rzuciła:
„Czemuś się nie ożenił z tą Moniką? Moja córeczka nie męczyłaby się z tobą.”

Nie chodziło o Monikę. Chodziło o wszystko inne.

– Dostajesz chyba za dużo pacjentów z psychiatrii.
– Odwal się od mojej pracy! Wracam prosto ze szpitala, a nie z randek!
– Poszedłem tylko do parku.
– Do hotelu, chciałeś powiedzieć! Nie myśl, że nie wiem, że ta twoja Monika występuje w Katowicach!


Piosenka, którą pierwszy raz usłyszałem u babci Oli, stała się przebojem.
Monika – gwiazdą.
Rozum mówił, że to przypadek, ale ilekroć słyszałem ten głos, coś się we mnie odzywało. To łkające „gdyby”.

I właśnie to „gdyby” zaprowadziło mnie w niedzielne przedpołudnie do kawiarni Hotelu Katowice.
Występowała tam Monika.

Oczywiście, z Ireną.

Sala pełna. Stanęliśmy pod filarem. Fortepian brzmiał ciepło.
Monika poznała mnie od razu. Uśmiechnęła się lekko. W przerwie podeszła do nas. Wyszliśmy na chwilę do holu.

Zachowywała się swobodnie, jak na scenie.
Przedstawiłem jej żonę.
Pogratulowała, powiedziała coś o zawodzie lekarza, po czym, lekko zmienionym głosem, dodała:

– Wiesz… reżyser powiedział, że wyglądam jak anioł, ale głos mam kurwy.

Po występie widziałem ją jeszcze przed hotelem, w promieniach słońca, wśród reporterów Przekroju.

Irena promieniała.
Kąciki jej ust układały się w ledwie dostrzegalny, ironiczny grymas.

– Nie spodziewałam się. Jak można być tak ordynarnym.