Przeżywałem ciężkie chwile, ale wiedziałem, że muszę wytrwać. Huśtawkę nastrojów, rozważania o przyszłości, zagłuszałem mantrą powtarzaną po cichu w dzień i w nocy: „Dyplom, dyplom i jeszcze raz dyplom. Tylko to się liczy. Oddaj pracę, obroń ją – a potem zobaczysz.”
Nie miałem już właściwie powodów, by zostawać w Gliwicach. Praca magisterska była gotowa, wystarczyło ją przepisać, wykreślić ramę fundamentową na kalce, oddać promotorowi. Pokój bez Irenki stał się nagle strasznie pusty. Cisza miała zapach nieobecności. Postanowiłem wrócić do Katowic.
Na rajd w Bieszczady pojechałem sam. Irenka nie była jeszcze w formie – wolała uczyć się do ostatnich egzaminów pod skrzydłami mamy i babci w Nysie.
Rajd był cudowny. Góry pachniały mokrym lasem, a ogniska płonęły długo po północy. Zżyłem się jeszcze bardziej z Pawłem; wspólne spanie w namiocie, jedzenie z jednej menażki i picie z tej samej butelki bardzo zbliża – choć nie aż tak, by zapomnieć o żonie.
Zamiast kamery zabrałem aparat fotograficzny. Z każdego dnia wracałem z garścią kadrów: połoniny w słońcu, twarze przy gitarze, lustro jezior duszatyńskich. Wieczorem śpiewaliśmy, jakby to był ostatni rajd w naszym życiu – a przecież każdy z nas miał jeszcze obronę przed sobą. W powietrzu czuło się już jednak zapach końca studiów i coś z melancholii pożegnania.
Po powrocie do Katowic korzystaliśmy z ostatnich dni wolności. Gdyby nie problem z czwartym do brydża, gralibyśmy bez przerwy. Paweł był perfekcjonistą, Jacek – hazardzistą, mnie cieszyła sama gra. Graliśmy honorowo, nie na pieniądze, ale z powagą, jakby od rozdania zależał los świata.
Babcia Ola, nasz cichy sprzymierzeniec, lubiła młodych ludzi i przymykała oko na nocne hałasy. Zostałem więc organizatorem karcianych posiedzeń i zaopatrzeniowcem w beczkowe piwo – przynoszone w bańce na mleko z baru przy kinie „Zorza”.
Dzień obrony, trzeci listopada 1967 roku, okazał się zaskakująco spokojny. Oczekiwałem napięcia, gorącej dyskusji nad projektem, a wszystko poszło błyskawicznie, bezbarwnie, jakby komisja też chciała już mieć to za sobą.
Był tylko jeden zgrzyt – przewodniczący uznał, że mój temat prowadzono w niewłaściwej katedrze. Z tego powodu obniżono mi ocenę. Nie przejąłem się. Największą przeszkodę miałem za sobą.
Jeszcze długo później śnił mi się ten sam koszmar: biegnę po niekończących się schodach z teczką pod pachą, zbliżam się do drzwi sali egzaminacyjnej, a komisja właśnie wychodzi. Przewodniczący rozkłada ręce: „Za późno”. I wtedy budzę się z uczuciem, że znowu nie zdążyłem.
Tego dnia jednak zdążyłem.
– Dzień dobry, przyszedłem odebrać dyplom – powiedziałem w dziekanacie.
– Dzień dobry, panie magistrze – odpowiedziała sekretarka.
„Panie magistrze…” – słowo, które do tej pory mnie śmieszyło, nagle zabrzmiało jak odznaka. Poczułem gorąco na policzkach. Tak, tak… Panie magistrze. Mógłbym się oburzać, ale w głębi duszy było mi po prostu przyjemnie.
Irenkę zatrzymały we Wrocławiu egzaminy – a może i ambicja, że to ja pierwszy stanąłem na mecie. Radość z obrony przyszło mi więc dzielić samemu. Choć właściwie nie byłem sam – przyjaciele pilnowali, żebym się przypadkiem nie smucił.
„Oblewaliśmy” dyplom przez cały miesiąc. Dołączył Staszek, który musiał przerwać studia, ale cieszył się jakby obronił własną pracę. To on, zainspirowany „Grekiem Zorbą”, nauczył nas tańca zwycięzców: cztery splecione ramiona, kilka kroków w lewo i w prawo, rozkrzyczane gardła, młodość, która wierzyła, że może wszystko.
A potem przyszła codzienność.
Ulica Warszawska 6 – biura Centralnego Związku Spółdzielni Budownictwa Mieszkaniowego. Moje pierwsze miejsce pracy. I pierwsze rozczarowanie.
Referent w Wydziale Przygotowania Inwestycji – brzmi dumnie, ale w praktyce oznaczało siedzenie nad regulaminami i przepisami, których nie rozumieli nawet ci, którzy je pisali. Miałem dyplom inżyniera budownictwa, a wystarczyłaby matura i cierpliwość. Wiedziałem, że długo tu nie wytrzymam, ale musiałem odpracować stypendium.
Po Nowym Roku wróciliśmy z Irenką do Katowic, znowu do babci. Marzyliśmy o własnym mieszkaniu. Dyrektor CZSBM-u obiecał, że wkrótce dostanę przydział na M-2, a jego sekretarka dodała szeptem:
– Panie magistrze, gdyby się okazało, że pańska żona jest w ciąży, poszłoby szybciej.
Wiedzieliśmy, co to znaczy.
– Irenka, pojedź do Nysy, załatw zaświadczenie u doktora Śliwy.
– Po co do Nysy? W Bytomiu znam doktor K., wystarczy.
Po paru dniach wróciła.
– Jestem w ciąży – powiedziała.
– Fantastycznie! Ile cię to kosztowało?
– Naprawdę jestem w ciąży!
Spoważniałem. Dziecko planowaliśmy dopiero po jej egzaminach, ale skoro tak… Cieszyłem się. Wziąłem ją w ramiona.
– No to teraz będzie nas troje. Co chcesz – chłopca czy dziewczynkę?
– A ty?
– Oczywiście chłopca!
– Jak się postarałeś, tak będziesz miał.
Śmialiśmy się. Świętowaliśmy szampanem i… radiem.
W sklepie na 3 Maja przywieźli właśnie Turandoty. Poleciałem po pieniądze, kupiłem jedno z ostatnich.
– Nastaw na „Luksemburg”! – powiedziałem, podłączając kabel.
– Zostaw, to są Beatlesi!
– „Michaelis… Michaelis…”
– No to zdrowie Michała!
– Jakiego Michała?
– Naszego syna!
W papierach poszło szybko. CZSBM wysłał pismo do Spółdzielni, zapewniając nam pierwszeństwo.
Był tylko jeden warunek – trzeba wnieść wkład mieszkaniowy. A na to nie mieliśmy grosza.
Teść pomagał drobniej, ale o większej sumie nie było mowy. Moi rodzice – żadnych oszczędności, za to dwa samochody.
– W zasadzie chcieliśmy, żebyś jeździł starą warszawą – powiedział ojciec. – Ale mieszkanie ważniejsze. Sprzedaj auto.
Żal mi było, ale trudno. Zaprosiłem Jacka, Pawła i Staszka na pożegnalny wypad do Zakopanego, po czym wywiozłem staruszkę na giełdę. Sprzedała się szybko.
Trzynaste piętro. Zapach świeżego tynku, farby i betonu. Długi balkon z widokiem na park, ZOO i stadion. W oddali błyszczała kopuła planetarium. Z Wesołego Miasteczka dochodził gwar – jak zapowiedź życia, które miało się dopiero zacząć.
Dwa pokoje: jeden maleńki, z ledwie mieszczącym się tapczanem i szafą, drugi jasny, połączony z korytarzem, a w nim kącik kuchenny z witryną, przez którą można było podawać posiłki prosto na stół.
Nie miałem czasu upajać się radością. Każdą chwilę zajmowało urządzanie gniazdka, poprawki, malowanie. Irenka wniosła w posagu ładny, niebieski komplet, ale kuchnia i łazienka świeciły pustkami.
Z pomocą przyszli rodzice. Niecierpliwie czekali na pierwszego wnuka, a razem z nim – na swoje miejsce w naszym życiu.
Dzięki nim wkrótce mieliśmy wszystko.
„Wszystko” – to znaczy: łóżko, stół, krzesełka i dziecięce łóżeczko. Reszta mogła poczekać.
Nie wiedziałem jeszcze, że to M-2, o które walczyliśmy z takim zapałem, będzie zarazem naszym pierwszym niebem – i pierwszym więzieniem.
Schreibe einen Kommentar