Stara sanitarka wojskowa, przerobiona na prymitywny środek transportu, przywoziła rano do pracy w szpitalu ludzi z miasta. W drodze powrotnej wykorzystywałem jej jałowy kurs, żeby dostać się do gimnazjum.
Chodziłem do 8b. Czułem się obco w miejskim otoczeniu — wszystko było inne, i tylko Artur przypominał utracone królestwo rozległych łąk.
Poznawałem „nowe” i coraz dotkliwiej odczuwałem jego ciężar. Nie wychodziłem jednak ze świata dziecięcych marzeń. Pogoń za nieograniczoną przestrzenią będzie się zresztą wlec za mną przez całe życie.
A szkoła, niestety, nie miała w programie lekcji z marzeń.

Odkryłem sport — i wbrew pozorom tego olśnienia nie doznałem dzięki kolegom. Zamiłowanie do koszykówki, lekkoatletyki i gimnastyki zawdzięczałem niezapomnianemu profesorowi wychowania fizycznego, panu Mrozkowi. To dzięki niemu zrozumiałem, że tylko to, co się robi z sercem, robi się naprawdę dobrze.
W tamtych czasach, pochłonięty sportem, zabawą i rozrabianiem, nie miałem czasu na analizowanie podobnych mądrości. Przypuszczalnie z tego powodu parę razy dostałem od kolegów w zęby — co, rzecz jasna, nie miało wpływu na mój gimnazjalny poziom, a jedynie wywołało niezrozumiałe rozżalenie.

Duża przerwa, korytarz z wyfroterowanym linoleum. Koledzy zaczepiają dziewczyny, a ja ślizgam się na filcowych pantoflach. Czyjaś wystawiona noga kończy szaleństwo. Podnosząc się z podłogi, widzę dziwnie wykrzywioną rękę.

Na stole zabiegowym leży, owinięty bandażem, drewniany klocek — przyrząd o trójkątnym przekroju, którym ojciec prostuje moje przedramię.
Ojciec był fachowcem — nawet gdy chodziło o własnego syna, potrafił zachować spokój. Znieczulenie nie wchodziło w grę, lecz w końcu był to zabieg rodzinny.
Cykl formowania moich kości powtórzył parokrotnie. Gdy w końcu uzyskał idealną linię, odpowiadającą wymogom anatomii, pan Pawełek mógł założyć gips.

Na nieszczęście dla kolegów, z usztywnioną ręką mogłem chodzić do „budy”. Odwdzięczałem się więc za wszystkie razy i kuksańce. Biały opatrunek był wystarczająco twardy, by skutecznie wyrównywać rachunki.

Dziewiąta klasa to już ostra nauka. Polski szedł mi koślawo — boleśnie odczuwałem skutki podstawówki. Popełniałem straszne błędy ortograficzne, a pan profesor Skórny nie miał ochoty korygować ich okiennym sposobem.
W rezultacie nie przeszedłem do następnej klasy. Rodzice zrobili tragedię, nie wiedząc, że wyjdzie mi to na dobre.

Bez względu na wszystko pojechaliśmy nad morze — na tradycyjne, dwumiesięczne wakacje.
Jedyne miasto, które znałem, to Sopot; spędzaliśmy w nim zawsze letnie dni pełne swobody, słońca i morza.

Sierpień zbliżał się ku końcowi. Skóra nie reagowała już na promienie lejące się z błękitnego nieba, w Operze Leśnej ucichła muzyczna wrzawa.
Nie było mi jednak smutno, jak zazwyczaj przy pożegnaniu lata. Wręcz przeciwnie — włoskie lody zaczęły inaczej smakować, plaża i molo przybrały odświętny wygląd, a rzeczy dookoła stały się radośnie kolorowe. Miały zapach olejku, jakiego używała Ania.
Siedziała z matką w sąsiednim grajdołku, wesoło potrząsając mokrymi kucykami.

— Lody! Lody dla ochłody! Lody, pingwin, lody pingwin!

Byłem pierwszy przy białej skrzynce niesionej przez faceta w podkasanych spodniach. Za moimi plecami ustawiła się kolejka.

— Chyba byłam przed tobą? — usłyszałem.

Kokieteryjny uśmiech dziewczyny, pogłębiony dołeczkami w policzkach, usprawiedliwiał rozpychające się biodra. Krople morskiej wody kapały jej z nosa.

— Jak masz na imię? Ja jestem Ania.

Wolno zbliżaliśmy się do grajdołków.

— Co się tak gapisz na mnie? Jedz lepiej lody — zobacz, topią się.

Z niebieskich oczu tryskały iskierki wesołości.

— Chodź, pójdziemy lepiej na plażę przy Grand Hotelu.

Biegliśmy po ubitym piasku, omijając wyrzucone na brzeg meduzy. Ania pociągnęła mnie za rękę do wody — dała nura, chowając się w pianie nadpływającej fali.
Lubiłem nurkować; ośmielony więc skrytością wody, zbliżyłem się bardzo blisko. A Ania, zupełnie niespeszona, śmiała się tylko wesoło, rozbryzgując wodę wokół.

— Masz kartę pływacką?

Nie wiedziałem, o co chodzi, pochłonięty czymś zupełnie innym.

— Moglibyśmy wynająć kajak — potrzebna do tego jest karta.

Nie miałem. Szliśmy więc dalej, zostawiając z tyłu wypożyczalnię.
Pod molem było zawsze półmroczno i chłodno; spokój zakłócały tylko kroki spacerujących górą wczasowiczów.
Nagle uśmiech Ani przybrał odcień tajemniczy. Jej pocałunek sparaliżował mnie całkowicie. Zbliżenie trwało krótko, a gdy po tej wspaniałej chwili oprzytomniałem, zobaczyłem już tylko w oddali, w promieniach słońca, falujące figlarnie kucyki dziewczyny.

Czy to była moja pierwsza miłość? Na pewno tak. Zrobiłbym dla niej wszystko — o czym, jak przypuszczam, doskonale wiedziała.
Nadszedł jednak dzień, w którym grajdołek Ani pozostał pusty. Szkoda, że zabrakło nam czasu.

Babcia Ola, odkąd ją pamiętam, była niezależną kobietą. Nie przelewało się jej, ale też nigdy nie miała problemów finansowych. Uczyła w Technikum Zawodowym języka rosyjskiego — i posługiwała się nim bieglej niż polskim.
Wychowana w Petersburgu, gdzie chodziła do szkół, z uwielbieniem wspominała czasy carskie. Wypływało to z koligacji i funkcji jej dziadka oraz ojca na dworze panującym — do czego w Polsce Ludowej, rzecz jasna, przyznać się nie mogła.
Do naszego prowincjonalnego życia odnosiła się z pobłażliwym dystansem, co mimo wszystko nie uchroniło jej przed częstymi starciami z ojcem.

Od babci dostałem na piętnaste urodziny pół roweru — całe pięćset złotych.
Z dołożeniem drugiej połowy nie kwapili się rodzice, by w końcu wymyślić warunek wprost nie do spełnienia: „Dostaniesz rower, jak będziesz ważył sześćdziesiąt kilogramów!”.
Nie byłem szczupły, ale do wyznaczonej granicy sporo brakowało. Z entuzjazmem zabrałem się jednak za jedzenie.
Mijały tygodnie, kończyło się lato, a waga wciąż niebezpiecznie daleka była od wymaganej. Zdawałem sobie sprawę, że jeśli nie uporam się szybko z tym problemem, rodzice mogą zimą zapomnieć o obietnicy.
Cóż jednak zrobić, żeby zatrzymać w sobie zjadane kilogramy? Odpowiedzią — jak zwykle prostą — był węgiel.
Zjadane przez trzy dni między posiłkami czarne tabletki poskutkowały. Obciążony wewnętrznie aż po granice wytrzymałości, dociążyłem kieszenie czym tylko się dało i poszedłem na wagę.
Nauka fizyki w praktyce: masa, ciężar i nadzieja w jednym ciele.
W Miejskiej Przychodni Zdrowia, gdzie po południu pracował ojciec, rolę arbitra przejęła pielęgniarka. Zważyła mnie bez nakazu rozbierania.
Choć brakowało jeszcze pół kilograma, wynik został naciągnięty — i przez ojca zaliczony.

O „faworycie” z przerzutką nie mogłem nawet marzyć — za dużo kosztował. Ale co tam! Czerwona „wolnobieżka” ze sportową kierownicą też była wspaniała.
Stała w moim pokoju przy łóżku, a zapach jej świeżego lakieru i smaru pamiętam do dziś.

Pierwsza wycieczka do Polanicy. Upajający pęd, długi zjazd z szalejowskiej górki, park zdrojowy, woda o smaku zgniłych jaj, nogi jak galareta — i nieustanne drżenie z emocji.

Szeroka aleja wysadzana klonami, stare budownictwo, wysokie sufity. Mieszkający tu doktor Linder wyjechał do Izraela, pozostawiając mojemu ojcu praktykę lekarską wraz z mieszkaniem.
Nie tęskniłem za miastem, ale zaczynałem doceniać jego zalety. Żyłem wśród gimnazjalnych kolegów, a do szkoły miałem ledwie pięć minut.

W nowej klasie poczułem się pewnie — wszystko już znałem. Polubiłem nawet język polski, prowadzony przez profesora Krzyka, a stało się to dzięki kierowniczce Domu Kultury.
Atrakcyjna kobieta, przyjaciółka młodego poety, uczyła mnie w czasie domowych korepetycji precyzji, a zarazem lekkości w formułowaniu myśli.

Tylko łacina pozostała zmorą. Nie potrafiłem przemóc się do pamięciowego kucia.
Do całkowitej tragedii dochodziło, gdy ojciec oferował pomoc w tym przedmiocie. Przypominał sobie wtedy słówka, deklinacje, koniugacje — i strasznie się denerwował, że mój poziom tak bardzo odbiega od ucznia z przedwojennego, humanistycznego gimnazjum.

Natomiast sport pozostał na pierwszym miejscu — w szkole i poza nią.
Należałem do dwóch drużyn: gimnastycznej i koszykówki, często biorących udział w zawodach międzyszkolnych i wojewódzkich.
W sumie czas mój podzielony był między naukę, sport i… Irenkę.

Kruczowłosa dziewczyna, do której cały czas zalecał się jasnowłosy Jasiu, denerwowała mnie od początku nienagannością prymuski. Wyglądało to tak, jakby chciała popisywać się erudycją i inteligencją.
Z czasem jednak odkryłem, że koński ogon nie musi służyć wyłącznie do pociągania, a w czerni jej oczu można dostrzec coś z chwili spędzonej pod sopockim molem.

Na stadionie „Spójni” często odbywały się lekcje wychowania fizycznego. W czasie jednej z nich postanowiłem zaprezentować mój nowy rower. Mało było takich szczęśliwców.

— Daj się przejechać.
— Nie dasz rady na tej wyścigówce, ale jak chcesz, mogę cię przewieźć.

Irenka wsiadła na ramę, a dwie rundy wokół boiska wystarczyły, by wyzwolić gorące uczucie.

Historia gimnazjum nie zanotowała tak zakochanej pary. Zawsze byliśmy razem — w klasie i poza nią, w kinie i na wycieczce, latem i zimą.
Moje życie nabrało innego wymiaru; zaczęło bić specyficznym rytmem. Rytmem, w którym najgłośniej pulsowała młodzieńcza namiętność.
Na szczęście serce miało kondycję sportowca.