Dom rodzinny był zawsze pełen gości. Najczęściej odwiedzała nas ciocia Bumcia.
W okresie lwowskim pani Bernadeta mieszkała obok rodziców, w bliźniaczej willi, i z biegiem czasu ich stosunki sąsiedzkie przerodziły się w rodzinne.
Owdowiała jeszcze podczas wojny, po tragicznym wypadku męża-lotnika, a potem, w nowej politycznej i gospodarczej rzeczywistości, nie mogła znaleźć miejsca.
Tę naszą przyszywaną ciocię gościliśmy miesiącami, wykorzystując przy okazji jej krawiecki kunszt.
Bumcia potrafiła szyć ładnie i bardzo dokładnie. Kiedy jednak w czasie pracy została przez kogoś zagadnięta, igła nieruchomiała, grube okulary opadały na nos, jej zmęczone oczy nabierały blasku — i rozpoczynała się opowieść, trwająca nieraz długie godziny.
A że robiła to w sposób interesujący, nikt nie miał odwagi przerywać tych, wypełnionych życiową mądrością, historii.
Wyjątek stanowiły sytuacje, w których coś musiało być gotowe na wczoraj; wtedy wszyscy uważali, by jakimś, nawet nieistotnym pytaniem, nie odwrócić uwagi cioci od szycia.
Ciocia Marysia, z linii mamy, bywała u nas równie często.
Każdą czynność wykonywała w sposób pedantyczny.
Nie zapomnę, jak uczyła mnie składać różki pościeli przygotowywanej do maglowania.
Mój zeszyt, który miał być graficzną ilustracją przeczytanych lektur, świecił pustkami.
Pewnego wieczoru na białych jego kartkach ręka cioci Marysi zaczęła wyczarowywać literackie postacie.
Dołączył się również ojciec.
Powstało dzieło, które jednak nie mogło przekonać nauczyciela o pełnym zrozumieniu przeczytanych przeze mnie lektur.
Zdarzało się, że przebywały u nas jednocześnie dwie ciocie.
Zazwyczaj rodzice wtedy gdzieś wyjeżdżali — czyli hulaj dusza!
W gabinecie ojca znalazłem uszkodzony ciśnieniomierz.
Na dnie skrzynki połyskiwały kulki rtęci, które w zależności od sytuacji rozdrabniały się lub łączyły w całość.
O złapaniu w palce tego żywego srebra nie było mowy.
Zdemontowałem resztkę rozbitej rurki i przy jej pomocy, wciągając powietrze, wsysałem tańczące kulki, przenosząc je tym sposobem do małej buteleczki.
Pod koniec zabawy poczułem coś w ustach.
Nie było mowy o wykrztuszeniu — poleciało dalej.
Zdecydowałem się przyznać cioci Bumci.
Zareagowała energicznie, choć bez paniki i krzyków.
Zdawało mi się nawet, że jej oczy uśmiechały się, jakby mówiły:
— Co ty jeszcze, Andrzejku, potrafisz wymyślić?
Poszliśmy natychmiast do szpitala. Byłem tam ogólnie znany.
Siostra Aurelia położyła mnie na stole, przykryła to, co w przyszłości miało spełniać rolę męskich części, ołowianym fartuszkiem i nakazała przez parę sekund się nie ruszać.
Pokazując cioci Bumci świeżo wywołane, jeszcze mokre rentgenowskie zdjęcie, wskazała mały czarny punkt i uspokoiła:
— Ach, to jest drobnostka, nic mu nie będzie. Tydzień temu, proszę pani, jeden wariat zjadł cały termometr i jest zdrowy.
Więcej do sprawy nie wracano.
Uszkodzony ciśnieniomierz też zniknął.
Schreibe einen Kommentar