Z letnich wakacji nad morzem wróciliśmy rozszumiani i rozbiegani — rozsadzała nas energia, a stare kąty nagle stały się za ciasne. I wtedy przyszło coś, czego się nie spodziewałem: osamotnienie.
Zabrakło towarzysza zabaw — Andrzej poszedł do szkoły. Nie wiedziałem, co ze sobą zrobić.
Przypętał się do mnie szczeniak, ledwo stojący na nogach. Nosiłem go na rękach, wałęsaliśmy się razem po okolicy. Pewnego dnia zawędrowałem pod szkołę. Przykleiłem nos do szyby i z zazdrością patrzyłem na Andrzeja. Siedział w trzeciej ławce, pochylony nad zeszytem, zupełnie obojętny na moją obecność.
Przychodziłem tam codziennie. W oczekiwaniu na niego tuliłem szczeniaka, który w końcu zasypiał w moich ramionach. Wracaliśmy razem do domu, jak dwaj wyrzutkowie.
Któregoś dnia nauczyciel otworzył okno. Przestraszyłem się — myślałem, że mnie przegoni. Już miałem uciekać, gdy zawołał:
— Jak masz ochotę, wejdź do środka i usiądź w ławce!
Bez wahania wskoczyłem przez okno. Wszyscy wybuchnęli śmiechem, a nauczyciel tylko podkręcił wąsa. Usiadłem przed dużą tablicą, dumny jak król. Nie wiedziałem wtedy, że tym jednym gestem zalegalizowałem koniec swojej wolności.
Zamiast szczeniaka zacząłem nosić tornister.
Z pierwszej klasy pamiętam głównie księdza-katechetę. Nie potrafił po bożemu przekonać mnie do nauki, więc często obrywałem linijką po rękach. Każdy rok w jurandowskiej szkole przynosił jakieś wydarzenie, które zostawało w pamięci.
Druga klasa — uczyła nas pani Pawłowska, spokojna, opanowana, z ciepłym spojrzeniem i tonem, który nie znosił pośpiechu.
Pewnego dnia nie odrobiłem zadania domowego.
— Gdzie masz zeszyt? — zapytała.
— Mam… tylko tornistra nie mogę otworzyć — odpowiedziałem z powagą.
Pod ławką z całej siły związywałem sznurówką zamknięcie.
— Daj tutaj, to rozwiążę — powiedziała łagodnie.
Pomyślałem, że jeśli przetnie sznurówkę, będę wracał do domu w jednym bucie, ale jak chce próbować — niech próbuje!
Podałem tornister. Pani Pawłowska, jakby nie widząc całej misternie splecionej konstrukcji, spokojnie prowadziła dalej lekcję. Obserwowałem jej palce z rosnącym napięciem. Po kilku minutach oddała mi tornister i sznurówkę. Nie powiedziała ani słowa o zadaniu.
Nie sądzę, by chciała w ten sposób pochwalić się cierpliwością — a jednak właśnie to najbardziej utkwiło mi w pamięci.
W czasie przerwy bawiliśmy się w ciuciubabkę. Lubiłem szukać po omacku; zawsze było na co trafić, bo dziewczyny stanowiły większość w klasie. Już któryś raz nie mogłem rozpoznać, kogo łapię, gdy poczułem bliskość Marysi. Skok — i nagły trzask! Cisza. W ustach poczułem smak krwi. Opaska spadła. Na podłodze leżał mój ząb.
Pani Pawłowska natychmiast wysłała mnie z Andrzejem do domu. Szedłem ze spuszczoną głową, a on niósł w kieszeni moją jedynkę, wypalcowaną przez ciekawskich kolegów.
Na chirurgii wszyscy nas znali. Ojciec tylko pokiwał głową i zaprowadził mnie na salę operacyjną. Jedynka wylądowała w soli fizjologicznej, ja na stole. Po chwili tatuś, z wprawą chirurga, wsadził mi ząb na miejsce. Nie pisnąłem ani słowa.
Trzymał się sześć lat — mógłby dłużej, ale to już historia innej klasy.
Na początku trzeciej klasy pani Pawłowska zachorowała. Jej miejsce zajął mąż — pan Pawłowski. Ojciec, jako lekarz, odwiedzał chorą nauczycielkę w domu. Z czasem wizyty zaczęły przybierać coraz bardziej towarzyski charakter, a ja kilka razy mu towarzyszyłem.
Siedziałem grzecznie na krześle, starając się wyglądać jak wzorowy syn z dobrego domu. Prowadzono poważne rozmowy, w których każde zdanie brzmiało jak urzędowy protokół — powoli, z godnością, z obowiązkowym „panem” i „panią”. Do „pana doktora” i „pani doktorowej” byłem już przyzwyczajony, słyszałem to niemal codziennie, ale gdy ojciec zwracał się do Pawłowskich, ludzi, którzy na co dzień użerali się z rozbrykanymi dzieciakami ze wsi, per „panie profesorze” i „pani profesorowo” — brzmiało to dla mnie jak …
Na ostatniej lekcji z polskiego mieliśmy dyktando. Pan Pawłowski przechadzał się między ławkami, spoglądając przez okulary na nasze zeszyty. Gdy dotarł do mojego, zatrzymał się. Wziął go do ręki, pochylił głowę, a jego brwi uniosły się powoli w niemym zdziwieniu. W oczach, za szkłami okularów, pojawiła się mieszanina rozbawienia i niedowierzania. Nie powiedział jednak ani słowa.
Usiadł przy biurku, wertował kartki, aż w końcu rozległ się dzwonek kończący lekcję.
Wybiegłem z klasy razem z innymi — szczęśliwy, że koniec dnia. Ale nagle ktoś chwycił mnie za ramię. Odwróciłem się gwałtownie. Stał za mną pan Pawłowski.
— Proszę pana, ja nic nie zrobiłem! — wyrzuciłem z siebie natychmiast, zanim zdążył cokolwiek powiedzieć.
Nauczyciel nie odpowiedział. Spojrzał na mnie tylko i cicho polecił, żebym zaczekał pod oknem. Stałem więc na zewnątrz, z zazdrością patrząc, jak koledzy wybiegają z krzykiem w drogę do domu. W końcu usłyszałem lekkie stukanie w szybę. Okno się uchyliło. Ręką dał znak, żebym wszedł z powrotem do środka.
Z trudem wspiąłem się do klasy. W ciszy, jaka tam panowała, każde moje stąpnięcie odbijało się echem. Na ławce leżał mój zeszyt. Pan Pawłowski trzymał w dłoni wyrwaną kartkę — całą pokrytą czerwonymi znakami. Było ich więcej niż moich liter.
— Usiądź — powiedział spokojnie. — Spróbujemy jeszcze raz.
I tak, pod jego wzrokiem, przepisywałem wszystko od początku. Każda literka musiała być dokładnie taka, jaką dyktował. Każda próba samodzielności kończyła się cichym, lecz nieznoszącym sprzeciwu:
— Nie tak.
Czułem się jak w konfesjonale — z piórem zamiast różańca.
Kiedy skończyłem, zamknął zeszyt i skinął głową w stronę okna. Wyszedłem tą samą drogą, którą wszedłem. Na pożegnanie rzucił tylko:
— O tym, że tu byłeś, nie muszą wiedzieć nawet rodzice.
Wróciłem do domu w milczeniu, z uczuciem, że coś ważnego wydarzyło się w moim życiu — choć nie umiałem wtedy jeszcze powiedzieć co.
Do szkoły chodziłem różnymi drogami — między wiejskimi chałupami, wśród pól i pagórków. Świat robił się coraz większy, a ja poznawałem nowych kolegów, często zupełnie innych ode mnie. Wracaliśmy razem, z hałasem i śmiechem, przez jar, wzdłuż potoku, aż do rzeki. Szum wody prowadził nas aż pod szpitalny sad. Po sforsowaniu zamkniętej bramy rzucaliśmy się między drzewa — tam zawsze wybuchała wojna na jabłka.
Pewnej niedzieli wyruszyliśmy z Andrzejem na prawdziwą wyprawę. Za rzeką, tuż pod lasem, czekali na nas koledzy z klasy — ci, którzy „znali teren”. Na skraju zielonej polany wskazali miejsce, gdzie mieliśmy kopać.
— Wy szukajcie tu, my przy tamtych drzewach — polecił jeden z nich, z miną doświadczonego sapera.
Z zapałem rozgarnialiśmy patykami leśne poszycie. Już po chwili spod igliwia i piachu zaczęły wyłaniać się naboje karabinowe, łuski, a nawet pociski do dział. Metal błyszczał w słońcu jak skarb.
Andrzej, zawsze pewny siebie, wziął jeden z nabojów do ręki i zaczął tłumaczyć z przejęciem:
— Kulkę kładziesz na jednym kamieniu, łuskę na drugim… a tu, w środku, jak uderzysz w spłonkę — wybuchnie!
Pokazał, jak to robić. Zamarłem, gdy nabój lekko drgnął. Nikt się jednak nie bał — przeciwnie, czuliśmy dreszcz ekscytacji, jakbyśmy dotykali tajemnicy wojny.
Najbardziej błyszczące kulki braliśmy w całości. Z pozostałych wysypywaliśmy proch, czarny i sypki jak pył wulkaniczny.
Wieczorem rozpaliliśmy ognisko. Kiedy żar zrobił się mocny, wrzuciliśmy do środka puste łuski i przysiedliśmy z daleka. Każdy trzask, każdy błysk w ciemności sprawiał, że śmialiśmy się coraz głośniej. Gdy strzały zaczęły iść seriami, siedzieliśmy już w pełnym zachwycie, wśród iskier i świszczących spłonek, które tańczyły w powietrzu jak świetliki.
W końcu ognisko rozsypało się pod naporem wybuchów. Przesiąknięci dymem, z dzwonieniem w uszach, wróciliśmy do domu.
Zdobycz ukryliśmy w altanie — dopiero teraz miała się zacząć prawdziwa zabawa, ta, o której dorośli nie mogli się dowiedzieć. Bo im bardziej coś było zakazane, tym bardziej nas kusiło.
Ojciec często opowiadał o dzieciach, którym opatrywał poranione dłonie — po eksplozjach niewypałów, po zabawach z prochem. Słuchałem tych historii z pozornym spokojem, ale nie przestawałem myśleć o naszej altanie. Miałem sporo szczęścia. I chyba trochę rozumu.
Z czasem samo wrzucanie łusek przestało nas wystarczać — zaczęliśmy budować samopały. Najtrudniej było znaleźć odpowiednią rurkę; wystarczyła cienka, sklepana na ko ncu przez szpitalnego kowala, którą można było dopasować do wystruganej kolby z kawałka drewna. Wypiłowanie małego otworu do podpalania i dopasowanie wszystko kończyło.
Do lufy wsypywałem proch, potem, owiniętą w papier kulkę, wpychałem patykiem albo ołówkiem. Krótka zapałka, syk i puuuff — a lufa ryczała. Zabawa nie polegała tylko na huku; samopał, choć prymitywny, potrafił trafić cel.
To już była piąta klasa. Pewnego deszczowego dnia, podczas długiej przerwy, któryś z kolegów chwalił się, że przymierzy ze swojej spluwy ptaka na drzewie. Nikt nie wierzył — więc udowodnił to, otwierając okno i palnął. Wróbel osypał się w puchu pierza.
Musiałem spróbować. Wyciągnąłem swój samopał, nabity wcześniej, stanąłem w oknie, zapaliłem — syk — i zamiast jednego strzału posypała się cała salwa. W oknach pierwszego piętra stanęli wszyscy chłopcy z dymiącymi lufami.
Gdy wrócił nauczyciel z dyrektorem, w ławkach panowała cisza. Woźny przeszedł między rzędami z wiadrem — jak przy kolekcie — i każdy, z ciężkim sercem, wrzucił broń. Na rodziców czekało zebranie następnego dnia.
Kara była surowa — tę pamiętam długo: kilka dodatkowych obowiązków, a mama zrobiła rewizję mojego pokoju. Znalazła prawdziwy pistolet. Jak do tego doszło — to już inna historia.
Kolumna wojska wracała z manewrów i zatrzymała się na górce. Weseli żołnierze rozprostowywali nogi, naprawiali rzeczy, śmiali się głośno. Artur, zawsze gotów zabłysnąć wiedzą szkolną, kręcił się wśród nich z rozbrajającym zachwytem.
Dwóch wojaków rozbierało koło ciężarówki i łatało uszkodzoną dętkę. Chcąc zaimponować Arturowi, podszedłem bliżej i przemądrzale oznajmiłem:
— Wiem, jak to się robi — mój tata też tak łata dętki.
Jeden z nich roześmiał się szyderczo:
— Pewnie twojej mamie też, co?
Kolejna salwa śmiechu przeszła po pagórku. Czułem, jak mnie pali w twarz. Wtedy żołnierz podniósł dłoń i, bezceremonialnie, wyciągnął spod siedzenia prawdziwy pistolet.
— Masz, jest dobry, tylko brak mu zamka — powiedział, wskazując na Artura.
Artur chwycił broń, a ja patrzyłem na nią z mieszaniną zachwytu i zazdrości. Pistolet błyszczał w jego rękach jak skarb. Zazdrość rozlała się po mnie gorącem.
Nie mogłem przestać o tym myśleć. Artur nosił pistolet przy sobie, chwalił się nim przed kolegami, a gdy pytali, tylko się uśmiechał i milczał. Czasem pozwalał mi na niego popatrzeć — nigdy jednak dotknąć.
W końcu postanowiłem działać. Z altany przyniosłem pudełko z prochem i garść ołowianych kulek. Poszedłem do niego.
— Dam ci wszystko — powiedziałem. — Proch, kulki, ile chcesz. W zamian za pistolet.
Najpierw się zaśmiał. Potem spoważniał.
— Na zawsze? — zapytał.
— Na zawsze — odpowiedziałem.
Patrzył przez chwilę, po czym skinął głową. Oddałem mu cały proch i wszystkie kulki, a on — jakby z ulgą — podał mi broń.
Pistolet był ciężki, chłodny, prawdziwy. Poczułem dreszcz, jakiego nie dała mi żadna dziecięca zabawka. Wiedziałem, że nie wolno mi się nim chwalić — i że od tej chwili jest mój.
Wieczorem bawiłem się nim po kryjomu, w cieniu lampy nocnej. Kładłem na dłoni, celowałem w ścianę, w cień na firance. Potem schowałem pod materac, jak największy skarb.
Odkrycie broni przeraziło mamę. Nie chodziło nawet o sam pistolet — raczej o to, że ktoś mógł go zobaczyć, że mogłoby się to źle skończyć.
W panice rodzice pojechali do domu Artura, żeby dowiedzieć się, skąd wzięła się ta zabawka o tak dorosłym ciężarze. Wrócili późno. Ojciec milczał, mama płakała.
Następnego dnia, jeszcze przed świtem, ojciec zabrał pistolet. Owinął go bandażem, jakby chciał uleczyć jego winę i wyszedł z domu. Patrzyłem z okna, jak idzie w stronę rowu przeciwczołgowego. Nie odwrócił się ani razu.
Nie mówiłem nic. Wiedziałem tylko, że odtąd będę musiał szukać innych przygód.
Schreibe einen Kommentar