Zieloną przestrzeń przed domem przecinał głęboki rów — granica dziecięcego świata. Rozciągał się w poprzek szerokiej łąki, wyznaczając teren naszych zabaw. Nigdy nie myślałem, kto go wykopał ani czyje czołgi miały w nim ugrzęznąć. Wiedziałem tylko jedno: każde zbliżenie do brzegu mogło skończyć się laniem.

Ale ileż pokus było silniejszych niż strach przed karą!

Zimą, gdy woda zamarzała, nasz świat tajemniczych wypraw stawał się bezkresny. Wracając ze szkoły, wystarczyło przykręcić łyżwy wyciągnięte z tornistra i już mogliśmy pędzić po lodzie, aż do zmierzchu. Śnieg gasił pragnienie, chłodził rozpalone policzki i przypominał, że w domu czeka nieuchronna kara. Doskonale opanowałem sztukę obrony przed paskiem — tylko raz poniosłem klęskę.

Zaskoczony na środku pokoju, usłyszałem świst cienkiej, biało-niebieskiej plecionki w ręku mamy. Nie miałem szans. W ostatnim odruchu wskoczyłem pod dywan — i przez chwilę byłem dumny z własnego geniuszu. Dumę zagłuszył kurz, który wzbijał się w powietrze niczym mgła.

Mama wpadła w furię. Nie wiedziałem, że ma w sobie tyle siły. W pokoju zakotłowało się — jej krzyk mieszał się z łoskotem przewracanych krzeseł. Próbowałem jeszcze wpełznąć głębiej pod ciężkie fałdy dywanu, ale na próżno.

Marsz do łazienki był triumfem jej cierpliwości. A moja tylna część ciała — wyjątkowo czysta — lśniła od odkurzonych miejsc.

Wiosną łąkę — od ogrodu aż po rów przeciwczołgowy — zalewała woda. Rodzice twierdzili, że to efekt źle działającej kanalizacji całego zespołu szpitalnych budynków.
Dla nich to było bajoro, dla nas — morze fantazji.

Z altany wynosiliśmy stare drzwi, które stawały się statkami, tratwami i okrętami wojennymi. Godzinami potrafiliśmy dryfować po zalewie dziecięcych marzeń, prowadzić bitwy i zdobywać nieznane lądy.

W tych wyprawach towarzyszył mi Staś — syn woźnicy zatrudnionego w szpitalu. Razem szukaliśmy morskich skarbów, pirackich łupów i nieistniejących wysp. Często przychodził pod okna z przygotowaną żerdzią, naszą liną cumowniczą i zaproszeniem do przygody. Rodzice nie byli zachwyceni tymi wyprawami na gnojówkę, ale przymykali oko.

— Gondolier na ciebie czeka! — zawołała mama.

Grałem właśnie z Krysią w wojnę i przegrywałem, więc bez żalu porzuciłem karty. Spadły na podłogę, a ja wybiegłem z pokoju, słysząc za sobą pisk młodszej siostry:

— Gondolier! Gondolier! Gondolier!

Nie przejmowałem się jej wrzaskami. Lubiłem się z nią droczyć. Ale Stasia to słowo ugodziło jak kamień — poczerwieniał, zaciśnięte usta wykrzywiły mu się w gniewnym grymasie.

— Nie jestem żadnym gondolierem! — wycedził przez zęby.

Czy mógł wiedzieć, czym jest odległa Wenecja i jej wąskie kanały? A jednak obraził się śmiertelnie.

Do dziś, gdy zdarza mi się płynąć po Canal Grande, myślę o Stasiu. O brudnej wodzie, która potrafiła rozbudzić wyobraźnię mocniej niż jakiekolwiek morze. O chłopięcych wyprawach, które były początkiem wszystkiego.