Mieczysław Julian – mój dziadek

Wracam z pewnymi oporami do zaplanowanej dawno historii rodziny, będąc świadomym, że demencja dopada już dużo młodszych. Dawniej, kiedy mogłem, nie zadawałem pytań. Nieżyjący już nic nie powiedzą, a skąpy zasób spisanych wspomnień nie poszerzy się. Wiele zagadkowych spraw, wywołujących domysły spróbuję wyjaśnić – a jeśli nie wyjaśnić to przynajmniej stworzyć szerszy obraz tego co się wydarzyło przed stuleciem z okładem.

Zadziwiająco krótka jest jedna gałąź w moim drzewie rodzinnym ze strony ojca – gwałtownie urywa się na pradziadku Robercie Rosyku wcześniejszym Rossie.

Nie wiem nawet kiedy i gdzie się urodził. Pewien trop prowadzi do wielu spekulacji, a nawet podejrzeń. Robert ożeniony z Julią Szurek miał dwóch synów. Pierwszym był Mieczysław Julian mój dziadek, urodzony w 1877 roku, a drugi Franciszek urodzony w 1879. Na świadectwie szkolnym Franciszka Rossy istnieje niewyrobiony, toporny podpis Grzegorza. Z kolei na podobnym świadectwie Mieczysława, Mieczysław Julian nazywa się już Rosyk.  Nie sądzę, aby pradziadek był analfabetą. Człowiek niepiśmienny raczej nie zapewniłby synom edukacji. Nieporadny podpis może też świadczyć o tym, że Grzegorz posługiwał się cyrylicą. Mógł być Rosjaninem? Jestem dodatkowo nawet w stanie posądzać pradziadka o jakieś spektakularne przestępstwo, po którym zaczął ukrywać się przed policją, komornikiem czy nawet uciekać przed jakimś procesem sądowym.  

Problem rozwiązałem dość niespodziewanie.

Zacznę od Brodów, gdzie urodził się Mieczysław Julian Rosyk. Zapytałem Chat GPT i dostałem obszerną odpowiedz.

W 1877 roku Brody były jednym z najważniejszych miast granicznych monarchii austro-węgierskiej – centrum handlu, miejsce zetknięcia kultur i strategiczny punkt wobec Imperium Rosyjskiego. Brody tętniły życiem – były centrum handlu, punktem granicznym i garnizonem wojskowym. Mieszkańcy żyli w cieniu granicy z Rosją, ale dzięki niej miasto miało charakter otwartego okna na świat.

Strażnicy austriaccy w mundurach przechadzają się wśród stoisk – pilnują porządku i czasem zaglądają do kufrów, czy aby ktoś nie przemyca towarów zza granicy.

Na dworcu ruch jeszcze większy. Przyjeżdża pociąg z Lwowa – z wagonów wysiadają podróżni w eleganckich kapeluszach i sukniach, ciągnąc kufry i kosze.

Po drugiej stronie torów stoi granica – dalej już Rosja. Wagony jadące w stronę Radziwiłłowa zatrzymują się na długie kontrole. Urzędnicy celni sprawdzają paszporty, rewizorzy otwierają skrzynie. Pasażerowie czekają, narzekając na biurokrację.

Na peronie można spotkać też rosyjskich kupców, którzy przyjechali sprzedać futra czy len, a zabrać ze sobą wino i tkaniny z Galicji.

W gospodach przy rynku żołnierze z garnizonu popijają piwo i dyskutują o wojnie na Bałkanach – wieści o rosyjskich działaniach przeciw Turkom budzą niepokój.

W tym czasie bogatsi kupcy spotykają się w kawiarniach – tu rozmawia się o interesach, kursach walut, nowych zamówieniach na zboże czy tytoń.

Na ulicach bawią się dzieci, miesza się zapach pieczonego chleba z piekarni żydowskich i aromat kawy z wiedeńskich kawiarni.

Pod wieczór, gdy ruch handlowy cichnie, na drogach przygranicznych można spotkać przemytników – jedni niosą paczki z tytoniem i tkaninami, inni próbują przerzucić rosyjskie spirytusy na stronę austriacką. Strażnicy graniczni patrolują okolice z latarniami, czasem dochodzi do potyczek.

Miasto zasypia powoli – ale w karczmach światła świecą się do późna, bo tu zawsze ktoś przyjeżdża albo wyjeżdża. Brody żyją swoim pogranicznym rytmem – między Wschodem a Zachodem.

W 1877 roku Brody były jednym z najważniejszych miast granicznych monarchii austro-węgierskiej – centrum handlu, miejsce zetknięcia kultur i strategiczny punkt wobec Imperium Rosyjskiego.

Czyżby nie pamiętał o Robercie, a może coś było wstydliwego w jego pochodzeniu.

Dziadek Mieczysław drugie imię otrzymał po Matce Julii, a pierwsze? Mieczysławem był mój ojciec, czyżby więc pradziadek nosił to imię jako drugie? – Możliwe.

Mieciu po ukończeniu edukacji na poziomie „ludowym” postanowił dalej się uczyć. Szkołę zawodową w Brodach przekształcono właśnie w gimnazjum o profilu techniczno-zawodowym. Po ośmiu tatach ciężkiej nauki mój dziadek zdał maturę. Na początku dwudziestego wieku rozpoczynał dojrzałe życie. Zmienił nazwisko w sposób zaskakujący: do początkowych liter dodał końcowe dwie „y” i „k”. Na podobny krok namówił również brata Julka.

Jaki wpływ na tę decyzję miał jego ojciec? A może ktoś inny…

Dzisiaj pociąg z Lwowa do Brodów jedzie prawie półtorej godziny.  Dzisiaj… a w tamtych latach, kiedy to Mieczysław, Julian chodził do gimnazjum, rozpoczynano już kłaść tory kolejowe na tej linii. W aptece pojawił się proszek do mycia zębów i szczoteczki z świńską sierścią sprowadzane prosto z Lwowa lub Wiednia.  Bardzo bogaci kupcy rozświetlali swój uśmiech złotymi koronkami i może właśnie ten rzadki błysk wzniecił w moim dziadku chęć zastania dentystą.

Faktem udokumentowanym w zapiskach rodzinnych, jest uroczysty ślub w 1906 roku Olgi Schwarc z Mieczysławem Rosykiem. Ceremonia odbyła się w Czerniowcach w domu Schwarców, zamożnych mieszczan. Panem młodym okazał się wykształcony i przystojny mężczyzna, właściciel dobrze prosperującego gabinetu dentystycznego.

Z faktami nie dyskutuje się, ale tak naprawdę to jaki zawód miał dziadek? Dentystą był facet z wyższym wykształceniem po studiach we Wiedniu, Pradze, Krakowie czy Lwowie, a technikiem dentystycznym to… Też gościu z wykształceniem, praktyką czeladniczą i mistrzowskim dyplomem. 

Przeczytałem ciekawą rzecz w Internecie: W Brodach praktykowali m.in. dr Maurycy(Moses) Stern, dr Adolf Schwarcz i dr A. Roth – nazwiska pojawiają się w rejestrach zawodowych z 1898–1903 r.

Opis dotyczy okresu, kiedy Mieczysław Julian planował, lub robiono to za niego, karierę zawodową i w ogóle snuł mariaże dojrzałego życia.

Czy istniał jakiś związek między dr Adolfem Schwarczem, a Edwardem Schwarcem?… 

Opis ślubu dziadków z ikoną w tle wygląda bardzo pompatycznie. Wiadomo jest również, że moja babcia zgrabna, osiemnastoletnia szatynka z piwnymi oczyma była tuż przed zamążpójściem narzeczoną Adama Bursy przyjaciela Miecia Rosyka. Adam, gdy został powołany do wojska, poprosił swojego najlepszego kumpla o zaopiekowanie się dziewczyną. Mecenat. Rezultat opieki opisałem powyżej, ale jak do tego doszło. Albo dziadek był takim donżuanem, że babcia straciła dla niego głowę, to taka optymistyczna, poprawna wersja. Mogło być również też, że Adam chciał być wolnym idąc w sołdaty i wystawił przyjacielowi gotową do zamążpójścia dziewczynę.

W paru opowiadaniach, a szczególnie w „Mieciu, mój ojciec” doprowadziłem do końca opis dziejów dziadka. Pozostała jednak pewna luka dotycząca zdarzeń po roku 1931, kiedy to umiera wraz z nienarodzonym dzieckiem Stefania żona Franciszka. Franciszek długo przeżywa odejście bliskich.

W tym czasie bracia zlecają budowę jednokondygnacyjnej willi. Projektantem jest młody architekt Tadeusz Todorowski, przyjaciel ojca Miecia. Obiekt powstaje na osiedlu nazwanym Nowym Lwowem.

 Na dużej parceli przy ulicy Toruńskiej pod numerem 5 (obecnie ulica Tarnopolska 16) wybudowano okazały dom. Franciszek zamieszka na parterze, a Mieczysław z całą rodziną zajmie pierwsze piętro.

Już jakiś czas w praktyce dentystycznej w której bracia prowadzą osobne gabinety sprząta Józefa, trzydziestopięcioletnia kobieta. To biedna mieszczanka z wiejskim rodowodem. Przez gabinet przewija się wielu pacjentów. W modzie są złote koronki. Franciszek przywiózł wracają z Rosji po wojnie trochę kamieni i dosyć tego drogocennego kruszcu. Na brak pracy nikt nie narzeka. Dziadek Mieczysław często pozostaje w praktyce do późna, często noce spędza na swojej kozetce. To on zatrudnił pomoc, a w ogóle jako starszy brat decyduje prawie o wszystkim.

Franciszek nie potrafi otrząsnąć się z traumy pogrzebowej. Mijają właśnie dwa lata od tej tragedii. Po długiej rozmowie z bratem dotyczącej dalszej działalności i ram funkcjonowania gabinetu postanawia ożenić się z Józefą.  Decyzja jest rodzinnym szokiem, szczególnie dotkliwym dla żony Mieczysława, czyli dla babci Olgi. Nie wyobraża ona sobie mieszkania w jednym domu z kimś z ulicy. Tak w każdym razie brzmiała oryginalna wersja jaj niezadowolenia. Po dwóch latach Józefa rodzi syna Romana, a po dalszych dwóch umiera Franciszek. Po kolejnych dwóch latach wybucha druga wojna światowa, a z nią kończy się złota era gabinetów Rosyków.

W końcowej fazie repatriacji Roman Rosyk z matką ląduje we Wrocławiu. Wielotysięczni przesiedleńcy ze Lwowa masowo wypełniali w tamtym czasie ulice Ziem Zachodnich. Wśród nich znalazł się również wujek Władek i dzięki właśnie niemu rodzina skontaktowała się z Romanem.  Nastąpiło to zaskakująco późno. Romana poznałem w dojrzałym wieku tuż po maturze. Wcześniej dziwnym zbiegiem okoliczności nic o nim nie słyszałem. Zwróciłem się do niego pierwszy raz po imieniu, a on czując się trochę urażonym, niby w formie żartu powiedział, że w zasadzie to on jest moim wujkiem. Był tylko siedem lat starszym, ale wyraźnie chciał pokazać ważność. wtedy nie zastanawiałem się kim jest wujek i dlaczego. Wujków miałem wieli, niektórych przyłatanych i nie myślałem nad więzami krwi. Z Romanem było inaczej, od pierwszej chwili kojarzyłem go z dziadkiem.  Jego podobieństwo z fotografią przodka, którą wielokrotnie oglądałem było uderzające. Miałem nawet wrażenie, że to jest ta sama osoba tylko młodsza. Gdy wspominałem kiedyś przy stole o tym podobieństwie wyczułem ogólne zmieszanie. Ojciec milczał, ale mama po obiedzie odrobinę zażenowana puściła parę: Romana we Lwowie traktowano jak bękarta.  Mieszkali wtedy wspólnie, choć na różnych piętrach a ze względu na prostackie zachowanie Józefy stosunki były oziębłe. Lubiłem Romana, był pełen życia i humoru. Promieniował aurą artysty plakacisty mocno osadzonego w środowisku ASP. Kiedyś, będąc u szczytu kariery sam zażartował ze swojego pochodzenia.

Raz będąc w Katowicach zaprosił mnie wraz z Olkiem na libację w pracowni jednego znanego plastyka, swojego kolegi po fachu. Ciocia Cesia żartobliwie uprzedzała po fakcie: Wojtek uważaj, bo oni w często tańczą na golasa. Romana poznałem z zupełnie innej strony lubił żuć gumę. Za każdym razem narzekał, że czemu nie mógł od dziecka korzystać z tego amerykańskiego dobrodziejstwa. Miałby wtedy mniejsze problemy z zębami.