Lekki wiatr zaczepiał suche liście; tańczyły na gładkim żwirze wąskiej alejki. Ich szelest i zapach, połączone z bogatymi kolorami koron drzew, przywołały obraz beztroskich lat dzieciństwa. Jesień roku dwutysięcznego dziewiętnastego natarczywie przypominała tamte czasy.
Dopiero niedawno stwierdziłem, że nie czuję się tu już obco — że jestem u siebie. Nie spieszyłem się; cieszyłem się każdym kolejnym dniem.
Minęło wiele lat, abym mógł tego doświadczać; prawie czterdzieści.
Idąc spokojnie ścieżką pokrytą klonowymi liśćmi, z satysfakcją odkryłem, że stoję na własnej osi czasu dokładnie w punkcie środkowym.
Przebyte lata mierzyłem dawniej zupełnie inną miarą.
Gdy miałem dziesięć lat, mama powiedziała: „Pierwszy X! Całe życie będziesz je zbierał”. Nie potrafiłem wtedy wyobrazić sobie tak długiego okresu jak kolejne dziesięciolecie.
Następny etap przyszedł po przeczytaniu „Dwudziestu lat później”. Znów ten sam przedział czasu — bajecznie, sentymentalnie długi — dzielący Trzech Muszkieterów od kolejnych przygód.
Pomyślałem po chwili, z lekką ironią, że to niemożliwe, bym zapomniał autora.
Bezmyślnie sięgnąłem do kieszeni po smartfona. Po wpisaniu hasła wyskoczyła informacja.
Szelest liści ucichł… „Scheiße!” — wcale nie o powieści myślałem; przecież dobrze pamiętałem trylogię Aleksandra Dumasa. Widocznie to już wiek, a nie stres, utrudniał koncentrację.
Zbliżałem się do równej liczby lat spędzonych w Polsce i w Niemczech.
Tych dwóch połówek nie dało się porównać. Łączyła je jednak jedna cecha: ilekroć przekraczałem granicę, wracałem do siebie. Po śmierci mamy ta radość bycia „tu i tam” zaczęła ewoluować. Dodatkowo przyczyniła się do tego populistyczna, pisowska polityka rządzących wraz z jej konsekwencjami.
Mama, umierając, zaakceptowała mój ateizm. W przerwach między potwornymi atakami bólu powiedziała: „Wojtuniu, jest mi niezmiernie żal; będzie ci bardzo ciężko pogodzić się z moim odejściem. Ja się pogodziłam; wiem, że zaraz spotkam się z Mieciem… Ty wiesz, że odchodzę na zawsze. Czuję, jakie to dla ciebie trudne”.
Do dziś nie byłem w stanie pisać o tej chwili. Bardzo chciałem, ale nie mogłem zamienić w słowa tego, co czułem, czego doświadczyłem.
Od pogrzebu — który zbiegł się z zaplanowaną uroczystością 95. urodzin mamy — minęły prawie trzy lata.
Koniec jest zawsze początkiem czegoś nowego. Mój początek nastąpił szybko — zaraz po zawale serca. Świadomość sytuacji i tego, co w każdej chwili może nastąpić, zmusiła mnie do napisania wspomnień o mamie… „Bo jak nie ja, to kto?”
II wojna światowa
utrwalona w pamięci mojej mamy, Marty Rosyk
Początek wojny — 1 IX 1939 — zastał Izydora Hawranka z rodziną w Stryju. Od 1929 roku mieszkali tam „u Żyda”, na parterze, w trzypokojowym mieszkaniu z kuchnią.
Izydor, pieszczotliwie nazywany przez żonę Dorkiem, był państwowym urzędnikiem — inspektorem rolnictwa w Wydziale Powiatowym. W tym samym wydziale Olga, moja babka, w ramach oświaty, prowadziła zajęcia w Kołach Gospodyń Wiejskich. Marta — Myszka, ich córka — była w klasie maturalnej prywatnego żeńskiego gimnazjum.
Błyskawiczny postęp wojsk niemieckich wywołał u Izydora paniczny strach. Nie wytrzymał napięcia i po dziesięciu dniach wojny postanowił uciekać na wschód — do Zarudzia, gdzie znajdował się majątek nieżyjącego już brata, Jakuba. Zarządzała nim jego żona, Janina, kobieta z wyższym wykształceniem humanistycznym (pilnując udoju, czytała wiersze). Nad całością czuwała Stanisława Życzyńska, matka Janiny.
Początkowo jechali własnym autem — czarnym, odkrytym fordem. Izydor, po zostawieniu kobiet w majątku (Sokołów albo Strzałków), wrócił do Stryja, odstawił samochód do garażu. Pośpiech wynikał z obawy, by zdążyć przed ewentualnym zerwaniem mostów na rzece Stryj. Dziadek wrócił do rodziny i dalszą drogę pokonywali furmanką z parą koni — dostali ją z majątku. Żołnierze zmierzający na zachód (najpewniej uciekali już przed Armią Czerwoną po 17 września) krzyczeli do Izydora: „Człowieku, gdzie wieziesz te kobiety?!”.
Do Zarudzia dotarli po kilku dniach. Spali gdzie się dało — bywało, że na plebaniach. Część drogi pokonali razem z hrabią Tyszkiewiczem (jechał małą bryczką; babcia żartowała, że pan hrabia pomaga poić konie). W końcu dotarli do majątku w Zarudziu pod Zborowem. Na probostwie mama zostawiła (a właściwie „zapomniała”) skórzany pas — element munduru Przysposobienia Wojskowego, w którym „wyruszyła na wojnę”.
Wejście Armii Czerwonej do okolicy przebiegło bezkrwawo. Siedemnastoletnia Myszka pamięta tylko spragnionego kawalerzystę. Podjechał na koniu z okrzykiem: „Wodu!”. Gdy niespeszona przyniosła wiadro, rozkazał: „Pij!”. Dopiero kiedy upewnił się, że „Polaczki nie chcą go otruć”, wypił w pośpiechu.
Majątek rozgrabiono — nie przez Rosjan, lecz przez miejscowych chłopów. Zabrali, co się dało, i przestali pracować na pańskim. Pozostawionej jedynej krowy nikt nie chciał doić. Myszka, przyuczona przez ojca, z dumą pokazała „księżniczkom”, jak to się robi.
Ksiądz, widząc, jak chłopi kradną jabłka z pańskiego sadu, wzdychał: „I to są moje owieczki!”.
Gdy jednak krowa „wolnego” wieśniaka, obżarta niedojrzałymi jabłkami, dostała wzdęć, przerażony właściciel pobiegł po pomoc do majątku. Wuj Roman Soszyński, weterynarz, bez cienia urazy pospieszył ratować zwierzę.
Ze strachu przed miejscowymi noce spędzali u Hani, oddanej służącej. Spali „na bambetlu” — dla panienki z miasta była to nie lada atrakcja.
Mama pamięta jeszcze wykopki ziemniaków i awanturę, jaką babcia Olga urządziła Izydorowi. Sprowokowana przechwałkami dwóch przystojnych młokosów, gwałtownie wypomniała mu tchórzostwo. Dziadek faktycznie się bał — w pierwszej kolejności o ukochaną córkę. Rewolwer „mauzer”, z którym się nie rozstawał (miał pozwolenie na broń), wyrzucił ze strachu do stawu w parku. W podobny sposób postąpiło więcej osób — na wszelki wypadek, by nie oddawać broni najeźdźcy.
W Zarudziu przebywała wtedy liczna rodzina. Dowodziła babcia Życzyńska z córką Janiną (już wdową) i jej zamężnymi dziećmi: Bogusią z Henrykiem Piotrowskim (sekretarz wydziału powiatowego w Zborowie; później wyjechali do Wilna i trafili do getta dla Polaków), Hanką z Romanem Soszyńskim i rocznym Bogusiem. Trzeci z rodzeństwa, Kazik, inżynier leśnik, z żoną Marylą i dwoma synami — najprawdopodobniej został zamordowany w 1940 roku w lesie podczas pełnienia obowiązków służbowych. Była też ciocia Genia — „Staruszka”, niewidząca na jedno oko, nauczycielka domowa — oraz Aldona, poczmistrzyni.
W okolicy były trzy majątki. Do Urlowa (właściciel Zdzisław Sambrakachane, mąż Zofii Życzyńskiej) mama z babcią chodziły pieszo. Trzecim majątkiem była Chrabuźna, należąca do Lipińskich. Żona Lipińskiego, Malunia, była siostrą Janki Hawranek i Zosi Sambrakachane. (Prawdopodobnie matka Lipińskiego była wiedenką, wymagającą najwyższych manier; budziła przez to respekt. Być może bratem jej męża był Karol Lipiński — słynny skrzypek i kompozytor).
Powrót do Stryja, w październiku, był skomplikowany, bo Rosjanie zarekwirowali konie. Dojechali nocą — nie wiedząc, czy mają do czego wracać. Mama do dziś pamięta moment, gdy przez okno zobaczyła na kuchennym kredensie budzik. Okazało się, że w ich mieszkaniu zamieszkała dozorczyni, pani Horodecka, z mężem. Nie zajęli pokoi — spali w kuchni na tapczanie — byle mieszkania nie splądrowano. Mama z wielką sympatią wspominała tych uczciwych, kochających się pomimo ubóstwa ludzi z piątką dzieci (po dwóch latach pani Horodecka ubierała jej welon ślubny).
W garażu też stał nietknięty czarny ford (kabriolet). Nie nacieszyli się nim długo. Przyszedł oficer radziecki, „wchodząc, wytarł nogi”, usiadł w skórzanym fotelu — babcia Ola doceniała to arystokratyczne zachowanie — i poprosił o kluczyki. Mama nie potrafi dziś wytłumaczyć, kiedy i jak kupili auto; pamięta tylko, że wcześniej mieli żółty citroën, którego sprzedali.
Dziadek wrócił do pracy w Wydziale Powiatowym, mama — do gimnazjum (Fijut Lux), gdzie dyrektorem był profesor Żak. Obok języka ukraińskiego wprowadzono rosyjski. W trakcie pochodu z okazji rocznicy Rewolucji Październikowej wyrzuciły do rowu transparent z wizerunkiem jakiegoś bolszewika — zapewne Stalina. Pod koniec 1939 roku zamknięto gimnazjum żeńskie; uczennice wcielono do I Męskiego Gimnazjum.
Po krótkim czasie mama przestała chodzić na zajęcia — zaangażowała się w działalność konspiracyjną.
W tym czasie rozpoczęły się masowe deportacje Polaków. Mama pamięta rodzinę Załuskich: pan Załuski, major 53. Pułku Piechoty, znalazł się z wojskiem na Węgrzech; jego żona z dwiema córkami — Krysią i Lalką — po wysiedleniu z „mieszkań wojskowych” najpierw trafiły „do nas” na Grottgera w Stryju, potem do Lwowa, a w końcu, przy próbie ucieczki na zachód, zostały ujęte i wywiezione w głąb Rosji. Pracowały „po kolana w wodzie” w syberyjskiej kopalni.
Pan Rammel, wójt zbiorowej gminy Skole, przekazywał zaprzyjaźnionemu Izydorowi czyste blankiety legitymacji i pieczęcie. Dziadek zanosił je księdzu Goleniowi (temu samemu, który później mnie ochrzcił: „Ja jestem Wojciech — niech i on będzie Wojciechem”), a dokumenty chowano pod dywanem w pokoju w sąsiednim domu państwa Rękasowskich. Dalszą dystrybucją zajmowała się Myszka — zamiast chodzić do gimnazjum woziła papiery do Lwowa. Jednym z punktów kontaktowych było mieszkanie jej sympatii, Mietka Barańskiego, na Łyczakowie; legitymacje ukrywano w piecu, maskując palenisko spalonymi gazetami. Odwiedzała też wdowę — znajomą Kazika Januszkiewicza — której mieszkanie było tak zastawione szafami, by w razie „wpadki” dało się uciec. Pamięta też konspiracyjne lokum, do którego raz dotarła potwornie zziębnięta po jeździe zimą na platformie ostatniego wagonu — na miejscu usłyszała: „Ty moje trzynaste nieszczęście w koszyczku”.
Bywała u ciotki Kazi Januszkiewicz we Lwowie. Kazik próbował uciec do Rumunii — został postrzelony w pośladki, co obrosło żartami. Później zamieszkał u kuzynki Krysi Pieniądz — zostało zdjęcie z jej synem Andrzejem.
Fałszywe legitymacje ratowały ludziom życie.
Mama pamięta trzy wielkie wywózki w głąb Rosji.
Ponieważ porzuciła szkołę dla konspiracji, przyszedł do domu profesor Grzyb — wychowawca — i namawiał, by przystąpiła do matury. „Masz szansę — tylko musisz wrócić na lekcje”. Niektórzy nauczyciele mieli wątpliwości — nauczycielka francuskiego mówiła: „Wiem, że się wygadasz, ale co ty napiszesz?”. Na egzaminie z matematyki skłócili się profesorowie Smolana i Wachułka, jednak matura zakończyła się pomyślnie. Świadectwo wystawiono dwujęzyczne — po polsku i po rosyjsku — i otworzyło drogę do studiów we Lwowie.
Egzamin na medycynę zdała wysoko; w styczniu 1941 dostała 150 rubli nagrody. To były pierwsze własne pieniądze — kupiła za nie m.in. pięć kilogramów cukru i z dumą zawiozła do Stryja.
Z braku miejsc na medycynie rozpoczęła weterynarię z obietnicą przejścia po pierwszym roku na Akademię Medyczną. Zamieszkała na Pohulance, w piętrowej willi wujka Edwarda Hawranka (stryjeczny brat ojca), męża Olgi Życzyńskiej. Edward pochodził z kupieckiej rodziny — prowadził sklep „Papiery i Obrazy” przy placu Mariackim. W domu był tłum rodziny: siostry ciotki Olgi — Malunia Lipińska z córką Elżunią, Zosia Sambrakachane z córką Aliną, córka Olgi Ziuta; naprzeciwko mieszkali prof. Morowski i asystent Wojciechowski z weterynarii, a także pani Zosia — osoba unikająca towarzystwa, zapewne ukrywająca się. Mama spała w jednym pokoju z Zosią, Aliną, Elżunią, Ziutką i panią Zosią. Uczyła się głównie nocami na stryszku. Ciocia Zosia „pod poduszkę” podtykała Alinie i mamie pajdy chleba.
Miecia zobaczyła pierwszy raz, gdy przyszedł z prof. Brossem na konsylium do wujka. Nieogolony — nie spodobał jej się i poszła na wykłady. Później jednak, gdy bolał ząb, ciocia Olga zaprowadziła ją do praktyki dentystycznej: „Do starego Rosyka czy do młodego?”. „Do młodego” — odparła. W gabinecie zobaczyła Miecia w świeżym, białym kitlu — ogolony, od razu wydał się inny. Najpierw przychodziła z ciotką, potem sama. Siedząc w poczekalni, przez uchylone drzwi widziała, jak nerwowo zerka na zegar, czekając na jej przyjście.
Atmosfera u wujka pogorszyła się po liście do Stryja, w którym poskarżył się Izydorowi, że córka tylko się bawi. Wywiązała się rodzinna awantura. Mama postanowiła przenieść się do akademika. Gdy była już prawie gotowa, rozbolał ją ząb — dolną piątkę trzeba było usunąć. „Taki był miły i czuły przy znieczulaniu, że mnie nic nie bolało” — pisała do domu. Po ekstrakcji mocno spuchła. Koleżanka z akademika „wściekła się” i przyprowadziła Miecia do pokoju. Czuła się okropnie: spuchnięta twarz i w dodatku silny okres. Od tego czasu zaczęli się spotykać. W listach relacjonowała rodzicom szczegóły. Gdy Miecio zaprosił ją na „małe spotkanie” w praktyce przy Piekarskiej 1c, babcia Ola — wysłana przez zdenerwowanego Izydora — zganiła adoratora: „Zaprasza się do mieszkania, nie do praktyki”. To ich rozśmieszyło — po czym pocałowali się pierwszy raz.
Na obiady chodziła do innego akademika. W drodze powrotnej kupowała bochenek chleba i jadła go, odłamując po kawałku. Bardzo uważała, żeby zostało jej trochę na śniadanie następnego dnia. Miała dobre stosunki z kucharką w swoim akademiku, więc często schodziła do piwnicy, gdzie nieraz dostawała porcję ziemniaków.
Pewnego wieczoru chciała zorganizować coś wyjątkowego na spotkanie z Mieciem. Udało jej się zdobyć dwa talerze z ziemniakami i sznyclami. Mieciu zjadł sznycla, ale ziemniaki tylko podrapał widelcem. Nie mogła tego zrozumieć. Do dziś pamięta, jak odnosząc talerze, jadła palcami, w pośpiechu, na korytarzu, resztki tego niedokończonego przysmaku.
22 czerwca, w niedzielę (dzień ataku Niemiec na ZSRR i zajęcia Lwowa — mój przypis), obudził ją w akademiku huk, jakieś wystrzały. Była przekonana, że to artyleria przeciwlotnicza.
Umówiła się z Mieciem w katedrze na godzinę dwunastą. Ulice były zablokowane przez wojsko i policję — pamięta, jak krążyła, zanim udało jej się dojść na miejsce. Na czystym, słonecznym niebie wisiały smugi po wystrzelonych pociskach. Spotkali się w kościele. Kiedy wróciła do akademika, okazało się, że wojsko zajęło budynek, a jej rzeczy przechowały zakonnice tercjanki.
Mieciu, na polecenie swojej matki (Olgi), zabrał ją do rodzinnej willi na Nowym Lwowie, przy ulicy Toruńskiej 5. Spała na kanapie w sypialni, razem z Cesią. Ta jednak — „po zbyt długich, wieczornych odwiedzinach”, jak to ujęła — obraziła się i przeniosła do innego pokoju, mówiąc: „Nie będę spała w takich warunkach”. Matka Miecia znalazła się w głupiej, niezręcznej sytuacji — w sypialni pozostały dwa puste, duże metalowe łóżka ze złotymi kulami. Mieciu odwiedzał ją regularnie, a ona, na wszelki wypadek, nosiła bardzo ciasne majtki.
Chodziła nadal na uczelnię — doradzono jej, by zdawała egzaminy, póki to możliwe. Poszła do profesora A. Banta i zdała anatomię na ocenę bardzo dobrą. Na tym zakończyła studia. Zajęcia odwołano. Aresztowanie syna tercjanki wywołało zamieszanie. Nadchodziły coraz gorsze wieści. Rosła obawa przed wywózkami.
Zachwycili się widokiem dwóch Niemców jadących na motocyklu. Uwierzono w niemiecką kulturę, porządek i spokój — postanowili się pobrać. Spędziła trzy tygodnie na Nowym Lwowie.
16 lipca 1941 roku wyruszyli pieszo do Stryja, aby zawiadomić jej rodziców. W połowie drogi podwieźli ich węgierscy wojskowi. Ona nie była już w stanie dalej iść, a Mieciu nie pozwalał jej usiąść, przekonany, że gdy raz usiądzie, nie będzie miała siły ponownie wstać. Po dobie marszu dotarli na miejsce — na urodziny dziadka Izydora. Radość była ogromna. Dziadek strasznie się martwił; nie mieli żadnych wiadomości. Nie wiedział, co dzieje się z jego ukochaną córką: wojna, bombardowania, wywózki.
Mietek pozostał tam jeszcze jakiś czas, po czym wrócił jakimś transportem do Lwowa, aby załatwić ślubne obrączki.
Wielkie poruszenie wywołało odkrycie zwłok pozostawionych przez Rosjan w więzieniach. Heniu Czernichowski — „z innymi” — również oglądał ciała ludzi zamordowanych na różne sposoby.
Po powrocie do Lwowa Mieciu dał znać, że żyje, a później przyjechał towarowym pociągiem na ślub. Przyjechał sam — jego ojciec dostał ataku choroby żołądka, matka Olga czuła się bardzo źle, a Cesia nie zamierzała ryzykować. Nikt nie uznał tego za afront.
24 sierpnia 1941 roku (data obliczona przez babcię Olgę tak, aby nie zbiegła się z okresem córki) w południe w kościele zawarli sakrament małżeństwa. Izydor zdobył materiał — jedwab na suknię — z którego szewc uszył również ślubne buty.
Na przyjęciu, w którym uczestniczyło około trzydziestu osób, przysmakiem były: torty z jaśka (łącznie goście przynieśli siedem), smażone kurczaki w sosie śmietanowym oraz sałatka pomidorowa, również polewana śmietaną — którą para młoda jadła palcami. Do tego bimber. Sypialnię przeniesiono na strych, a stoły ustawiono w kształt podkowy. Niemcy pozabierali wszystkie radia (w domu mieli Philipsa, trzy-lampowego; Mieciu chwalił się, że u nich jest cztero-lampowy), więc muzyka najpewniej grała z gramofonu.
W noc poślubną zamknęła się na klucz w swoim pokoju — dziewictwo straciła dopiero trzeciego dnia. Zapamiętała pytanie, które Mieciu zadał jej wtedy:
— Jak ci było?
— Bardzo dobrze — odpowiedziała.
— To pamiętaj o tym zawsze, bo w życiu mogą być różne chwile — powiedział.
Po trzech tygodniach pobytu w Stryju wrócili do Lwowa i zamieszkali przy ulicy Piekarskiej 1c, w pracowni stomatologicznej dziadka. Całe mieszkanie zajęła służąca, więc urządzili się w gabinecie, gdzie na gazowych palnikach mama zaczynała uczyć się gotować — mając do pomocy książkę kucharską. („Służąca zablokowała również kuchnię”). Mieciu chodził do pracy na klinikę, ale często biegał na Nowy Lwów. Pamięta, jak pewnego razu jej matka przywiozła ze Stryja kawałek koniny, a Mieciu bez pytania odciął część i zaniósł swojej mamie.
Pewnego dnia dostali zawiadomienie, że Niemcy przejmują kamienicę, a im przydzielono mieszkanie w innym miejscu.
15 listopada 1941 roku, przy siedemnastostopniowym mrozie, przeprowadzali się do nowego lokalu przy ulicy Jagiellońskiej 11. Mama pamięta ciężką walizkę z formami dentystycznymi, którą wnoszono na ciężarówkę. Ktoś próbował ją ukraść, ale nie dał rady i porzucił na chodniku w niewielkiej odległości od wojska. Likwidowali dwa gabinety. Otrzymali duże, dwupokojowe mieszkanie (każdy pokój 5×7 metrów). Jeden z pokoi był kompletnie umeblowany — pozostałość po wysiedlonych Żydach, rodzinie doktora Blata. Pamięta fortepian i śliczne lustro. W kuchni była dwupalnikowa kuchenka. Drobna właścicielka z córeczką szukała czegoś — wyciągnęła skarpetki. Chciała zabrać małą szafkę, lecz mama — obawiając się Niemców — nie pozwoliła. Po pewnym czasie wszystkie meble i tak zostały zabrane.
Dopiero od szóstego miesiąca ciąży brzuch stał się widoczny.
Na Nowym Lwowie doszło do wybuchu gazu, z nieznanych powodów (podobno rozszczelnienie rury pod chodnikiem; do willi nie była doprowadzona instalacja gazowa — „Józefa często przychodziła do nas coś ugotować” — A. Bartyński). Zniszczeniu uległa klatka schodowa, Józefa poparzyła sobie twarz (poszła ze świeczką do piwnicy?), rany odniosły także Cesia i pan Gros.
Święta Bożego Narodzenia 1941 i całą zimę 41/42 spędzili na Jagiellońskiej.
Doszło tam do nieprzyjemnego incydentu. Zdenerwowany ojciec przerwał babci Oldze, która sugerowała, że matka ma gruźlicę, mówiąc krótko: „Dziura jak dupa!”. Mama umiejscawia ten epizod już po zatrzymaniu Izydora i po moim urodzeniu.
Po aresztowaniu profesorów klinika „rozpadła się”. Mieciu zaczął pracować w browarze jako lekarz zakładowy. Wtedy zaczęły się częste spotkania towarzyskie z Wiktorem Brossem i jego żoną Martą, krewną mamy. (Ich syn Krzyś urodził się dokładnie rok po mnie).
Zaczęły się też kłopoty z żywnością. Od niemieckiego pacjenta dostali pół kilograma sacharyny — na skutek jej używania musieli bardzo często siusiać. „W nocy robiliśmy to do wiadra, żeby nie biegać przez całe mieszkanie.” Izydor zdobył gdzieś pęcak. Mama czuła się wtedy kompletnie zagubiona: „Mam kupić dwa jajka czy cztery?”
Podczas przyjazdów babci dochodziło do częstych spięć między nią a ojcem.
Pomimo rozwierającej się szyjki macicy i ryzyka powikłań donosiła moją ciążę do 19 czerwca 1942. W liście do rodziców pisała: „Bachor ma dużo płynu”.
2 czerwca 1942 roku Niemcy aresztowali dziadka Izydora. Mamie powiedzieli o tym dopiero po porodzie.
Babcia Olga Rosyk dostała żółtaczki, a jej choroba nowotworowa zaczęła gwałtownie postępować.
Dziadek przebywał najpierw w więzieniu w Drohobyczu, później — według informacji niemieckiej — przewieziono go do Lwowa. Mama jeździła tam z mlekiem i żywnością, raz udało jej się zobaczyć ojca przez uchylone drzwi.
Po trzech miesiącach więźniów wywieziono, a mniej więcej w tym czasie zmarła babcia Olga Rosyk — umierając w potwornych męczarniach.
„Szukajcie mnie we Lwowie” — podobno taką wiadomość zostawił dziadek. Zbierali złoto na jego wykupienie. Zbyszek Pawłoski pomagał wymieniać złoto na pieniądze. Po jakimś czasie przyniósł z powrotem krzyżyk babci, mówiąc, że udało mu się go odkupić.
Wezwano ich na policję. Mama siedziała, ojciec stał. Gestapo było bardzo zainteresowane, dlaczego szukają Izydora. „A wy tutaj zostaniecie” — powiedzieli. Matkę ogarnął paniczny strach, bo zostawili mnie w domu, jako niemowlę, zupełnie samego. Na kolejnym przesłuchaniu usłyszeli pytanie: „Gdzie ukryliście ojca?” Gestapowcy udawali, że dzwonią po więzieniach, by go odnaleźć. Straszyli mamę, że jeśli nie powie prawdy, spotka ją to samo, co działo się w sąsiednim pokoju — skąd dochodziły przerażające kobiece krzyki.
(Izydor znał doskonale niemiecki, był oficerem armii austriackiej).
W lutym 1943 roku — jak zapisała matka — „było wtedy bardzo głodno”. „Mieliśmy mały bochenek chleba na dwoje na tydzień. Przydział mięsa wynosił jakieś pół kilo byle czego na tydzień.” Kupowali dodatkowy chleb na czarnym rynku i wozili do więzienia na Łąckiego (bieliznę, kalesony — „wszystko przyjmowali”). Mamie zostały jakieś więzienne pokwitowania. Robili to co tydzień, będąc przekonani, że ojciec wciąż tam przebywa.
Pamięta większą paczkę wysłaną z okazji świąt. Edziu „Krzaczasty” dowiedział się od ludzi z AK, że więźniów zabrano do lasu Mała Brzezinka i rozstrzelano.
Po jakimś czasie zwrócono im pieniądze za złoto, którym chcieli wykupić dziadka. Mama nie pamięta, czy było to 1500 złotych, czy 15 tysięcy złotych, ale wie, że dała 500 złotych babci Oldze — w tajemnicy przed Mietkiem.
Z tymi pieniędzmi wiąże się dalsza historia. Po przyjeździe do Lwowa babcia zostawiła torebkę na kanapie w poczekalni. Torebka — z pieniędzmi i dokumentami — zniknęła. Podejrzewano któregoś z pacjentów. Poszli „na policję niemiecką”, przy placu Mariackim — „tak z boku” — zgłosić kradzież. Ważne było posiadanie niemieckiego Ausweisu.
W marcu 1943 roku wyjechali — mama, ojciec i asystentka Marysia — do Kosowa. („Zaproponowano, aby wyjechać” — Mietek zgłosił się tam jako stomatolog). Ojciec dostał od Niemców skierowanie do pracy. Dojechali do Kołomyi, gdzie przenocowali „w jakiejś chałupie”, w mieszkaniu z pryczami, jakby nocowało tam wielu ludzi. Następnego dnia Mieciu załatwił furmankę i pojechali nią do Kosowa.
Ojciec wybrał to miejsce z sentymentu — w młodości spędzał tam wakacje z rodziną, jeżdżąc również do Kut. Raz pojechali tam nawet z dziadkiem Rosykiem, który zwykle nie spędzał z nimi wolnego czasu.
Zamieszkali u pani Kowalskiej — piękne mieszkanie. W sąsiednim budynku Mieciu miał gabinet. Robił wiele złotych koron, zwłaszcza kobietom, które traktowały je jak biżuterię. Przynosiły dukaty z przylutowanym uszkiem, noszone jak zawieszki.
W Kosowie zachorowałem na zapalenie płuc. Łóżeczko, w którym spałem, ojciec przywiózł prawdopodobnie w drugiej turze przeprowadzek.
„Zaczęło nam się tam dobrze żyć. Pacjenci przynosili jedzenie — orzechy, jabłka, całe worki, i było wszystko, czego trzeba. Widzę cię do dziś przy cudnych truskawkach, a ja nie mogłam niczego jeść. Nie rozumiałam, jak wy to możecie jeść.”
Kiedy miałem dziesięć miesięcy, zacząłem chodzić. Mama postawiła mnie na podłodze, a ja przeszedłem cały pokój. Musiała wtedy chować wszystkie przedmioty — wszystko ściągałem z mebli.
„Był tam dr Libchard, kolega, chirurg w szpitalu. Był też drugi, ginekolog, żonaty z Ukrainką, również bardzo mili ludzie. Mieliśmy dobre towarzystwo — zwłaszcza do popijawy.” Lekarze dostawali co miesiąc dwa litry spirytusu i dwa litry denaturatu.
„I myśmy już tak we Lwowie żłopali. Bross dostawał, Duda dostawał, Kaczorowski dostawał, myśmy dostawali.” Mama uważa, że była to celowa polityka rozpijania inteligencji. „W tym szaleństwie była metoda… troszkę upijać to społeczeństwo.”
— Dlaczego opuściliście Kosów? — zapytałem kiedyś mamę.
„Pomagała mi młoda dziewczyna, Ukrainka. Pewnego dnia przyszła do Miecia jej matka i powiedziała: Oj, panie doktorze, bardzo źle się dzieje. Osiem kilometrów stąd zamordowano już księdza. Idą dalej, mordują wszędzie naokoło”.
— Ukraińcy mordowali Polaków? — dopytałem.
„Ukraińcy Polaków, Banderowcy… Zaczęły dochodzić coraz straszniejsze wiadomości o mordach. Wszędzie w okolicy. I wtedy — co robić? Strach!”
Mama, ja i Marysia zaczęliśmy na noc chodzić spać na strych. Brali ze sobą siekiery i kamienie. „Bo były takie wąskie schody — mówiliśmy, że będziemy bić, rąbać, żeby ich nie wpuścić, żeby nas nie zamordowali. W dzień siedzieliśmy na dole, a spać szliśmy na górę.”
„Raz ktoś zapukał późnym wieczorem. Mieciu już zamachnął się siekierą — a to ktoś ze swoich przyszedł. Napięcie było straszne, a wieści z okolicznych wsi coraz gorsze. I wtedy Mieciu postanowił, że nie ma co — musimy z tego Kosowa uciekać do Lwowa.”
Mieciu dogadał się z jakimiś Węgrami albo Czechami, którzy przewozili drewno wielką platformą. Umówili się, że nad ranem podjadą pod ich dom, a oni wejdą na pokład i zostaną zawiezieni na stację kolejową w Kołomyi. „Jak w końcu weszliśmy — ty, Marysia, ja i Mietek — kierowca powiedział: Pamiętajcie, macie leżeć płasko. Jeśli nas zatrzymają i będą strzelać, nie stanę. Będę jechał dalej.”
Położyli się więc na drewnianych belkach, platforma ruszyła, ale nikt ich po drodze nie zatrzymał. Bezpiecznie dowieziono ich na dworzec. Mama pamięta tylko podłogę stacji: „Byłam w szoku. Wszystko działo się za szybko. Po zniknięciu (śmierci…) taty. Nie mogłam tego unieść.”
„To było dokładnie w moje imieniny, 29 lipca 1943 roku — dlatego pamiętam tę datę.”
Po powrocie do Lwowa zamieszkali na Nowym Lwowie, bo ich poprzednie mieszkanie na Jagiellońskiej wynajęła już rodzina cioci Heli, siostry babci Olgi. Od początku miały ze sobą trudne stosunki. Nowy lokator oznajmił, że nie ma mowy, by w kuchni rządziły dwie gospodynie.
W listopadzie doszło do wypadku — zraniłem sobie lewe oko. Od początku obowiązywała wersja, że to odłamek szkła z rozbitej szyby po nalocie bombowym. Po latach wyglądało to inaczej:
„To była maleńka buteleczka z perfumami. Miałeś ją w rączce. Wychodziliśmy gdzieś z domu, mama chciała ci ją zabrać, ale zacząłeś tak strasznie płakać, że ci ją zostawiła. Po paru krokach przewróciłeś się — rozbitą buteleczką przeciąłeś sobie oko.”
Zaniesiono mnie do łazienki, żeby obmyć krew. Ojciec uspokajał, że to tylko powieka. Prof. Bross skierował ich do okulistów. W klinice prof. Musiał i późniejszy prof. Krwawicz założyli mi opatrunek. Później chodzili tam jeszcze na kontrole.
Ojciec wrócił do pracy w praktyce dentystycznej przy Jagiellońskiej. Tam złożył przysięgę akowską i udostępniał gabinet na spotkania konspiracyjne. Często nie było go w domu. Umawiał się „na brydża”, ale mama uważa, że to były także zebrania podziemia.
Wczesną wiosną 1944 roku ruszyła ofensywa Armii Czerwonej. Zaczęły się bombardowania, walki o Lwów.
Nowy Lwów leżał w pobliżu bocznicy kolejowej Persenkówka, gdzie stały cysterny z paliwem — cel ataków lotniczych. Mama panicznie bała się nalotów. Schodziła do piwnicy, gdzie zbierali się wszyscy mieszkańcy.
W mojej pamięci pozostały dwa obrazy:
- żelazna poręcz i schody prowadzące w dół, do piwnicy,
- czerwone pierzyny rozłożone na posadzce i ludzi zawiniętych w nie jak w kokony.
Przy jednym z wybuchów dziadek nie wytrzymał — wyszedł na zewnątrz, po chwili wrócił do piwnicy, wpełzając na czworakach.
Podczas jednego z nalotów, gdy dom zatrząsł się od bomby, mama zapytała przerażona: „To już? Trafili nas? Czy to już koniec?”. Były święta wielkanocne. Pamięta tort zrobiony przez Cesię, zasypany drobnymi kawałkami szkła z wybitej szyby.
Nastrój wojenny, a także strach przed Ukraińcami, przyspieszył decyzję o opuszczeniu Lwowa. Panika, wywołana grozą, że mogą zostać zamordowani, przysłoniła realną ocenę sytuacji.
Pan Bator, lokator willi na Nowym Lwowie, który wynajmował tam dwa pokoje wraz z rodziną, posiadał siedmiotonową ciężarówkę. Zgodził się wywieźć ich — razem z meblami — do Czchowa, gdzie mieszkali nieznani krewni.
Zabrali dwie szafy, biurko ojca, zaprojektowane przez Tadorowskiego, oraz cały gabinet dentystyczny z nowoczesnym, francuskim fotelem, kupionym stosunkowo niedawno.
W Czchowie zamieszkali w domu braci Biłyków — Gienka i Julka — którzy z powodu działalności konspiracyjnej ukrywali się w lesie.
Ojciec wyjechał z powrotem do Lwowa. (?) Wrócił 30 czerwca — na swoje urodziny. Był rok 1944. Nad ranem, około czwartej, gdy już świtało, do domu wpadło gestapo. Dowiedzieli się, że Gienek przebywa w budynku. Nakazano wszystkim mężczyznom leżeć bez ruchu na podłodze. Dokładnie przeszukano pomieszczenia.
Mama zapamiętała, jak ojciec leżał na brzuchu, błagał o wodę, a ona podawała mu ją chochlą. „Nie wykluczam — wspomina — że z okazji imienin wypito dużo alkoholu.”
„W rezultacie ojca i Gienka aresztowano. Wywieźli ich do więzienia w Tarnowie.”
Przerażona mama zostawiła mnie w domu i pobiegła do Reni, do apteki. Tam również byli gestapowcy i chcieli ją zatrzymać, ale magister farmacji jakoś zdołał ich przekonać i puścili ją wolno. W aptece panowała napięta atmosfera — Gienek był narzeczonym Elżuni, która po aresztowaniu niemal rozpadała się z rozpaczy.
„Po paru dniach przyszedł Julek. Dał znać, co trzeba schować, wynieść, zabezpieczyć.”
„W ogródku, wśród kamieni, pomoc domowa wydobyła dokumenty. Były tam rozkazy od Sikorskiego: jak działać, jak postępować.”
Mama jeździła do Tarnowa kilka razy, ale nic nie mogła załatwić. Julek woził tam „kanapki z chleba”. Wszyscy z Czchowa trafili do jednej celi — „było ich tam dużo”.
„Mieciowi zabrali obrączkę — rozpaczał. Chłopcy zrobili mu z trawy zastępczy pierścień. Mietek wtedy postanowił, że jeśli oddadzą mu obrączkę z depozytu, to niezależnie od tego, co się stanie — on ucieknie. Przy pierwszej możliwej okazji.”
„Wtedy trwały straszne przesłuchania. Mietka nie przesłuchiwali. Wzięli Gienka. Ten nikogo nie chciał zdradzić — powiesili go na drzwiach i wbili mu w pośladki pióro do pisania. Jeden z łączników nie wytrzymał bicia i zaczął sypać. Nie wytrzymał.”
„I teraz — wierzysz w cuda, nie wierzysz… Ja taka z tobą… To było bardzo znamienne. Poszłam na spacer. I nagle podeszła do mnie starsza pani z małą dziewczynką, wnuczką, i mówi:
— Czemu to pani, taka młoda, taka ładna, a taka strasznie smutna?
Opowiedziałam jej, że Mietka aresztowano. Ona na to:
— Ja pani przyniosę nowennę do św. Judy Tadeusza. On zawsze załatwia sprawy niemożliwe. Proszę przyjść jutro w to samo miejsce — przyniosę.
Nie byłam ani pobożna, ani szczególnie wierząca, ale przyszłam. Przyniosła mi nowennę — starą, zniszczoną. Mam ją do dziś. I zaczęłam odmawiać.
Wojtek — i nie wiadomo, jak to możliwe — w tym czasie Mietek opowiadał, że w celi nagle znaleźli nowennę do św. Judy Tadeusza. I oni też zaczęli ją odmawiać.”
Mama jechała jeszcze raz do Tarnowa — do więzienia, na gestapo — próbować ratować ojca. Tłumaczyła, że przyjechali niedawno, że Mietek nie jest winny, że nic nie wie o działalności konspiracyjnej.
„Przyjęli mnie uprzejmie. Obiecał mi nie wiadomo co. Bardzo miły, grzeczny: A to pani jeszcze raz przyjedzie…”
Po tygodniu pojechała znowu. Gdy zaczęła mówić, gestapowiec zepchnął ją ze schodów tak, że wylądowała na parterze, na drzwiach wahadłowych.
„Na szczęście się nie rozbiłam. I tyle było z jego obietnic.”
„Kiedy Mietek zapukał z prośbą o obrączkę — oddali mu ją. I wtedy powiedział, że to jest znak. Że przy pierwszej okazji ucieknie.”
Ojciec później opowiadał, że miał „proroczy sen”:
„Szedłem nieskończenie ciemnym tunelem. I nagle na jego końcu zobaczyłem białe światło. Pomyślałem: to jest to światło, które mnie wyprowadzi.”
W wyniku ofensywy Armii Czerwonej Niemcy zaczęli się wycofywać. Front stanął pod Dębicą. W więzieniu zapanował popłoch:
— Zaczęli segregować i wypuszczać.
(23 sierpnia 1944 r. Dębica została wyzwolona przez Armię Czerwoną.)
Mama nie miała żadnych wiadomości. Mietek w więzieniu. Ona sama — z niemowlęciem, bez rodziców, w obcym miejscu.
Pojechała z Renią (Baroncz) do Krakowa, bo — jak mówi — „dzieci się bawiły, i ten mały Hawranek, Jasia Hawranka synek, pocałował ciebie w policzek i krew wlała ci się do oka. Codziennie sprawdzałam napięcie oka. I po tym pocałunku coś było nie tak.”
Pojechały więc na klinikę. Idąc ulicą:
„Ty wyrwałeś mi się nagle i wybiegłeś na jezdnię. Na ciebie jechał rower. Jezus Maria! Ten rowerzysta nie wpadł na ciebie — sam się wywrócił. Ty byłeś taki — ani minuty spokojnie. Wiedziałeś tylko, że mamy przejść na drugą stronę.”
Mama nie pamięta, ile razy jeździła do Krakowa — cały okres trwał trzy tygodnie. Dwa razy była w szpitalu. Przy ostatniej wizycie towarzyszyła jej ciocia Fani — w kapeluszu i z lisem na ramionach. Bardzo elegancka. To dzięki niej dostali się do profesora.
Profesor wsiadł na mamę z furią:
„Jak pani mogła trzymać to dziecko tak długo?! Czy pani chce, żeby on całkiem oślepł?! To tak, jakby położyć zdrowego człowieka z nieboszczykiem! To oko trzeba natychmiast usunąć!”
Mama do końca życia pamiętała te słowa.
Mama pamięta szpital, do którego sama zaniosła mnie na zabieg.
„Zostałam w poczekalni, a ciebie ubrali w długą, białą koszulę i zabrali. Strasznie płakałeś. Modliłam się: Panie Boże, tylko mi go uratuj. Jak będzie, tak będzie, ale tylko mi go nie zabierz.”
Nie pamięta, jak wracała. Nie pamięta, kto jej wtedy pomagał. Zostałem w Krakowie — a ona, zrozpaczona, pojechała sama do Czchowa.
„Nie wiem, dlaczego to zrobiłam. Jakim pociągiem w ogóle tam dojechałam. Wysiadłam w Brzesku, robił się wieczór. Nie było furmanek. Ludzie szli pieszo do swoich wiosek. Poszłam więc z nimi. Byłam zupełnie jak we śnie.”
Szła długo. Ludzie rozchodzili się po domach — w końcu została sama. Dopiero w Jurkowie (2 km od Czchowa) zatrzymała się furmanka.
„Jechał jakiś elegancki pan. Zatrzymał się i mówi:
— A pani gdzie?
— Do Czchowa, do doktora Rosyka. Męża mi aresztowali, wracam z Krakowa.
— Ależ proszę pani — pani mąż jest w domu.”
Była pewna, że to pomyłka.
Gdy podjechali pod dom, pobiegła najpierw do apteki. „Wychodzi Mieciu — blady, zmizerowany. I wtedy uwierzyłam.”
Ale mnie z nimi nie było.
Kilka dni później w Czchowie rozpoczął się atak oddziałów kolaboranckich — „Własowców, Ukraińców, różnych służb niemieckich”. W okolicy gwałcono, rabowano, rozstrzeliwano.
„Przyszły do nas wieści, że powieszono ludzi na drzewach przed kościołem. Wszędzie strach.”
Doktor Pawlik, sąsiad, przyszedł i powiedział:
— Uciekajmy.
„Mietek wyszedł z nim natychmiast, tak jak stali, w stronę Brzeska. Mówili: jeśli ktoś nas zatrzyma, będziemy udawać, że idziemy do chorego pacjenta.”
Ukrywali się przy stogach zboża. W Brzesku zatrzymał ich ksiądz — przenocowali na plebanii. Później, jak opowiadał ojciec, przeszedł front na przyjechał do Krakowa.piechotę i na lokomotywie
Tam dopiero zrozumiał, że nie wie, co się dzieje z żoną ani ze mną.
Mama nie potrafi odtworzyć, ile czasu minęło od operacji, ani jak dokładnie wyglądał mój pobyt w szpitalu. Pamięta tylko, że po zabiegu zostawiła mnie w Krakowie i wróciła do Czchowa sama, w stanie skrajnego wyczerpania nerwowego.
Gdy ojciec wrócił z więzienia, odnalazł ją — ale mnie wciąż nie było. Po jakimś czasie mama pojechała znowu do Krakowa i zabrała mnie ze szpitala.
Przez następne tygodnie mieszkali w Czchowie. Ojciec zaczął tam leczyć ludzi, bo front zbliżał się coraz bardziej, a lekarze byli potrzebni. Ratował rannych, operował w domach, obcinał ręce, opatrywał postrzelonych chłopców. Leczył też partyzantów.
Zawsze wspominano jednego chłopca ze stajni — postrzelonego, który dostał tężca. Ciocia Mnia, właścicielka apteki, dała wszystkie fiolki z surowicą przeciwtężcową. Ojciec obiecał: jeśli go nie uratuje, przestanie być lekarzem. Uratował — i nigdy więcej tego ślubu nie przywoływał.
W Czchowie była też znana amputacja ręki gospodarzowi Musiałowi, wykonana w kuchni, na stole, przy świetle lampy naftowej, z pomocą kilku ludzi, którzy trzymali pacjenta.
W tym czasie często nocowano w piwnicy lub w dołach wykopanych przy domu — ze strachu przed kulami i bombami. Mama z Helcią, niosąc mnie na rękach, zbiegały schodkami do schronu. Była już wtedy w ciąży z Ewą.
Wokół front przesuwał się raz w jedną, raz w drugą stronę. Ludzie widzieli sceny, które trudno było później opowiadać: konające konie, leżących żołnierzy, rozbite wozy, ciała przykryte derkami, przerażone kobiety z tobołami.
Pewnego dnia do kuchni wszedł żołnierz radziecki — siny z głodu, z karabinem w ręku.
– Dajcie jeść!
Mama i Helcia podały mu zupę kartoflaną z marchewką, którą zwykle gotowały. Żołnierz zjadł, odszedł bez słowa. Takich odwiedzin było wiele.
Mama nie potrafi dokładnie datować, kiedy zaczęła się działalność ojca związana z tzw. walizką. Zdobywał mięso na wsi i wiózł je do Krakowa, gdzie można było sprzedać i zdobyć trochę pieniędzy. Ojciec jeździł elegancko ubrany, w pelisie z małpiego futra i kapeluszu, żeby wyglądać na kogoś, kto nie handluje, tylko podróżuje służbowo. Raz na dworcu w Krakowie zatoczył się na niemieckiego żołnierza, bo walizka była tak ciężka. Myślał, że to koniec — ale uśmiechnął się, przeprosił po niemiecku, i puścili go.
W Krakowie odbył się też zjazd rodzinny u cioci Fani. Była tam cała rodzina. W czasie spotkania Niemcy weszli do mieszkania i ukradli dwa noże, dwa widelce i talerzyki ze złotego serwisu mamy. Takie szczegóły utkwiły jej w pamięci bardziej niż wielkie wydarzenia polityczne.
Armia Czerwona weszła do Brzeska 19 stycznia 1945 roku. Dla mamy był to moment ulgi — ale nie radości. Byli bez dachu nad głową, bez pieniędzy, z dzieckiem po operacji i kolejnym w drodze.
Koniec wojny mama przeżyła jeszcze w Czchowie. Pamięta, jak ja i jakieś małe dziecko chodziliśmy po podwórku z chorągiewkami biało-czerwonymi. Nie jest pewna, czy naprawdę to pamięta, czy tylko utrwalił jej się obraz z fotografii.
Wiosną 1945 roku pojechała do Tarnowa, gdzie przebywała babcia Ola. Ojciec wraz z Wiktorem Brossem wyjechali do Katowic. Załatwili tam mieszkanie przy ulicy Wandy dzięki dawnym znajomym. W sąsiedztwie mieszkali Żydzi: państwo Kudiszowie. Ojciec żartował, że pan Kudisz wygląda „jak czech Żydów”.
To właśnie w Katowicach mama była już w zaawansowanej ciąży z Ewą. Pamięta głupią uwagę cioci Heli:
– Jak ty się nie krępujesz z takim brzuchem chodzić po ulicy?
Babcia Ola w tym czasie przyjechała z transportem ze wschodu i zamieszkała również w Katowicach. Później zatrudniła się jako nauczycielka w Śląskich Zakładach. Niestety wyeksmitowano ją z mieszkania przy ul. Wandy, mimo że była tam zameldowana, i dano jej przydział na trzecim piętrze przy ul. Kordeckiego 1.
Ewa urodziła się w Katowicach.
Ojciec i Bross zaczęli organizować klinikę we Wrocławiu, a mama z dziećmi miała wkrótce tam dołączyć. Byli pewni, że się przeprowadzą. Mieli już nawet załatwione mieszkanie przy ul. Matejki, niedaleko ogrodu botanicznego — piękne, choć kamienica miała rozerwany róg po bombie.
Wszystko wskazywało na to, że rodzina osiądzie we Wrocławiu.
Ale pewnego dnia, jadąc pociągiem z Katowic do Wrocławia, ojciec kupił gazetę. W gazecie znalazł ogłoszenie o konkursie na ordynatora w Kłodzku.
Nie wahali się długo.
Przesiedli się w Gliwicach na pociąg do Kłodzka.
(Kłodzko było wtedy miejscem, gdzie mieszkała już Cesia z dziadkiem. Wcześniej tułali się: Wieliczka, Bielsko, Katowice — najpierw na Mariackiej, potem na Dąbrowskiego. Również Władek mieszkał z nimi, choć trudno dziś ustalić dokładny układ.)
Po wyjeździe rodziców do Kłodzka babcia Ola pozostała w Katowicach i wspierała ich finansowo. Mama do końca życia pamiętała prezent od niej — dwa powleczenia na kołdrę, niezwykle luksusowe w tamtych czasach.
Po przeprowadzce do Kłodzka ojciec zaczął pracę w szpitalu jako ordynator chirurgii. Mama wspomina, że początki były trudne, ale mieli już poczucie, że skończyła się tułaczka. Władek, Cesia i dziadek mieszkali niedaleko — rodzina powoli zbierała się na nowo, po wojnie, po więzieniach, po wysiedleniach, po stracie Lwowa.
W Kłodzku zaczęło się pierwsze w pełni powojenne życie: praca, szkoła, kupowanie mebli, urządzanie mieszkania, nowe kontakty towarzyskie, wyjazdy do Wrocławia, listy do przyjaciół ze wschodu, niekończące się rozmowy o tym, czy Lwów „wróci”, czy tylko na chwilę go zabrano, czy trzeba zacząć nowe życie naprawdę.
Mama nie pamięta wielu szczegółów tamtego okresu — wspomina raczej zapachy, kolory, rozmowy w kuchni, pierwsze ubranka dla Ewy szyte z wojskowych płaszczy, spacery z dziećmi, mycie pieluch w zimnej wodzie, biedę, zmęczenie, a równocześnie ulgę, że śmierć, front, strach i głód zostały za nimi.
Zapamiętała jedno zdanie ojca, powiedziane w Kłodzku wieczorem, przy stole:
– Nie ma już wojny. Teraz już trzeba żyć.
Po latach, gdy ja dorosłem, rozmawialiśmy o tamtych czasach godzinami. Długo, powoli. Często wracaliśmy do tych samych wspomnień — a jednak każde kolejne opowiadanie odsłaniało nowe szczegóły, nowe emocje, nowe źródła lęku i siły.
Nadrobiłem tyle, ile mogłem. Ale nie zdążyłem zapytać o wszystko.
W ostatnim okresie życia mamy rozmawialiśmy codziennie. Dzwoniłem do niej co wieczór. Rozmowy były długie, spokojne, przeplatane aktualną polityką, trochę jak program „Szkło kontaktowe” — śmieszne, przewrotne, czasem ostre. Zawsze żywe.
Była wierną słuchaczką radia, czytała gazety, miała swoje zdanie o wszystkim. Denerwowała się, kiedy mówiłem jej, że z jej konserwatywno-narodowo-kościelnym podejściem powinna głosować na PiS.
– O nie! – odpowiadała. – Ja głosuję na Tuska. I koniec.
Czasu nie da się zatrzymać. Wspomnienia powoli tracą szczegóły. Znikają daty, pozostają emocje. Fakty mieszają się z domysłami, a ludzie, którzy mogliby coś dopowiedzieć, odchodzą.
I dlatego — mówiła mi mama — trzeba zapisywać historię, póki jeszcze jest komu ją opowiedzieć.
Tak powstały te wspomnienia.
I tak kończy się opowieść mamy, ale nie kończy się pamięć.
Chronić ją — to teraz nasze zadanie.
Wojtek Rosyk
20 listopada 2020
Schongau
Lekki wiatr zaczepiał suche liście; tańczyły na gładkim żwirze wąskiej alejki. Ich szelest i zapach w połączeniu z bogatymi kolorami koron drzew przywołał obraz beztroskich lat dzieciństwa. Jesień dwutysięcznego dziewiętnastego roku natarczywie przypominała te minione czasy.
Dopiero niedawno stwierdziłem, że nie czuję się już tu obco, że jestem u siebie. Nie spieszyłem się, czułem radość witając każdy kolejny dzień.
Minęło wiele lat abym mógł tego doświadczać; czterdzieści prawie.
Spokojnie idąc ścieżką pokrytą klonowymi liśćmi z satysfakcją odkryłem, że znalazłem się na osi czasu w środkowym punkcie.
Przebyte lata mierzyłem dawniej zupełnie inną miarą.
Gdy miałem dziesięć mama powiedziała: „Pierwszy X! Całe życie będziesz je zbierał” – wtedy nie potrafiłem wyobrazić sobie tak długiego okresu jakim miało być kolejne dziesięciolecie.
Następny etap nastąpił po przeczytaniu „Dwadzieścia lat później“. I znowu ten przedział czasu jaki dzielił Trzech Muszkieterów od kolejnych przygód był bajecznie-sentymentalnie długi.
Ironicznie pomyślałem po chwili, że nie możliwe abym zapomniał autora.
Bezmyślnie wyciągnąłem z kieszeni spodni smartfona. Po wstukaniu hasła wyskoczyła informacja.
Zamilkł szelest liści… Scheiße! W ogóle nie myślał o powieści, a przecież dobrze pamiętałem trylogię Aleksandra Dumasa. Widocznie to już wiek, a nie stres utrudniał koncentrację.
Zbliżałem się do równej ilości lat jakie spędziłem w Polsce i w Niemczech.
Nie dawało się tych połówek porównać. Miały jednak jedną wspólną cechę: zawsze, gdy przekraczałem granicę wracałem do siebie. Niestety po śmierci mamy ta radość bycia tu i tam ewoluowała. Niewątpliwie przyczyniła się do tego dodatkowo populistyczna, pisowska polityka rządzących z jej konsekwencjami.
Mama umierając, zaakceptowała mój ateizm. W chwili pomiędzy potwornymi atakami bólu powiedziała: „Wojtuniu jest mi niezmiernie żal; będzie ci bardzo ciężko pogodzić się z moim odejściem. Ja się pogodziłam; wiem, że zaraz spotkam się z Mieciem… Ty wiesz, że odchodzę na zawsze. Czuję jakie to dla ciebie trudne”.
Do dnia dzisiejszego nie byłem w stanie pisać o tej chwili. Bardzo chciałem, ale nie mogłem zamienić w słowa tego co czułem, czego doświadczyłem.
Od pogrzebu, który pokrywał się z zaplanowaną uroczystością 95-ciu urodzin mamy minęły prawie trzy lata.
Koniec jest zawsze początkiem nowego. Mój początek nastąpił szybko, zaraz po zawale serca. Świadomość sytuacji i to co w każdej chwili może nastąpić, zmusił mnie do napisania wspomnień o mamie… „Bo jak nie ja to kto?”
***
II Wojna Światowa,
utrwalona w pamięci mojej mamy Marty Rosyk
Początek wojny 1.09.1939 zastaje Izydora Hawranka wraz rodziną w Stryju. Żyją tam od 1929 roku, wynajmując „od Żyda”, na parterze, trzypokojowe mieszkanie z kuchnią.
Izydor, zdrobniale nazywany przez żonę Dorkiem, jest państwowym urzędnikiem piastując stanowisko inspektora rolnictwa w Wydziale Powiatowym. W tymże wydziale Olga, moja babka, w ramach instruktora oświaty, prowadzi zajęcia w Kołach Gospodyń Domowych. Marta, czyli Myszka, ich córka znajduje się w maturalnej klasie prywatnego, żeńskiego gimnazjum.
Błyskawicznie postępujący front niemiecki wywołuje u Izydora paniczny strach. Nie wytrzymuje napięcia i po dziesięciu dniach wojny postanawia uciekać na wschód do Zarudzia, gdzie znajduje się majątek nieżyjącego już brata Jakuba, zarządzany przez jego żonę Janinę, kobietę z wyższym wykształceniem humanistycznym (pilnując udoju czytała wiersze). Nadzór nad całością dzierżyła Stanisława Życzyńska matka Janiny.
Początkowo jadą swoim autem, czarnym, odkrytym fordem. Izydor po zostawieniu kobiet w majątku (Sokołów albo Strzałków) – wraca do Stryja, zostawia samochód w garażu. Pośpiech wynikał z obawy, aby zdążyć przed ewentualnym zerwaniem mostów na rzece Stryj. Dziadek Izydor wraca do rodziny i dalej podróżuje otrzymaną z majątku furmanką z parą koni. Żołnierze zmierzający na zachód (prawdopodobnie uciekali już przed radziecką armią po 17 września) krzyczą do Izydora: „Człowieku, gdzie wieziesz te kobiety!“.
Dotarcie do Zarudzia trwało parę dni. Korzystali z przypadkowych noclegów, między innymi na plebaniach. Część drogi spędzili wspólnie z hrabią Tyszkiewiczem (podróżował małą bryczką, a babcia żartowała, że pan hrabia pomaga nam poić konie). W końcu docierają do majątku w Zarudziu koło Zborowa. Na probostwie mama zostawiła („zapomniała”) pas skórzany, będący uzupełnieniem munduru Przysposobienia Wojskowego, w którym „wyruszyła na wojnę“.
Zajęcie okolicy przez Armię Radziecką przebiegło bezkrwawo. Siedemnastoletnia Myszka pamięta tylko spragnionego kawalerzystę. Podjechał na koniu z okrzykiem „Wodu!“. Gdy niespeszona przyniosła kubek wody rozkazał: „Pij!“. Dopiero, kiedy przekonał się, że „Polaczki nie chcą go otruć”, wypił w pośpiechu.
Majątek w Zarudziu został rozgrabiony, ale nie przez Rosjan. Miejscowi, czyli chłopi zrabowali cały dobytek i przestali pracować na pańskim. Pozostawionej, jedynej krowy nie miał kto wydoić. Myszka, przyuczona przez ojca, z dumą pokazała „księżniczkom“ jak to się robi.
Ksiądz widzący jak chłopi kradli jabłka z pańskiego sadu wzdychał – „I to są moje owieczki!“.
Jednak, gdy krowa „wolnego“ wieśniaka, obżarta niedojrzałymi jabłkami, dostała wzdęcia, ten przestraszony udał się po pomoc do majątku. Mój wujek, Roman Soszyński, weterynarz, nie okazując urazy, pospieszył ratować zwierzę.
Z obawy przed miejscową ludnością, noc spędzali na wsi u Hani, oddanej służącej. Spali na bambetli, a była to nie lada atrakcja, której dotąd nie zaznała panienka z miasta.
W majątku w Zarudziu, moja mama pamięta jeszcze udział w wykopkach ziemniaków i awanturę, którą babcia Olga sprawiła Izydorowi. Sprowokowana, prawdopodobnie fanfaronadą dwóch przystojnych młodzianów, gwałtownie zaczęła wytykać dziadkowi tchórzostwo. Dziadek faktycznie bał się, ale obawa dotyczyła w pierwszej kolejności troski o ukochaną córkę. Rewolwer „mauzer”, z którym się nigdy nie rozstawał (miał pozwolenie na broń) z obawy wyrzucił do stawu w parku, było to mocne przeżycie. W podobny sposób postąpiło więcej osób, prawdopodobnie pod wpływem obawy przed oddaniem brani najeźdźcy.
W zarudzkim majątku, w tamtych czasach, przebywała liczna rodzina. Dowodziła babcia Życzyńska z córką Janiną (już wdową) i jej zamężnymi dziećmi: Bogusią z Henrykiem Piotrowskim (sekretarz wydziału powiatowego w Zborowie – wyjechali później do Wilna i przebywali w getcie dla Polaków), Hanką z Romanem Soszyńskim i rocznym Bogusiem (Trzeci z rodzeństwa, Kazik inż. leśnik z Marylą – dwóch synów, prawdopodobnie został zamordowany w 1940? roku w lesie w czasie spełniania obowiązków służbowych). Rodzinę uzupełniali Ciocia Genia (Staruszka, niewidząca na jedno oko) – nauczycielka domowa, oraz Aldona poczmistrzyni.
W okolicy znajdowały się trzy majątki. Z Zarudzia do Urlowa (Właściciel Zdzisław Sambrakachane ożeniony z Zofią Życzyńską) mama z babcią chodziły na piechotę. Trzecim był Chrabuźna należąca do Lipińskich. Żoną Lipińskiego była Malunia – siostra Janki Hawranek i Zosi Sambrakachane. (Prawdopodobnie matka Lipińskiego była wiedenką, wymagając najwyższych manier, budząca przez to respekt. Prawdopodobnie bratem jej męża był Karol Lipiński słynny kompozytor wiolonczelista).
Powrót do Stryja nastąpił w październiku i był dosyć skomplikowany, gdyż Rosjanie skonfiskowali konie. Na miejsce dojechali w nocy, ale nie byli pewni czy „mają do czego wracać“ – wszystko mogło zostać rozgrabione. Mama nie zapomni chwili, kiedy zaglądając przez okno zauważyła na kredensie kuchennym budzik. Okazało się, że w ich mieszkaniu zamieszkała dozorczyni, pani Horodecka z mężem. Nie zajęli oni jednak pokoju, tylko spali w kuchni na tapczanie. Mieszkanie zajęli, aby nie zostało splądrowane). Mama z dużą sympatią i rozczulenie wspomina tych uczciwych i kochających się, pomimo ubóstwa, ludzi (z piątką dzieci) (po dwóch latach pani Horodecka ubierała mamie welon ślubny).
Również w garażu stał nietknięty czarny ford („bez paki” – kabriolet). Długo jednak nie cieszyli się nim. Pewnego dnia przyszedł oficer rosyjski, „wchodząc wytarł nogi“, usiadł elegancko w skórzanym fotelu (relacja babci Oli, doceniającej Rosjanina arystokratyczne zachowanie) i poprosił o kluczyki od samochodu. Mama nie potrafi wytłumaczyć jak i kiedy doszło do kupna owego auta, pamięta jedynie, że mieli wcześniej żółtą cytrynę (citroen), którą sprzedali.
Dziadek Izydor wrócił do pracy w Wydziale Powiatowym, a mama do gimnazjum (Fijut Lux) gdzie dyrektorem był profesor Żak, do którego, obok już ukraińskiego, wprowadzono naukę języka rosyjskiego. Pamięta również jak w trakcie pochodu, związanego z rocznicą Rewolucji Październikowej, wyrzuciły do rowu duży transparent z wizerunkiem jakiegoś bolszewika prawdopodobnie Stalina. Pod koniec 1939 zamknięto żeńskie gimnazjum i uczennice wcielono do I Męskiego Gimnazjum.
Mama po krótkim okresie przestała chodzić na zajęcia i zajęła się działalnością konspiracyjną.
W tym okresie następują masowe deportacje Polaków. Pamięta przypadek bliskiej jej rodziny Załuskich. Pan Załuski major 53 Pułku Piechoty znalazł się wraz z wojskiem na Węgrzech, natomiast jego żona z dwoma córkami, Krysią i Lalką, po wysiedleniu z „mieszkań wojskowych”, przygarnięte „do nas” (do mieszkanie, które wynajmowali w Stryju, na ul. Grottgera) wyjechały do Lwowa, a później chciały uciec na zachód. Przy przekraczaniu granicy złapano je i wywieziono w głąb Rosji. Pracowały w nieludzkich warunkach, „po kolana w wodzie”, w syberyjskiej kopalni.
Pan Rammel, wójt zbiorowy gminy Skolen, wręczał swojemu inspektorowi (był z nim również zaprzyjaźniony) Izydorowi, czyste blankiety legitymacji (dowody osobiste) i pieczątki. Mój dziadek przekazywał je księdzu Goleniowi (ten, który później mnie „ochrzcił” – „Ja jestem Wojciech, niech on również zostanie Wojciechem“- zdanie wypowiedziane w czasie przechodzenia koło domu, przekazane babci Oldze stojącej w oknie). Legitymacje chowano w mieszkaniu księdza (Pokój w sąsiednim domu Państwa Rękasowskich) na podłodze pod dywanem. Dalszym rozprowadzaniem zajmowała się, zamiast chodzić do gimnazjum, Myszka. Woziła je do Lwowa w różne miejsca. Jednym z nich było mieszkanie jej sympatii Mietka Barańskiego na Łyczakowie – legitymacje chowali w piecu kaflowym, maskując palenisko spalonymi gazetami. Mama pamięta mieszkanie pewnej wdowy (prawdopodobnie znajoma Kazika Januszkiewicza), tak zastawione szafami, aby w wypadku wpadki można było uciekać. Przypomina sobie jak pewnego razu potwornie zziębnięta (jechała w zimie, przez dłuższy czas, ze względu na potworny tłok, na platformie ostatniego wagonu, zanim wciągnięto ją do środka) dotarła do owego konspiracyjnego mieszkania, gdzie została ochrzczona: „Ty moje trzynaste nieszczęście w koszyczku“.
Woziła również czyste legitymacje do mieszkania we Lwowie, gdzie mieszkała ciotka Kazia Januszkiewicza. Kazik Januszkiewicz chciał uciec do Rumunii i na granicy został postrzelony. Dostał w tyłek i chyba z tego powodu krążyło trochę kawałów. Szczęśliwie jednak wrócił i zamieszkał u Krysi Pieniądz (kuzynki – córki Markiewiczowej, która była siostrą matki Kazika). Mam zdjęcie z jej synem Andrzejem (Pieniądz) z nieco późniejszego okresu.
Legitymacje, zmieniające ludziom tożsamość, ratowały ich przed aresztowaniem.
Mama pamięta trzy duże wywozy w głąb Rosji.
Myszka zajmując się polityką porzuciła gimnazjum. Pewnego dnia przyszedł do domu jej rodziców wychowawca pan profesor Grzyb. Zaczął namawiać do przystąpienia do matury. Mama uważała, że nie zdąży się przygotować. Namowy jednak poskutkowały: „Masz szansę zdać maturę“, warunek był jednak jeden – musi chodzić do gimnazjum. Niektórzy profesorzy mieli zastrzeżenia tak jak nauczycielka j. francuskiego: „Wiem, że się wygadasz, ale co ty napiszesz?“.
W trakcie matury doszło do nieporozumienia między dwoma profesorami z matematyki. Jeden, prof. Smolana, uważał, że odpowiedz jest błędna, a drugi prof. Wachułka odwrotnie. W końcu egzamin zakończył się powodzeniem i dokument maturalny, wystawiony w dwóch językach (na jednej stronie po polsku, na drugiej po rosyjsku) otworzył drogę do studiowania w Lwowie.
Za pozytywnie zdany egzamin na medycynę dostała we styczniu 1941 roku, 150 rubli nagrody.
Były to pierwsze zarobione pieniądze i kupiła za nie między innymi 5 kg cukru, które dumna zawiozła rodzicom do Stryja.
Przed studiami, brała udział na uczelni w kursie przygotowawczym do egzaminów,
Z braku miejsc nie dostała się na medycynę, rozpoczęła studiować weterynarię z przyrzeczeniem, że po zaliczeniu pierwszego roku, automatycznie przejdzie na drugi do Akademii Medycznej.
Zamieszkała we Lwowie, na Pohulance, w piętrowej wilii wujka, Edwarda Hawranka, stryjecznego brata jaj ojca, ożenionego z Olgą Życzyńską. Był on synem Edwarda „rudego“ i Katarzyny Burghadt herbu Filipicz.
Wujek Edward, pochodzący z rodziny kupieckiej, miał sklep „Papiery i Obrazy“ przy Pl. Mariackim.
Do wilii na Pohulance przyjechała liczna rodzina z majątków Urlowa i Chrabuźny. Były to siostry ciotki Olgi: Malunia Lipińska z córką Elżunią (Gorycowa) i Zosia Sambrakachane z córką Aliną (Kisiel) i córka Olgi, Ziuta. Do mieszkańców należeli (pokój naprzeciwko): prof. Morowski i asystent Wojciechowski z weterynarii, oraz pani Zosia, osoba unikająca towarzystwa, prawdopodobnie ukrywająca się.
Mama spała w jednym pokoju z Zosią, Aliną, Elżunią, Ziutką córką wujostwa i panią Zosią.
Całe towarzystwo zasiadało razem do posiłków. Uczyła się głównie w nocy na stryszku. Ciocia Zosia podtykał „pod poduszkę“ Alinie, swojej córce i mamie kromki chleba albo bułki.
Pierwszy raz zobaczyła Miecia jak przyszedł z prof. Brossem na konsylium do wujka Edwarda. Siedział nieogolony i jej się nie podobał – opuściła towarzystwo i udała się na wykłady.
Miała wtedy duże powodzenie u kolegów, którzy przychodzili pod balkon/taras. Pamięta, jak pomagała Alinie przy wychodzeniu „po cichu“ na randki/zabawy podając z tarasu części ubioru.
Pewnego razu wujek Edward, w obecności całego towarzystwa, zrobił jej straszny afront.
Zbeształ ją, bo w trakcie posiłku przekrajała kartofel nożem. Etykieta tamtych czasów nie pozwalała na takie zachowanie. Poskarżyła się ojcu, który napisał zwracając uwagę bratu, że to on odpowiada za wychowanie swojej córki i poprosił, aby to się więcej nie zdarzyło. Po tym incydencie rozpoczęła staranie, w celu wyprowadzenia się i zamieszkania w akademiku.
Gdy zaczął boleć ząb, ciocia Olga zaprowadziła ją do praktyki dentystycznej. Zapytała: „Chcesz do starego Rosyka, czy do młodego“. „Pewnie, że do młodego“ – odpowiedziała.
W gabinecie zobaczyła Miecia w świeżutkim, białym kitlu, ogolonego i bardzo tym razem jej się podobał. Na leczenie zęba zaczęła jeździć najpierw z ciotką, a później sama. Pamięta, jak siedziała w poczekalni i przez szparę uchylonych drzwi widziała nerwowe zachowanie Miecia, oczekującego na jej przyjście. Sytuacja u wujka Edwarda stała się nieprzyjemna, po wysłaniu przez niego listu do Stryja, informującego brata, że córka jego tylko się bawi. Doszło do jakiejś, grubszej rodzinnej awantury.
Do akademika przeprowadziła się pod koniec stycznia. Zapomniała zabrać prześcieradła, podejrzewała, że ktoś jej u wujostwa wyciągnął.
Niestety zęba nie dało się wyleczyć i Mieciu stwierdził, że trzeba dolną piątkę usunąć. W liście do domu pisze: „Taki był miły i czuły przy znieczulani, że mnie nic nie bolało“ („superlatywy, lewatywy“ powiedzenie cioci Cesi). Po ekstrakcji bardzo spuchła.
Koleżanka z akademika „wściekła się“ i przyprowadziła Miecia do pokoju. Czuła się bardzo źle, bo „spuchnięty pysk“ i dodatkowo dostała mocny okres.
Od tego czasu zaczęli się spotykać. Pisała o wszystkim do rodziców. Gdy została zaproszona przez Miecia do praktyki na ul. Piekarskiej 1c, na spotkanie towarzyskie, babcia Ola wysłana przez zdenerwowanego Izydora po przyjeździe do Lwowa, zwróciła adoratorowi uwagę, że jak już to zaprasza się do mieszkania, a nie do praktyki. Ta interwencja tak młodych rozśmieszyła, że po tym pocałowali się pierwszy raz. Umawiali się na randki, Cesia później narzekała, że musi ciągle bratu prasować spodnie. Niezrozumiałym zwyczajem Mieciu po randkach nie odprowadzał ukochanej pod akademik, tylko rozstawał się przy kościele nie chcą iść dalej pod górkę. Wracał inną drogą.
Do domu pisała ciągłe sprawozdania, o szczegółach spotkań i „kłopotach” codziennego życia. Nazywał ją „maleńka“, powodem była czytana wówczas książką „Maleńka pani wielkiego domu“ (Jack London).
Na uczelni wykłady odbywały się nadal w języku polskim, ale przypomina sobie jakieś ciche, antyrosyjskie manifestacje. Mówiło się o IV transporcie, wywozie ludzi w głąb Rosji. (Aresztowano profesorów na uczelni.?)
Do zaręczyn doszło szybko i nietypowo. Siedzieli w akademiku (połowa maja) na łóżku.
Umiem rąbać drzewo. Czy jak nas wywiozą damy sobie radę? – zapytał Mieciu. Myślę, że damy sobie radę – odpowiedziała. To możemy się pobrać – zawyrokował mój ojciec. Miała łzy w oczach pamięta jakieś przyniesione czekoladki, ale wolała kartofle.
Na obiady chodziła do innego akademika. Wracając kupowała bochenek chleba i jadła odłamując kawałki. Bardzo uważała, aby została jej reszta na śniadanie następnego dnia. Miała niezłe stosunki z kucharką w swoim akademiku. Często schodziła na dół, do piwnicy, gdzie dostawała nieraz porcję ziemniaków. Pewnego wieczora, chciała załatwić coś ekstra na spotkanie z Mieciem. Załatwiła dwa talerze z ziemniakami i sznyclami. Mieciu zjadł sznycla i podzióbał kartofle. Nie mogła tego zrozumieć. Pamięta, jak odnosząc talerze jadła palcami, pospiesznie na korytarzu, niedokończony przysmak.
22 czerwca, niedziela (napaść Niemiec na ZSSR i zajęcie Lwowa – mój przypisek), obudził mamę w akademiku huk, jakieś wystrzały. Uważa, że była to artyleria przeciwlotnicza.
Umówiła się w katedrze na dwunastą. Zablokowano ulice przez wojsko i policję – pamięta, jak krążyła zanim doszła na miejsce. Na czystym, słonecznym niebie widniały ślady pocisków. Spotkała Miecia w kościele. Jak wróciła do akademika okazało się, że wojsko zajęło pomieszczenia, a jej rzeczy przechowywała stróżka (tercjanowa).
Mietek, na polecenie swojej mamy (Olgi) zabrał Myszkę do rodzinnej willi na Nowym Lwowie (Toruńska 5). Spała na kanapie w sypialni razem z Cesią, ale ta „po za długich wieczornych odwiedzinach”, obraziła się i wyprowadziła do innego pokoju: „Nie będę spała w tych warunkach“. Mama znalazła się w głupiej, niezręcznej sytuacji. W sypialni pozostały puste dwa duże metalowe łóżka ze złotymi kulami. Mieciu ją odwiedzał, ale na wszelki wypadek nosiła bardzo ciasne majtki.
Chodziła nadal na uczelnię, poradzono jej zdawać egzaminy. Poszła do prof. A. Banta i zdała anatomię na bdb. i na tym zakończyła studia. Odwołano zajęcia. Aresztowanie syna tercjana wywołało zamieszanie. Nadchodziły złe wieści, pogłębiała się obawa przed wywozem.
Zachwycili się widokiem dwóch Niemców jadących na motocyklu. Uwierzyli w niemiecką kulturę, porządek i spokój – postanowili się pobrać. Spędziła trzy tygodnie na Nowym Lwowie.
16 lipca 1941 ruszyli piechotą do Stryja zawiadomić rodziców. W połowie drogi podwieźli ich węgierscy wojskowi. Nie była w stanie iść dalej, a Mieciu nie pozwalał usiąść, uważając, że później już w ogóle nie będzie miała siły wstać. Po dobie doszli na miejsce, na urodziny dziadka Izydora. Radość była szalona. Dziadek Izydor strasznie się martwił, nie mieli żadnych wiadomości. Nie wiedział co się dzieje z jego ukochaną córką: wojna, bombardowania, wywozy ludności.
Mietek pozostał pewien czas i wrócił jakimś transportem do Lwowa załatwić ślubne obrączki.
Poruszenie wywołało odkrycie trupów pozostawionych przez Rosjan w więzieniach. Heniu Czernichowski „z innymi” również oglądał trupy ludzi w różny sposób pomordowanych.
Mieciu po przyjeździe do Lwowa dał znać, że żyje a następnie przyjechał towarowym pociągiem na ślub. Przyjechał sam, ojciec jego dostał ataku związanego z chorobą żołądka, mama Olga źle się już czuła, a Cesia nie miała zamiaru ryzykować. Nikt nie uważał tego za afront.
24 sierpnia 1941 roku (babcia Olga ustaliła termin ślubu obliczając możliwość wystąpienia u córki okresu) w południe w kościele zostali połączeni sakramentem ślubu. Izydor zdobył materiał, jedwab na sukienkę, z którego również szewc zrobił ślubne buty.
Na przyjęciu, w którym uczestniczyło około 30 osób, przysmakiem były torty z jaśka (w sumie goście przynieśli siedem), smażone kurczaki w sosie śmietanowym i sałatka pomidorowa, również polewana śmietaną, którą para młodych jadła paluchami, oraz bimber. Sypialnię przeniesiono na strych, a stoły ustawiono w kształcie podkowy. Niemcy pozabierali radia (W domu mieli Philipsa, 3 lampowego, a Mieciu się chwalił, że u nich jest czterolampowy), więc prawdopodobnie muzyka przygrywała z płytowego adaptera. Na noc poślubną zamknęła się na klucz w swoim pokoju – dziewicą przestała być na trzeci dzień. Zapamiętała do końca życia pytanie – Jak ci było? Bardzo dobrze – odpowiedziała. To pamiętaj zawsze o tym, bo w życiu mogą być różne chwile – oświadczył Mieciu.
Po trzech tygodniach pobytu w Stryju wrócili do Lwowa i zamieszkali na Piekarskiej 1c w pracowni stomatologicznej dziadka. Całe mieszkanie zajęła służąca, więc urządzili się w gabinecie, gdzie na palnikach gazowych mama zaczynała uczyć się gotować mając do pomocy książkę kucharską („Służąca zablokowała również kuchnię“). Mieciu chodził do pracy na klinikę, ale również często biegał na Nowy Lwów. Pamięta jak pewnego razu jej mama przywiozła ze Stryja kawałek koniny, a Mieciu bez pytania odciął kawałek i zaniósł swojej mamie.
Pewnego dnia dostali zawiadomienie, że Niemcy zabierają kamienicę, a im przydzielono mieszkanie gdzie indziej.
15 listopada (41) przy siedemnastostopniowym mrozie przeprowadzali się do nowego lokalu na ul. Jagiellońskiej 11. Pamięta ciężką walizkę z formami dentystycznymi, którą zaniesiono na ciężarówkę. Ktoś chciał ją ukraść, ale nie dał rady i zostawił na chodniku w niedużej odległości. Likwidowali dwa gabinety. Dostali duże dwupokojowe (każdy 5×7 m) mieszkanie. Jeden kompletnie umeblowany pokój– pozostałość po wysiedlonych Żydach – Dr. Blat. Pamięta fortepian i śliczne lustro. Kuchenka dwupalnikowa. Drobna pani z córeczką (właścicielka) szukała czegoś – wyjęła skarpetki. Chciała zabrać jakąś małą szafkę, ale mama z obawy przed Niemcami nie pozwoliła. Wszystkie meble po pewnym czasie zostały zabrane.
Dopiero od szóstego miesiąca widoczna była ciąża.
Na Nowym Lwowie nastąpił, z nieznanych powodów (Rozszczelnienie rury pod chodnikiem. Do willi nie była doprowadzona instalacja gazowa. „Józefa przychodziła często do nas coś ugotować” – A.Bartyński), wybuch gazu. Zniszczeniu uległa klatka schodowa, poparzyło Józefie twarz (poszła ze świeczką do piwnicy?), Cesię i pana Grosa.
Święta i zimę 41/42 spędzili na Jagiellońskiej.
Doszło tam do nieprzyjemnej sytuacji. Zdenerwowany ojciec odpowiedział babci Oli, podejrzewającej u mamy gruźlicę: „Dziura jak dupa!”
Mama osadza ten incydent w czasie po ujęciu Izydora i już po moim urodzeniu.
Po aresztowaniu profesorów, klinika się „rozleciała“. Mieciu zaczął pracować w browarze jako lekarz zakładowy. Wtedy dochodziło do częstych spotkań towarzyskich z Wiktorem Brossem i jego żoną Martą krewną mamy (ich syn Krzyś urodził się dokładnie rok po mnie).
Kłopoty z żywnością: Dostali pół kg sacharyny od niemieckiego pacjenta i na wskutek jego używania musieli często siusiać – „W nocy robiliśmy to do wiadra, aby nie biegać przez całe mieszkanie”. Izydor zdobył gdzieś pęcak. Mama czuła się kompletnie zagubiona: „Mam kupić dwa jajka, czy cztery?“.
W czasie przyjazdów babci dochodziło do częstych nieporozumień z ojcem.
Pomimo rozwarcia i pewnego z tym zagrożenia, donosiła mnie do 19.06.1942. Do rodziców pisała „Bachor ma dużo płynu“.
2. 06. 1942 Niemcy aresztowali dziadka Izydora. Mamie o tym powiedziano dopiero po porodzie.
Babcia Olga Rosyk dostała żółtaczki i jej choroba nowotworowa zaczęła się gwałtownie rozwijać.
Dziadek przebywał we więzieniu w Drohobyczu, a potem według niemieckiej informacji przenieśli go do Lwowa. Jeździła z mlekiem i żywnością do więzienia, raz tylko widziała ojca przez uchylone drzwi.
Po trzech miesiącach wywieziono więźniów i w tym samym czasie zmarła babcia Olga Rosyk, potwornie się męcząc w czasie konania.
„Szukajcie mnie we Lwowie“ podobno dziadek zostawił taką wiadomość. Zbierali złoto na wykupienie ojca. Zbyszek Pawłoski pomagał w wymienianiu złota na pieniądze. Po jakimś czasie przyniósł krzyżyk babci mówiąc, że go z powrotem odkupił.
Dostali wezwanie na policję, mama siedziała, ojciec stał. Gestapo było bardzo zainteresowane, dlaczego szukają ojca. „A wy tutaj zostaniecie“ – przerażenie ogarnęło matkę, bo zostawili mnie, niemowlaka samego w domu. Na kolejnym przesłuchaniu usłyszeli pytanie „Gdzieście ojca ukryli?“ Gestapowcy udawali, że dzwonią po więzieniach w jego poszukiwaniu. Straszyli mamę, że jak nie powie to spotka ją to samo, co działo się w sąsiednim pokoju, z którego dochodził przerażający krzyk kobiecy.
(Izydo znał doskonale niemiecki, był oficerem austriackim.)
W lutym 1943 „Bardzo było wtedy głodno. Mieliśmy mały bochenek chleba na dwoje na tydzień. Przydział, to było jakieś pół kilo byle jakiego mięsa na tydzień”.
Kupowali dodatkowo chleb na czarno i wozili do więzienia Łąckiego (kalesony, bieliznę i „wszystko brano“) – mamie pozostały jakieś kwity więzienne. Wozili co tydzień, przekonani, że ojciec jest w więzieniu.
Przypomina sobie jakąś większą paczkę z okazji świąt. Edziu „Krzaczasty“ dowiedział się od AK, że wywieźli więźniów do lasu Mała Brzezinka i wszystkich rozstrzelali. Po jakimś czasie zwrócono pieniądze za złoto, którymi chciano wykupić dziadka. Mama nie pamięta czy było to 1500 zł czy 15tyś. zł., ale wie, że dała 500zł babci Oldze, w tajemnicy przed Mietkiem.
Z tymi pieniędzmi związana jest dalsza historia. Babcia po przyjeździe do Lwowa zostawiła torebkę na kanapie poczekalni w na korytarzu. Torebka z pieniędzmi i dokumentami zginęła. Podejrzewano, że zabrał ją któryś z pacjentów. Poszli „na policję niemiecką“, przy placu Mariackim, „tak z boku“, zgłosić kradzież – „ważny był niemiecki Ausweis”.
W marcu 1943 wyjeżdżają z Marysią, asystentką z browaru, do Kosowa („zaproponowano, aby wyjechać“ – Mieciu zgłosił się jako stomatolog). Ojciec dostaje od Niemców skierowanie do pracy. Dojeżdżają do Kołomyi (przespaliśmy się w jakiejś chałupie, w jakimś u kogoś mieszkaniu, gdzie były prycze, jakby tam dużo osób przyjeżdżało), stamtąd, następnego dnia, Mieciu załatwił furmankę i pojechaliśmy furmanką do Kosowa.
Ojciec wybiera miejsce z sentymentu do spędzanych w młodości, w tamtej okolicy, letnich wakacji. Jeździli z matką (Cesia, Władek i Mieciu) tam i do Kut, a nawet raz wybrali się z ojcem (dziadkiem Rosykiem), który zazwyczaj nie spędzał z nimi wolnego czasu.
Dostają ładne mieszkanie u pani Kowalskiej. W sąsiednim budynku Mieciu miał gabinet. Robił dużo złotych koronek, szczególnie kobietom, które uważały je za ozdobę. Przynosiły dukaty z przylutowanym uszkiem, nosiły je jako biżuterię.
Dostaję tam zapalenia płuc. Łóżeczko, w którym spałem prawdopodobnie przywiózł ojciec w drugiej turze.
„Zaczęło być nam tam dobrze. Bo tak; pacjenci przynosili; były w takich dużych papierowych workach, stały orzechy i jabłka i do jedzenia było wszystko. Ciebie widzę do dzisiaj przy truskawkach „cudnych”, a ja nie mogłam niczego jeść. Nie rozumiałam, jak wy to możecie jeść.”
Miałem dziesięć miesięcy, gdy zacząłem chodzić. Postawiła mnie mama i normalnie przeszedłem przez cały pokój. Musiała wtedy wszystkie rzeczy pozbierać, bo wszystko ściągałem z mebli.
„Tam był dr. Libchard, kolega, chirurg w szpitalu. Był jeszcze drugi, ginekolog, ożeniony z Ukrainką, też bardzo mili ludzie. Mieliśmy dobre towarzystwo, ale zwłaszcza do popijawy“. Lekarze dostawali co miesiąca dwa litry czystego spirytusu i dwa litry denaturatu.”
„I to myśmy już tak we Lwowie żłopali. Bross dostawał, Duda dostawał, Kaczorowski dostawał, myśmy dostawali“. Mama uważa, że była to specjalna polityka rozpijania inteligencji. „W tym szaleństwie była metoda… troszkę upijać to społeczeństwo.“
Dlaczego opuściliście Kosów? – pytam.
Pomagała mi młoda dziewczyna, Ukrainka. Pewnego dnia przyszła do Miecia jej matka i powiedziała: „Oj…panie doktorze, bardzo źle się dzieje, tutaj osiem kilometrów stąd już zamordowano księdza i idą, mordują wszędzie naokoło.”
Ukraińcy Polaków? – dopytuję.
„Ukraińcy Polaków i Banderowcy… i zaczęły dochodzić słuchy, że tamtą wieś wymordowano. Ale tak mówiło się, ale jak to, znają się przecież sąsiedzi… no tak, ale to z jednej wioski szli na drugą wioskę i tam mordowali i zaczęły dochodzić straszne wiadomości o mordowaniu i wtedy co robić… strach!”
Wraz ze mną i Marysią wchodzili spać na strych. Brali siekiery i kamienie, „bo były takie wąskie schody i mówiło się: będziemy po prostu walić, rąbać, nie wpuścimy ich do nas, żeby nas zamordowali. W dzień byliśmy na dole, a chodziliśmy spać tam na strych.“
„Jeden raz też, ktoś tak, o dziwnej porze, na dole zapukał, Mieciu już się zamachnął siekierą, a okazało się, że ktoś ze swoich przyszedł. Także było straszne napięcie i coraz gorsze wiadomości o tych mordach i Mieciu postanowił, że nie ma co i musimy z tego Kosowa zwiewać do Lwowa“.
„Mieciu dogadał się z jakimiś Węgrami, albo Czechami, nie wiem z kim, którzy mieli jakiś transport, (wozili drzewo tam do rzeki, czy z rzeki te pnie) że podjadą rano, taką platformą, koło nas i my wleziemy na tą platformę i oni nas zawiozą na dworzec kolejowy aż do Kołomyi. (Do Kosowa trzeba było zawsze furą dojechać). I jak myśmy w końcu, ty, Marysia, ja i Mietek, to ten kierowca powiedział tak: Pamiętajcie macie leżeć płasko. Jak będą nas zatrzymywać i strzelać, ja nie stanę, ja będę dalej jechał. Bądźcie na to przygotowani, że po drodze mogą ostrzelać, więc płasko na tej platformie połóżcie się.
I tak szczęśliwie nas przywiózł na dworzec. Nie wiem, dlaczego widzę tylko podłogę tego dworca. Ja taka jakaś byłam dziwnie… dziwnie w szoku wiesz… to było za szybko, mimo wszystko, po zniknięciu („śmierci” – na nagraniu) taty i jakoś nie mogłam się z tym zupełnie pogodzić.
To akuratnie było na moje imieniny 29 lipca 1943, dlatego dobrze pamiętam to, tę datę.”
Rodzice ze mną zamieszkuję na Nowym Lwowie, bo ich mieszkanie na ul. Jagiellońskiej zostało wynajęte rodzinie siostry babci Olgi Rosyk, cioci Heli, z którą to, od początku, mama nie miała najlepszych stosunków. Nowy właściciel oświadczył, że nie zgadza się, aby dwie gospodynie urzędowały w kuchni.
W listopadzie dochodzi do wypadku. Ranię sobie lewe oko. Od początku obowiązywała wersja, że to był wypadek od odłamka szkła z rozbitej szyby po bombardowaniu niemieckim. Po latach wyglądało to tak: „a to była maciupka buteleczka taka, że miałeś w rączce ją“
Wychodzili gdzieś z domu, ja złapałem perfumy (Prawdopodobnie widziałem jak mama je używała – mój przypisek). Mama chciała mi ją wyrwać, ale ja potwornie zacząłem płakać. Zostawiła, po paru krokach upadłem i rozbitym szkłem zraniłem sobie oko. Zabrali mnie do łazienki umyć krew. Ojciec uspokajał, że to tylko powieka. Prof. Bross, gdzie udali się po pomoc, skierował ich do okulistów. Poszli na klinikę. Prof. Musiał i późniejszy prof. Krwawicz (po wojnie znany profesor w Lublinie) na oddziale okulistycznym założyli mi opatrunek. Chodzili tam ze mną później do kontroli.
Ojciec chodzi do praktyki dentystycznej na Jagiellońskiej. Składa tam przysięgę akowską i udostępnia gabinet na zebrania organizacji. Nie ma go często w domu, umawia się na bridża. Mama uważa, że brał udział w tajnych spotkaniach.
Wczesną wiosną 1944 roku następuje ofensywa Armii Czerwonej. Rozpoczynają się naloty i walki o oswobodzenie Lwowa.
Nowy Lwów leży w pobliżu bocznicy kolejowej (Persenkówka) gdzie stały cysterny z paliwem, będące celem bombardowań. Mama bała się potwornie nalotów. Chowania się w piwnicy, w której wszyscy mieszkańcy szukali schronienia.
Dowodem na to jak bardzo dramatyczna musiała to być sytuacja jest pozostały ślad w mojej pamięci: Dwa obrazy.
1. – poręcz klatki schodowej i parę stopni prowadzących do piwnicy.
2. – czerwone pierzyny na posadzce i postacie w nie zawinięte.
W trakcie jednego bombardowania dziadek nie wytrzymał; wyszedł na zewnątrz, a po chwili wbiegł na czworakach do piwnicy.
Raz po uderzeniu bomby, kiedy zatrzęsły się ściany, przerażona mama zapytała: „Trafili nas?… czy to już koniec?”. Te wydarzenia rozgrywały się w czasie świąt Wielkanocnych. Pamięta tort zrobiony przez Cesię, zasypany kawałkami szkła pochodzącymi z rozbitej szyby.
Nastrój wojenny, jak również strach przed Ukraińcami przyspieszył decyzję o opuszczeniu Lwowa. Panika, wywołana grozą, że zostaną zamordowani, przysłaniała realia.
Pan Bator, człowiek, któremu wraz z rodziną wynajmowano w willi dwa pokoje, posiadał siedmiotonową ciężarówką. Zgodził się na wywiezienie nas wraz z meblami do Czchowa, gdzie mieszkali, nieznani krewni.
Zabrali dwie szafy, biurko ojca, zaprojektowane przez Tadorowskiego, gabinet stomatologiczny z nowoczesnym francuskim fotelem, który ojciec kupił stosunkowo niedawno.
W Czchowie zamieszkali w domu Gienka i Julka Biłyków, dwóch braci, którzy ze względu na walkę i działalność konspiracyjną ukrywali się w lesie.
Ojciec wyjeżdża z powrotem do Lwowa. (?) Wraca 30 czerwca na swoje urodziny. (Jest 1944 rok.) Nad ranem, około czwartej (już dniało) wpada gestapo. Dowiedzieli się, że Gienek przebywa w domu. Mężczyznom rozkazali leżeć w bezruchu na podłodze i dokładnie przeszukiwali pomieszczenia.
Mama pamięta, jak ojciec błagał o wodę, którą podawała mu chochlą, leżącemu w pozycji na brzuchu. „Nie wyklucza”, że w związku z imieninami popłynęło dużo alkoholu.
„W rezultacie ojca i Gienka aresztują. Wywożą ich do więzienia w Tarnowie.”
Przerażona mama, zostawia mnie w domu i pędzi do Reni w aptece. Tam jest też gestapo i chcą ją zatrzymać, ale jakoś „magistrowi” udało się wytłumaczyć i mamę puścili. W aptece dodatkowo panowała napięta sytuacja; „Gienek był narzeczonym Elżuni i ta z tego powodu bardzo rozpaczała.”.
„Julek, który zjawił się po paru dniach, albo tego samego dnia, dał znać, gdzie jest co, co gdzie trzeba wynieść, schować.”
„W ogródku, w kamieniach takich obudowaniach, ta pomoc, która mieszkała stale w tym domu, wyjęła… i się okazało, że są różne pisma od Sikorskiego; co należy robić, jak należy postępować.”
Do Tarnowa mama jeździła parę razy, ale nie udało jej się nic załatwić. Julek woził tam jakieś „kanapki z chleba”.
Wszystkich z Czchowa stłoczyli do jednej celi – „ich dużo tam było”. „Mieciowi zabrali obrączkę i Mietek z tego powodu rozpaczał. Oni mu z jakieś trawy, chłopcy, zrobili obrączkę, żeby coś miał. I Mieciu wtedy postanowił, że on będzie się dowiadywał, jak tylko mu, ale to po jakimś czasie, oddadzą z sejfu obrączkę, to obojętnie, czym się to skończy, on będzie uciekał. Przy każdej najbliższej okazji będzie uciekał!”.
„Wtedy były te straszne przesłuchiwania. Mietka nie przesłuchiwali. Wzięli Gienka, on nikogo nie chciał zdradzić to go powiesili na drzwiach i wbili mu wiesz pióro takie do pisania w pośladki. Jeden z łączników nie wytrzymał – sypnął! Nie wytrzymał tego bicia właśnie.”
„I teraz… wierzysz w cuda, nie wierzysz… ja taka z tobą… To bardzo było znamienne… gdzieś poszłam na spacer. I na spacerze taka, w moim odczuciu, starsza pani z małą dziewczynką, wnuczką podeszła do mnie i mówi: Czemu to pani, taka młoda, taka ładna, a taka strasznie smutna. No to ja jej opowiadam co się stało, że Mietka zabrali. Ona mówi: A ja pani przyniosę nowennę do św. Judy-Tadeusza, on zawsze najbardziej niemożliwe sprawy załatwi. Proszę przyjść jutro tutaj, ja pani przyniosę. Wierząc nie wierząc, bo wcale nie byłam ani tak bardzo pobożna, ani nic, no ale wybrałam się na drugi dzień. Przyniosła mi nowennę, dość zniszczoną, którą mam do dzisiaj. No i zaczęłam odmawiać.
Wojtek, nie wiadomo, dlaczego potem Mietek mówił, że w tym czasie, nie wiadomo skąd w celi zjawiła się nowenna do św. Judy-Tadeusza… i oni też zaczęli odmawiać.
No i ja potem pojechałam raz do Tarnowa, do więzienia, na gestapo tam i zaczęłam tłumaczyć, mówić, że dlaczego wiesz, starać się coś dowiedzieć i żeby uratować jednak Mietka, że on zupełnie niesłusznie, że myśmy dopiero przyjechali i nie wiedzieli co się dzieje.
Okazało się, że Gienek właśnie był komendantem AK na cały ten sądecki okręg”.
(Dowódcą placówki AK „Cezar” był student Uniwersytetu Jagiellońskiego Eugeniusz Biłyk pseudonim „Grodzisz”. Zginął zamordowany przez gestapo.)
„Przyjęta zostałam uprzejmie. Obiecał mi niewiadomo co, bardzo miły grzeczny: A to pani jeszcze raz przyjedzie…”
Na drugi tydzień, kiedy ponownie pojechała do Tarnowa „poszłam do niego, coś zaczynam mówić i jak on mnie szurnął na schodach, tak że się znalazłam na parterze, na drzwiach wahadłowych… Na szczęście nie upadłam, nie rozbiłam się i tyle było mojego chodzenia na gestapo i obietnic”.
„Jak Mietek zapukał z prośbą o obrączkę, to ten, to jemu oddali obrączkę”.
Ojciec uważał wtedy, że spotkało go największe szczęście. Miał później „proroczy sen”: Szedł nieskończenie długo mrocznym tunelem i nagle na jego końcu zobaczył białe światło wyjścia. Powiedział: „To jest to światło, które mnie wyprowadzi”.
Na skutek ofensywy Armii Czerwonej Niemcy zaczęły się wycofywać. Wojska stanęły pod Dębicą.
W więzieniu wybuchł popłoch – „Zaczęli segregować i wypuszczać”.
(23 sierpnia 1944 roku została wyzwolona Dębica, do miasta wkroczyły oddziały Armii Czerwonej…)
„Od mamy żadnych wiadomości, Mietek w więzieniu, a mam z tobą problem. Pojechałam z Renią (Baroncz, jedna z córek sióstr Życzyńskich. Ciocia Maria, Mania Baronczowa i jej córka Rania mieli w Czchowie Aptekę) do Krakowa, „Bo dzieci się bawiły i ten mały Hawranek, Jasia Hawranka synek, ciebie pocałował w policzek i ci się wylała krew do tego oka. A tak dzieci się bawiły, jak to dzieci, wiesz; przytulił coś, pocałował ciebie, patrzę się, bo ja codziennie sprawdzałam to twoje oko, czy ono ma dobre napięcie.
W Krakowie idę właśnie z Renią, już mamy dochodzić do kliniki, wiesz widzę kawałek ulicy i ni stąd, ni zowąd ty mi się wyrywasz i pędzisz przez ulicę, a na ciebie leci rower. Jesssusmaria!… ten rowerzysta na ciebie nie wpadł, sam się wywalił. Ty byłeś taki… nie wysiedziałeś chwili spokojnie. Wiesz tak nagle…, bo wiedziałeś, że mamy przejść na drugą stronę.“
Mama nie pamięta, ile razy jeździła do Krakowa. Okres obejmował trzy tygodnie. Dwa razy była w szpitalu. Później przy „dojściu do profesora” towarzyszyła jej ciocia Fani, która się „bardzo elegancko ubrała. Miała takiego lisa, kapelusz; wytworna dama”. (Ciocia Fani najprawdopodobniej sama zainspirowała tę wizytę – profesora znała osobiście).
„Tej wizyty nie jestem w stanie zapomnieć. Profesor strasznie na mnie wsiadł: Jak pani może! Dlaczego pani trzyma to dziecko do tej pory?! Czy pani chce, żeby on całkiem oślepł?! To tak wygląda, jakby pani z nieboszczykiem położyła zdrowego człowieka razem! To chore oko należy natychmiast usunąć!”
„A myśmy ciągle mieli nadzieję, że przecież je się uratuje i będzie wszystko okej.”
Mama pamięta szpital, do którego już sama zaniosła mnie na zabieg. „Zostałam w pokoju, a ciebie ubrali w białą, długą koszulę i zabrali. Strasznie płakałem. Modliła się: Panie Boże tylko mi go uratuj. Jak będzie, tak będzie, ale tylko… tylko mi uratuj, tylko Ty mi go nie zabierz!” Więcej nic nie pamięta. Nie wie, jak się dostawała do Krakowa, „bo trzeba było z Czchowa jednak furmanką jechać do Brzeska.“
Była potwornie zrozpaczona: „W głowie miałam to: mamy nie mam, tata nie mam, Mieciu w więzieniu, a ja jestem, tu na obczyźnie. Bo to dla mnie obczyzna… z tym, takim chorym dzieckiem. Czułam się najnieszczęśliwszym człowiekiem na świecie.”
Zostawiła mnie w Krakowie, „a sama wybrałam się do Czchowa. Nie wiem, dlaczego; po co, na co, też ci dziś nie powiem”. Dojechała jakimś pociągiem do Brzeska.
„Robił się już wieczór. Nie było żadnych furmanek”.
Postanowiła z ludźmi, którzy dochodzili do pobliskich miejscowości, iść piechotą. Pamięta człowieka, który obok szedł z małym chłopcem. Nie wie, dlaczego z nim nie rozmawiała. Widziała, przerażona stojące wojsko niemieckie, które się wycofywało. Bardzo długo szła, ludzie rozchodzili się po wioskach, aż wreszcie sama została. Gdy doszła do Jurkowa (2 km od Czchowa) „i jechała fura…i zobaczyli, że ja idę…to był bardzo takie znamienne… i zatrzymali się, a pani… (czy ty czy pani?), pani gdzie? Ja mówię do Czchowa. No to proszę wsiąść. Wsiadłam.
Tam siedział, w moim odczuciu starszy pan.
– A pani skąd, do czego, gdzie pani idzie?
Ja mówię:
– Ja jestem żoną doktora Rosyka, on przecież aresztowany. Wracam z Krakowa.
– A pani mąż jest w domu.
– Nie, proszę pana, on jest w Tarnowie we więzieniu.
– Nie proszę pani, on jest w domu.
Dojechaliśmy do Czchowa. Wysiadłam, podziękowałam. Pędzę, gdzie?… Do apteki, bo przecież dom pusty… i z domu nagle wychodzi, blady, zmizerowany Mieciu.
No i właśnie… ciebie nie widzę tam nigdzie.
I my jesteśmy u cioci. Żebym ja nie skłamała… kilka dni. I nagle okazuje się, że jest napad… Napad… powiedzmy. Idą ci Własowcy, Ukraińcy „wszysko” z usługami w służbie niemieckiej. Mordują i łapią. Zgwałcili tamtą nauczycielką. Ja nie widziałam… Wywieszono przed kościołem, kilka osób powieszono, powieszono na drzewach.”
(Represje okupanta spowodowały, że w dniach 1-3 sierpnia 1944 roku doszło do pacyfikacji miejscowości w czasie której śmierć poniosło 9-ciu obywateli.)
„I przyszedł do nas, doktor, który mieszkał po drugiej stronie, doktór Pawlik do Mietka. – Uciekajmy!
Wobec tego ja zostałam, a Mietek z tym Pawlikiem, tak jak stali, w górę w stronę tego Brzeska. I tak mówił oni szli, to… to była no właśnie jesień…, bo mówię, te kopce siana czy zboża, tak wiesz, żeby się ukrywać. Jak ktoś szedł to udawali, że tak rozmawiają o pacjentach. Mówił, że jak będą nas zaczepiać to my idziemy do pacjenta chorego, wiesz.
I Mieciu z nim, jakimś skrótem dostali się do Brzeska. Tam gdzieś do księdza zajechali, jak zwykle plebania ratowała. To jak gdzieś przespali. Nie wiem, bo tam Korkowa, taka miejscowość i różne. Bo Pawlik lepiej znał tamte okolice, bo on stamtąd był.”
Dalsze losy ojca są dość zamglone. „I na lokomotywie przyjechał do Krakowa, bo już widocznie znowu nie można było jakoś normalnie pociągami. I jak przyjechał do Krakowa to był przerażony co się tak ze mną dzieje. No i co…. Kiedy Mieciu wrócił?… To raczej chyba, ale też nie jestem pewna, ja jakoś dostałam się do Krakowa. Ale czym? Bo wiem tyle, że Mietek przyjechał czy przeszedł ten front właśnie… Bo to było tak, że właśnie było takie zamieszanie: Front rosyjski zatrzymał się pod Dębicą, a Niemcy zaczęli uciekać.”
Nie do odtworzenia jest i to niestety na zawsze, sytuacja dotycząca mojej osoby. Nigdy się nie dowiem, gdzie byłem, co się wtedy ze mną działo.
„Bo potem Wojtuniu byliśmy w Czchowie, w tym mieszkaniu u Biłyków.
Mieciu zaczął chodzić do pacjentów, bo były działania wojenne.”
W Czchowie ojciec udzielał pomocy wielu ludziom. Bardzo się zaangażował w ratowanie chłopca, który znalazł się w stajni na linii ognia. Został postrzelony, a później dostał tężca. Ciocia Mnia, właścicielka apteki, wydała wszystkie przeciwtężcowe lekarstwa. Ojciec, obiecał sobie, że przestanie być lekarzem, jeżeli nie uda mu się uratować życia temu chłopcu. Udało się!
Pomagał partyzantom. Często przebywał poza domem.
Inną zapamiętaną akcją była amputacja ręki panu Musiałowi, gospodarzowi w Czchowie, w jego mieszkaniu w kuchni.
W Czchowie spędzili tylko jedno Boże Narodzenie. „Tam było już więcej ludzi, przyjechali Załuscy (córka Sinio, czyli też jedna z sióstr Życzyńskich, jechała z mężem z Romanem Załuskim, adwokatem ze Lwowa, on mieszkał razem z nami, też w tym mieszkaniu.
Na Boże Narodzenie, już po Aresztowaniu, po dobrej popijawie, zaczęłam śpiewać „kocham Paryż” na cały głos. Uspokajanie Miecia nie bardzo pomogło.
(Małżeństwo Załuskich było dziwne, ona mieszkała osobno w aptece, mieli śliczną córkę)
W czasie trwające ofensywy i posuwającego się frontu, w obawie przed kulami, mama brała mnie na ręce i wraz z Helcią, pomocą, wskakiwała do metrowego dołu skąd prowadziły schodki do piwniczki. Była już wtedy w ciąży z Ewą.
Pewnego raz po wyjściu z piwniczki „wszedł nagle do kuchni zupełnie taki prawie granatowy na twarzy Rosjanin.
– Dajcie jeść!”
Poczęstowały go zupą. Była to kartoflanka z jakąś marchewką, którą często z Helcią gotowała i karmiła przychodzących żołnierzy.
Mama nie potrafi umiejscowić w czasie handlowej działalności ojca związanej ze skórzaną walizką – podejrzewa, że wtedy byli jeszcze Niemcy.
„Gdzieś na wsi zdobywał mięso i woził do Krakowa. Tam ktoś pomagał, chyba ciocia, sprzedać, żeby zdobyć trochę pieniędzy na przeżycie. Mietek był wtedy elegancko ubrany. Miał taką pelisę z małpiego futra, kapelusz, wytworny pan z tą walizką, żeby nie zwracać na siebie uwagi, że jakiś handlarz jakieś coś. Jeden raz jak wysiadł w Krakowie na dworcu i tak go przeważyła ta walizka, że się zatoczył na Niemca. Myślał, że to już koniec z nim, ale jakoś się uśmiechnął, ładnie przeprosił po niemiecku i ten go nie zahaltował.”
W Krakowie odbył się zjazd rodzinny u cioci Fani. Byli tam rodzice ze mną, Sikorscy, „większa rodzina. I wtedy przez nasze mieszkanie przeszli Niemcy, bo mi ukradli dwa noże, dwa widelce z tego mego i dwa talerzyki z tego złotego serwisu”.
(Wojska radzieckie wkroczyły do Brzeska 19 stycznia 1945 r. wypierając hitlerowskiego okupanta.)
Koniec wojny przeżywa mama jeszcze w Czchowie. Ja i jakieś małe dziecko chodziliśmy z chorągiewkami biało-czerwonymi. Nie jest pewna czy tę scenę pamięta, lub też utrwaliła się jaj dzięki zachowanej fotografii.
Wiosną 45 pojechała do Tarnowa, gdzie była babcia Ola. „Tato z Brossem do Katowic. Załatwił tam mieszkanie na ul Wandy dzięki znajomym z lat dziecięcych (potem wyjechali oni do Warszawy… Mitek i… może sobie później przypomnę) Sąsiadami byli Żydzi Kudisz Irena… a on – nie pamiętam. Zawsze się śmiał, że wygląda „jak Czech… jak czech Żydów”. Ukrywał się dwadzieścia miesięcy u swojego pracownika w piwnicy gdzieś na wsi na Wołyniu.”
Przypuszczam, że już w czerwcu – lipcu znalazłam się w Katowicach. Bo już było niedługo do porodu. Pamiętam jak ciocia Hela mówiła: Jak ty się nie krępujesz z takim brzuchem wychodzić na ulicę?”
„Byłam w szóstym miesiącu, jak mama z transportem przyjechała (do Tarnowa).”
Ewa poczęta została w Czchowie po wyjściu ojca z więzienia.
„A my na złość będziemy mieli dzieci… na złość Niemcom!”
„…dwa lata byliśmy w Katowicach. We Wrocławiu Bross zaczął organizować klinikę, a Mieciu mu pomagał.”
Byli przekonani, że tam się przeprowadzą, mieli nawet załatwione mieszkanie (załatwienie ułatwił Heniu Piotrowski – Bogusi mąż mający jakieś znajomości w Województwie).
„Przepiękne mieszkanie na ulicy Matejki koło ogrodu botanicznego, znajdowało się w częściowo zniszczonej kamienicy z rozerwanym rogiem”.
„Pewnego razu jadąc właśnie z Katowic do Wrocławia, Mieciu kupił gazetę.”
Ja z Ewą pozostałem pod opieką babci Oli mieszkającej również na ul. Wandy.
„Przeczytał, że jest konkurs na ordynaturę w Kłodzku.”
Przesiedli się więc w Gliwicach na pociąg do Kłodzka.
(Gdzie mieszkała Cesia z ojcem, gdzie wylądowali po przyjeździe ze wschodu. Wieliczka, Bielsko, Katowice Mariacka i Dąbrowskiego i jak uplasować Władka, przecież on też mieszkał wspólnie na Wandy?)
Po wyjeździe rodziców do Kłodzka babcia Ola zatrudniła się na etacie nauczycielki w Śląskich Zakładach. Wyeksmitowano ją niestety z ulicy Wandy, pomimo zameldowaniu w mieszkaniu dyrektorki i jednego ucznia. Dostała przydział na trzecim piętrze przy ulicy Kordeckiego 1.
„Babcia Ola wspomagała nas finansowo. Nie zapomnę sprezentowanych, gdzieś przez nią kupionych, powłoczek na kołdrę.” …
Przez ostatnie dwadzieścia lat życia mamy codziennie dzwoniłem do niej.
Rozmawialiśmy przez wiele długich, spokojnych godzin… Dominowały tematy bieżące na równi z politycznymi na poziomie „Szkła kontaktowego”. Nie brakowało kontrowersji; denerwowała się, gdy mówiłem, że z jej poglądami konserwatywno-narodowo-kościelnymi powinna popierać Pis. O nie! Była nieprzejednaną fanką Tuska.
Na wspomnienia umawialiśmy się specjalnie. Do tych sesji załączałem dyktafon. Czas odtwarzania przeszłości płynął wolno. Pewne zamazane obrazy nabierały ostrości dopiero po paru dniach. Niektórych nie udało się odtworzyć, a o niektóre nie zdążyłem zapytać.
Chrońmy naszą historię. Szczególnie dzisiaj! Jest tyle łatwych sposobów jej zapisania, a też niestety fałszowania.
Wojtek Rosyk
20.11.2020 Schongau