Znowu jestem na przymusowym urlopie: Alina trafiła do szpitala na zabieg. Dr Klein, obawiając się poronienia, wykonał „podwiązanie” w miejscowym znieczuleniu. Chciał zrobić to wcześniej, ale ze względu na odwiedziny Marysi termin przesunięto.
Wizyta Marysi wypadła w najpiękniejszym czasie – gdy bawarskie łąki żarzą się żółcią mleczy. Nie widzieliśmy się ponad dziesięć lat. Alinę i Marysię łączył duchowy sojusz z czasów, kiedy ich deski kreślarskie stały ramię w ramię; odżyła bliskość z okresu rodzącej się „Solidarności”. W słonecznej żółci wracały biurowe wspomnienia. Trochę „prycza w pryczę” – także incydent wciągnięcia Marysi „na siłę” do NSZZ. Może z wdzięczności regularnie przysyłała mi „Tygodnik Powszechny”.
Pierwszego maja – data na zawsze „pochodowa” – ruszyliśmy busikiem nad Jezioro Bodeńskie. Noc ciasna, ale nie po to jedzie się w drogę, by spać. Rankiem prom przewiózł nas do Mainau. Upał uderzył od razu. Alina, z wyraźnym brzuchem, wspinała się wolno; za nią Daniel biegał jak żywe srebro, a Marysine odruchy opiekuńcze nie dawały mu rady. Wyspa, w praktyce półwysep połączony mostem, ma łagodny mikroklimat. Bujność roślinności, egzotyka, niekończące się połacie tulipanów – barwne plamy wśród świeżej zieleni budziły wiosenną tęsknotę za „czymś”. Zafascynowany kwiatami kręciłem przeźrocza; nasadki i filtry mnożyły kształty i kolory. Po godzinach nasycenia siadamy przy fontannie – źródlana woda studzi twarze, ale nogi odmawiają współpracy. Obiecuję sobie wrócić latem, gdy zakwitną róże.
Podczas całych odwiedzin – ani jednej deszczowej chmury. Jeździliśmy długo i krótko, gdzie się dało. Nic dziwnego, że po tak intensywnym czasie dr Klein natychmiast wysłał Alinę na oddział. „Nierozważna pacjentka” wylądowała w łóżku w swoje urodziny. Zabieg przebiegł gładko, ale tydzień musiała zostać w szpitalu. Wszystko spadło na mnie. Dawałem radę, choć dzień znikał w domowej krzątaninie. Po kilku dniach – już z rutyną – pozwoliłem sobie na wypad do miasta. Nie sądziłem, że skończy się to poważnymi konsekwencjami.
Na wystawie sklepu foto zobaczyłem aluminiową skrzynkę, a w niej – dźwiękową kamerę Nizo 6080. Klasa amatorskiego topu. Dwa tysiące marek. Okazja! Nie miałem takich pieniędzy, spłacaliśmy jeszcze pożyczkę za auto. Ale nie mogłem oderwać oczu. Sprzedawca położył ją na ladzie. Dotykałem trzęsącymi się rękami. „Na raty?” – wypaliłem. Znali mnie jako klienta od wywoływań i odbitek, nie od dużych zakupów. Właściciel bez ceregieli: „W trzech częściach”. Poprosiłem o rezerwację i z niewesołą miną pojechałem do szpitala. Znałem nastawienie Aliny do moich „niezbędnych” zabawek. Po spawarce obiecałem pauzę. W drodze jednak utwierdzałem się, że to wyjątkowa szansa – przy wyrzeczeniach damy radę płacić 700 DM miesięcznie. Alina nawet nie chciała słuchać. Żadne argumenty. „Nie” – i koniec.
Nie umiałem przełknąć. Filmem żyłem od lat i miałem w tej dziedzinie sukcesy, których w fotografii nie miałem. Natarcie wideo trwało, ale na taśmie dało się jeszcze więcej – technicznie i twórczo. Trzy lata wcześniej, przy ciąży z Danielem, kupiłem „Bauera C-35”. Wygodą i obrazem nie dorastał do wysłużonego „Pentaflexa” – był od niego lepszy – ale od absolutnej klasy dzieliła go przepaść. Decyzję o Nizo podjąłem w zasadzie od razu. Chciałem mieć zgodę Aliny – to hipokryzja, wiem – ale czułem, że inaczej będę żałował. Wybrałem pierwsze: kupiłem.
Radość Aliny po wyjściu ze szpitala trwała krótko. Ukryć się tego nie dało. Wolałem „odchorować” karę i zacząć filmować pełną parą. „Nie ma pełnego szczęścia” – mawiał wuj Wilu przy kartach. Ujęcia pierwszego filmu („koza robi hruppp… hruppp…”) były ostre, za to dźwięk falował. Serwis gwarancyjny. Wymienili silnik – przestało działać „przenikanie”. Kilka taśm poszło na testy. Z dowodami znów oddałem cacko do naprawy. Za trzecim razem zażądałem zwrotu pieniędzy. Dystrybutor błagał o jeszcze jedną, ekspresową naprawę i gwarantował bezproblemowe lata. Nie dałem się. Po pół roku zmagań byłem kompletnie rozczarowany. Rynek też się gwałtownie zmieniał: drożały taśmy S-8, ograniczano produkcję, nie pojawiały się nowe modele kamer. Zmierzch filmu amatorskiego stał się faktem.
Tymczasem brzuch Aliny rósł. Dr Klein był w 99% za dziewczynką. Nazwaliśmy ją od razu Magdalena. Dla jednego procenta chłopca zostawiliśmy Martina.
Daniel rozwijał się wspaniale – „tak słodkiego dziecka” nikt u nas nie widział. Ale: upór. Jeśli nie chciał, żaden rozkaz nie działał. Przy jedzeniu ratowały nas zagadywanki, które Alina opracowała do perfekcji. Ja dorzucałem swoje:
– „Zobacz, misia boli nóżka…”
– „Ptaszek myśli, że twój samolocik to jego kolega…”
– „Jeep wjechał na koparkę – zaraz ruszy pogotowie!”
– „Słyszysz? Po schodach idzie listonosz. Może dziś rozdaje autka.”
Bywało jednak, że nie wystarczało koncepcji ani czasu, a klaps tylko pogarszał sprawę. Wieczorem, gdy Alina – spięta oczekiwaniem porodu – poprosiła Daniela o sprzątnięcie zabawek, ten skamieniał. Druga prośba, pasek – nic. Wszedłem ja. „Poskładaj autka” – cisza. „Poskładaj te autka” – syczę. Daniel jeszcze bardziej twardnieje. Ściągam majtki, parę klapsów – rozpacz. „Posprzątasz?” – dalej nic. Pupa czerwona, upór nienaruszony. Zgasiłem wściekłość. Zrozumiałem, że można by zedrzeć z niego pasy – i nic. Położyłem go spać bez mycia. Nie protestował. Zasnął, długo łkał przez sen. To łkanie bolało najbardziej. Sam miałem ochotę płakać. Alina wzięła tabletkę na uspokojenie i poszła do łóżka. Ja nie mogłem sobie znaleźć miejsca. Tak kochałem naszego brzdąca, a tak go skrzywdziłem. Gdy usłyszałem jego równy oddech, zrobiło mi się lżej, ale sumienia nie miałem czystego. Mogłem zareagować inaczej. Schować zabawki. Wymyślić inną karę. Zamiast tego – prymitywna metoda, do tego bez skutku.
Słońce wyciągało nas za miasto. Najpiękniej było nad małym jeziorkiem przy Forggensee. Cisza, krowie dzwonki, tafla wody, łabędź w porannej toalecie, alpejskie odbicia i czerwień naszego busa. Niestety, sienny katar Aliny skrócił ten raj do dwóch dni. Alergia na pyłki zmuszała ją do domu – nie ciąża. Wtedy jeździliśmy we dwóch z Danielem. Na Schleierfälle trafiliśmy na cud natury jak z „Plitvickich Jezior”: po omszonym zboczu spływały rozlewiska, tworząc fantastyczne wodospady, a na dnie koryta Ammeru rozpadały się w chłodne mgiełki. Wracałem z rozbitym kolanem – w sandałach, z Danielem „na barana”, podwinęła się podeszwa i już widziałem tylko, jak nie stracić równowagi z tym ciężarem.
Basenów nie lubię – tłum gołych ciał na małej przestrzeni – ale gdy mieliśmy tylko kilka godzin, brałem rower i z Danielem jechałem na miejskie kąpielisko. Dla dzieci – idealnie: brodziki, zjeżdżalnia, karuzele, huśtawki. Zrozumiałem, że te wizyty są potrzebne. W poszukiwaniu ustronia mogliśmy zapomnieć, że dziecko potrzebuje innych dzieci.
Lato w Memmingen potoczyło się też nietypowo. Zygmunt z Krysią zabrali rodziców prosto z Polski na dwa tygodnie do Francji. Po powrocie ojciec trafił do szpitala z uwięźniętą przepukliną. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie… kontekst. Od dwudziestu lat charakterystycznym ruchem poprawiał sobie ją ręką w kieszeni. Krajał pacjentów setkami, ale sam bał się bólu i odkładał operację. W czasie urlopu – zapewne po długiej jeździe – przepukliny nie dało się odprowadzić. Po paru dniach stan zapalny, potężny obrzęk jelita. Zygmunt, badając go, był wstrząśnięty rozmiarem – czegoś takiego jeszcze nie widział. Natychmiast przerwali urlop, wrócili, operowano w ostatniej chwili: ojciec nie mógł chodzić ani oddawać moczu. Sam zabieg bez komplikacji, ale później – z powodu zapalenia – nacięto worek mosznowy. Dochodził szybko do zdrowia, jednak psychicznie czuł się spacyfikowany. Całe życie decydował o wszystkim, wszyscy go słuchali. Nagle pełna zależność. Chciał jak najszybciej wyjść i zapomnieć o „poniżeniu”.
W tym czasie przyszła wieść: umarła ciocia Cesia. Zadzwoniła Krysia – wiadomość z Nysy dotarła najpierw do Memmingen. Pogrzeb już się odbył. I tak nie mógłbym pojechać – z Fremdenpass nie miałem czego szukać na granicy. Nie mogłem się pogodzić. Nie przygotowałem się na to pożegnanie. Dopiero po jej śmierci zobaczyłem wyraźnie nić, która nas łączyła.
„Katowice ’47, park Kościuszki. Elegancka kobieta w płaszczu, kapelusz z fantazją, jasne rękawiczki. Prowadzi za rękę małego chłopca w krótkich spodniach”. Uliczny fotograf zatrzymuje scenę. Mam to zdjęcie – najcenniejsze. Ciocia w drugiej ręce niesie torebkę z ciasteczkami. Smaku nie pamiętam, ale wiem: były dobre. Potem robiłem podobne zdjęcia z moimi dziećmi w Parku Chorzowskim. Zawsze miała czas, cierpliwość, gorące serce – dla nas, dla Wiktora, Jolanty, Łukasza. Byłem pewien, że Daniel i nienarodzona Magdalena też dostaną tę miłość.
Chętnie przyjeżdżała do Nysy, pilnować domu podczas wyjazdów rodziców. I w tym roku. Pełna energii, zaprosiła przyjaciółkę na wakacje. Całe życie sama, ale w „obcych kątach” potrzebowała bratniej duszy. Nie chorowała. Wieczorem, po kolacji i lampce wina, poszła wcześniej spać. Nie obudziła się. Zawał. Już nigdy nie pójdę do jej M-2 w Siemianowicach – wyspy spokoju, oddechu od nerwowości dnia. Na stoliczku czekały słodkości – najbardziej „śliwkowiec”: masa suszonych śliwek z orzechami, sprasowana między waflami. Ciocia, cokolwiek robiła – obraz, dywan czy ten przysmak – robiła dobrze. Kieliszek likieru. Rozmowy ponad powszedniością. Zawsze było coś do naprawy w mieszkaniu samotnej kobiety. Wydawało mi się, że to ja daję. Myliłem się. Jej uczucia nie doceniałem, choć brałem garściami.
Starszyzna rodziny miała do niej stosunek lekceważący: „stara panna?”, „rysunek?”, a „śliwkowiec” ochrzcili „ślizgowcem”. I ja uczestniczyłem, przemieniając jej imię na Cecylia – zostało. Nigdy nie zaprotestowała.
Lubiłem ranną zmianę – całe popołudnie dla mnie. Ale wstawanie o 4.30 to nie przyjemność. Tego dnia nie mogłem się rozkręcić; brak snu. Trzy dni wcześniej Daniel znów zachorował – klasycznie, bez kataru czy kaszlu, ropna angina i antybiotyk. Czuł się lepiej, ale noc miał niespokojną. Dostałem do pakowania grube rajstopy – maszyna ich nie cierpiała, zgrzewarka też kaprysiła. Nie wyrabiałem akordu. O siódmej portier poklepał mnie po ramieniu:
– Żona czeka na bramie.
– O co chodzi? – wymknęło mi się bezmyślnie.
Alina stała blada, oparta o ścianę:
– Zaczęło się, mam lekkie krwawienie.
– Poczekaj, podbiję kartę… Albo nie – idziemy!
W domu przywitał nas spazmatyczny płacz Daniela, wiszącego na poręczy łóżeczka. Uspokoiłem go. Torba spakowana od dni. Po kilku minutach byliśmy w szpitalu. Zostawiłem Alinę pod opieką i wróciłem. Nakarmiłem syna, zadzwoniłem do Krysi po pomoc, wziąłem prysznic.
Pogodny, zimny sierpniowy ranek suszył jego łzy i moje nerwy. Byłem spięty, ale mniej niż za pierwszym razem. Włożyłem do aparatu film wysokoczuły – nie chciałem błyskiem drażnić Aliny ani położnej. Przyjechała Krysia z najmłodszą; po kilku słowach otuchy zabrała Daniela na spacer.
Akcja zaczęła się przed południem i trwała krótko. Dziecko – lekko przenoszone i odrobinę podduszone – po przywitaniu się z matką na jej piersiach powędrowało na chwilę pod namiot tlenowy. Alina – dumna, szczęśliwa – przyjmowała gratulacje, ale martwiła się lenistwem Magdaleny. Przykładała pierś – nic. Po dobie zmieniła zdanie. Pięćdziesiąt centymetrów, trzy tysiące gramów – wszystko „zgodnie z normą” – ale pyzata buzia i grube nóżki sprawiały, że wyglądała na większą. Żółtaczka minęła szybko; za to Alina musiała zostać dłużej – środki dezynfekujące tak podrażniły, że nie mogła siadać. Odwiedzałem codziennie; Daniel urządzał na łóżku dzikie wyścigi samochodzików.
Po tygodniu przywiozłem do domu szczęśliwą mamę i przeuroczą córeczkę. Od tej chwili było nas czworo: cztery łóżka, cztery talerze, cztery brzmienia głosów.
Schreibe einen Kommentar