Tyle razy byłem w Zakopanem, a jednak za każdym razem czuję ten sam dreszcz: coś między niepokojem a zachwytem. W okolicach Poronina, gdy nagle wyrasta na horyzoncie masyw Tatr, puls sam przyspiesza, jakby góry miały wbudowany metronom. Tak mam od pierwszego razu — od chwili, kiedy ten majestat wyjrzała znad świerków. Miałem wtedy dwanaście lat.

Mama po urodzeniu Zosi ciężko przeszła żółtaczkę i długo wracała do sił. Ojciec, przy wsparciu babci Oli, zorganizował jej wypoczynek w Zakopanem. Z Krysią udawaliśmy dzielność osieroconych, choć sierotami byliśmy tylko „na weekend”. Wieść, że jedziemy po mamę samochodem, wywołała eksplozję szczęścia. Ojciec wyznaczył wyjazd na trzecią w nocy — wiadomo, najwygodniejsza pora dla dzieci. Była zima, choć do Wielkanocy bliżej niż do Bożego Narodzenia. Przygotowałem rzeczy obok łóżka z nabożną dokładnością. Na wierzchu — sławny staniczek zapinany z tyłu: ciocia Bumcia szyła nam wszystkim tę zmyślną bieliznę, jednocześnie „podkoszulek” i „pas do podwiązek”. Grube, bawełniane pończochy zamiast rajtuz — wtedy było to całkiem normalne, a dziś wspomnienie grzeje jak termofor.

Do Krakowa opelek doturlał bez marudzenia. Ojciec bał się podjazdów — miał dawną traumę pod Limanową. Siedziałem na miejscu zarezerwowanym dla mamy i czułem się podejrzanie dorosły, pełniąc funkcję asystenta kierowcy. Auto spisywało się nadspodziewanie dobrze, jakby też chciało zrobić dobre wrażenie.

Poronin „czczono” wtedy konsekwentnie — nie tyle góralszczyznę, co Lenina. Miejscowość budziła więc w nas lekki niesmak i odruch przyspieszenia. Ojciec rzeczywiście minął muzeum wodza jakby na wstrzymanym oddechu. Na szczęście zaraz potem śnieżnobiały pejzaż zrobił swoje: człowiek mięknie przy takiej bieli. Szybko trafiliśmy do góralskiej chałupy, gdzie mama mieszkała; radość była prostsza od mapy.

Pierwszy raz przypiąłem narty w Kłodzku, na Szajbie. Z kolegami usypaliśmy skocznię i lataliśmy — czyli spadaliśmy — godzinami. Cykl był żelazny: podejście, krótki najazd, skok, utrata równowagi i miękkie lądowanie. Bajka przerywana tylko wtedy, gdy ktoś sankami rozjechał nam starannie ubity najazd. W sercu Tatr musiałem sprawdzić, czy magia działa też w skali „wysokogórskiej”. Ojciec przyniósł z wypożyczalni drewniane narty. Butów nie miałem, ale kandahary jakoś złapały za sznurowane trzewiki. Wdrapałem się na zwał śniegu usypany przez pług, ruszyłem z gracją sarny… i wbiłem narty w miękki puch. Leżąc, poruszałem nogami całkiem swobodnie, zastanawiając się tylko, dlaczego narty nie mają szpiców. (Po krótkiej naradzie okazało się, że miały — tylko nie w tym miejscu, w którym byłem).

Kolejna para nart — i już Gubałówka, ośla łączka, pełnia szczęścia. Rodzice, nieprzekonani do mojej brawury, zrezygnowali z testów na stromym. Na koniec, z lekkim rumieńcem, zjechałem w dół wagonikiem kolejki, jako jedyny trzymając narty — znak rozpoznawczy początkującego.

Prawdę mówiąc dopiero na studiach zaczęło mi „iść”. Z Arkiem próbowaliśmy na Śnieżce, z miernym skutkiem, bo w schronisku Bronka-Czecha toczyły się sprawy ważniejsze niż skręt równoległy. Najwięcej dało mi zimowisko ZNP (ciocia Cesia „wkręciła”). Kurs prowadzono fachowo, więc wreszcie poczułem, o co chodzi. Ale w Zakopanem, o dziwo, najczęściej bywałem poza sezonem — wiosną, latem, jesienią — i zakochiwałem się w górach bez nart. Czy miało to związek z moim inauguracyjnym glebowaniem? Nie sądzę, choć… coś w tym musi być.

Pamiętam jeszcze jedną rodzinną scenkę z tamtych czasów. Poszliśmy odwiedzić dawną sympatię ojca ze Lwowa. Krysia wpadła w ekstazę zabawek i świata nie widziała. W domu mama odkryła w łóżeczku dwie „nowe” laleczki.

— Jak mogłaś! — zapłonęła pedagogika. — Co ludzie powiedzą? Córka pana doktora kradnie zabawki!

Do Tatr pociągiem dotarłem tylko raz — w urlopie dziekańskim, gdy pracowałem w nyskim Prezydium. Najpierw pojechaliśmy motorami; niedaleko celu Oska odmówiła posłuszeństwa. Hol z pasków, Java Jurka, Helenka trzymająca „lina”, uśmiechnięta gaździna, która przyjęła nas i skuter do komórki. Było tak sielsko, że nie wystawiliśmy nosa, aż do kolejnego popołudnia. Dziewczyny odprowadziliśmy na pociąg, a po tygodniu sami ruszyliśmy do Zakopanego — już koleją. Przedział pusty, my nieco mniej. Jurek uprzedzał, że „może więcej”, bo większy. Nie posłuchałem. Do Zakopanego wjechałem… w kabinie WC. Droga powrotna z Oską w wagonie towarowym nauczyła mnie cennej cnoty: słuchania grubszego od siebie.

Zakopane bywało w moim kalendarzu na krótkie wypady — inaczej niż Bałtyk, tradycyjnie w wersji „na miesiąc”. Dwa razy po tygodniu trafiłem tam z Ireną: zaraz po ślubie i kilka lat później, z Michałem. Milej wspominam ten drugi — grzane piwo z cukrem po zjeździe z Gubałówki smakowało jak medal za odwagę. Z Aliną zaczęliśmy jeździć częściej; najpierw przy okazji odwiedzin dzieci w Rabce, potem już „samodzielnie”. W Bukowinie spędziliśmy uroczy tydzień, a teraz miało być jeszcze lepiej.

Ojciec kolegi kierował ośrodkiem w Kościelisku. Dzięki temu dostaliśmy wczasy — prawie darmowe. Spodziewałem się paru chałup, a wylądowaliśmy wśród willi jak z katalogu „Zakopane — wersja reprezentacyjna”. Śnieg leżał grubo, choć zima chyliła się ku końcowi. Miałem premierę nowego sprzętu: pomarańczowe „Polsporty” z czerwonymi beta-2, kombinezon z PKO — nie po to, by jechać na Gubałówkę.

Na Kasprowym kolejka wymagała godzin cierpliwości w Kuźnicach. Wybraliśmy więc marsz do Hali Goryczkowej i krzesełko. Pierwszego dnia Alina poszła się ogrzać herbatą, ja zapiąłem wiązania i… urwało się cięgło tylnego bezpiecznika. Ujrzałem siebie znów w wagoniku, w dół, z nartami pod pachą. Na szczęście na górze działał warsztat z zapasem części do bety-2 — pięć minut i po dramacie. Lepiej, że pękło tu, a nie na stoku; lubię ironie losu w wersji „łagodne”.

Zachwycały mnie warianty zjazdów. Jednego dnia stroma Sucha Dolina, drugiego — łagodny zjazd do Hali Goryczkowej. Alina zwykle opalała się pod ścianą obserwatorium, a gdy miała dość samotności, schodziliśmy w doliny. Chochołowska i Kościeliska w zimowej ciszy są jak kościoły bez ludzi. Świeży puch tłumił kroki, a świadomość, że bywał tu nasz Papież, dodawała miejscu uroczystej nuty. Wieczory pachniały żywicą, za oknami skrzypiał śnieg, w oddali dzwoniły sanie. Łatwo pokochać dźwięk, który oddala się powoli.

Być w Zakopanem i nie wejść nad Morskie Oko — to jak być w Sopocie i ominąć molo. Ostatniego dnia ruszyliśmy „klasyką”. Czasy dojazdu autem pod schronisko minęły; z Włosienicy poszliśmy pieszo, ignorując oferty sań. Śnieżny tunel prowadził nas jak baśń. Alina wdrapywała się na zwały po obu stronach i strącała kijem świerkowy puch — chmury iskier opadały w tęczy. Tafla była skute lodem, ścieżka biegła ku Czarnemu Stawowi. Nagle zerwał się wiatr i zgasił słońce śniegiem; iść można było, ale przyjemność się zwinęła.

W dzień wyjazdu mróz namalował na szybach filigranowe paprocie. Bałem się o rozruch malucha: rozrusznik jęknął, zamilkł, jęknął drugi raz — i silnik zarechotał radośnie. Ruszyliśmy w słońcu, śnieg iskrzył. Przed Makowem Podhalańskim zobaczyliśmy tłum wzdłuż drogi; pomyślałem: „trafiliśmy na uroczystość”. Owszem — ale my byliśmy atrakcją. Po wyjściu z łagodnego łuku maluszek uznał autonomię: nie reagował na polecenia, wykonywał piruety, a publika miała pokaz łyżwiarstwa samochodowego. Dzięki regularności obrotów przewidziałem finał: betonowy słup oświetleniowy. Uderzenie było łagodne, choć słup miał zdanie twardsze. Krzyk Aliny kazał mi odskoczyć — w tej samej chwili kolejny uczestnik widowiska wylądował miękko za płotem. Tłum czekał na następnych, ale zabrakło sędziów i nagród.

Właściciel warsztatu zjawił się jak na sygnał. Odholował auto, objaśnił rytuały PZU. Tył malucha był tłuczony jak szkło; słup wepchnął silnik do środka, karoseria prosiła o wymianę. Alinę pobolewała szyja, ale obyło się bez dramatów.

Bagażu nie daliśmy rady przenieść na dworzec, a i komunikacja nie gwarantowała niczego pewnego. Nasz wybawca dorabiał jako taksówkarz. Ustaliliśmy cenę — 1100 zł do Siemianowic. Zabolało portfel, ale mniej niż czekanie.

Dwa miesiące bez samochodu. Dopiero wtedy zrozumiałem, jak bardzo się uzależniłem od czterech kółek i jak smakują kolejki do autobusów. Tęskniłem za maluchem — tym bardziej, że tuż przed wyjazdem dostał w Automobilklubie pełną konserwację antykorozyjną. Taki był dzielny… i taki pech.

Zrobiłem staranny reportaż z wypadku; inspektor PZU mógł bez wahania zakwalifikować „przekładkę”. W Centrum Fiata w Tychach, gdzie pracowała żona mojego zastępcy, załatwiłem wymianę karoserii. Dla przyspieszenia procedur trzeba było „rozmawiać” z mechanikiem średnio dwa razy w tygodniu — między Nowymi Tychami a Siemianowicami znałem już każdy dołek.

W palecie lakierów zabrakło żółtego. Wybrałem więc zgniłą zieleń — kolor podobno najmodniejszy na Zachodzie. Niezawodny sposób, by poczuć się trochę jak w Paryżu: wystarczyło zamknąć oczy.