Ojciec Ireny przeniósł się ze Strumienia do Dąbrowy nad Czarną. Nysę musiał opuścić po procesie, w którym oskarżano go o branie łapówek. Podejrzewałem, że powody podjęcia pracy w kolejnej lecznicy, daleko od Śląska, miały jednak charakter prozaiczny — uciekał przed własną żoną.
Teściowa, która utartym zwyczajem już pierwszego dnia nowego miesiąca odwiedziła męża (odległość nie stanowiła dla niej przeszkody), opowiadała o wsi zabitej dechami na końcu świata. Jej relacja, zamiast odstraszać, działała odwrotnie. Pociągała mnie ta piaszczysta okolica, pachnąca żywicą sosnowych lasów, w której ciszę zakłócał tylko łopot skrzydeł, szum wiatru nad polami i szmer wolno toczącej się rzeki. Tam postanowiliśmy spędzić nadchodzący urlop.
Nowe mieszkanie wycisnęło z nas ostatni grosz; nie wchodziły w grę nawet zakładowe wczasy. Choć nie trzeba było za nie wiele płacić, parę setek i tak należało mieć na „drobne, nieprzewidziane”. O pożyczce nie mogliśmy myśleć — ważniejsze potrzeby, choćby kuchenne meble, czekały w kolejce. W Dąbrowie teść zapewniał spanie i wyżywienie. Wziąłem mapę do ręki: Zalew, Pilica — całkiem nieźle. Na pewno lepiej niż kolejne weekendy na „Fali”.
Na przystanku, jakieś siedem kilometrów za Sulejowem, stanął autobus. Gdy kurz opadł, otoczył nas bezruch. Nad polami falowało tylko rozgrzane powietrze. Zgodnie z umową teść miał po nas wyjechać służbową syrenką. Przez długi czas żaden pojazd, poza skrzypiącą furmanką, nie przerwał ciszy. Nawet dzieci, jakby zaszokowane spokojem, przestały rozrabiać. Po parudziesięciu minutach usłyszeliśmy znajomy warkot dwutaktu.
Od głównej szosy do krzyżówki przy remizie jechaliśmy zniszczonym odcinkiem asfaltu, dalej polną drogą. Smuga niebieskawych spalin szybko rozpływała się w tej pozbawionej śladów cywilizacji okolicy. Pobielone, drewniane chałupy kryły strzechy; od rzeki oddzielał je pochyły pas łąki. Droga miejscami przechodziła w bezdroże. Na wertepach traciłem orientację, ale teść jechał pewnie — widać, że tędy już nie raz.
Nagle, pośród pól i lasów, wyrósł pokaźny dworek z zabudowaniami gospodarczymi.
W promieniach słońca, wpadających do przestronnych izb, tańczyły drobinki kurzu. Razem z nimi docierał zapach starego drewna. Z żalem musiałem przyznać, że „komnaty” widziały lepsze czasy. Dom rozparcelowano między zwaśnionych członków rodziny; każdy dbał o swoje, nikt o całość.
Pani Stefania, u której teść kwaterował, udostępniła nam na całe lato sąsiedni pokój — tak obszerny, że zmieściłoby się w nim nasze katowickie M-3. Warunki były spartańskie, bez udogodnień, ale było świeże mleko, masło, jajka i pachnący bochen z GS-u. Pogoda dopisywała.
Postanowiliśmy dzielić urlop na zmiany, żeby dzieci jak najdłużej oddychały z dala od zakopconych Katowic. Posunięcie okazało się zbawcze. Tygodnie spędzone z dziećmi nie przyniosły ani jednej awantury. Szum lasu akceptował bez zastrzeżeń naszą beztroskę. Skakaliśmy i koziołkowaliśmy po piaszczystej plaży, pluskaliśmy w łagodnym nurcie Czarnej. Miejsce nabrało znaczenia symbolicznego — będę je zawsze kojarzył ze spokojem i radością życia.
Pokój, za który pani Stefania brała symboliczną opłatę, długo pozostawał do naszej dyspozycji. Spędziliśmy tam nawet Boże Narodzenie i Nowy Rok. To był jedyny sylwester w moim życiu, który witałem potwornie zimnym szampanem przy ognisku. Nie przypuszczałem, że bajeczny wzór splątanych wodorostów uwięzionych w zamarzniętej tafli rzeki będzie pożegnaniem z Dąbrową nad Czarną.
Początek roku brzmiał obietnicą. Latem miał dojść do skutku planowany od dawna wyjazd do Francji. Wzmożona korespondencja ze Zbyszkiem rozwiewała ostatnie niejasności. Po intensywnym kursie francuskiego czułem się pewnie. Zostawało załatwić organizację i komplet wiz z paszportem. W pracy dostałem awans na starszego asystenta. Przed kolegami musiałem jednak zachować pełną tajemnicę — oficjalnie wyjeżdżałem jedynie „na miesięczny urlop”.
Ostatnie wczasy zakładowe spędziłem w Świnoujściu. Przydzielono mi prywatną kwaterę na piętrze willi: przestronny pokój z balkonem. Chciałem, przed wyjazdem do Francji, spędzić z dziećmi parę beztroskich dni. Znów zaplanowaliśmy urlop w różnych terminach. Dostałem zgodę Ireny pod warunkiem, że będzie z nami jej matka. Mogłem się tego spodziewać. Małżonka zapewniała sobie dwie rzeczy: przyzwoitkę (teściowa miała uchronić mnie przed „letnimi przygodami”) i „właściwą” opiekę nad dziećmi. Nie miałem wyjścia. Mimo że „mamusia” miała nieprzeciętne talenty matackie, awantur nie robiła. Niech pomaga — późniejsze intrygi i tak były mi już obojętne.
Słyszałem, że można lubić teściową. Ja jej nie cierpiałem, a mimo to czas mijał zaskakująco sympatycznie. Co prawda na początku rzucała się za każdym razem, gdy chciałem skarcić Michasia, gotowa bronić go własnym ciałem. Doprowadzało mnie to do szału. Z czasem się uspokoiła (ja też) i naprawdę skutecznie wypełniała rolę niani.
Długą aleją, w cieniu lip, chodziliśmy na posiłki do stołówki. Poranki spędzaliśmy na plaży, popołudnia na wydmach albo spacerach. Nie rozstawałem się z kamerą; gdy odpoczywała, brałem aparat. Sielanka miała jednak kres — turnus dobiegał końca, trzeba było znaleźć prywatny pokój na kolejne tygodnie. Przeprowadziliśmy się bez problemu. Dzieci czekały na mamę, ja na własny wyjazd (choć na dwa tygodnie musiałem jeszcze wrócić do biura).
Wczesnym rankiem w sobotę przyjechała Irenka. Z perspektywy podłogi — spałem na dmuchanym materacu — zobaczyłem jej długie uda. Łakomy wzrok powędrował w górę; promienie wstającego dnia prześwietlały falujący jedwab sukienki i odsłoniły białe figi opięte na miękkości pośladków.
Teściowa, o co bym jej nigdy nie podejrzewał — najwyższy dowód poświęcenia i wdzięczności — zrobiła śniadanie, nakarmiła dzieci i pospiesznie wyszła z nimi na spacer.
Każdy centymetr wypoczętego i wyposzczonego ciała chciał się kochać. Irenka, po całonocnej podróży, mimo zmęczenia pozwoliła porwać się namiętności. Miałem wrażenie, że chce nadrobić zaległości minionych dni. Nie dała się jednak doprowadzić do finału, rozkojarzona nocnym zachowaniem „nieinteligentnych kolejarzy”. Podziwiałem tę jej wrażliwą, romantyczną naturę.
Pociągi, jak zawsze latem, jeździły przepełnione; na korytarzach tłok, o siedzące miejsce trudno. Irenka potrafiła przekonywać ludzi, a kierownik każdego składu miał zwykle jeden „swój” przedział. Skąd więc niezadowolenie? Widocznie konwersacja trwała za krótko albo nie toczyła się na odpowiednim poziomie.
W kolejny, niedzielny ranek teściowa zapomniała już o wczorajszej wspaniałomyślności. Została nam plaża, słońce, morze — i wieczorne rozstanie na dworcu.
Schreibe einen Kommentar