Zaraz po moich rodzicach zaczęła nas regularnie odwiedzać Bazia. Bazia — tak ochrzcił ją Daniel przy pierwszych próbach mówienia i tak już zostało. Z metryki Janina, z powołania babcia, z charakteru — wiecznie młoda „Bazia”. W rodzinie imiona mają dziwne drogi: moją mamę Michał ochrzcił kiedyś „Abu” i żaden dekret metrykalny tego nie odwołał.
Tego roku przyjazd Bazi wypadł w maju — miesiącu rzepaków, złotych plam na łąkach, i tej wiosennej lekkości, która podbija człowiekowi serce i każe planować coś „już, zaraz”. Szczerze mówiąc, musiałem się z tej lekkości ratować działaniem: od stycznia nosiłem w sobie przykry ciężar po rodzinnym spięciu. Sprawy niby codzienne — „nasze i wasze”, polityka, patriotyzm, religia — ale najbardziej bolała mieszanka lekceważenia i poufałej pewności siebie, którą moi najbliżsi brali za „dobry ton”. No i to niepisane prawo: że niby robotnik z fabryki rajstop nie powinien pouczać doktorów, a obcokrajowiec — Niemców o godności. „Człowiek mądry jest człowiekiem bogatym” — ten aforyzm krążył już po rodzinnej orbicie jak satelita, czekając tylko na swoje lądowanie.
W efekcie przy rodzinnych stołach rozmawiało się o kwiatkach i pogodzie. O dzieciach lepiej ostrożnie — zbyt szybko robiło się drażliwo. Zdarzyła się nam nawet zimowa, memmińska Wigilia z niespodzianką: Zygmunt po jednym piwie stawał się erudytą, po drugim — mówcą gestykulującym dziwnie powykręcanymi palcami; po trzecim szwagier przechodził na „tryb program obowiązkowy”. Błogi uśmiech nie schodził mu z twarzy, a Krysia i dziewczyny miotały się między zgorszeniem a rozpaczliwą logistyką. Ojciec patrzył na profanację Wigilii jak na spektakl, którego nikt nie zamawiał. Zasłona opadła, Zygmunt został odprowadzony do łóżka, ale niesmak jeszcze parę dni krążył po domu.
Dlatego, gdy Abu z dziadziusiem mieli przyjechać do nas, z Aliną postanowiliśmy: przyjmiemy ich godnie, normalnie, ciepło — bez „portfela na stole”. Oddaliśmy sypialnię, rozświetliliśmy dom i dni. Pojechaliśmy nawet na małą wycieczkę w Alpy. A jednak czułem lekki dystans. Jakby różnica między naszym rytmem a memmińskim życiem podrażniała zmysły. Ojciec, kiedyś głodny przeźroczy i filmów z moich podróży, teraz gasł. Nie z braku sił — te wciąż miał — raczej z rozczarowania światem i ludźmi. Mama rozkładała ręce. Ja próbowałem te dystanse przegadać, ale ojciec nie lubił „wymądrzania się”. Gdy brakowało mu argumentów, mówił uroczystym tonem: „A myśmy mieli we Lwowie wspaniałych profesorów”. I po rozmowie.
Wizyta minęła serdecznie. Uścisk, „trzymajcie się”, „bóg zapłać”. Miałem nadzieję, że mimo wszystko trzymamy wspólny grunt. Kilka dni później zadzwonił Michał: „Było fajnie. Dziadkowie byli u nas u Ireny, Krysia przywiozła”. I we mnie coś pękło. Nie policzek — młot w mostek i nóż w plecy. Nie o spotkanie z wnukami chodziło, tylko o to, że zrobiono z tego tajemnicę. Że ja — najstarszy syn — dowiaduję się przy okazji, jak ktoś o mnie mówi „niepotrzebny element”. Alina tylko kręciła głową: — „Nie pojmuję, jak można tak traktować własnego syna”.
Uniósłem się. „Zerwę kontakty”. Przez tydzień nie odbierałem. Potem telefon od Margret, sąsiadki Krysi, z teatralnym niepokojem. Uciąłem. I zapadła cisza. Sierota z wyboru — śmieszne, ale jednak bolało.
W połowie kwietnia, już mniej więcej pogodzeni ze swoim „sierocym” statusem, ruszyliśmy — jak rok wcześniej — na włoską Wielkanoc. Bazia nigdy nie była za granicą z nami, nigdy też nie spała pod dachem z brezentowym rodowodem. A jednak przyjęła propozycję z radością. „Nie do odrzucenia” — powiedziałem i nie musiałem dwa razy namawiać.
Peugeot, mimo przyczepy, gładko łykał kilometry. Wieczorem jedliśmy kolację już w Cesenatico: powietrze miało tę przyjemną, łagodną słoność, która obiecuje sen bez trosk. Rankiem lekki szron dodawał scenografii wdzięku; słońce zliznęło biel w pięć minut. Wskoczyłem na rower. Puste pola, cienkie mgły, pierwsze ciepło dnia — Włochy mają talent, by człowieka rozsznurować od środka. Zmusiłem się nawet do krótkiego rachunku sumienia: przecież mam wszystko, co trzeba — dom, dzieci, kobietę, którą kocham, teściową, która nie robi afer — czemu więc w środku coś drży? Nie znalazłem odpowiedzi. Słońce odpowiadało za mnie: „później”.
Święta minęły w kolorach pisanek, czekoladowych zajączków i symbolicznego śmigusa. Dbałem o Bazię jak przewodnik z czułością: żeby było wygodnie, smacznie, spokojnie. Bazia rewanżowała się wdzięcznością — taką, która nie potrzebuje słów. I czułem coś jeszcze: wolność od „ważniejszych nad nami”. Tak smakowała rodzina bez cienia porównywań.
Pojechaliśmy do San Marino. Dziesięć lat temu wspinałem się po tych samych kamieniach, trzymając Alinę za rękę. Księstwo się nie zmieniło, my — tak. Bardziej ostrożni, może mądrzejsi, a może tylko mniej ufni? Tamten lipiec był czystą beztroską. Dziś w tym samym słońcu czułem, że dojrzałość też potrafi być pogodna, tylko ciszej się uśmiecha.
Ludzie kupowali jak oszalali — bezcłowy raj. Sklepy, stragany, torby, paczki. My niespiesznie — rytm wyznaczał krok Bazi. Kawiarnia pod murami, prymitywny stolik, ale słońce sprasowało obrus światła idealnie. Wypisywałem pocztówki (czynność, której nie lubię, ale która bywa najkrótszą formą pamięci). Wiatr przynosił zapach kawy i lawirował między naszymi zdaniami.
Na Wenecję przyszła kolej w aurze chmur i zawahania. Prom przez lagunę — za drogi, więc mostem wolności do miasta. Camping w Chioggii odstraszał pustką, Campalto było przyjaźniejsze. Auto w wielopoziomowym parkingu, a my — jak wszyscy — na piechotę w labirynt.
Dzieci oczywiście „nie głodne” przy śniadaniu i „umierające” po pierwszej pizzerii. Wzięliśmy margheritę na kawałki i już krążyliśmy między kanałami z „kromkami szczęścia” w dłoniach. Magdalenka odkryła koty — dzikie, pewne siebie — i dzieliła się z nimi skórką i środkiem do ostatniego okruszka. Na placu św. Marka powtórka: torebki z ziarnem znikły jak przez czarodziejski lejek. Dzieci karmiły z dłoni, a potem goniły gołębie rozłożonymi jak skrzydła ramionami.
Wstąpiłem na chwilę do bazyliki. Złoto mozaik wciąż paliło się swoim wiecznym światłem, ale ja już patrzyłem inaczej. Kiedyś ten przepych mnie przygniatał — teraz tylko skłaniał do lekkiego skinienia głową. Może dorosłem do zwyczajności sacrum. Albo sacrum spowszedniało. Nie wiem. Ale to, że patrzę własnymi oczami, uznałem za zysk.
Wodny tramwaj do parkingu kołysał jak kołysanka. Fasady przesuwały się teatralnie, pale do cumowania rysowały piony na „podwórkach” kanałów. Dzieci rzucały ostatnie kawałki bułki mewom, a mnie dopadła dziecięca Wenecja: zalana łąka, drzwi z altanki jako tratwa i ja ze Stasiem, podróżnicy od wielkich wód. Gondola z patykiem zamiast wiosła. Gondolier pachniał bagnem, nie perfumą. Ale przecież to też jest Wenecja — ta wewnętrzna.
Pamiętam felieton sprzed lat: pani wróciła z Wenecji i powiedziała tylko: „Śmierdząca woda i skórki pomarańcz pływają”. Kiedyś śmiałem się z jej prostactwa, dziś widzę drugie dno: jak łatwo propaganda — każda — podkręca nasze zachwyty i nasze pogardy. Żelazna kurtyna umiała zrobić z Wenecji owoc zakazany; nic tak nie smakuje jak to, czego jeść nie wolno. A potem zakaz pęka i… nadal chcemy. Czyż nie dlatego, że karmimy nie apetyt, tylko snobizm?
To pytanie zostawiłem sobie „na kiedyś”. Teraz stałem na pokładzie z Bazią i rodziną, a słońce robiło z nas cztery cienie na falach.
Bazia chłonęła wszystko z nieukrywaną radością. Było w tym coś krzepiącego: wdzięczność, która nie liczy, tylko płynie. A ja, wracając z Wenecji kolejny raz, postanowiłem, że następnym razem pójdę mniej utartą ścieżką. Że nie dam się prowadzić wyłącznie opowieściom — cudzym i własnym.
Mała lekcja na koniec (łagodna, w słońcu Italii)
– W rodzinie warto czasem zeskoczyć z katedr i stanąć obok kioskarki z kawą: tam szybciej się mówi „przepraszam”.
– Nie wszystko złote, co mozaika — najcenniejsze bywa proste „dziękuję” Bazi, wypowiedziane po cichu przy plastykowym stole.
– I jeszcze to: bywają mosty z kamienia i z papieru listowego. Po jednych przejdziesz, po drugich tylko machniesz z daleka. Warto wiedzieć, które są które.
– A resztę dopisze słońce. Ono w Italii robi za najlepszego mediatora.
Schreibe einen Kommentar