Podmuchy rozgrzanego powietrza — pozostałość upalnego dnia — nie ostudzają napięcia.
Sygnał odjazdu.
Koła gwałtownie ruszają.
Irenka zamiera w pożegnalnym geście, a pęd przejeżdżających wagonów nerwowo porusza jej sukienką.
Smutek rozstania zagłusza niepohamowana radość.
Rozpoczął się bieg. Opuściłem bloki startowe.
Pociąg gna w ciemnościach nocy.
Oficjalny cel podróży jest prosty — zarobić pieniądze i kupić wymarzone auto.
Ale gdzieś głębiej czuję coś mocniejszego: obietnicę wolności.
To nie tęsknota za innymi kobietami — raczej uczucie lekkości po uwolnieniu się spod jarzma jednej.
Dlaczego więc nie krzyczeć, nie tańczyć zwycięsko w przedziale?
Dzieci pożegnałem kilka godzin temu — już spały. Michaś dał mi na drogę swojego Indianina: „On będzie cię pilnował, tato”.
Nie mogę o nich myśleć, czuję skurcz gardła.
Dlaczego uciekam od Ireny? Jest ładna, mężczyźni się za nią oglądają.
A ja przy niej czuję się mały.
To nie chodzi o buty na obcasie, które muszę nosić, żeby wyglądać reprezentacyjnie.
A może właśnie o to?
Wagon nr 124.
Nie ma tłoku — każdy siedzi na swoim miejscu.
W korytarzu nie czuć „sportów”, tylko wielojęzyczny gwar.
Istna Francja elegancja — w porównaniu z podróżą nad morze, gdy wskakiwałem do pociągu w biegu, a walizki podawano mi przez okno.
W przedziale jadą młodzi ludzie. Część do NRD, na kontrakty.
Inni — tak jak ja — „w odwiedziny do znajomych”.
Są też prawdziwi turyści. Pewien Francuz chwali się… żyrandolem. Nie mogę pojąć: człowiek z Zachodu, a kupił taki kicz i jeszcze jest dumny.
Jakiś spawacz z kieleckiego wraca po urlopie, przeznaczonym na ożenek. Częstuje wódką.
Podróż trwa długo.
Do Zgorzelca mija znośnie.
Przejazd przez NRD — nudny, nic nie widać, czas się wlecze.
Na granicy w Gerstungen — wieczorem następnego dnia — przetrzymują nas i przeszukują.
Przez NRF jedziemy już szybko.
Około trzeciej nad ranem wysiadam w Metz. W oczekiwaniu na przesiadkę wyskakuję do miasta, rozprostować kości.
Po trzydziestu sześciu godzinach podróży jestem w Lyonie.
Ostatni odcinek — do St. Étienne.
Malownicza okolica, Masyw Centralny.
Pociąg zwalnia na podjazdach, przedziera się przez wąwozy i tunele.
Do celu docieram wczesnym popołudniem.
Wsiadam do taksówki.
Pierwszy praktyczny sprawdzian językowych umiejętności wypada zadowalająco.
Dziesięć franków za kilka kilometrów to dla mnie ogromna suma — ale co tam!
Rozpoczynam przecież nowe życie.
Schreibe einen Kommentar