Mijała gorąca wiosna. Szkolne obowiązki Magdalenki i Daniela skutecznie wzięły w karby nasze dotychczasowe wolne ptactwo: góry i jeziora dało się teraz odwiedzać wyłącznie w soboty albo – jeśli pogoda i logistyka nie miały nam za złe – w niedziele.
Alina od prawie trzech lat dostawała zasiłek. Urząd Pracy – jak to urząd – pisał do nas z czułością tornada: zaproszenia, ponaglenia, ankiety. Każda wizyta wyglądała jak teatr jednego aktora: urzędnik bez żadnej oferty pracy wygłaszał podniosłą mowę o „aktywizacji”, my kiwaliśmy głowami, on podawał dłoń – kurtyna. Aż tu nagle: skierowanie Aliny na ośmiomiesięczny kurs w „bfz”. Propozycja nie do odrzucenia, czyli odrzucisz – nie jesz.
Po pierwszych zajęciach stał się cud. Sceptycyzm Aliny, dotąd spacerujący pod rękę z pesymizmem, zamienił się w entuzjazm. Woziłem ją kilka razy do Peiting, potem przejęły ją zmotoryzowane koleżanki. Wracała rozpromieniona i sypała opowieściami: kulisy „zdrowej żywności”, portrety klientów, manual złodziei sklepowych. Najmniej mówiła o tym, co mnie interesowało najbardziej – o komputerach. Pierwszy raz usłyszałem w domu, że DOS to nie tylko skrót od „dość”.
W sierpniu urwaliśmy się na Polskę. Katowice – Brenna – Nysa. W ogrodzie u rodziców cisza, brzęk pszczół i pomysły, które dojrzewały jak jabłka. Zrobiliśmy fotografię pod wiatą – rodzinny portret na tle desek pomalowanych zużytym olejem silnikowym. W środku ciocia Irenka – ostatni raz.
Jesienią rzeczy zaczęły się przyjemnie normować. Zostałem dziadkiem (niespodziewanie), rodzice przyjechali na chrzest prawnuka, po trzydziestu latach odnalazł się mój przyjaciel z dzieciństwa. Wyskoczyłem z nim do banku w Zurychu jako tłumacz – świat lubi takie ironię: bezrobotny w roli przewodnika po kapitale.
W tym samym czasie Alina startowała na praktykę w dużym sklepie odzieżowym, a ja – na kurs „Powrót do życia zawodowego”, również „bfz”. Miejsce: Landsberg, 30 kilometrów dziennie w jedną stronę. Na szczęście benzynę opłacał organizator. Finansowo też nie bolało: podczas szkolenia wypłaty były lepsze niż w realnej pracy. Krótko mówiąc – uczyć się i żyć.
Hasełko było wzniosłe, nastroje sali – mniej. Wszyscy wiedzieli, że „reintegracja” jest magicznym słowem o właściwościach placebo. Ja uznałem, że skoro i tak płacą, to chociaż się czegoś nauczę. Szybko wyszło, że mam klasyczne niemieckie Halbwissen – nie „niedouczenie”, tylko szlachetną „półwiedzę”. Na ogólnych sprawach panowałem, przy szczegółach – czarna dziura. W matematyce też: pierwszy przykład rozwiązałem, drugi już pojechał dalej beze mnie.
Za to gdy pierwszy raz usiadłem przy komputerze, poczułem prąd. Komendy na czarnym ekranie, potem nagle wyskoczyło kolorowe okno i świat zaczął mieć przyciski. W sali chaos – większość miała ochotę raczej na pasjansa niż na przyszłość – więc w przerwach uciekałem do Painta. Tam wszystko było możliwe w sekundę: kreska, kolor, cofnięcie – jak w życiu, tylko że działa.
Word okazał się w porównaniu z moim Brotherem ligą mistrzów. Pierwszy sygnał: muszę mieć komputer i muszę go ogarnąć. Reszta kursantów – gry i pasjans. Ja – elipsy, czcionki i tę cudowną myśl: „Zamknij bez zapisywania? Oczywiście, że nie”.
Przyszła pora praktyk. Poprosiłem o biuro projektowe. Udało się: architekt Herr Gratsch, pracownia w domu, dwa monitory, wielkoformatowa drukarka i deska kreślarska, którą pogłaskałem jak dawno niewidzianą ciotkę. Zacząłem od poprawek na kalce i słownika budowlanego. Komputer zajęty – jego operatorka na urlopie macierzyńskim – więc szkicowałem.
Po kilku dniach Herr Lumman, świeży absolwent, zapytał, czy narysuję kręte schody w żabiej perspektywie. Kto nie kocha geometrii wykreślnej? Po paru godzinach położyłem rysunek na biurku. Lumman patrzył tak, jakby zobaczył jednorożca, i zaczęliśmy akademicki spór o krawędzie niewidoczne.
Chwilę później dostałem pełne zlecenie: dokumentacja bliźniaka. Połówka – dla córki szefa. Konsultacje więc bywały częste i ostrożne. Pomiędzy rzutem piwnicy a parterem wyskoczyliśmy w teren, łata jak kiedyś, tylko niwelator już z innego świata.
Kiedy projekt dobiegał końca, zebrałem odwagę i zapytałem o etat. Odpowiedź była uprzejma i finalna: na praktykę – tak, na etat – nie. Zadzwoniłem do opiekuna kursu: nie widzę sensu dalej siedzieć. Nie byłem zaskoczony. Nikt po „bfz” pracy nie dostawał; Alina też wróciła do domu. Przedsiębiorcy korzystali z darmowej siły – a czemu mieliby nie?
Skoro tak, postanowiłem i ja skorzystać. Zarejestrowali mnie jako inżyniera i fotografa – to drugie zapragnąłem podrasować. Trafiłem do Angelo Macotellego, fotografa w zaułku starych kamienic. Atelier porośnięte winem, chemia pachniała jak w latach chorzowskich, tylko maszyny robiły wszystko za człowieka, a człowiek – kawę.
Angelo, energiczny sycylijski dżentelmen, kochał kobiety, pieniądze nosił w rulonie i miał „gest właściciela miasta”. Dzieci dostawały upominki, ja – pragmatyczną lekcję: jeśli kiedyś mnie zatrudni, to za mniej niż mój zasiłek. Jasność sytuacji bez dekoracji. Ale to on wciągnął nas na kurs włoskiego i otworzył kilka drzwi towarzyskich.
Rok minął bez nękania z Urzędu. Odpoczęliśmy w Kłodzku – dzieciństwo, młodość, pierwsza miłość. A potem – zimny prysznic. Przyszło zbiorowe szczęście: nakaz podjęcia pracy w Herzogsägmühle.
Wersja oficjalna: „Miejsce do życia”. Wersja realna: ogromna, pięknie położona osada zarządzana przez Ewangelicki Diakonat; szkoła, kościół, boiska, warsztaty, drukarnia, masarnia, recykling. I mieszkańcy – ludzie starsi, chorzy, niepełnosprawni, uzależnieni – pod doskonałą opieką i jeszcze lepszym marketingiem. Paczki z woskiem przysyłane z całych Niemiec, darczyńcy wzruszeni do łez. Góra lodowa dobroczynności – na której szczycie ktoś ma zawsze suche buty.
Alina po pierwszym oglądzie chciała uciekać bez płaszcza. Dyrektor – sympatyczny, brodaty – zapewniał o rozumieniu misji, a w rubrykach formularzy miał więcej władzy niż św. Piotr przy bramie. Po prośbach i łzach wpisał: „Niezdolna do pracy z powodów zdrowotnych”. Uff. Spokój trwał kilka dni. Przyszło pismo: odmowa podjęcia pracy – zasiłek wstrzymany. W sądzie dyrektor nic nie pamiętał, w rubryce – czysta biel po gumce. System, jak zawsze, miał świeże buty.
Na szczęście Angelo zatrudnił Alinę na ćwierć etatu i wyrwał ją z objęć opiekuńczej miłości państwa. Ja nie miałem wyjścia – poszedłem do Herzogsägmühle.
„Wosk”, piętro pierwsze. Zapach stearyny, nożyk kuchenny w dłoń, stanowisko przy wkładach do podgrzewaczy. Obok – sala zniczy i „artystycznych” świec, w kącie kocioł na „pety woskowe”. Paczki z całych Niemiec, ciężkie od dobrych intencji. Dobrzy ludzi płacili na poczcie, my topiliśmy i nalewaliśmy. Świat jest prosty, jeśli nie korzysta się z wiedzy – wystarczy wiara i przelew.
Praca była rytualna: nalać, wystudzić, wycisnąć, obciąć rant, włożyć knotek, spakować. W piątki – czyścić formy, na końcu podłogi. Obok „tubylców” – byli pracownicy dawnej fabryki świec. Fabryka upadła, przeniesiono ją do Miejsca do Życia, gdzie prawo uwielbia tanią siłę roboczą.
Nie mam nic przeciw „tubylcom”. Mam wszystko przeciwko obłudzie – kiedy filantropia przynosi dochody, a na afiszu zostaje serce. To dzieje się w majestacie prawa, co zresztą jest najlepszą gwarancją spokoju sumienia.
Zarabiałem tyle, co zasiłek. Dojazdy – z własnej kieszeni. Po pięciu miesiącach dostałem list z cukrem na kopercie: przedłużenie umowy o kolejne dwa lata. Szczęście tak wielkie, że aż mnie wyprostowało. Przez kilka dni dziękowałem światu, a potem przeszło. Wróciła rozsądna ironia i gest Kozakiewicza – mentalny, szeroki, ale kulturalny.
Żeby nie zwariować, obiadowe przerwy zamieniłem w trening. Najpierw spacery, potem marsze, na końcu godzinny bieg. Forma przyszła, wola też. Wystąpiłem o sanatorium – dostałem szybciutko. Bad Aibling, zapach lip, rower nad Chiemsee, zabiegi, człowiek znowu człowiek.
Po powrocie poprosiłem o urlop – należy się. W zakładzie otwierali nową linię do świec za ponad sto tysięcy marek – Diakonat nie dopłacił ani feniga, bo od tego są aniołowie darczyńcy i święte ulgi podatkowe. Dyrektor – ten sam, którego prasa krytykowała nie za system, tylko za styl – w końcu odszedł, bo wizerunek dobroczynności nie lubi zagnieceń.
Na urlop pojechałem z dziećmi pod namiot. Najpierw spełniłem swój kaprys: Route des Grandes Alpes. Dzieci zadawały fundamentalne pytanie: „Kiedy będziemy się kąpać?”. Od St-Tropez do Lazurowego Wybrzeża odpowiedź brzmiała: „Zaraz”. Dziesięć dni minęło jak filtr UV.
Powrót niemal skończył się powtórnym chrztem. O świcie, pod Besançon, na końcu łagodnego łuku, w nasz pas wpadł rozpędzony Francuz. Huk, szkło, płacz Magdalenki, pytanie Daniela i pusta szosa. On nie zwolnił nawet moralnie. Szybko zrosły się szlify na ręce, wolniej – odwaga przy mijankach.
Z powrotem do „Wosku” wróciłem w biegu. Dosłownie: w przerwie skręciłem kostkę, dostałem L4 na dwa tygodnie, potem przedłużone. Uświadomiłem sobie oczywistość, o której gadają wszyscy, a nikt nie stosuje: lekarze nie robią problemu, ale absencja to grzech ciężki. Kilka kolejnych niedyspozycji spędziłem w domu. W pracy – książki. Szef zadał pytanie, co robię. Odpowiedziałem zgodnie z prawdą: „Czytam, bo nie mam zajęcia”. Odparł, że mam mówić, gdy nie mam zajęcia. Uprzejmie wskazałem, że od dwóch dni czytam w jego polu widzenia.
Po paru dniach przysłali na moje miejsce świeżego „zintegrowanego”. Zapytałem, czemu przyjął propozycję. „Powiedzieli, że nie muszę być produktywny. Wystarczy, że będę obecny”. Miło usłyszeć, że prawda bywa jednak polityką firmy.
Najmilej było, gdy dostałem ostatnie pismo: z powodu złego stanu zdrowia, „nie rokującego poprawy”, rozwiązują ze mną umowę. Reintegracja zakończona sukcesem. Mój – bo wyszedłem. Ich – bo mają wakat. Państwa – bo statystyka lubi święty spokój.
I tylko jedna myśl została mi na okładkę: w tym kraju opiekuńczym, jeśli chcesz być naprawdę potrzebny, najpierw musisz stać się niepotrzebny. Potem jakoś to już idzie.
Schreibe einen Kommentar