Ukoronowaniem mojego francuskiego rozdziału miał być urlop — długa, samotna wędrówka po południu, przez góry i wspomnienia.
Plan miałem rozrysowany na mapach, w głowie i w sercu. Zbyszek wyjechał z rodziną nad morze, zostawiając mi swoje mieszkanie – luksus, którego nie potrzebowałem, ale który koił ciszą. Tam czekałem na rodziców.

Ich listy pachniały niepokojem — słowa, które miały mówić o zdrowiu i dzieciach, szeptały o Irenie.
„Nie wszystko jest w porządku.”
Nie pytałem o więcej, choć czułem, że wiatr wieje z tej samej strony, z której zawsze — z Nysy, od teściowej.
Marzyłem o wakacjach z rodziną.
Marzenie umarło w suchym zdaniu: „nie załatwiłam paszportu.”
Nie uwierzyłem. Irena zawsze wszystko „załatwiała”.

Pogodziłem się, że pojadę sam.
Ale nie z tym, że przepadła szansa życia — ta jedna, żeby zostać, zostać naprawdę.
We Francji. Na Zachodzie. Po tej stronie świata, gdzie ulice pachną chlebem, a nie kolejką po mięso.


Z Tadeuszem pojechaliśmy pod Vichy. Ford warczał jak rozjuszony lew — pękła rura wydechowa.
Policjant tylko machnął ręką, jakby ten hałas znał z własnego podwórka.
U kolegi Tadzia, Pierre’a, czekała na nas Sylvie — zbyt piękna, by była szczęśliwa.

Gdy leżałem pod samochodem, zobaczyłem ją najpierw po dźwięku — stuk obcasów, lekko, pewnie, kobieco.
Zobaczyłem też więcej, niż powinienem.
Ziemia pachniała smarem, powietrze — skórą i grzechem.
Kiedy wydałem z siebie to niekontrolowane westchnienie, zajrzała pod auto.
Nie wiem, co zobaczyła.
Ale ja wiedziałem już wszystko.

Wieczorem tańczyła lekko, jakby to nie jej nogi paliły się w mojej pamięci.
A potem ogień pojawił się naprawdę.
Płonął sąsiedzki spichlerz — czerwone języki ognia sięgały nieba, a ludzie biegli z wiadrami jak w jakimś pradawnym rytuale.
Iskry fruwały jak złote owady.
Ktoś krzyczał o krowach, ktoś o koniach.
Ja patrzyłem w ogień, czując, jak Sylvie dotyka mojego ramienia.
Jej palce były zimne, dym pachniał woskiem i sianem, a noc — jak koniec świata.


Rodzice przywieźli zapach domu i kolejną porcję troski.
Irenka przysłała figurkę krakowiaka – plastikowy uśmiech zawisł mi na lusterku obok indiańskiego wojownika od Michała.
Dziwny duet strażników: polska cepelia i amerykański totem.

Mama krążyła wokół tematu jak kot wokół miski z gorącym mlekiem.
W końcu powiedziała:
— Może byś został tu, synku.
A potem padły słowa, których nie chciałem usłyszeć. O Nysie, o nocnych gościach, o „koleżankach lekarzach”.
Powiedziała, że Jula coś widziała, że ludzie mówią.
Nie wierzyłem.
A może wierzyłem, tylko nie chciałem przyznać?
Bo przecież jeśli ja mogłem…

Nie, musiałem ją bronić.
W imię tej dziwnej symetrii win.
W imię sprawiedliwości, której nikt już nie potrzebował.


Pireneje.
Ich linia wyrosła przede mną jak sen — poszarpana, wyniosła, obca i bliska zarazem.
Na Tour Madelok wszedłem lekko, jakby ktoś zdjął mi z pleców wszystko, co dotąd dźwigałem.
Z góry morze było jak płynne szkło, a powietrze pachniało ziołami i samotnością.
Na horyzoncie, za szczytami, majaczyła Hiszpania.
Zatrzymałem się przed szlabanem.
„Jeszcze nie teraz.”

Wieczorem rozbiłem namiot pod Canigou.
Obudził mnie klakson — kierowca żółtego 2CV wymachiwał rękami.
Zatarasowałem mu drogę, w środku gór, gdzie drogi nie powinno być.
Dobre miejsce. Dobre przebudzenie.

Ford wspinał się jak kozica.
Rura naprawiona, silnik rzęził, ale żył.
Na przełęczy zyskał nową sylwetkę – sportową.
Zamiast zmartwienia poczułem dumę: też się obniżyłem, też coś straciłem po drodze.


Świat, który widziałem, był zbyt piękny, by uwierzyć, że istnieje naprawdę.
Belvédère 2000, Font-Romeu, Odeillo — nazwy jak wersy z poezji.
Każdy zakręt, każdy wodospad, każdy głos z magnetofonu był dowodem, że jeszcze potrafię się dziwić.
Wieczorem, nad Lac des Bouillouses, zapisałem jedno zdanie:
„Można by zostać tutaj na zawsze. Ale przecież nigdy nie zostaję.”

Pireneje, jak kobieta, kusiły i odpychały zarazem.
Zielone zbocza przy Andorze, błękitne jeziora, górskie drogi, które znikały we mgle.
Tam poczułem ciężar samotności — nie tej chwilowej, ale tej, co zostaje pod skórą.


W Lourdes, po całej ekstazie gór, znalazłem się w świecie innego rodzaju cudu.
Na ulicach sprzedawano różańce, w grocie — milczenie.
Stałem w tłumie.
Ludzie modlili się z taką intensywnością, że czułem ich wiarę na własnej skórze jak gorączkę.
Patrzyłem na kule inwalidzkie zawieszone na skale.
Na dziewczynę bez nogi, na chłopca z łzami w oczach, na kobiety ściskające w ramionach sparaliżowane dzieci.
Zrozumiałem, że to nie cud jest największy, ale nadzieja.
Cud to tylko forma, w jakiej nadzieja się objawia.

Podszedłem do kranu, z którego lała się święta woda.
Nie miałem żadnej intencji, żadnego planu.
Umyłem tylko ręce.
I pomyślałem, że może to właśnie był mój cud.