Jeszcze nie ochłonąłem po wakacyjnych wrażeniach, ledwo odebrałem samochód z przeglądu, a już musiałem ruszać dalej. Firma wysyłała majstra i mnie w delegację. Nie narzekałem — przeciwnie: Alpy to była pokusa. Wcześniej z Tadeuszem skoczyliśmy na jeden dzień do Grenoble i Chamrousse, ale cóż można zobaczyć w tak krótkim czasie?

W La Clusaz, miasteczku na tysiącu metrów, trzeba było usunąć usterki w świeżo oddanym osiedlu domków. Robota prosta, nadzór luźny, więc tempo pracy — wiadomo. Żeby oszczędzić na dietach, sypiałem w miejscach pracy: co noc inna, pachnąca nowością willa, wszystkie wygody do dyspozycji. Zawsze miałem przy sobie małe radyjko — tranzystorek Philipsa z Singapuru, pierwszy zakup w Géant Casino. Przy tym chrapliwym głośniczku snułem plany wypadu w serce Alp. Do Chamonix było raptem pięćdziesiąt kilometrów.

Sobotnie popołudnie nie wróżyło pogody. Mżawka, widoczność marna, kilometry wlokły się. Już miałem zawrócić, gdy nagle zza kurtyny chmur wysunął się biały kolos. Tylko wycinek, a jednak ogrom lodu oniemiał. Nie było wyjścia — musiałem zobaczyć z bliska ten najwyższy, „oswoić” go wzrokiem.

Prognoza na niedzielę brzmiała dobrze. Postanowiłem zostać na noc w Chamonix. Dwadzieścia osiem franków za pokój w hotelu „Le Stade” w centrum — do przełknięcia. Zamiast szukać taniej kwatery, poszedłem obejrzeć okolice. Kusił tunel pod Mont Blanc, wciąż atrakcja. Gdyby nie brak włoskiej wizy, przejechałbym tam i z powrotem te jedenaście i pół kilometra, choćby dla samej idei. Zadowoliłem się wjazdem, a w dyspozytorni podglądałem trasę na ścianie monitorów.

Rano byłem u dolnej stacji kolejki. Dzień zapowiadał się bajecznie. Po raz pierwszy miałem stanąć tak wysoko. Zaopatrzony w Kodaki, obwieszony aparatami, wsiadłem do wagonika.

Zaduma i wolny czas — to zwykle mój rytm w górach. Na Aiguille du Midi trzeba było o tym zapomnieć: tłum turystów nieprzerwanie przewalał się przez tarasy. Wjeżdżali, pstrykali, marzli w letnich sukienkach i na szpilkach, po czym uciekali w dół. Nie było gdzie rozstawić statywu, nie było jak nacieszyć oczu. Zazdrościłem garstce alpinistów w rakach i z linami — oni mogli odciąć się od jarmarku.

Sam szczyt Mont Blanc… trochę mnie rozczarował. Łagodna, śnieżna kopuła wyglądała dostępnie, niemal przytulnie. Grozy i tajemnicy więcej było po drodze: w pionach skał, w dramatycznych bruzdach lodowców. Lina kolejki na stronę włoską nikła w lazurze, rysując na tle śniegu ostry znak zapytania. Po dwóch godzinach na wietrze i słońcu skóra paliła. Zjechałem. Myśl o poniedziałkowej robocie nie miała nic wspólnego z pięcioma tysiącami metrów.

Na początku tygodnia zjechał szef. Był zadowolony, zaprosił na kolację. Po Chamonix czułem się niewyraźnie, chyba łapała mnie gorączka. Zamówiłem małą wódkę. Kiedy wychyliłem kieliszek, towarzystwo oniemiało.

— Czysty alkohol, tak… bez mrugnięcia?
— A co w tym dziwnego — parę milionów Polaków ma codzienny trening, i to nie w tak śmiesznych dawkach.
— Mówią „pijany jak Polak” nie bez powodu.
— Panowie, wy nie wiecie, co to znaczy pić.
— To pokaż.
— Stawiacie? Dobra.

Kelner przyniósł pięć kieliszków. Załatwiłem je po kolei, bez przerwy.

— A teraz — rzekłem — jeśli nie spadnę pod stół, każdy z was bierze głębszy.

Skończyło się na tym, że „kacze łby” rosły w oczach. Współczułem jutrzejszego kaca, ale satysfakcja była szczera: już będą wiedzieć, co w tym powiedzeniu jest prawdą.

Z czasem rozbawione miny zrobiły się żenujące. Zadzwonię do Polski — pomyślałem. Zamówienie rozmowy okazało się egzotyką dla właściciela lokalu. Centrale w końcu połączyły. Usłyszałem polski głos, a potem… zaspana Irena.

— Andrzej? To ty? Co się stało?
— Nic. Chciałem cię usłyszeć.
— Kiedy przyjedziesz?
— Za dwa miesiące, jak pisałem.
— Ja nie wytrzymam. Przyjedź. Teraz.
— Przestań…
— Szaleję z tęsknoty. Wskakuj do auta. Zdążysz na urodziny Michała.
— Raz kozie śmierć. Dobra.
— Czekam!

Zapłaciłem rachunek. Na benzynę zabrakło. Szef pożyczył pięćdziesiąt franków — oddam w biurze przy formalnościach. Wyszedłem jak stałem. Pan E. nie krył wściekłości. Prośba, groźba, gorzkie słowa o odpowiedzialności. Nie zatrzymał mnie. Na koniec życzyłem mu — niegrzecznie — żeby znalazł kiedyś tak „złego” pracownika jak ja.

W banku wybrałem oszczędności, część wymieniłem na dolary. Niepewnie czułem się z taką gotówką. Spakowałem wszystko i ruszyłem. Matka Zbyszka uśmiechnęła się na odchodne:

— Myślałam, że powtórzy się historia znajomego, co miał wrócić dopiero, jak naprawi stół. No i od lat go „naprawia”.

19 września 1975, godz. 18.30 (pieczątka w paszporcie) — przekraczam granicę we Strasburgu. We Frankfurcie nie ma wolnych miejsc. O czwartej rano jestem na granicy NRD. Mgła pod Eisenach, gubię orientację, zasypiam na pasie zieleni między jezdniami. Budzi mnie patrol. Dziesięć marek mandatu za „postój nieprawidłowy”.

Pod Erfurtem dopada mnie myśl: nie mam prezentów dla dzieci. W banku bez kłopotu wymieniam dolary, wpadam do domu towarowego. Domek dla lalek, lalka z zamykanymi oczami, samochód na kabel, wyrzutnia z rakietami, drobiazgi… Sto franków i mam pełen bagażnik szczęścia.

W Zgorzelcu jestem przed szesnastą. Wydaje się, że wieczorem będę w Katowicach. Odprawa jednak ciągnie się bez końca. Oddaję enerdowskie tablice, zakładam z powrotem francuskie. Polscy celnicy biją rekordy skrupulatności. Dokumenty — wiadomo. Pieniądze — też. Potem wywalam z auta wszystko, nawet koło zapasowe, wjeżdżam na wagę. Grzebią w każdej drobnostce. Szukają pornografii, ale z uporem słuchają też moich taśm. Slajdy oglądają z komentarzem — moim. Czas płynie, a ja się nie denerwuję. Jestem wśród swoich. Tylko właściciel garbusa, wiozący kilka rolek tapety z NRF-u, postanawia wygłosić mowę. Płaci cło proporcjonalne do retoryki.

Mnie podobna przyjemność omija. Miła celniczka szepcze, że koleżanka znajdzie mi nocleg. Nie odmawia się takiej łaski. Zgoda, zielone światło. Chcę jak najszybciej stąd wyjechać, więc wrzucam graty byle jak. Koleżanka ma wskazać drogę. Nieśmiało pyta:

— Czy mogę wsiąść?

Po krótkim przemeblowaniu robię miejsce na przedniej kanapie. Musi wysoko podciągnąć służbową spódnicę. Siada blisko. Jej obecność podnieca bardziej niż wszystkie francuskie witryny. Delikatnie dotykam kolan — odkłada mi rękę na kierownicę.

W garażu dwa razy sprawdzam zamki. W pokoju tylko marzę o łóżku. Zastanawiam się, gdzie schować marynarkę z pieniędzmi — pukanie.

— Na pewno ma pan ochotę na coś gorącego przed snem.

Już przebrana. Za szklanką herbaty falują piersi pod lekką bluzką.

— Przypuszczam, że dosłodziłam — uśmiecha się.
— Jest coś ważniejszego.
— Słucham.
— Podejdzie pani bliżej?
— Jak blisko?
— Jest pani bardzo, bardzo…
— Moi rodzice tylko wynajmują pokoje.
— Chciałbym panią pocałować.
— Nie brak panu tupetu.
— Brak mi miłości.
— Po powrocie z Francji…? Dobranoc, panu.

  •  

gdy rękę wyciągnąłem — zatrzymał ją półcień,
futryna oddychała ciszą wstrzymaną,
świat chwiał się jak łóżko, noc pachniała skórą,
a zza ścian napływał senny sygnał miasta.

przez okno wsunęło się rześkie powietrze,
zapach namiętny wypełnił pokój,
głowę oplótł mi splot kobiecych ramion —
i nagle rozwarły się obłoki.*

Koła forda dudniły równo po stykach betonowych płyt starej autostrady. Błękitne niebo witało ostatni dzień lata, żółte ścierniska koiły wzrok. Wracałem po roku, a czułem, jakbym wyjechał wczoraj. Wszystko swojskie, bliskie. Los się uśmiechał pełną gębą. Czy naprawdę trzeba było samochodu i paru tysięcy dolarów, żeby tak to poczuć?

Przed Wrocławiem długo i powoli wyprzedzała mnie nowa łada. Pasażerka — roześmiana — machała, żebym się zatrzymał. Nikt obcy tak na drodze nie prosi. Zjechałem. Kobieta przybiegła i pozdrowiła po francusku. Nie pamiętałem jej twarzy. Pytanie rozwiało wątpliwości:

— Ma pan może franki albo dolary do sprzedania?

Podała „dobry kurs” — o połowę niższy niż w Pewexie. Nie targowałem się. Zdziwiła się:

— W banku dostanie pan jeszcze mniej.

  •  

Włosy Ireny, starannie ułożone na lewym ramieniu, zapowiadały uroczystość. Trójka dzieci w odświętnych strojach — jak nuty ustawione wiekiem. Za kuchennymi drzwiami, również „według porządku”, czatowali: babcia Włodzia, teść z teściową i wujek Bolek. Kryształowe kieliszki zadrżały od szampana. Nowy sweterek pięknie opinał pierś mojej żony. Pękło gromkie: — Za szczęśliwy powrót oczekiwanego ojca i męża!

Zanim „część artystyczna”, było zwiedzanie lśniącego mieszkania. I przystanek na nowym dywanie.

— Niełatwo bez męskiego ramienia — stwierdziła, ścinając chichot Juli spojrzeniem matki. — Ale i ja umiem, nie szczędząc wyrzeczeń, kupić nam ten wspaniały dywan.

Chłód tego zdania zgrzytnął jak klucz w zamku. Listy, telefon — ciepłe, gorące — a tu przypomnienie hierarchii. Stałem nonszalancko, w wysłużonej marynarce i dżinsach, pośród rodziny w peweksowych „galach”. Pękały mi od słońca usta po Mont Blanc — lecz prawdziwy ból przyniosło rozczarowanie.

Teściowa wniosła tort orzechowy w czekoladzie. Teść, Robert, zapalił sześć świeczek, równiutko, co do kąta. Michał, podtrzymywany przez Bolka, zdmuchnął je jak bohater. Babcia Włodzia perorowała o sukcesach zawodowych Ireny. Gdy próbowałem opowiedzieć o Francji, rozmowa natychmiast skręcała w „ważniejsze” tematy: dyżury, ordynator, porady.

Najodważniej, choć z dystansem, patrzył na mnie Michał. Po „Sto lat” wskoczył na kolana:

— Czy Indianin przyjechał?

Zszedłem z nim do forda. Dopiero tam objął mnie mocno i gorąco pocałował. Jego wojownik czuwał całą drogę pod szybą. Potem zasypał mnie pytaniami, po czym „prowadził” z pasją: wargi drżały mu jak motor, a klaksonowa fanfara rozdziawiła mu usta na długo.

Wróciliśmy z prezentami. Jula zatonęła w domku dla lalek. Klaudia kurczowo trzymała się spódnicy prababci. Patrzyła na mnie ukradkiem, niespokojnie. Gdy usiadłem na wersalce i objąłem Irenę, podbiegła, prawie z płaczem:

— Mamo… a kiedy ten pan pójdzie do swojego domu?