Pod koniec lata, bogatego w przygody i nerwy, zajechała do Peiting Zosia z całą rodziną. Dzieci wystrzeliły jak na drożdżach; najmłodszy, Łukasz, zmienił się tak, że minąłbym go na ulicy bez mrugnięcia. Stefan roztaczał różowe wizje sytuacji w Polsce, a moja siostra przytakiwała z zapałem. Nie dzieliłem ich entuzjazmu — znałem nastroje rodaków, a nieustająca akcja paczkowa skutecznie studziła wszelki optymizm. Czułem też podskórnie, skąd ten ton: jako jedyni z naszej rodziny zostali w kraju i — może odrobinę z zazdrości — chcieli pokazać, że wcale nie mają gorzej. Z drugiej strony, przechwałki szwagra o państwowej nagrodzie stawiały ich „dobrą passę” w innym świetle. Nie wdawałem się w spory. Głowę i ręce zajmowało mi coś ważniejszego.

W oczekiwaniu na powiększenie rodziny było co robić. Na wszystko nas nie stać — więc kombinowałem. Dzięki sąsiadom tanio dopadłem głęboki wózek ze spacerówką, a piękną, retro-kołyskę udało się pożyczyć (niestety tylko na okres niemowlęcy).

Chciałem też zostawić po sobie ślad w drewnie. Od początku zbierałem narzędzia i maszyny — w Polsce o takim zapleczu mogłem tylko marzyć. Pierwsze stolarskie próby zacząłem jeszcze w piwnicy u Krysi: powstała rama obrazu rozmiaru „ambitnego”. Potem biurko według własnego projektu, wpasowane w sypialnię co do milimetra. Kupowałem w tartaku suche deski, sklejałem blaty, szlifowałem półki, frezowałem nogi. Z czasem przybywało skrzynek, wieszaków i kuchennych drobiazgów. Wreszcie rzuciłem sobie wyzwanie: szafka-przewijak — dwa w jednym.

Piwnica miała tylko jedną wadę: brak gniazdka. Na początku ciągnąłem przedłużacz przez klatkę schodową, ale osiedlowa „strażniczka porządku” (emerytka z energią plutonu saperskiego) zaprotestowała przeciw wiszącemu kabelkowi. Zamiast dzwonić po firmę, sam położyłem instalację — przecież pracowałem już jako elektryk we Francji. Tylko jakoś nie zauważyłem (lub nie chciałem), że przy okazji produkuję tony pyłu. Uszczelniłem więc ażurowe ściany kartonami, a na drzwi i resztę otworów przykleiłem plakaty — reprodukcje „Panoramy Racławickiej” (rok wcześniej dostałem od Leona z Wrocławia). Mimo barykad kurz dalej osiadał na wszystkim, co stało spokojnie dłużej niż trzy minuty. Sasiad z pierwszego piętra miarkę stracił, podejrzewając nawet, że podpiąłem się „na dziko” do sieci. Skończyło się na wezwaniu fachowca i pisemnym potwierdzeniu, że instalacja jest jak trzeba. Trzydzieści marek — i spokój. A w twórczym pyle wyrósł unikatowy mebel.

Przeciw zabobonom rodzinnych cioć przygotowaliśmy wszystko z wyprzedzeniem. Alina spakowała torbę i spokojnie czekała. Po ostatniej wizycie dostała skierowanie do szpitala — pojechała dzień przed wyznaczonym terminem.

W domu nagle zrobiło się za cicho. Po nocnej zmianie krążyłem jak satelita wokół telefonu. Spać się nie dało. Wszystko gotowe, a człowiek nie miał się czego uczepić.

Po dwóch dniach czekania zadzwoniło. Alina już na porodówce. W nocy były skurcze, ale porodu brak. Po bolesnym zastrzyku męczyła się do rana — aż położna obwieściła, że „zaczęło się”. Wtedy telefon do mnie.

Błyskawiczny prysznic, parę łyków kawy i sprint do szpitala. Sprzęt foto i kamera czekały tam od wczoraj — z premedytacją. Zimne październikowe powietrze kleiło się do skóry, potęgowało dreszcze. Promienie słońca przez przednią szybę drażniły oczy, a błękit nieba bezczelnie suszył łzy.

Wpuścili mnie do Aliny, gdy bóle były co dziesięć minut. Akuszerka: „Pół godziny i po wszystkim”. Minęło pół, minęła godzina — a rozwarcia jak na lekarstwo. Wpadła lekarka, energiczna jak orkiestra marszowa, i przejęła batutę.

Alina łapała powietrze krótkimi haustami i parła. Trzymałem ją za rękę, napinałem się razem z nią, dopingowałem: „Dasz radę! Mocno! Wytrzymaj!” Oddychałem równo, liczyłem z nią sekundy, jakbym mógł oddechem przestawić tryby natury.

Komendy przyspieszały, napięcie rosło. Błagałem po cichu wszystkie moce nadziemskie, żeby obeszło się bez skalpela. Nie ze strachu przed cięciem — z ambicji. Chciałem, by przyszło na świat „po bożemu”.

Nagle zobaczyłem czarne włosy. Alina, zmordowana, parła już bez przerwy, a rozwiązania ani widu.

— Dasz radę! Mocno! Wytrzymaj!
— Dasz radę! Mocno! Wytrzymaj!
— Dasz radę! Mocno! Wytrzymaj!

Pot, brak sił, krótka pauza, nerwy. Alina nabrała powietrza, uniosła głowę i krzyknęła. Lekarka położyła dłonie na brzuchu i pomogła ostatnim, decydującym naciskiem.

Położna położyła maleństwo na piersi — jeszcze z nieodciętą pępowiną, w mazi porodowej. Obraz skakał mi jak w zwolnionym filmie; klatka po klatce. Wstrzymałem oddech, wytarłem oczy. Dłuższą chwilę trwało, nim dotarło: to już.

Blada twarz Aliny, szeroko otwarte oczy — i szczęście, którego nie da się wypowiedzieć. Czuła ciepło swojego ciała poprzez ciepło ciała dziecka. Jej ręce, drżące i niepewne, objęły najdroższe: naszego pierworodnego syna.

Lekarka uśmiechnęła się i skinęła na kamerę.

— Zdaje się, że miał pan filmować.
— Za bardzo byłem przejęty.
— To właśnie teraz jest najlepsza chwila.

Aparat ślizgał mi się w spoconych dłoniach, ale zacząłem „cykać”. Nagle dobitnie zrozumiałem, że to chwile jedyne — i trzeba je ocalić.

Przed porodówką czekała Krysia z kwiatami — Zygmunt miał akurat dyżur, więc wieść poszła szybko. W jej gratulacjach brzmiała cieniutka struna zazdrości. Nie docierało to do mnie — pławiłem się we własnym szczęściu. Bezwstydnie, z mokrymi oczami powtarzałem: „To był cud! To był cud!”

— Nie przesadzaj z cudami — roześmiała się Krysia. — Normalna sprawa, jak tysiące innych.

Ona — lekarz — widziała to zawodowym okiem. Ja upierałem się przy swoim. Bo dla mnie to był największy, najprawdziwszy cud.