Czerwony busik z białym dachem był naszym domowym bożkiem od beztroski. Wystarczył jeden rzut oka i człowiek czuł zapach morza, nawet stojąc na parkingu pod piekarnią. Druga strona medalu świeciła skromniej: skorodowany staruszek pocił się olejem jak kulturysta w saunie. Po Kalabrii obiecałem mu sanatorium, ale kałuże na asfalcie mówiły: „teraz albo holownik”.
Pojechałem po uszczelki i tarczę sprzęgła… i zobaczyłem JĄ: czerwone „131 mirafiori” na sportowych oponach. 3500 marek. Herr Kurz podał kluczyki. Wróciłem z jazdy próbnej z miną, którą zwykle mają chłopcy wychodzący z kina po „Bondzie”. Mechanik, złośliwie rozbawiony:
— „Czy pan kiedyś prowadził osobówkę?”
Prowadziłem. Ale nie TAKĄ. Przyspieszała prawie jak BMW ojca, siedzenia miękkie, szyby przyciemnione, silnik mruczał… a opony, przy starcie, piszczały piękniej niż skrzypce.
Pieniędzy brak? Kurz wyciągnął matematyczny plaster: 900 na start, reszta w 36 ratach—78 marek miesięcznie. Alina zrobiła rundkę i odmówiła… wysiadania. Kupiłem. A właściwie—zostaliśmy kupieni.
Na deser Krysia z Zygmuntem przytargali ideę: przyczepa campingowa! Lodówka, zlewozmywak, ogrzewanie, szafki — pałac na kołach. Nasz busik był romantyczny, owszem, ale z dwojgiem dzieci romantyzm łatwo przechodzi w survival. Zaczęliśmy więc marzyć o wakacjach z kranem.
Magdalenka kończy rok. Dom pęka w szwach od maluchów. Zygmunt wyjątkowo nie moralizuje, słońce się zgadza, łąka wygląda jak z pocztówki. Brakuje tylko Zosi — ona odtąd zawsze „za granicą czasu”.
Daniel idzie do przedszkola. Pierwsze ranki—dramaty: wielkie oczy, bezradne rączki, oczy mówiące więcej niż słowa. Zastępczo wymyślił komunikację totalną: na wszystko odpowiadał „Ja”. Święty Mikołaj: „Podejdź bliżej?” — „Ja.” „Byłeś grzeczny?” — „Ja.” „Znasz wierszyk?” — „Ja.” Tempo „Ja-ja-ja” rosło proporcjonalnie do chęci ucieczki. Ale polubił panią i dzieci, a my—spokój (poza rotacją: katar–kaszel–gorączka). Hemoterapia zrobiła z tym porządek, zanim zdążyliśmy mieć doktoraty z czopków.
Jesienią przyjechała Irena: poprawna, opiekuńcza, jakby inna. Wkrótce wpadł Michał z pluszowym słoniem większym od Magdaleny. Pstrykaliśmy zdjęcia jak paparazzi—na chwilę uwierzyliśmy, że rodzinne puzzle chcą się same ułożyć.
Pod koniec lutego słońce przygrzało i włączyło w głowie tryb „horyzont”. Krysia dała słowo, że pożyczą przyczepę, ale ja nie miałem haka. Nowy—ponad 1000 marek. W Peiting sprzedali mi cały samochód z hakiem za 500. Taki jak mój, tylko bardziej… przeżyty. Hak przełożyłem, reszta na części. A Herr Kurz jeszcze odkupił ode mnie busika—za tyle, ile dałem pięć lat wcześniej. Cud? Raczej suma szpachli i miłości.
Podłoga w przyczepie Krysi ledwo trzymała pion. „Zrobisz?” — „Zrobię.” Zrobiłem. Takie rzeczy wiążą — nie naszą, ale „naszą” przyczepę.
Europa huczała: pierestrojka, mur pękał, Okrągły Stół strugał przyszłość. A my—w Portugalię. Już w ambasadzie poczuliśmy egzotykę: list o wizach wyglądał jak dyplom. Po drodze—Mirkowie w Belfort, zajęcza uczta u Reni, nocne rozmowy, poranne słońce bez litości.
Na przydrożnym postoju między Narbonne a Perpignan nauczyłem się francuskiej kultury pracy: energiczna dama tupie, wskazuje miejsce i informuje z klasą: „Mais non, monsieur! Ja tu pracuję!”. U nas dostałbym wiązankę. We Francji—leksykon grzeczności. Odjechałem, dopiero po chwili zrozumiawszy, że przeszkodziłem w… negocjacjach branżowych.
Hiszpanię połknęliśmy szybko: dobre drogi, gdzie trzeba—autostrady, na stacjach lód w workach. W Kordobie zaparkowałem pod drzewem zasypanym pomarańczami. Ktoś? Nikt. Mezquita jak morze kolumn—850!—najpierw skala, potem cisza. Alina pcha wózek, Magdalena drzemię, Daniel biegnie, ja fotografuję i myślę o Paestum: tam „domy bez dachów”, tu sklepienie jak długie zdanie bez kropki. Kiedy tam modlono się do Hery, tu żyło pół miliona ludzi—drugi biegun Europy obok Bizancjum. Ilu turystów to czuje?
Prom przez Guadiana: zahaczyłem hakiem o próg i utknąłem jak waleniowy maluch. Kilku Portugalczyków popchnęło—stanęliśmy na nowym brzegu. Celnicy dali nam do wypełnienia karteluszki (wszystkim, nie na złość). Wieczór, wiatr, Monte Gordo. Pracownik recepcji krążył ze mną po campingu jak po poligonie: tu za krzywo, tam za daleko. Zatrzymałem się wbrew jego teorii grawitacji. Rachunek miał jedno zero za dużo—to już było „za blisko”. Rano—zmiana nastroju: pinie śpiewają, sąsiedzi pomocni i ciekawi świata, lekarze z Lizbony chwalą własnoręczną składana przyczepę. Na plaży nauczka: południe w Portugalii to nie jest „nasze” południe; słońce przyspiesza, plecy pieką, Magdalenka nosi skarpetki jak dama parasolkę. Zostaliśmy na parę dni—pranie dookoła jak chorągwie zwycięstwa.
Faro—magiczne i pełne, ale camping tylko na rezerwację ze stycznia. Portimao—luksusowo i… bez powiewu. Upał stoi w miejscu, przy plaży—raj; Daniel goni fale, Magda kopie w cieniu skarpy, Alina odżywa w wodzie, a jachty robią za przecinki w zdaniu dnia. Lagos—groty, tunele, przewodnik na łódce ma pełen repertuar („nos de Gaulle’a”, klucze, anatomia), a ja skrzętnie to kręcę. Pod spodem—historia niewolników. Portugalczycy pierwsi, reszta Europy chętnie w kasie. W cieniu wąskich ulic czułem, że chłód bywa moralny.
Praia d’Ingrina wygląda jak siódme niebo, ale ocean ma temperaturę ósmego kręgu Dantego. Do pasa? Dziękuję, zostanę ojcem dwojga. Przynajmniej „Eintopf” w tawernie—epicki: jedna porcja, a karmi narody. Vila do Bispo—czas stoi, staruszki bezzębnie uśmiechnięte, pralki-kamienie przed domami. Sagres—wiatr, armaty, widok nieskończoności; Daniel z równym entuzjazmem ogląda trójkołowy dostawczak i legendę Henryka Żeglarza.
Wiatr i kurz wygrały z romantyzmem; na północ. Drogi—piękne zapachy, fatalna nawierzchnia. 200 km w dobę, francuski kierowca odstrzelił mi lusterko i nawet nie pomachał. Taśma klejąca—nasza księżniczka z bajki.
Setúbal. Wracamy do „cywilizacji” i widzimy, że nasze „stare auto + wysłużona przyczepa” to dla wielu luksus. Sardynki w porcie—za grosze dla nas; dla kogoś i grosze za dużo. Policjant na błyszczącym motorze zatrzymuje pana z rowerem i drewnem—gest, który uczy hierarchii dnia. W centrum transparent partii komunistycznej na obdrapanym domu—kontrasty aż dzwonią. Jest za to uczciwość: sandałki Magdy odłożone przez sprzątaczkę „na pana powrót”. Castelo São Filipe—widok, co porządkuje w głowie. Prom na Troię—delfiny pod burtą, luksusowe hotele jak przyłbice innego świata.
Lizbona. Most „25 kwietnia” dźwięczy stalą, a człowiekowi rośnie serce. Camping ogromny, czystość po niemiecku, strażnicy z krótkofalówkami niczym orkiestra. Praça do Comércio—parkowanie między pałacami. Elevador—Eiffel w wersji gotyckiej, kilka sekund magii i panorama w kratę siatki. Belém: Mosteiro dos Jerónimos pachnie różami i przesadą marzeń; styl manueliński rzeźbi w kamieniu liny, rośliny i sny o imperium. Zakon zamknięto za rozwiązłość—no cóż, bogactwo psuje dietę. Torre de Belém—lekcja elegancji, Pomnik Odkryć—kamienna karawela już odpływa; nasze dzieci tańczą po mozaice fal.
Zamek św. Jerzego—miasto pod stopami, most w lustrze Tagu, Magda śpi w wózku, Daniel najpierw szaleje, potem śpi na Alinie; najlepsza definicja panoramy. W tawernie płastuga tak dobra, że Alina mówi półgłosem „chyba nigdy lepszej”. Na koniec rejs po Tagu—miasto z perspektywy wody wygląda jak spełnione zdanie. Żegnamy Chrystusa Króla na wzgórzu i obiecuję sobie wrócić. (Tak samo obiecywałem Paryżowi. Wieża wciąż czeka.)
Granica wschodnia: ceramika, kształt klęczącej kobiety bez głowy, sprzedawca cieszy się na „Polaco”—papież działa jak uniwersalny klucz. Dostajemy gratis—maleńki bucik-breloczek. Do dziś grzeje jak kamyk z rozgrzanej plaży.
Hiszpania—powrót przez Sierra Palmitera. Maszyny jak mrówki rzeźbią skałę—Syzyf w kasku. Fuengirola: „dziki” camping przy ruinach zamku okazał się bardziej dziki niż camping. Przenieśliśmy się wyżej; francuska para przy winie była tak towarzyska, że sangria skończyła się szybciej niż noc. Miałem wrażenie, że jeszcze kieliszek i zaczniemy omawiać logistykę grupową. Wstrzymała nas gorączka Magdaleny—i całe szczęście, bo z dziećmi trudno o choreografię.
Przychodnia: kolejka, szybkie badanie, antybiotyk. Nie pomaga. Decyzja—wracamy. Aguilas: lekarka maluje buzię na fioletowo, zakazuje antybiotyku, odwołuje wyjazd. Za kilka dni fiolet znika z Magdy, ale zostaje na wszystkim dookoła. W nagrodę kupuję płetwy (użyję raz) i koszulkę z nazwą campingu. Obkładam się linami i sznurkami jak statek.
W drodze do domu słyszę skrzypienie z tyłu. Oględziny: pęka blacha mocująca hak do karoserii—pewnie po tamtym „siorbie” na promie. Skaczę na zaczep, trzyma. Wytłumaczenie dla Aliny: „zawieszenie sprawdzam”.
— „Andrzej!”
— „Alles OK. Todos bien.”
Nie lubię „zamartwiania się” — to tylko wiara, że nic się nie da. Dało się: dojechaliśmy, kontrolując szczelinę jak barometr wakacji.
Zamknęliśmy kolejny krąg. Pięć tysięcy kilometrów, parę cudów, kilka wpadek, dużo śmiechu. Zrozumiałem, że żyję latem, a przez jedenaście pozostałych miesięcy robię to, co robi rozsądny optymista: planuję następne lato. I smaruję hak.
Schreibe einen Kommentar