Rok nie zaczął się szczęśliwie. Na święta przyjechali rodzice — wzmożone kontakty doprowadziły do napięć. Iskry leciały przy każdym spotkaniu.
Rodzice mieszkali u Krysi w Peiting. Nastrój tego domu od dawna nie nastrajał nas optymistycznie. Najwięcej fermentu siały dziewczynki, a Krysia niezmiennie stawała w ich obronie. Zygmunt, choć często miał rację, gdy chodziło o temperowanie córek, nie umiał załatwić spraw „po męsku”. Kończyło się wrzaskami, po których Aniela i Helenka wychodziły w glorii zwyciężczyń — jeszcze pewniejsze swej pozycji.
Ja też miałem pretensje — do wszystkich po trochu. W pierwszej kolejności, korzystając z obecności rodziców, chciałem się dowiedzieć, co stało się z rzeczami pozostawionymi w Polsce. Po wyjeździe mnożyły się niejasności, a listownie dostawałem co najwyżej wymijające odpowiedzi. Postanowiłem zastosować metodę konfrontacji. Skończyło się na postanowieniu.
Nie potrafiłem rozgryźć sprzecznych wyjaśnień, a sprawdzić ich nie miałem jak. Na pytanie: „Gdzie jest obraz po babci?” albo: „Co zepsuło się z suszarką do zdjęć?” słyszałem: „Nie wiemy, myśmy tego nie zabrali, Zosia też nie — może wie siostra Alinki.” Gdy odpowiadałem, że Iwona również nic nie wie i przypuszcza, iż to właśnie wy albo Zosia możecie wyjaśnić sprawę, ojciec czerwieniał i wybuchał. Dobrze wiedział, że rzecz dotyczy wyłącznie Zosi i Iwony, ale nie mógł dopuścić, by cień podejrzenia padł na jego „święte dziecko”. Po kilku próbach — każdorazowo kończonych obrazą — doszedłem do wniosku najprostszej treści: kiedyś coś miałem, dziś po prostu nie mam.
Pragnienie, by zrzucić z barków te kłopoty, brzmiało jak nierealne marzenie. Aż tu — nagle — wydarzenie, które wszystkie dotychczasowe problemy zredukowało do rozmiaru błahostki.
Na zlodowaciałej ścieżce, skąpanej w porannym słońcu, brykały figlarne kryształki śniegu. Nasza ulubiona dróżka na skarpie zamieniła się w radosną promenadę. W chwili, gdy już wątpiliśmy, niespodziewana wiadomość wypełniła nas szczęściem: Alina była w ciąży. Szliśmy do szpitala na USG, które miało przypieczętować diagnozę.
Głupio czułem się w kolejce ciężarnych, ale jeśli chciałem zobaczyć na monitorze to, co począłem — musiałem stać i przełknąć wstyd. Minuty dłużyły się niemiłosiernie. Wreszcie weszliśmy. Alina położyła się na łóżku z papierowym prześcieradłem. Lekarz rozsmarował na jej brzuchu chochlą galaretowaty żel i zaczęło się widowisko. Prawdę mówiąc, na ekranie nie rozpoznawałem niczego — do chwili, gdy rozległo się szybkie trzepotanie maleńkiego serca. To wystarczyło. Wiara stała się ciałem.
Byliśmy pijani ze szczęścia. Jedna jedyna myśl krążyła jak kometa; reszta świata mogła poczekać.
W garażu bezużytecznie dusiła się przyczepa z „Predomu”. Kiedyś, zaczepiona o hak maluszka, przywiozła z Katowic do Schongau rzeczy uznane wówczas za „najcenniejsze”. Po trzech latach postanowiłem: albo ją uruchomię, albo sprzedam. Policzyłem, że świeżo zarobione dwie stówki — roznoszenie reklamówek i rozładowywanie kur — powinny starczyć na formalności w komunikacji.
Zwolnienie z cła poszło gładko. Schody zaczęły się przy TÜV. Trzeba było przeróbek: najdroższy okazał się zaczep. To, że polski był nowy i działał bez zarzutu, nikogo nie interesowało — nie miał atestu. Do tego tylne lampy i masa drobiazgów. Kupiłem wszystko u handlarza przyczep i tam też wybijano numery na dyszlu oraz montowano tabliczkę identyfikacyjną. Facet szybko wyczuł moje manualne talenty i zaproponował pracę w warsztacie. Obiecał też pomóc sprzedać przyczepę.
Mechanikiem byłem przez jeden dzień. Wracam dumny, szczęśliwy, kolacja może i istnieje, ale po co — i dzwonek. W progu sąsiadka z poprzedniego adresu, tym razem jako sekretarka szefa w Bellindzie. Mam się stawić jutro w kadrach: „Herr Kiwinsky kazał pozdrowić”.
Zamurowało mnie. Do Bellindy (rajstopy wszelkiej maści) próbowaliśmy wejść z Aliną dwa lata wcześniej. Przeszliśmy test, ale ostatnie słowo miał Urząd Pracy: najpierw Niemcy, potem EWG, potem Jugosławia, a na końcu my. Ja już słyszałem tę melodię.
Erwina Kiwińskiego poznaliśmy u Lucyny i Mariana, przy okazji ich przeprowadzki do Pöcking. Hanka — jego żona — piękna, żywiołowa; on — przystojny brunet, trochę z dystansu. Marian szeptał, że Erwin robi biznesy w Polsce, lata do ZSRR, jest ustawiony. Hanka bez ceregieli: „Erwin zna szefa produkcji w Bellindzie. Załatwisz?”. „No problem” — odparł dwumetrowym głosem. Ja w tym czasie studiowałem wzór na jego krawacie, bo gdzieś trzeba było patrzeć.
Zapomniałem o sprawie. Obietnice mają krótki termin przydatności. Tym razem jednak stał się cud.
7 maja. Z sercem w gardle przekraczam bramę. Portier puszcza mnie od razu do szefa produkcji. Herr Durach — rubaszny — w kilku zdaniach streszcza robotę i odsyła do wiceszefa Dufnera, żeby pokazał stanowisko. Na pożegnanie żart: „Jako inżynier nie powinien mieć pan kłopotów z kwitami”. Zamiast na halę — do kadr. Papiery. Pozwolenie na pracę? Znowu czarne myśli. Kadrowy dzwoni, czeka na zwrotkę, po czym daje mi do podpisu in blanco formularz z Urzędu Pracy. Załatwione.
Bonów na odzież roboczą nie zrealizuję — sklep zamknięty. Więc w odświętnym garniturze i z aktówką pełną dokumentów idę przez halę. Szefowa zmiany oddaje mnie pod opiekę korpulentnej Włoszki z 25-letnim stażem. Tempo? Z wrażenia stoję jak kołek, ale w środku tańczy wariacka radość: koniec bezrobocia.
Zatrudniono mnie jako pakowacza w akordzie. Po dwóch tygodniach szkolenia — nocna zmiana. Na oko praca bajecznie prosta: maszyna sama pakuje, ja tylko kładę towar na skokowe palety. 24 takty na minutę wydają się ślamazarne — dopóki nie spróbuję. Skupiam się na „trafianiu” i po kilku sekundach coś zgrzyta: stop. Palec Włoszki pokazuje kłębowisko. Rajstopy wymieszane z papierem sterczą na końcu maszyny jak róg obfitości. Otwiera klapę, wyciąga, liczy, spisuje na straty. Następnym razem blokada totalna — wzywam mechanika. Do końca zmiany stoję z boku i uczę się pokory.
Patrzę: na położone rajstopy długie ramię kładzie tekturkę, polerowane płaskowniki zawijają nogawki z górą, kolejne ramię z ssawkami przykrywa to papierem reklamowym, klapki formują pakiecik, kleszcze wpychają go w woreczek, zgrzew, naklejka, powrót transporterem, urządzenie spawa 2-, 3- albo 5-parówki. Maszynę pieszczotliwie zwą „Hörauf” — od nazwiska fabrykanta. Operatorka kontroluje wszystko, a to co dzieje się za plecami — podgląda w lustrze. Sortowania na podświetlonym pulpicie na razie mnie oszczędzono. Wystarczy, że zmagam się z woreczkami, które żyją własnym życiem: ślizgają się, kleją, podwijają, a trzeba je ułożyć co do milimetra.
Popołudniu trafiam pod skrzydła energicznej Niemki — „męża zaufania”. Daje mi „na rozruch” tekturki do przekręcania. Człowiek rośnie w oczach.
Ten 7 maja zapamiętam na zawsze: koniec trzyletniego bezrobocia, początek kariery robotniczej, fundament dla powiększającej się rodziny. Razem z fundamentem przyszła jednak kapitalistyczna choroba przewlekła (niektórzy mówią: filar): lęk przed utratą pracy.
Nazajutrz — bez fajerwerków — idzie lepiej. Dostaję harmonogram: ile muszę zapakować w osiem godzin. Akord biorę sportowo. Stawka jest jasna: poniżej 100% — wypad, powyżej 100% — premia. Po trzech dniach (zamiast po czternastu) przechodzę na noc. Niemcy, których przysyła Urząd Pracy, odpadają jeden po drugim: jednego maszynowa dżungla odstrasza z progu, drugi składa broń po paru godzinach.
Przed pierwszą nocką boję się: czy dowiozę do rana? Czas leci szybciej niż w dzień. Głodu nie czuję, pragnienia też — tylko licznik w głowie. Pięć tysięcy par — granica godności. Dla starych wyjadaczy to chleb powszedni. Zaskakuje mnie wejście zaspanych kobiet — już poranna zmiana. W domu długo nie zasypiam. Jeszcze walczę na taśmie, aż szklanka wina odcina prąd.
Hörauf żąda tysięcy identycznych ruchów, które niszczą nadgarstki i kręgosłup. Robota dla kobiet — liczy się lekkość, nie siła. Wiedzą o tym w biurach, ale noc należy do mężczyzn.
Zmiana: 21:00–5:00. Najprzyjemniejsza pierwsza godzina — kobiety jeszcze przy maszynach, a my, faceci, robimy poprawki: nowe etykietki na źle oznaczonych pakietach. Kontrolerki skrupulatnie liczą błędy, ujemne punkty lecą jak grad; po przekroczeniu limitu — do widzenia. Dwie przerwy, kantyna, zakaz palenia i zakaz jedzenia przy maszynach — cywilizacja.
Koledzy: Jugosłowianie i Turcy. Osiemdziesiąt procent załogi to obcokrajowcy. Niemcy — administracja, kierownictwo, mechanicy. Szef nocnej — Herr Kamicki. Do słowiańskości się nie przyznaje, chociaż jego ojciec jeszcze potrafi parę słów po polsku.
Mechanicy — kasta szczególna. Od nich zależy wszystko: naprawią, wpiszą minuty za awarie, przybiją pieczątkę „zły towar”. Niewielu umie (albo chce) ustawić maszynę tak, by taśma śpiewała, a nie wyła. Nerwy i akord liczą wtedy do trzech.
Na koniec każdej nocy informatycy wydają plik wydruków. Człowiek wyłuskuje swoje liczby jak wróżbita z fusów. Najważniejszy jest procent. Z niedowierzaniem patrzę na wyniki powyżej 150. Kamicki poklepuje: „Przyjdzie i na ciebie”.
Hala pakowni to hałas, gryzący dym ze zgrzewarek i całe stado czterokołowych wózków. Wozi się nimi kartony z magazynu i odwozi wanny pełne gotowych pakunków. Awarie? Proszę bardzo. Gdy przewróci się wieża kartonów — pół biedy. Kiedy wysypią się setki opakowań z wanien — zbieranie, segregowanie, liczenie… Wesoło ma cała zmiana, oprócz jednej osoby.
Jugosłowianie to najliczniejsza i najlepiej zorganizowana grupa — i kobiety, i mężczyźni. Rekrutowano ich jak niegdyś na Śląsku chłopów do Huty Katowice: obietnice, umowy, tani i wydajni. Pochodzą z tych samych regionów, wiosek; trzymają się razem. Zazdrościłem im tej jedności. Oni zawsze pierwsi wiedzieli: co za towar, co lubi kontrolerka, jak zagadać mechanika.
W całej Bellindzie — około sześciuset osób. Pakownia wielka, lecz nie najważniejsza. Pierwsze skrzypce gra dziewiarnia: huk piekielny, ale płacą. Najmilej w szwalni, najgorzej — w farbiarni: smród chemii, duchota, wilgoć. Samo przejście korytarzem przy tym dziale przyprawia o zawrót głowy. Magazyn pęka w szwach: ćwierć miliona par dziennie w drogę — brak rąk normą. Często ściągano posiłki z naszego wydziału.
Większość towaru nie pochodziła z naszych linii. Rajstopy szły z Jugosławii, Tunezji, Sri Lanki. Bellindę opuszczał „niemiecki” produkt — pięknie zapakowany, z nogami modelek na okładce. Kto by tam dociekał, gdzie powstał.
Nocna praca przemeblowała nam życie. Spałem od piątej trzydzieści do drugiej po południu. Dzień skurczył się o połowę. Alina, chodząc rano na palcach, budziła w sobie anielską cierpliwość. Najgorzej było w soboty i niedziele: noc nie do spania, dzień nie do życia. Ale w porównaniu ze szczęściem „człowieka pracującego” — drobiazg.
Brzuch Aliny rósł pięknie — nie w takim tempie jak u Krysi, ale rósł. Krystyna zaszła w trzecią ciążę, bo — jak przypuszczałem — marzył się chłopiec (Zygmuntowi również, po dwóch dziewczynkach). Ciąża przebiegała dobrze, lecz w ósmym miesiącu Krysia trafiła do szpitala — groził przedwczesny poród. W tym czasie Alina przeniosła się do Peiting: spała tam, gotowała, pilnowała Anieli i Heleny. Efekt? Po krótkim czasie dziewczynki były do rany przyłóż — cud wychowawczy.
Krysia urodziła zdrową córeczkę. Nazwali ją Daniela — podejrzewam, że plan był na „Danila”. Nasze życie wróciło do normy, a dziewczynki — do dawnego temperamentu.
Po dwóch miesiącach pracy należał mi się tydzień urlopu. Chciałem do Włoch, ale Alina — słusznie — bała się dalekiej trasy. Zwyciężył Berchtesgadener Land — nieznany nam skrawek Bawarii.
Camping odpadł: pogoda w górach kapryśna, a brzuszek zobowiązuje. W Königssee bez trudu znalazłem pokój. Status „zarabiającego” pozwolił nam na odrobinę szaleństwa. Po drodze, nad „bawarskim morzem”, czyli Chiemsee, spróbowaliśmy hotelu — smakowało.
Mimo chmur, od razu poszliśmy nad jezioro. Tafla gładka jak szkło, wokół pionowe ściany gór. Cichutkie, elektryczne stateczki kreśliły na wodzie ledwie widoczne kreski. Kolor zdradzał głębię — i spokój, mimo tłumów.
Nazajutrz rejs. Pierwszy raz płynąłem w tak absolutnej ciszy. W połowie jeziora kapitan zatrzymał łódź, uchylił drzwi kabiny, wyjął trąbkę i zagrał. Odstawił instrument — a dźwięk brzmiał dalej. Watzmann odbijał i mnożył melodię, która cichła dopiero gdzieś w chmurach. Z końcowego przystanku można dojść szlakiem do Obersee. Alina czuła się świetnie, słońce wyszło zza zasłony, dzikie kaczki robiły za przewodników gastronomicznych.
Byliśmy osobliwą parą: jedno z plecakiem, drugie z bezcennym balastem „po przeciwnej stronie”. Barierki, stalowe liny, lekka wspinaczka. Mijani turyści ustępowali i żartowali: „Ta trzecia osoba na pewno zostanie alpinistą”.
Wąski ślad nad wodą zatykał oddech nie tylko stromizną. W dole szmaragd, w nim odbite szczyty — majestat. Niektórzy mówią, że to najpiękniejsze miejsce w Niemczech. Ja dodam: także najciszej grające.
Zdjęcia robiłem ja, Alina kręciła film. Po wejściu do Bellindy sprawiłem sobie kamerę Super 8. Chciałem nowocześnie dokumentować ciążę i poród. Do wideo nie byłem przekonany — wydawało mi się zbyt „telewizyjne”.
W najwyższym punkcie uznaliśmy, że starczy. Schodzenie — jak zwykle — trudniejsze. Alina obiema rękami tuliła przyszłego alpinistę, który rozpychał się łokciem (lub kolankiem — zgaduj zgadula). Na koniec wyskoczyliśmy jeszcze przy St. Bartholomä. Kościół — klasyk wszystkich pocztówek: czerwone cebulaste kopuły, ściany wyrastające niemal prosto z wody. Ale nam na myśl przyszły nie tyle anioły, co… pstrągi. Z pobliskich wędzarni ciągnął zapach, który mógłby nawracać ateistów. Ustawiłem się w kolejce, wróciłem z ciepłym, zawiniętym w szary papier pstrągiem. Rozwinęliśmy go na trawie i palcami przeprowadziliśmy degustację. Zniknął natychmiast. Pobiegłem po drugiego — sprzedane.
Po rejsie przeszliśmy się jeszcze wzdłuż sztucznego toru saneczkowego. Zimowa sława latem wygląda dość mizernie — jak teatr bez świateł.
W nocy śniły mi się pieczone kaczki. Opalone ministrantki przy St. Bartholomä rozdawały je wiernym, a ksiądz okadzał ołtarz zapachem wędzonych pstrągów.
Nad ranem krople stukały w parapet. Nie chciało się wstawać — a przed nami jeszcze przejazd przez austriackie Alpy. Koniec urlopu oznaczał powrót do „nocnego życia” i poranne chodzenie Aliny na palcach.
Schreibe einen Kommentar